Felietony

Czy Polska i Ukraina powinny być jednym państwem? Nierozsądne marzenia o federacji

Nie ma powodu, aby dziś uruchamiać integrację naszych krajów.

Od pewnego czasu coraz częściej słychać głosy, że Polskę z Ukrainą powinno łączyć coś więcej niż sojusz dwóch państw. Przykładem są słowa Andrzeja Zybertowicza w wywiadzie udzielonym tydzień temu „Gazecie Pomorskiej”.

Oznajmił on między innymi: „Zastanawiam się, czy koncepcja jakiejś unii polsko-ukraińskiej albo Rzeczypospolitej wielu narodów nie mogłaby być wspaniałą przygodą dla pokolenia młodych ludzi”.

Tym samym znany socjolog dołączył do grona publicystów i ekspertów, którzy podobne rozważania snuli choćby na łamach „Nowej Konfederacji” czy w portalu wPolityce. Ich teksty są świadectwem tego, że po napaści Rosji na Ukrainę w lutym bieżącego roku, odżyły marzenia o odbudowie dawnego mocarstwa, jakim 400 lat temu było państwo polskie zwrócone w kierunku wschodnim. Znamienne, że w tym przypadku nie mamy do czynienia z marginalnymi dyskusjami w serwisach społecznościowych, lecz z debatami w głównym nurcie mediów.

Obecne zbliżenie Polski i Ukrainy – zarówno na szczeblu politycznym, jak i społecznym – jest faktem. Stanowi ono olbrzymi kapitał na przyszłość, zwłaszcza w obliczu trwałego zagrożenia ze strony Rosji. Ale przecież nie musi to oznaczać przekształcania polsko-ukraińskiego sąsiedztwa w coś, co określane bywa jako „federacja”. Szczególnie jeśli miałoby to być dla Polski przyczyną poważnych kłopotów.

Rzecz w tym, że pomysły na tworzenie nowego polsko-ukraińskiego podmiotu politycznego biorą się z bezkrytycznego traktowania I Rzeczypospolitej. Wielonarodowościowy charakter tego państwa bywa idealizowany. A to dlatego, że stanowiło ono polityczną potęgę w Europie, więc ze zrozumiałych względów Polacy do dziś odczuwają wobec niego sentyment.

W polskim narodowym imaginarium tereny zwane Kresami kojarzą się z silną obecnością Polaków na Wschodzie. W tym kontekście mogą przychodzić do głowy i rycerze broniący przedmurza chrześcijaństwa, i wieszczowie opiewający swoje ojczyste strony. Choć teraz takie miasta jak Lwów, Grodno i Wilno nie są położone w granicach państwa polskiego, to – ze względu na przeszłość – nie mogą zostać usunięte z przenikniętej romantyzmem polskiej zbiorowej pamięci.

Tyle że I Rzeczpospolita nie była wielonarodowościową arkadią. I ociekające krwią dzieje stosunków polsko-ukraińskich dowodzą tego dobitnie. Oczywiście w imię poprawności politycznej można na takie bolesne wydarzenia, jak kozackie powstanie Bohdana Chmielnickiego, przymknąć oczy, podobnie jak się je przymyka na współczesne kwestie sporne między różnymi narodami. Ale od stłuczenia termometru gorączka nie spada.

Zdaniem żyjącego na przełomie XIX i XX wieku historyka Feliksa Konecznego, ekspansja I Rzeczypospolitej w kierunku wschodnim skutkowała zderzeniem między cywilizacjami. Kozacy bowiem należeli do innego niż szlachta polska porządku cywilizacyjnego – tego, który był spadkiem po najazdach barbarzyńców z Wielkiego Stepu, a nie rezultatem promieniowania łacińskiego Rzymu na Europę.

A zatem z jednej strony Kresy zapełniły się barokowymi świątyniami katolickimi, z drugiej jednak – nastąpiła orientalizacja Polski (przejmowanie przez polską szlachtę cech ludów turańskich). Przejawem takiego stanu rzeczy był sarmatyzm, który oddalał mentalnie Polaków od zachodniej części Europy (kontusze jako widomy znak tej osobności).

