Kultura

Virtual reality epoki dorożek. Zapomniana sztuka panoram

Dzięki nim podziwiano zmagania pod Trafalgarem, widoki ludnego Londynu i wydm Scheveningen, Jerozolimę w dniu Ukrzyżowania i wkroczenie Węgrów na równinę panońską. A także bitwy pod Waterloo, pod Borodino i oczywiście – pod Racławicami. Tę ostatnią od 128 lat, od odsłonięcia dzieła Jana Styki i Wojciecha Kossaka we Lwowie 5 czerwca 1894 roku.

Jak nie kępa drzew, to komin, jak nie wieża, to tłum ludzi, który przesłania widok. A już w ludnym mieście, w górach albo w lesie co chwila coś widok przesłania. Starym jak świat rozwiązaniem jest wspiąć się na coś wyższego: na plecy taty, na słup, na gałęzie drzewa, które służą ciekawskim przy okazji wszelkich bitew i zawodów.

A gdy ktoś wejdzie naprawdę wysoko, może się zdarzyć, że rozejrzy się dokoła. Skręci głowę w prawo, w lewo – i cały świat ukazuje mu się niczym misa. A gdyby tak to namalować?

Obrazy pokazujące widnokrąg znane były cywilizacjom od dawna. Wygrywają w tym (jak zwykle w takich przypadkach) Chińczycy: „Widok wzdłuż rzeki podczas święta Qingming” pędzelka Zhang Zeduana powstał u schyłku panowania dynastii Song, czyli w XII wieku. Na pięciometrowym zwoju, ukazującym ludny Kajfeng, w którym odprawiane są na poły Dziady, na poły Zaduszki, aż roi się od zwierząt gospodarskich, lektyk, powozów, łodzi i przede wszystkim sylwetek ludzi, których naliczono aż 814 (wiadomo: Chiny!).

Długi widok miasta

Ale i europejscy rytownicy, począwszy od XVII wieku coraz częściej sporządzali tzw. perspektywy czy „długie widoki” miast, ukazując na jednej, nieproporcjonalnie długiej rycinie całą miejscowość „od końca do końca”. Tym samym naśladując nie to, co może ukazać się pojedynczemu spojrzeniu, lecz niejako zszywając na jednym obrazie kolejne widoki. Najsłynniejszym twórcą takich obrazów był prażanin Vaclav Hollar, którego wojna trzydziestoletnia rzuciła najpierw do Kolonii, potem zaś do Londynu – tam, już jako Wenzeslaus, dorobił się fortuny i naśladowców.
ODWIEDŹ I POLUB NAS
Pomysł, na który wpadł wychowanek epoki Rozumu, Irlandczyk Robert Baker, był czymś zupełnie innym: nie chodziło w nim o to, by po prostu pokazać, co można zobaczyć ze szczytu wieży czy pagórka, „sklejając” kolejne perspektywy. Obserwator miał poczuć, że znajduje się wprost na szczycie wieży lub pagórka i, kręcąc głową, po kolei móc widzieć cały widnokrąg! Widzieć wszystko, dzięki potędze ludzkiego umysłu: „wszystko”, czyli w klasycznej grece pan i „obraz”, czyli horama. Gdyby Baker w public school bardziej przykładał się do Horacego niż do Homera, pewnie wymyśliłby „omniapicturę”. Ale też nic by nie wymyślił, gdyby nie inny wynalazek Oświecenia: już pierwsi krytycy panoram zauważyli, że widok z nich nadzwyczaj przypominał doznania wzrokowe podczas lotu balonem.

Dawniej lubiano romantyzować moment dokonania odkrycia czy wynalazku: Archimedes miał ponoć odkryć wartość siły wyporu w kąpieli, Newton oberwać jabłkiem… Czy Baker naprawdę wpadł na swój pomysł podczas przechadzki po Calton Hill w pobliżu Edynburga? Tego nie wiemy, ale z całą pewnością opatentował swój pomysł w 1787, a już rok później „Panorama Edynburga ze wzgórz Calton” ujrzała światło dzienne.

Dzienne – ale przefiltrowane przez szyby sklepienia. Jednym z paradoksów panoram jest bowiem to, że stwarzają obraz zdumiewająco zbliżony do naturalnego przy pomocy wyjątkowego nagromadzenia środków potęgujących iluzję i modyfikujących „warunki naturalne”. Jak ujął to jeden z zafascynowanych panoramami epistemologów: patrzący na nie widz nie tyle podziwia obraz w złoconych ramach, ile zostaje w te ramy wciągnięty, samemu stając się częścią obrazu!

I rzeczywiście. Pierwsza zachowana panorama Bakera, czyli „Widok Londynu ze wzgórz Albion Mills” (1801) i sposób jej prezentacji w zasadzie stworzyły kanon tej sztuki. Owszem, od tego czasu rosły rozmiary płócien (wspomniany „Widok Londynu…” liczył ok. 250 metrów kwadratowych, panoramy końca XIX w. zwykle przekraczały już tysiąc metrów, a Chińczycy wciąż nie powiedzieli swego ostatniego słowa!) i ich szczegółowość.
Przekrój rotundy na Leicester Square, w którym wyeksponowano panoramę Londynu (1801). Fot. Robert Mitchell - http://www.tate.org.uk/context-comment/articles/kings-vast, Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=50434628
Nieznacznie zmieniło kształt rusztowanie, na którym napinano płótna: początkowo było prostym walcem, jak z podręcznika geometrii dla podstawówki, zaś w połowie wieku, słuchając porad optyków, postanowiono, że walec ten będzie nieco wklęśnięty w połowie wysokości (matematycy określają ten kształt mianem hiperboloidy obrotowej, ale my nie musimy o nim wiedzieć nic więcej).

