Kultura

Opowieści okrutne jak życie. Ociekają lękiem, tęsknotami, rozpaczą i seksem

Malując, odprawia czary. Nie jest dobrą wróżką. Nawet koty w jej ujęciu tracą elegancję i leniwą obojętność. Demonicznieją.

To tylko kilka westchnień
Deszcz meteorów unicestwia ziemię
Za chwilę niczego nie będzie


Tych kilka westchnień i dźwięków wydał z siebie dwa lata temu duet Karaś/Rogucki.

Jak na razie, proroctwo chybione. Ale czarnowidztwo stało się powszechne. Wymieniamy zestaw lęków jednym tchem: pandemia (która wróciła szybciej niż zapowiadano), wojna w Ukrainie, inflacja, niewielkie szanse na stabilną, satysfakcjonującą pracę, równie nikłe na udany związek… Gdzie szukać pomocy?

Złowieszcza cisza

Niedawno robiłam wywiad z wróżką, tarocistką. Klientela jej rośnie w postępie geometrycznym. Przychodzą po „konsultacje” ministrowie, biznesmeni, celebryci. Zrozpaczeni i zawiedzeni, nade wszystko – niepewni przyszłości. Przestali wierzyć diagnozom uczonych? Czują, że coś ich przeraża, choć jednym kliknięciem otwiera się… wszystko. Tylko nie to, czego szukają. Boją się. Czego?

Owo nieuzasadnione drżenie przekłada się na nuty katastroficzno-ucieczkowe, dominujące w rodzimej (i nie tylko naszej) młodej muzycznej twórczości. Nie tylko. Filmy, literatura i sztuki wizualne oferują albo komedie dla „inteligentnych inaczej”, albo thrillery i horrory. Trend zapoczątkowały powieści grozy i bajki dobrze ponad trzy wieki temu. Jakby na przekór klimatom oświeceniowym, dającym prymat rozumowi nad wiarą i zabobonem.

Wtedy wydawało się, że ludzkość (= cywilizacja) robi postępy w swym samorozwoju.
Mamy kolejną „epokę rozumu”, tym razem wspomaganego przez sztuczną inteligencję. Jakoś nie daje nam to poczucia bezpieczeństwa, ani nie gwarantuje psychicznego dobrostanu.

Seks w Żabce. Obrazki z życia incela – piwniczaka

Nie jest w stanie wyrazić swego smutku czy rozczarowania, tyko irytację.

zobacz więcej
Obecni dwudziesto-, trzydziesto-, a nawet czterdziestolatkowie nie obawiają się trąb wzywających na Sąd Ostateczny, a tym bardziej wyroków Bożych. Oni boją się o sprawy doczesne. Na przykład – utracić wirtualny grunt pod nogami. Scrollują więc tysiące zupełnie nieprzydatnych informacji, których w momencie czytania już nie pamiętają. Łebki spuszczone, oczy niewidzące dookolnego świata, ograniczonego do prostokąta smarfona.

Naukowcy już dostrzegają efekty tego uzależnienia. Nazywają to „cyfrową amnezją” i ostrzegają: internet zwalnia od pamiętania, myślenia, postrzegania, kojarzenia. Cała generacja, która „nie musi” udrażniać hipokampu, czyli struktury w korze mózgowej odpowiedzialnej za przenoszenie informacji z pamięci krótkotrwałej w długotrwałą oraz orientacji przestrzennej, jest znacznie bardziej narażona na demencję niż staruszkowie, tradycyjnymi metodami ćwiczący szare komórki. „Smartfonikacja” przyspieszyła w dobie pandemii, co – jak twierdzą neurobadacze – ma przełożenie na nieumiejętność koncentracji, permanentne poczucie braku czasu i stany lękowe.

