Felietony

Olga Tokarczuk, pisarka wszystkich Polaków

Na plakacie z 1948 „My” odnosiło się do gigantycznego robotnika z młotem, „Oni” – do wyfiokowanej pańci z parasolką i burżuja z brzuszkiem na drugim planie. W narracji starointeligenckiej jest odwrotnie: „My”, ludzie kultury, oczytani jak Marek Kondrat i biegli w dziejach ojczystych niczym Maciej Stuhr, przeciwstawiani są „Onym” – grubasom z piwnym brzuchem i ich damulkom, wielodzietnym „madkom” z brakami w uzębieniu, o oczytaniu nie mówiąc.

Dżentelmeni – niestety, już ten zwyczajowy frazes obarczony jest pewną patriarchalną wizją świata, nie wyplenimy tego tak szybko! – nie dyskutują o faktach. Fakt zaś jest taki, że w miniony weekend podczas festiwalu Góry Literatury nasza noblistka w ferworze dyskusji powiedziała: „Nigdy nie oczekiwałam, że wszyscy mają czytać i że moje książki mają iść pod strzechy. Wcale nie chcę, żeby szły pod strzechy. Literatura nie jest dla idiotów. Żeby czytać książki, trzeba mieć jakąś kompetencję, pewną wrażliwość, pewne rozeznanie w kulturze. Te książki, które piszemy, są gdzieś zawieszone, zawsze się z czymś wiążą”.

Tych pięć zdań, choć może nie trafiło na czołówki tak jak Nobel dla Tokarczuk przed czterema laty, sprowokowało kto wie, czy nie większą liczbę komentarzy, ech, tweedów, editoriali i replik. Spór o słowa Tokarczuk przywrócił sens staremu, zleżałemu trochę związkowi frazeologicznemu „sezon ogórkowy” ( notabene śremskie nadal po sześć, i ani drgną!), ale chyba świadczy i o czymś więcej niż o posusze medialnej.

Pojedynek na makrele

Wieść głosi (choć chyba ten wpis ze starych kronik został trochę podkręcony przez Edwarda Gibbona w jego „Zmierzchu i upadku Cesarstwa Rzymskiego”), że za czasów najgorętszych sporów o naturę Syna Bożego, czyli trochę przed Soborem Nicejskim i trochę po, na początku IV wieku, przekupki na targach w Konstantynopolu okładały się rybami drugiej, a czasem i trzeciej świeżości w awanturach o to, czy Chrystus jest homoousios (współistotny), czy homoiousos (podobny) Ojcu.

Naturalnie, zacnym przedstawicielkom handlu detalicznego nie szło tylko o prawdy teologiczne: jak pokazuje Gibbon, do poszczególnych sformułowań i tez Ojców Kościoła przywiązywały się frakcje i stronnictwa polityczne, kibice gladiatorów i jeźdźców rydwanów, ba, nawet poszczególne dzielnice Miasta. I trochę podobnie jest w Polsce roku 2022, spór już od kilku dni nie toczy się o to, czy lepsi są „Bieguni” czy „Krzyżacy”, i czy dziesięciolatek prosto od „Niesamowitych przygód dziesięciu skarpetek” (świetna zresztą książka, polecam kolejne tomy!) może przejść do „Ziemi jałowej” i czy równie wiele na niej skorzysta. Tym samym zresztą spór ten popłynął dawnym, prapolskim korytem.

Skoro przywołałem Sobór Nicejski, nie od rzeczy byłoby, wypowiadając się o Tokarczuk, postawić tezy; ciekawe, w czyich oczach okażą się heretyckie? Postawię dwie, a potem jeszcze dwie, jakbym zamawiał lody z czterech gałek.
„Empuzjon” i nie tylko dla miłośników prozy Olgi Tokarczuk, którzy w czerwcu spotkali się z nią w Hali Stulecia we Wrocławiu. Fot. Krzysztof Zatycki / Forum
Teza pierwsza: Tokarczuk ma oczywiście rację. Literatura nie jest dla idiotów. Literatura jest wszystkim, jest najdoskonalszym, póki co, zapisem ludzkiego doświadczenia, i oczywiście wszelkie jej odmiany (no, może za wyjątkiem niektórych utworów Władysława Machejka oraz Georgesa Bataille’a) powinny być wszystkim dostępne.

