Felietony

Czego nie widać z lewicowej bańki

Księdza, także młodego, także tego dopiero wchodzącego w kapłańskie życie, „obowiązkowo” pokazuje się dziś w kontekście pedofilii, gejozy, chciwości, pazerności, żądzy władzy i tak dalej. Zupełnie jakby autorzy tych wszystkich artykułów, komentarzy i wpisów nie żyli wśród nas, nie znali nikogo, kto chodzi do kościoła co niedzielę.

Podwarszawski Rembertów, niedzielny poranek 5 czerwca: pustymi ulicami radosna grupa nie tylko młodych, ale i nieco starszych ludzi, ze śpiewem i wśród kwiatów, prowadzi w pochodzie młodego księdza z rodzinnego domu do odświętnie przystrojonego kościoła św. Łucji, gdzie już czekają parafianie, znajomi i przyjaciele. Przyszli na jego prymicję – pierwszą mszę księdza po święceniach kapłańskich.

To nie jest codzienny widok, a nawet jest coraz rzadszy. Spada liczba nowych księży, co w czerwcu widać wyjątkowo wyraźnie, bo to najlepszy miesiąc na święcenia kapłańskie i każda diecezja z dumą informuje o swoich neoprezbiterach, jak się dzisiaj oficjalnie nazywa świeżo upieczonego księdza. Nie napiszę, że młodego, ponieważ nie zawsze są oni najmłodsi, coraz częściej do seminariów duchownych idą mężczyźni dojrzali, po studiach, z doświadczeniem zawodowym.

To zupełnie nowa sytuacja, dla tych najstarszych kandydatów do stanu duchownego powstało nawet osobne seminarium, w Łodzi, ale to historia na zupełnie inny artykuł. Podobnie jak spadek liczby kandydatów, nawet drastyczny, choć muszę go odnotować.

Nie będę też się przeglądać i omawiać przyczyn tego spadku, choć ten wątek akurat wygląda na łakomy kąsek, sądząc po opiniach różnych autorów, także z katolickiego świata. Można się zapewne nieźle „wyżyć” publicystycznie, opisując odejścia ze stanu duchownego, przestępstwa o charakterze seksualnym i wiążące się z nimi matactwa, kościelne „kariery” pseudoautorytetów, itd. Ileż jednak można wałkować te wątki? Sama pisałam nieraz, także na tych łamach, że starsze pokolenie nie załatwiło kilku bardzo poważnych spraw, również w Kościele, a teraz się dziwi, skąd upadek autorytetów i spadek powołań, nie mówiąc o odejściach od Kościoła.

Temat jest jednak znacznie bardziej skomplikowany, a siłą Kościoła nie są analizy socjologiczne – choć, oczywiście, trzeba się zastanawiać nad problemami i je analizować – tylko coś zupełnie innego. Siłą Kościoła jest Pan Bóg i ludzie wiary, a tych nie zabraknie, nawet jeśli będą tylko garstką.
Uroczystość święceń kapłańskich w Katowicach, rok 2018. Procesja z seminarium duchownego do katedry. Fot. Henryk Przondziono / Gość Niedzielny / Forum
Seminaria duchowne pustoszeją nie tylko w Polsce. U nas zjawisko dopiero się rozkręca. Pojawiło się już watykańskie zalecenie, aby w razie konieczności – co pokażą finanse i statystyka – seminaria łączyć ze sobą, jeśli kleryków jest za mało. Diecezje jednak niespecjalnie mają na to ochotę, bo co swoje – to swoje, kandydaci dojrzewają we własnym lokalnym środowisku (choć to akurat jest chyba złudne, skoro wychowuje się nowego księdza dla całego Kościoła powszechnego!), pod czujnym okiem własnego biskupa, a i diecezjalne środki też wiadomo jak dzielić. Seminaria są przecież utrzymywane przez wiernych, których też, według statystyk, jest coraz mniej, nawet jeśli są coraz zamożniejsi.