Jest jeszcze inne zagrożenie: gdyby tak nagle odłączono zasilanie (co już kilka razy przerabiano w Nowym Jorku – jak pamiętamy, w 2003 roku największy w historii kryzys energetyczny przybrał rozmiary katastrofy), ludzkość straciłaby jakąkolwiek busolę, regulującą ziemskie bytowanie. Pisze o tym w swej ostatniej minipowieści „Cisza” Don DeLillo (Noir sur Blanc, 2022). Wielce sugestywna wizja ludzi gromadzących się na ulicach, byle poczuć się w stadzie, bo poza zwierzęcym instynktem nic nie funkcjonuje.

ODWIEDŹ I POLUB NAS
No to wchodzę w tę ciszę
Która wynika z twoich myśli
O statecznym kataklizmie
O końcu wszystkiego


Znów Karaś/Rogucki. Piosenka czy przestroga?

Postraszyłam – teraz będzie bajka.

Komunikaty z ostatniego piętra

Szczupła i giętka jak syrena, ciemnowłosa i melancholijna, siedzi w wieży z wielkiej płyty, odgrodzona od świata murem wzniesionym z albumów o sztuce, papierów, pędzli i farb. Karmi się malarstwem przeszłości, które po swojemu transponuje. Co dzień rzuca na papier swoje fantazje, ociekające okrucieństwem i seksem. Maluje gwaszem, na niewielkich kartkach. Takie wizualne komunikaty o tym, że żyje, czuje i współodczuwa z innymi, nawet nieznanymi. Medium doskonałe.

Potem królewna z blokowiska wrzuca swoje sygnały w sieć. Jej strachy rozpełzają się po świecie za pomocą Instagrama. Tradycja splata się z nowoczesnością. Jednak nie technika istotna, lecz przedstawienia. Figuratywne, pełne symboli, zachęcające do wielorakich interpretacji. Z mnóstwem odniesień do sztuki średniowiecza, wczesnego renesansu, a także do malarstwa przełomu XIX i XX stulecia. Dekadencja i dandyzm, trochę liryzmu i fatalizm. Aura grozy, niekiedy tak przerysowanej, że aż śmiesznej, jak w filmach Tima Burtona.

Kim jest tajemnicza piękność z pędzlem w dłoni?
Malarka podczas wernisażu swojej wystawy „Opowieści okrutne. Aleksandra Waliszewska i symbolizm Wschodu i Północy”. Fot. Jacek Lagowski / Forum
Aleksandra Waliszewska, rocznik 1976, pozycja w sztuce ugruntowana, sukces przełożony na intensywną obecność w kulturze popularnej, od tatuaży powtarzających motywy z jej obrazków po reprodukcje jej kompozycji na albumach topowych muzyków.

Najważniejsze jednakże jest funkcjonowanie Waliszewskiej w sieci. Stała, regularna obecność jej prac w mediach społecznościowych mocniej działa niż wystawy, o które ona nie zabiega, nawet traktuje jak pewien przymus.

Waliszewska jest sugestywna, ale w sposób niegdysiejszy, wręcz archaiczny. Tonacja jej sztuki też odbiega od glamurowego pustosłowia. W jej małych obrazkach krystalizują się męka, udręka, ból metafizyczny. Waliszewska pokazuje to tak przekonująco, że jej (nasze?) zmory i zmagania z nimi odczuwa się niemal cieleśnie.

Istnienie białka

Te klimaty znamy z powieści gotyckich, baśni braci Grimm czy E.T.A. Hoffmanna (niemieccy badacze i pisarze epoki wczesnego romantyzmu), także wyprzedzającego ich o stulecie Francuza Charlesa Perraulta, autora takich ponadczasowych opowieści jak „Kopciuszek”, „Czerwony Kapturek”, „Kot w butach” czy „Śpiąca królewna”.

Niby wszystkie te bajędy pointuje happy end, dobro pokonuje zło, lecz po drodze groza ściska krtań, zimny pot występuje na czoło, a makabra dawkowana jest bez znieczulenia.

To nie były pozytywne i usypiające bajeczki opowiadane przez „Misia w okienku” czy „Pszczółkę Maję”.