Spora jednak część dorobku literackiego spowita jest w różnego rodzaju gorsety i werniksy historyczne, które nie każdy ma ochotę rozsupływać, inna zaś część powstawała i powstaje w ramach pewnej złożonej, a nawet – przepraszam za słowo – metatekstualnej gry. Nie wszystko da się przeczytać „tak po prostu”, a na pewno nie wszystko jest tak napisane; nie trzeba szczególnych wtajemniczeń, żeby czytać dobrą powieść sensacyjną, ale już mój ukochany „Locus Solus” Roussela...no, i tak dalej, i tak dalej.

Wirtualna pałeczka Olgi

Teza druga: że oczywiście OT wygłaszając cytowane na wstępie zdania (wygłaszając je, dodajmy, w ferworze dyskusji, nie w mowie noblowskiej), wykazała się pewną dozą arogancji i zbytniej może pewności siebie. Ponieważ – chociaż oczywiście prawdą jest, że nie wszystkie książki są dla wszystkich – każdy powinien móc się o tym przekonać samemu, odkładając z ziewnięciem na ręcznik obok leżaka Roussela, albo Bawołka, albo Tokarczuk.

Nikt, prócz może mądrych nauczycielek polskiego, nie jest powołany do tego, by orzekać, dla kogo książki są, a dla kogo nie są. A już na pewno sam pisarz/pisarka w imię zasady nemo iudex in causa sua (nikt nie może być sędzią we własnej sprawie – przyp. red.) nie powinien wymachiwać wirtualną pałeczką, wskazując jej koniuszkiem: o, to jest dla ciebie, a dla ciebie nie, o, dla ciebie nie! Tym bardziej, że pisarz – a zwłaszcza pisarka z Noblem, było nie było – jest uważnie słuchany/słuchana, nie tylko w sezonie ogórkowym. Być może nawet uważniej niż OT sądziła. I natychmiast znajdą się tacy, którzy uznają, że pałeczka skierowana była w ich stronę.
        ODWIEDŹ I POLUB NAS     To są te dwie pierwsze tezy. Niekontrowersyjne, prawda? Niczym gałka lodów waniliowych i może jeszcze słony karmel, hit cukierniczy sprzed kilku lat, obecnie już opatrzony (olizany?). Teraz spróbuję dołożyć nieco oryginalniejszych w smaku sorbetów.

Otóż miarą głębi sezonu ogórkowego, ale i rozżarzenia polskich podziałów jest fakt, że gest pałeczką, wykonany przez OT, został powszechnie dostrzeżony – i przez każdego wzięty do siebie. Po czym wykorzystany w narracji dwóch wielkich obozów mentalnych w Polsce. Gdybym chciał być uprzejmy, powiedziałbym – odwiecznej narracji. Ale jest gorąco, kolejka do lodów stoi w miejscu, wafelek rozmięka w palcach, więc powiem nieuprzejmie: wiecznie tej samej narracji. Wiecznie tej samej, a przez to nudnej.

Obóz tradycjonalistyczny natychmiast uznał, że gest pałeczki OT, że zdanie „literatura nie jest dla idiotów”, skierowany jest w jego stronę. I zareagował zwyczajowo, czyli fochem: okej, jak nie, to nie! Bez łaski Ogród Saski! Empuzjony na salony!

Bo też nasi tradycjonaliści mają duży problem z Olgą Tokarczuk, wiadomo. Oczywiście, było z jej strony trochę prowokacji i trochę straszliwych zdań, bo taka właśnie nasza Olga jest: ścichapęk. Padło zdanie o Polsce kolonialnej, niewolniczej i antysemickiej, jeszcze sprzed Nobla, z 2015. Były i inne niefortunności.

Czy Olga Tokarczuk wielką pisarką jest?

Apel Filipa Memchesa do noblistki.

zobacz więcej
Ale też, powiedzmy sobie szczerze, gdyby OT, zwłaszcza po Noblu, miała ochotę angażować się w takie twitterowe kopanie klatki z małpą, mogłaby powiedzieć znacznie więcej. Gdyby zliczyć wszystkie jej wypowiedzi i wzmianki mało przychylne polskiej tradycji, pewnemu korpusowi wyobrażeń, pamięci i dumy, dorobek całego jej życia – byłoby tego mniej, niż Agnieszka Holland potrafi napleść przez tydzień, a Krystyna Janda napisać przez kwadrans.