Z koncepcji Konecznego można wysnuć wniosek, że Polska odwracając się od Zachodu w kierunku wschodnim popełniła katastrofalny błąd. Kresy stały się dla niej pewnego rodzaju obciążeniem jako teren konfliktogenny i źródło kultury politycznej osłabiającej królestwo.
Przejście graniczne Krakowiec/Korczowa w czerwcu 2022. Czy tę granicę należy zlikwidować? Fot. Alona Nikolaievych/Ukrinform/Future Publishing via Getty Images
Nic więc dziwnego, że u progu XX wieku, gdy pod zaborami wykuwał się nowoczesny polski nacjonalizm, jego główny teoretyk, Roman Dmowski negatywnie się odnosił do modelu państwa wielonarodowościowego. Dlatego chciał on, żeby przyszła niepodległa Polska przybrała kształt terytorialny państwa narodowościowo w miarę jednolitego. A jeśli chodzi o porządek cywilizacyjny, zerkał w kierunku zachodnim – wzorów kultury politycznej dla Polaków upatrywał w Wielkiej Brytanii.

To, co w koncepcji Dmowskiego dotyczyło granic państwa polskiego, do pewnego stopnia ziściło się po drugiej wojnie światowej. Rzecz jasna utratę wschodnich rubieży II Rzeczypospolitej można odbierać jako krzywdę wyrządzoną Polakom na rzecz ZSRR (nawet biorąc pod uwagę rekompensatę w postaci Ziem Zachodnich i Północnych). Niemniej jakiekolwiek rewizjonizmy terytorialne to beczka prochu, o czym w Europie przekonujemy się od trzech dekad.

A trzeba zauważyć, że z powodu tego, iż Polska stała się państwem jednolitym narodowościowo (bo przesunięto granice i większość ludności niemieckiej została wysiedlona), ominęły ją brutalne perturbacje, które po roku 1989 były udziałem krajów wchodzących niegdyś w skład Związku Sowieckiego i Jugosławii. I tego faktu trzeba się trzymać szczególnie w roku 2022, także biorąc pod uwagę kwestie migracyjne.

Tymczasem ludzie opowiadający się dziś za tworzeniem nowego polsko-ukraińskiego bytu politycznego występują z pozycji antynacjonalistycznych. Wychwalają wielokulturowość. Odwołują się do geopolityki jagiellońskiej, którą po pierwszej wojnie światowej firmowały działania Józefa Piłsudskiego.

Marszałek Polski patrzył na rzeczywistość z perspektywy kresowego szlachcica pielęgnującego dziedzictwo I Rzeczypospolitej. Był zwolennikiem federacji zrzeszającej Polskę i państwa, które miały powstać na gruzach imperium rosyjskiego. I jak wiadomo, w okresie międzywojennym nic z tego nie wyszło. Nie tylko dlatego, że Rosja Sowiecka okazała się górą, lecz również z powodu antagonizmów między Polakami, Ukraińcami, Białorusinami i Litwinami.

Innym autorytetem dla orędowników nowego polsko-ukraińskiego podmiotu politycznego jest Jerzy Giedroyc. Jego doktryna – sformułowana po drugiej wojnie światowej razem z Juliuszem Mieroszewskim – traktowana jest jako twórcza kontynuacja geopolityki jagiellońskiej. Tyle że to nieporozumienie.

Giedroyc był twardo stąpającym po ziemi realistą. Mimo że wywodził się z kresowej arystokracji, to w kwestiach politycznych nie żywił sentymentów do przeszłości. Zdawał sobie sprawę z tego, co obciążało stosunki Polaków ze wschodnimi sąsiadami. Postanowił zatem wyciągnąć wnioski z historii.

Uznał kształt terytorialny państwa polskiego po drugiej wojnie światowej z dobrodziejstwem inwentarza. Natomiast był przeświadczony, że kluczem do bezpieczeństwa Polski jest utworzenie państw oddzielających ją od Rosji. Liczył więc na rozpad ZSRR i wyodrębnienie się Ukrainy, Litwy i Białorusi jako niepodległych bytów politycznych (stąd skrótowa nazwa jego doktryny: „ULB”). Przy czym, według redaktora paryskiej „Kultury”, w tym układzie nieimperialistyczna miała być zarówno Rosja, jak i Polska.

Brytyjski historyk, znawca dziejów I Rzeczypospolitej, Richard Butterwick-Pawlikowski namawia Polaków, żeby doktrynę Giedroycia traktowali jako punkt wyjścia w polityce wschodniej. Jednocześnie przeciwstawia on „ULB” temu, co nazywa „fantazjami jagiellońskimi”. Podczas tegorocznej konferencji Polska Wielki Projekt Butterwick-Pawlikowski powiedział: „Odradzałbym nagle wywieszanie emblematów z Unii Hadziackiej [była to zawarta w roku 1658 umowa I Rzeczypospolitej z Kozakami] w oczekiwaniu, że Ukraińcy, Białorusini i Litwini będą tłumnie iść pod polskim sztandarem”.