Zamiast tego serwowano dzieciom krwawe sceny z wilkiem pożerającym babcię; Babą Jagą tuczącą Jasia, żeby był po upieczeniu smaczniejszy; okrwawione stopy formatowane nożem przez przyrodnie siostry Kopciuszka pod rozmiar pantofelka.

A z naszego podwórka – kto by nie pamiętał „Balladyny” Juliusza Słowackiego, czy równie przerażającej ballady „Lilije” Adama Mickiewicza:

Zbrodnia to niesłychana
pani zabija pana
zabiwszy grzebie w gaju
na łączce przy ruczaju
grób liliją zasiewa…


Toż to echo makabry kolportowanej w ludowych podaniach w celach umoralniających. Grzech, zbrodnia zawsze wracają karą, wymierzaną niekoniecznie przez instancje prawne, częściej przez istoty z zaświatów. Upiór sprawiedliwszy niż sąd, więc służył za przestrogę dla maluczkich, żeby nie broili.

Waliszewska przywołuje dawne formy straszenia i tumanienia. Nie po raz pierwszy w historii rozumowe pojmowanie świata staje w sprzeczności do tego, co dzieje się w ludzkich sercach i odczuciach. Skąd pesymizm fin-de-siecle’u? Dlaczego odpowiedzią na oświecenie stał się romantyzm? Jak to się stało, że wiek XIX – największych odkryć, wynalazków i „wybuchu” techniki – u jego schyłku przeobraził się w przekonanie o rychłym końcu świata?

Głód, czyli podążanie za wędrującą gwiazdą

Wszyscy jednocześnie poczuli ten imperatyw. Ale za jaką gwiazdą dziś podążamy?

zobacz więcej
A teraz – co z tego, że wujek Google da nam odpowiedź na każdą kwestię? Racjonalizm ludziom nie wystarcza – bo nie wszystko daje się przełożyć na wymierny konkret.

Życie jest formą istnienia białka,
ale w kominie coś czasem załka.
Czasem coś świśnie, czasem coś gwiźnie,
coś się pokaże w samej bieliźnie.


Tak kpiarsko pisała Agnieszka Osiecka, a wyśpiewywali Skaldowie w latach 70. ubiegłego stulecia.

Takie przesłanie zawiera się w sztuce Aleksandry Waliszewskiej. Można się nawet uśmiechnąć, żeby zrównoważyć dreszcze grozy.

Sukces artystki świadczy o tym, że trafia w potrzeby odbiorców. Ona zauważyła już dwie dekady temu, że rzeczywistość podszyta jest lękiem wdrukowanym w podświadomość. Niepokój idzie w parze z nienazwanymi pragnieniami, tęsknotami, poczuciem pustki. Nie da się tego wytłumaczyć racjonalnie – i ona nie próbuje. Malując, na swój sposób odprawia czary. Na pewno nie jest dobrą wróżką. To sadystka, wampir, dusicielka. I to właśnie podoba się widowni.

Strachy wszędzie

Ogromna frekwencja na wystawie „Opowieści okrutne. Aleksandra Waliszewska i symbolizm” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej (kuratorki: Alison M. Gingeras i Natalia Sielewicz) potwierdza zarówno popularność artystki, jak i nasze zagubienie.

Zgodnie z tytułem, głównej bohaterce towarzyszą twórcy z minionych czasów, doskonale współbrzmiący w klimacie i sposobie narracji. Mamy więc figurację doprowadzoną niekiedy do groteski. Od Witolda Wojtkiewicza, Bolesława Biegasa, Edwarda Okunia poprzez Mikołaja Konstantina Čiurlionisa do Andrzeja Wróblewskiego, Bronisława Linke i Marii Anto. Tło nie tyle historyczne, co symboliczne. Obok znaleźli się mało u nas znani artyści z krajów północnej i wschodniej Europy. Bliscy nam nie tyle terytorialnie, co sycący wyobraźnię podobnymi zjawami.