Reymont bez dredów

Bo OT gra jednak w innej lidze. Nie wykluczam, że potencjalnie bardziej niebezpiecznej dla wspólnoty polskich doświadczeń tak jak ją dziś rozumiemy. Ten zwrot antypatriachalny, ta fascynacja antyhierarchicznym ładem, plechowatością bytów, żeńskimi rytmami płodności i żałoby porządkującymi świat – jeśli to chwyci (a zdaje się, że chwyciło) – będzie poważniejszym wyzwaniem niż marksizm dla naszych dziadków i nietzscheanizm dla pradziadków.

Ale polski tradycjonalista zazwyczaj nie spiera się z Tokarczuk (a właściwie z Giorgio Agambenem) na tym poziomie. On zazwyczaj nie lubi Tokarczuk za dredy. I, jeśli idzie o harmoniczność przekazu, ma trochę racji.

Nie wiem, czy bywają Państwo z racji obowiązków rodzicielskich w salach szkolnych. Ja tak. Paradnie to wygląda na ścianach Sali Od Polskiego: te konterfekty, które znamy od zawsze, które wisiały tam od stu lat: Juliusz w szerokim kołnierzyku, Adam z rozwianym siwym włosem, Zygmunt z elegancką bródką. Dalej Litwos, Reymont w cwikierze i już nowsi, ale też nasi: Czesio z krzaczastymi brwiami i Zbyszek z dziecięcym uśmiechem oraz dołkiem w brodzie. Nawet Wisia, chociaż prawica też jej nie lubi, nawet Wisia z makijażem i szerokim uśmiechem wygląda jak trochę zbyt wyemancypowana, trochę niesforna, no, ale jednak nasza ciotka. A potem OT – no, jak tak może być?!

Polskiemu tradycjonaliście jednak głupio nie lubić Tokarczuk za dredy i za to, że nie jada ona mięsa z grilla. A poza tym – jednak Nobel. Więc tak strasznie – tak strasznie, a skrycie by chciał, by była Z NAMI.

Konwulsye polskie

„Wtedy to poczęła się najwyższa konwulsya, którą było pospólne mnie uklęknianie. Dopadłszy, ramionami mię opasali niemożliwie ciasno, utwarzając wraz ze mną kłąb jeden dyszący i tocząc ku fotelowi, na którym płakał Prezes. Gdzie ze sapaniem a zgrzytaniem rzucili mnie na ziemię i jęli pchać do ręki, czemu ja stawiłem opór usztywnionym karkiem. Woła ktoś: Skubent niemiecki! Bajbardzo! Łeb mu przygiąć! Dwa spocone Żmudziny ucapili mię za kark, gnąc łeb do posadzki, inni zaś dokrzykują: Niżej! Jeszcze trocha! Niech klęknie na oba! Zadławią, myślę, byle stąd ujść z duszą. Przeto charkam spod żmudzińskich zadów: Uklęknę, przygnę… Uczyń to, na miły Bóg, słyszę szept Gusia, toć swoi, pokochają cię za to..”.

Tyle o podobnych sytuacyjach Jan Nepomucen Zabierski do swego ojca w liście z Decembra 1833 roku – a właściwie Kazimierz Brandys w „Wariacjach pocztowych”, jednej z najprzenikliwszych książek o Polsce, o Polakach i o naszych samych z sobą udrękach.

Tradycjonalista też by chciał Olgę, choć dama, opasać a utworzyć krąg jeden dyszący – niech będzie nasza! Skoro zaś być nie chce, odchodzi z niesmakiem. Książek czytać nie będzie, za Nobla dziękuje. O! I jeszcze od „idiotów” się pani Tokarczuk przezywa! – choć kiedy profesor Andrzej Nowak przed trzema laty wykorzystał ten sam zwrot z dawnej reklamy Media Marktu, pisząc „O historii nie dla idiotów” (świetne rozmowy, zresztą) – wszyscy czytali i mlaskali, o fochach mowy nie było.
Plakat, choć z 1948 roku, jednak wciąż aktualny. Fot NAC
To jeszcze czwarta gałka – więcej nie można, bo angina gotowa. Równie bowiem pocieszny jest obóz – nazwijmy go tak, choć to spory skrót myślowy – inteligencko-warszawsko-koderski. Ten sam, który od roku 2015 nie może pogodzić się z utratą bodaj cząstki prymatu (choć całkiem sporo tego prymatu mu przecież zostało) i również reaguje fochem. Fochem na lud, który jest przaśny, spocony i tępy. Ileż już było tych ojkofobicznych jeremiad, napierw złośliwych i przez to bolesnych, potem już tylko nudnych: o Polakach z 500+ na plaży w Mielnie, o ludziach, którzy nie znają świata, krewetek ani chablis, i generalnie, o cuchnących piwem prostakach.