Nikt nie zauważył

Wrócę teraz do początku: do tego radosnego korowodu, który idzie ulicami Rembertowa w niedzielny poranek i prowadzi do kościoła chłopaka w sutannie, którego wszyscy znają i lubią, bo jest stąd. Tutaj się wychował i dorastał, tutaj razem z braćmi służył do mszy jako ministrant, tutaj sześć lat temu – jako student politechniki – służył do mszy prymicyjnej swojemu starszemu bratu (to akurat jest wyjątkowo niezwykła historia, ale nie aż tak rzadka jak mogłoby się wydawać, więc pozdrawiam innych znajomych księży i ich braci-księży). Razem z nim cieszy się nie tylko jego rodzina – a przyjechało ze dwudziestu kuzynów, ciotek i wujków, nawet z bardzo daleka, by okazać swoje wsparcie – ale kilkaset osób w Rembertowie i okolicy. To przecież wielkie święto dla parafii i bardzo wielu znajomych w Warszawie, gdzie młody ksiądz chodził do szkoły, studiował, rozwijał się w stowarzyszeniu Przymierze Rodzin, wyruszał na wakacyjne obozy, po prostu żył wśród ludzi i budował więzi.

Dlatego jego święcenia kapłańskie są wydarzeniem społecznym, nie poruszają samych tylko rodziców i rodzeństwa, księdza proboszcza i rektora seminarium, lecz wpisują się w historię nie tylko Kościoła, ale historię Polski i historię powszechną.

Pokazał to pięknie w tymże Rembertowie odchodzący właśnie na emeryturę wieloletni, bardzo w tej miejscowości kochany i ceniony proboszcz, ksiądz Wacław Szcześniak. Opowiedział o swojej mszy prymicyjnej sprzed lat, do której służył mu – jeszcze jako diakon – ksiądz Jerzy Popiełuszko, z którym poznali się i zaprzyjaźnili w wojsku, więc i ten historyczny moment z dziejów komunizmu się pojawia.

Małe białe postaci na ulicach polskich miast

Dla większego bezpieczeństwa duchowego.

zobacz więcej
I już mamy tegorocznego młodego księdza – i jego brata, też księdza – wpisanych w długą linie historii Polski. Kiedyś, za pół wieku może, każdy z nich – i oby żyli jak najdłużej – może swoim następcom opowiedzieć, że jego proboszczem był ksiądz, który przyjaźnił się z zamordowanym przez komunistów męczennikiem. Tak przenosi się doświadczenie, tak się tworzy historia.

Prywatna sprawa?

Nie ma znaczenia, czy takich młodych księży jest w diecezji czterech, ośmiu czy dziesięciu, wejście każdego z nich na nową drogę życia jest wydarzeniem o dalekosiężnych skutkach społecznych. To nie jest prywatna sprawa tego czy tamtego chłopaka, tej czy innej rodziny.

Ale tego już się dziś nie zauważa, nie pokazuje i komentuje, a jeśli to tylko negatywnie. Księdza, także młodego, także tego dopiero wchodzącego w kapłańskie życie, „obowiązkowo” pokazuje się w kontekście pedofilii, gejozy, chciwości, pazerności, żądzy władzy i tak dalej. Zupełnie jakby autorzy tych wszystkich artykułów, komentarzy i wpisów nie żyli wśród nas, nie znali nikogo, kto chodzi do kościoła co niedziele (a może nawet i w tygodniu), nie doświadcza z tego powodu dobra, nie cieszy się z tego, że jest katolikiem. Albo jakby zupełnie nie mieli zamiaru tego widzieć ani o tym wiedzieć. Czy są tak bardzo zlewicowani, że nie są w stanie – i nie mają zamiaru – dostrzegać jakiegokolwiek dobra poza swoim własnym kręgiem wartości, a już na pewno nie wśród ludzi wiary? Nie są w stanie użyć rozumu, żeby dostrzec inny świat?

W minionych dniach pewne – ale nietrwałe – poruszenie w mediach społecznościowych wywołał wpis jakiegoś świeżo wyświęconego młodego księdza, którego profil został – kiedy napisał o swoich święceniach – wprost zalany falą nieżyczliwości, chamstwa, wulgaryzmów i ordynarnych pomówień. Z jakiego powodu? Że został księdzem?
        ODWIEDŹ I POLUB NAS     Nie ma w mediach, uznawanych przez naszych twórców opinii za „opiniotwórcze”, reportaży i artykułów o księżach, którzy pozytywnie działają w wielu dziedzinach, nie mówiąc o tej podstawowej, jaką jest praca duszpasterska z wiernymi w parafiach. Księża – i siostry zakonne, które już w żadnym kontekście nie są zauważane, choć czynią tyle dobra – prowadzą koła samokształceniowe i inspirują do pogłębiania wiedzy, bo wiedza biblijna też jest wiedzą!), jeżdżą z młodzieżą w góry, organizują rozgrywki sportowe, prowadzą pielgrzymki po świecie (bo Polacy, wbrew pozorom, jeżdżą nie tylko do egipskich kurortów na wypoczynek „last minute”), organizują kręgi pomocy charytatywnej, kluby seniorów i biblioteki.