Pamiętają państwo czeski hit sprzed lat, popularny także u nas? „Jožin z bažin” (Józek z bagien): „Józek z bagien skrada się przez moczary, Józek z bagien do wioski się zbliża. Józek z bagien zęby już sobie ostrzy, Józek z bagien gryzie, dusi”. Wszyscy zaśmiewali się, słuchając zwłaszcza oryginalnej czeskiej wersji (do wglądu w sieci). A przecież to kabaretowo złagodzona wiara w straszydła, grasujące na terenach podmokłych.

One właśnie stamtąd przychodzą – z bagien, moczarów, zarośniętych sitowiem oczek wodnych, z mrocznych lasów i wywianych wiatrami pustkowi. Mają krwią nabiegłe oczy i takież krwiożercze potrzeby. Uśmiercają łagodnie, można rzec – seksownie. Wszelkiego rodzaju modliszki, pajęczyce, świtezianki – wchodzą w posiadanie ciał oraz dusz.

U Waliszewskiej mamy mnogość kreatur, z jej malarskim sobowtórem na czele. Na autoportretach czas się dla artystki zatrzymał w wieku dojrzewania, kiedy namiętności sięgają zenitu.
Co zadziwiające, że nawet koty w jej ujęciu tracą elegancję i leniwą obojętność. Demonicznieją.

Aleksandra uwielbia te futrzaki, chętnie i często je portretuje. Ale w jej przedstawieniach bardziej straszą niż zachwycają. Jak wpadniesz w ich zachłanne pazury, to po tobie. Dobiorą ci się do wątpi, wyjedzą wątrobę, wyssą krew. I uwiodą.

Na jednym z rozlicznych autoportretów naga artystka wyciągnięta w pościeli jest konsumowana na żywo przez czarnego, rudego i białego kotka. Rude kocisko gmera w jej wnętrznościach, biały mruczek dobrał się do uda, czarny chłepcze krew. Ona zaś ma nieruchome spojrzenie i rozchylone usta, jakby przeżywała erotyczne uniesienie, obojętna na ból.

Albo taki obrazek: dziewczyna siedzi przy stole z twarzą ukrytą w dłoniach, a nad nią, zawieszone w nieokreślonej materii, rechoczą paskudne usta, popatrują nieżyczliwe oczy.

Waliszewską oczy prześladują. Wyłażą z niebytu, jarzą się w ciemnościach, wyzierają gorejącymi oczodołami z trupich główek.
Straszne i (tylko trochę) śmieszne. Dla wielu – fascynujące.

Dlaczego tak lubimy horrory w każdej postaci? Pytałam o to Jacka Gientkę, psychologa i psychoterapeutę, który uważa, że w ten sposób uczymy się bać. A raczej dawać sobie radę ze strachem. Wiadomo, groza w powieści czy na ekranie trwa tyle, ile chcemy jej uwierzyć. Choć bez konsekwencji w realu, nasze ciało i umysł sprężają się naprawdę. W ten sposób niejako oswajamy się z lękiem na jawie.

Niezamiecione

Współczesna cywilizacja stara się zaprzeczyć nękającym nas zmorom i udrękom. Tymczasem one wyłażą, choćby w postaci depresji.

Na co dzień większość z nas deklaruje „I’m fine” – a tak naprawdę jest w dole. Nic nie jest ok, precz z utopijnymi wizjami hedonistycznego ogłupienia, przyszłość rysuje się jako czarna dziura. Antidotum jest sięgnięcie po zabawki podrzucane przez nowe technologie. Wchodzimy w świat zastępczy. Co z tego, że nie rozwiązują problemów? Nałogowi użytkownicy nie mają czasu dotrzeć do własnych bolączek.
Czują tylko, że im się coś nie zgadza – bo skąd ten wieczny niepokój?

Nie tylko ta prezentacja Waliszewskiej dotyczy dystopijnych wizji przyszłości, a raczej – czasów bieżących, bez perspektywy na korzystniejsze jutro.

Karolina Balcer, artystka młodsza o pół pokolenia od Waliszewskiej, pokazuje w Miejscu Projektów Zachęty równie okrutny obraz „Happy Family”.