To ustawianie świata w myśl zawołania „kto ma rządzić – Oni czy My”, niczym na plakacie przed sfałszowanymi wyborami w 1948, jest bodaj najtrwalszym elementem polskiego krajobrazu metapolitycznego od ośmiu lat. O ile jednak na plakacie z 1948 „My” odnosiło się do gigantycznego robotnika z młotem, „Oni” – do wyfiokowanej pańci z parasolką i burżuja z brzuszkiem na drugim planie, w narracji starointeligenckiej jest odwrotnie: „My”, ludzie kultury, oczytani jak Marek Kondrat i biegli w dziejach ojczystych niczym Maciej Stuhr, przeciwstawiani są „Onym” – grubasom z piwnym brzuchem i ich damulkom, wielodzietnym madkom z brakami w uzębieniu, o oczytaniu nie mówiąc.

Logika binarna rządzi

I ta właśnie zbiorowość uznała, że to w jej stronę skierowana była czarodziejska pałeczka w rękach Olgi Tokarczuk: tak, to dla nas, a nie dla idiotów, pisane są jej książki! To O NAS powiedziała Olga!

Radość jest ogromna i nic nie wyraża jej chyba lepiej niż apel Moniki Olejnik, aspirującej przecież nie tylko do członkostwa, lecz i do formatowania społeczności Nas – inteligentnych i zaszczutych, choć potencjalnie zwycięskich. „Książka Olgi Tokarczuk obok torebki lub zamiast torebki. Szanowne panie, a także panowie. Proponuję: spacerujmy po ulicach, parkach, lasach, sklepach, teatrach, kinach i stadionach oraz kościołach i innych miejscach – z książką! Z książką Olgi Tokarczuk. Nowa moda na kulturę” – napisała dziennnikarka na Facebooku i w podobnym tonie, choć nie tak pociesznym, utrzymane są liczne deklaracje lojalności, afirmacji i przywiązania.

Tak! – wykrzykują inteligenci czczący swą inteligenckość, od Anny S. Dębowskiej po Jana Kapelę. Książki Olgi Tokarczuk są dla nas. Dla nas – czyli nie dla idiotów. Rozumieją państwo: skoro dla nas, to nie dla idiotów. Albo idioci, albo my. Logika binarna (inaczej niż w przypadku genderu) obowiązuje!

Tak więc odwieczny spór polski popłynął – a szkoda – swym tradycyjnym korytem. Monika Olejnik będzie przechadzać się po sopockim molo z książką Olgi Tokarczuk obok torebki lub zamiast torebki. Polak Tradycyjny, widząc to, za nic w świecie po książkę OT nie sięgnie – nie chce mieć przecież nic wspólnego z Moniką Olejnik!

Bardzo to smutne, i pocieszające jest w tym tylko jedno. Skoro kto chce, strzela focha, kto zaś chce, radośnie się identyfikuje, oznacza to, że Olga Tokarczuk spełniła oczekiwania wszystkich. Okazała się zatem polską pisarką uniwersalną: zarazem (androgynicznie) Leśmianem i Poświatowską, Szymborską i Sienkiewiczem, Stasiukiem i Chutnik. Oto wzór pisarstwa prawdziwie narodowego!

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Spotkanie Olgi Tokarczuk z czytelnikami w Hali Stulecia we Wrocławiu z okazji wydania przez nią powieści „Empuzjon”. Fot. Krzysztof Zatycki / Forum
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Pan Herbert
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Geny
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
ONZ: mission impossible
Jakie znaczenie miała wizyta sekretarza generalnego Antonia Guterresa w Kijowie?
Felietony Poprzednie wydanie
Nikt nie chce być „ruską onucą”
Czy nazizm był odpowiedzią na komunizm?
Felietony Poprzednie wydanie
Przyjdą silni ludzie...
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.