Drugiej Jałty nie będzie. Zachód nie zostawi Ukrainy

Irena Lasota: Od końca PRL minęło już przeszło 30 lat, a w Polsce wciąż nie wyrobił się nawyk polemizowania.

zobacz więcej
Tak więc w gruncie rzeczy myśl Giedroycia koliduje z założeniami geopolityki Piłsudskiego. Natomiast może być zaskoczeniem, że koresponduje ona… z koncepcją Dmowskiego.

Wokół przywódcy Narodowej Demokracji narósł mit, że był on politykiem antyukraińskim. Tymczasem w jednej ze swoich najważniejszych książek – „Myślach nowoczesnego Polaka” z 1903 roku – odnosi się on pozytywnie do narodotwórczych aspiracji Ukraińców.

Oto frapujący fragment: „Jeżeli Rusini mają zostać Polakami, to trzeba ich polonizować; jeżeli mają zostać samoistnym, zdolnym do życia i walki narodem ruskim, trzeba im kazać zdobywać drogą ciężkich wysiłków to, co chcą mieć, kazać im hartować się w ogniu walki, który im jest jeszcze potrzebniejszy, niż nam, bo są z natury o wiele jeszcze bierniejsi i leniwsi od nas. Jeżeli im będziemy dawali bez oporu wszystko, czego chcą, «a nawet więcej, niż chcą», to tym sposobem sami tylko się z Rusi wycofamy, ale narodu ruskiego nie stworzymy. Zaspokoiwszy ich nadmierne dziś apetyty, pozostawimy tę piękną ziemię gnuśnym, sytym próżniakom, których samoistność dopóty będzie trwała, dopóki ktoś energiczniejszy od nas swej ręki na nich nie położy. Zamiast samoistnego narodu ruskiego przygotujemy pognój pod naród moskiewski”.

Ktoś może się obruszyć, że przytoczony cytat zdradza pogardliwe i paternalistyczne nastawienie autora do Ukraińców. I byłaby to słuszna reakcja.

Tyle że przecież w przywołanym fragmencie należy dostrzec również wskazanie korzyści płynącej dla Polaków za wspierania ludności ukraińskiej przeciw caratowi. A to coś bardzo ważnego i wręcz proroczego. Podobnie jak obawa, że oddanie Ukrainy w ręce „gnuśnych, sytych próżniaków” (czy dziś nie chodziłoby po prostu o tych oligarchów, którzy hamują rozwój swojego kraju, bądź mężczyzn uchylających się łapówkami od wojska?) cywilizacyjnie zwiąże ją z Rosją. ODWIEDŹ I POLUB NAS Nie można abstrahować od tego, że Dmowski na pierwszym miejscu stawiał polski interes narodowy i swoje opinie formułował w czasach, w których nie musiał się cenzurować poprawnością polityczną. Oczywiście teraz jego pisma powinno się czytać krytycznie. Natomiast, żeby w zakresie polityki wschodniej wyłuskać z nich to, co sensowne i aktualne, warto je filtrować właśnie przez doktrynę Giedroycia.

Pozostaje jeszcze jedna istotna kwestia. Chodzi o to, że narodu ukraińskiego nie wolno traktować przedmiotowo. Powinno się uwzględniać – szczególnie teraz, gdy jest on w dramatycznie trudnej sytuacji – jego wrażliwość. Natomiast wysuwanie pomysłów na tworzenie polsko-ukraińskiej unii czy federacji – w dodatku z przywoływaniem pamięci o I Rzeczypospolitej – może wzbudzić wśród Ukraińców podejrzenie, że Polacy chcą ich skolonizować. To zaś mogłoby ożywić dawne polsko-ukraińskie antagonizmy, z których chętnie skorzystałby Kreml. A robienie takich prezentów Rosji to gorzej niż zbrodnia.

Reasumując, polską racją stanu jest Ukraina jako niezależne i silne względem Kremla państwo. Nie oznacza to jednak, że należy od razu uruchamiać jakąś polsko-ukraińską integrację.

– Filip Memches

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Delegacje ukraińskie i polskie składają kwiaty ofiarom terroru komunistycznego w maju 2022 na cmentarzu w Bykowni. Fot. Oleksandr Ishchenko/Global Images Ukraine via Getty Images
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Pan Herbert
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Geny
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
ONZ: mission impossible
Jakie znaczenie miała wizyta sekretarza generalnego Antonia Guterresa w Kijowie?
Felietony Poprzednie wydanie
Nikt nie chce być „ruską onucą”
Czy nazizm był odpowiedzią na komunizm?
Felietony Poprzednie wydanie
Przyjdą silni ludzie...
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.