Tym razem nie ma fikcji. Chodzi o jej własną rodzinę, ale rzecz ma odniesienie do szerszego zjawiska. Balcer przedstawiła problem przewrotnie, w pozornie przyjaznych człowiekowi obiektach tekstylnych, wykonanych metodą tuftingu (technika, którą wykonuje się dywany, wycieraczki, wykładziny).
Znają państwo to powiedzenia – „zamiecione pod dywan”? Proszę sobie połączyć to porzekadło i prace Karoliny Balcer, dywanowe właśnie. Już przed galerią barwna wycieraczka krzyczy: „Help!”. Bo brat artystki znika z domu, gnany schizofrenią. Czasem nie wiadomo, gdzie się podziewa; czasem pozostaje z rodziną w kontakcie. Każdy obiekt na wystawie daje świadectwo owego „zamiatania”. Z materii miękkiej, w łudząco optymistycznej kolorystyce, nie od razu ujawniającej, co naprawdę imituje. Usypisko czegoś, co przypomina kapcioszki? Nie, to tekstylne, powiększone pigułki, rozpisane na każdy dzień, zażywane wciąż, jak pokarm dla ciała i duszy. Farmakologia, która stała się naszą rzeczywistością, bez niej nie dajemy rady.

Jednak… ta wystawa (będzie wędrować po Polsce, m.in. do Poznania, Wrocławia, Torunia) niesie też łut nadziei.

W jednej z sal ustawionych zostało w kręgu dwanaście krzeseł z miękkimi, dywanowymi siedziskami. Na każdym napis głoszący, kto być może na nich zasiądzie: świr, psychol, patol, debil. Negatywne, obiegowe określenia, stygmatyzujące ludzi doświadczonych chorobą bądź ich rodziny. Ta instalacja ma przełożenie na realia: Balcer organizuje spotkania z psychologami i psychoterapeutami, a także z osobami, których problem dotyczy.

Dlaczego wspomniałam o nadziei? Autorka odważa się mówić o sprawach, z którymi borykają się ludzie, pozorujący stan „szczęśliwości”, zadowolenia, zakorzenienia w tym świecie.

Czas odczarować udawanie.

I artyści zaczęli o tym mówić. Nie zamierzają zamiatać lęków pod dywan. Uświadamiają, że to wspólne strachy. Na pohybel smartfonom.

– Monika Małkowska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Muzeum Sztuki Nowoczesnej (Muzeum nad Wisłą, Wybrzeże Kościuszkowskie 22), Warszawa – „Opowieści okrutne. Aleksandra Waliszewska i symbolizm Wschodu i Północy”, wystawa do 2 października 2022

Miejsce Projektów Zachęty – Karolina Balcer „Happy Family” (była tu wystawiana do 24 lipca, potem tournée po Polsce)
Zdjęcie główne: Wernisaż wystawy „Opowieści okrutne” w Warszawie. Fot. Jacek Lagowski / Forum
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Aktorzy, którzy niszczą sami siebie. Satyra Wildsteina
Po premierze zapanowała cisza. Przemilczanie jest skuteczniejszą receptą niż zawrzaskiwanie.
Kultura Poprzednie wydanie
Odkrył urodę Warszawy, z Wisły uczynił siostrę Canal Grande
Umieszczenie w tytule wystawy jego nazwiska trzeba uznać za akt odwagi.
Kultura wydanie 23.09.2022 – 30.09.2022
Kino polskie czy kino z Polski?
Reżyser pokazuje wielką balangę, która zmienia się w masakrę.
Kultura wydanie 9.09.2022 – 16.09.2022
Pierwsze Przykazanie wyraził farbą-światłem
Jeśli jego byłemu studentowi rodził się syn, nieraz chrzczony był imieniem Stefan – ku chwale profesora.
Kultura wydanie 2.09.2022 – 9.09.2022
Piłsudczyk, który wychwalał endeków
Na seminariach spotykali się u niego Komorowski, Piłka, Szeremietiew, Naimski i Macierewicz.