Kilka lat temu podczas jakiegoś panelu dr Barbara Fedyszak-Radziejowska, znakomita socjolog o rozległych zainteresowaniach badawczych, mocno potrząsnęła zgromadzonym gremium, ukazując oczywiste – a całkowicie nieuwzględniane – aspekty tego zjawiska, jakim są studia seminaryjne i coroczne wejście w społeczeństwo nowej grupy wykształconych, ze znajomością (lepszą czy gorszą, ale jednak) języków obcych, uformowanych duchowo młodych mężczyzn z określoną drogą życiową, przygotowanych – lepiej czy gorzej, ale jednak – do pracy z innymi ludźmi, ukierunkowanych patriotycznie. Czy na pewno ich wiedza i umiejętności są należycie wykorzystywane – pytała wtedy – czy są zauważani i czy w ogóle mamy świadomość ich istnienia? Czy są obecni w naszym myśleniu? Pytania są dramatyczne, a odpowiedzi jeszcze trudniejsze niż wtedy.

Tacy sami jak my

Dwóch braci z tej rembertowskiej rodziny, dwóch braci z innej, warszawskiej, trzech z lubelskiej – gdzie w mediach spoza katolickiego kręgu znajdzie czytelnik reportaże o takich rodzinach, które nie tylko same wychowują dzieci w duchu najwyższych wartości, ale też oddziałują na innych życzliwością, kulturą, szacunkiem dla każdego człowieka, pracowitością, wiedzą i umiejętnościami? Jak ma oddziaływać dobro, które tworzą, jeśli jego istnienia nie dopuszcza się nawet do świadomości?
W 2018 roku metropolita poznański abp Stanisław Gądecki udzielił święceń kapłańskich siedmiu diakonom. Fot. Robert Woźniak / Forum
Kilka tygodni temu pisałam, że medialne zdumienie – dla mnie nieco sztuczne i nakręcane – gotowością i jakością pomocy świadczonej przez Polaków przybyszom z zaatakowanej Ukrainy zupełnie nie uwzględnia tego, że Polacy pomagają z wielowiekowej tradycji chrześcijańskiej. I to właśnie takie rodziny – rzecz jasna, nie tylko te, w których wyrastają przyszli księża, ale szerzej rodziny zaangażowane w swoje chrześcijaństwo wciąż od nowa budują, przenoszą i umacniają tę tradycję. Jesteśmy społeczeństwem znacznie bardziej chrześcijańskim niż się nam wydaje – i nie chodzi o statystyki, tylko o postawy.

Nowi księża, którzy właśnie weszli na drogę kapłaństwa, wiadomo, że będą różni: jedni bardziej pracowici, inni bardziej rozśpiewani, jedni sprawni w organizacji pielgrzymek, inni z legendą niezwykłych spowiedników, niektórzy odejdą, inni pójdą „w biskupy”. Ale zawsze będą częścią nas, bo są z nas i są tacy jak my. Jakim cudem mieliby być inni? O tym też się najczęściej zapomina w tej nieustającej fali krytyki i przygany, jaka od kilku lat się unosi.

W tych dniach za 24 lata kapłaństwa dziękowało szesnastu księży diecezji bielsko-żywieckiej, wyświęconych w 1998 roku. Jeden z nich, znany rekolekcjonista ks. dr Wojciech Węgrzyniak powiedział: „Mamy wiele szczęścia – jako kapłani pracujemy już 8 razy dłużej niż Chrystus, żyjemy kilkanaście lat dłużej niż On. Mamy za co dziękować. Dziś, gdy mówi się o kryzysie w Kościele, w naszych świątyniach wciąż mamy naprawdę niemało wiernych, wciąż mamy dla kogo pracować”. I zachęcił, by w ocenie współczesnego Kościoła nie popadać w pesymistyczne nastroje. Lepszej pointy nie mogłam sobie wymyślić.

– Barbara Sułek-Kowalska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Święcenia kapłańskie młodych księży w Bazylice Archikatedralnej w Poznaniu, rok 2018. Fot. Robert Woźniak / Forum
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Pan Herbert
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Geny
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
ONZ: mission impossible
Jakie znaczenie miała wizyta sekretarza generalnego Antonia Guterresa w Kijowie?
Felietony Poprzednie wydanie
Nikt nie chce być „ruską onucą”
Czy nazizm był odpowiedzią na komunizm?
Felietony Poprzednie wydanie
Przyjdą silni ludzie...
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.