Widok z wnętrza walca

Istota pozostała jednak ta sama: widz panoramy znajduje się w jej centralnym punkcie, mogąc obrócić się lub przejść kilka kroków tak, by zobaczyć cały widnokrąg wokół siebie, pełnych 360o. Zwykle znajduje się w połowie wysokości płótna i jest od niego oddalony o kilkanaście, czasem kilkadziesiąt metrów, by nie dostrzegać, że ma do czynienia z obrazem. Poszczególne płaty czy płaszczyzny panoramicznego pejzażu (płótna o długości 150 metrów nie sposób było malować „w całości”, nikt też nie zdołałby go później podnieść i naciągnąć na rusztowanie) zszywano i dodatkowo zamalowywano szwy. Do pomieszczenia trafiano zwykle prowadzącym pod ziemią, pogrążonym w półmroku korytarzem – po to, by „wytłumić zmysły”. A gdy już się weszło do głównej sali…

Potoki światła – z góry, czasem również z boku (niektóre dioramy malowano na cienkim, półprzejrzystym płótnie, by wzmóc wrażenie plastyczności i trójwymiarowości). Podmuchy świeżego powietrza – z niewidocznych nawiewów. Niewidoczna jest również z reguły górna krawędź panoramy, ginie w półmroku. Podobnie dolna – znajduje się pod powierzchnią pomieszczenia. By iluzja była pełniejsza, przed dolnym brzegiem malowidła ustawiano tzw. sztafaż: liczne przedmioty, tworzące iluzję trójwymiarowości.

Czegóż tam nie było! By uświetnić panoramę wydm Scheveningen pędzla Hendrika Mesdaga zwieziono tony nadmorskiego piasku, wyrzuconych przez morze pni i sieci. Widok Jerozolimy nie byłby pełny bez kolumn i gruzu skalnego na pierwszym planie, Kossak i Styka ściągali od kogo się dało stare armaty i giwery, by wierniej ukazać racławickie pobojowisko.

I – jak to z wynalazkami bywa – poszło! Zgodnie z angielskim prawem Baker stracił prawo na wyłączność w drugiej dekadzie XIX wieku i rychło panoramy zaczęto liczyć w dziesiątkach, może i setkach? Szwajcarzy malowali Alpy, Francuzi – bitwy Napoleona, Rosjanie – też bitwy Napoleona (właściwie to jedną, Borodino), ale i wojny krymskie, Amerykanie – Niagarę albo Missisipi, a wszyscy – widoki Rzymu, Neapolu, Wenecji oraz Aten.

Kto naprawdę uratował „Bitwę pod Grunwaldem”

W peerelowskiej propagandzie to chłopo-robotnicy musieli ukrywać obraz.

zobacz więcej
Zamówień przybywało, rosły fortuny, a krytycy kręcili nosem – jak to zwykle na media. Co ciekawe, panoramy krytykowano zazwyczaj z pozycji arystokratycznych (by nie rzec, bardziej współcześnie, „oligarchicznych”). Oto kolejni sceptycy, począwszy od samego Williama Wordswortha, jednego z najwybitniejszych przecież poetów romantycznych, zwracali uwagę na „wulgarność” panoramy: za jedyne trzy szylingi (swoją drogą, całkiem niemało) każdy zwiedzający może posmakować chmur, krajobrazu i wzniosłej przeszłości, bez odebrania żadnej uprzedniej edukacji artystycznej! To bardziej jarmarczna sztuczka niż wielka sztuka!

Proste „ach”!

Trochę racji trzeba Wordsworthowi przyznać. Rzeczywiście, dzieła malarskie (zarówno klasyczne, jak i romantyczne) wymagały pewnego obycia i wyrobienia. Należało je „czytać”, tropiąc zarówno aluzje i ukryte sensy religijne czy mitologiczne, ale i język wizualny – mgły, światła, cienie, barwy – niosły ze sobą zwykle dodatkowe znaczenie. Panorama nie niosła żadnej treści prócz tej zawartej w tysiącach szczegółów i najbardziej oczekiwaną przez twórców reakcją było proste „ach”.

Na to mogli liczyć, szczególnie, kiedy w połowie XIX wieku rozwinęła się boczna ścieżka ewolucyjna wynalazku, czyli tzw. panoramy ruchome. Tu już naprawdę nie dbano o artyzm, lecz o przekazanie możliwie wielu wrażeń i doświadczenia podróży. Kilkusetmetrowe nawet płótno (oczywiście, zszyte z fragmentów) nawijano na dwa gigantyczne wałki i stopniowo „przewijano” przed oczami zachwyconej publiczności, zupełnie tak, jak taśmę filmową czy magnetofonową, tylko naturalnie o wiele wolniej. Przed oczyma widzów przewijały się zatem widoki amazońskiej dżungli, brzegów Nilu czy polowania na wieloryby. Ot, ruchome obrazki, co się zowie – tyle, że w bardzo długim ujęciu.
Niedoścignionym osiągnięciem w tej dziedzinie była „Panorama Kolei Transsyberyjskiej”, zaprojektowana przez malarza Pawła Piaseckiego na Wystawę Światową w Paryżu w roku 1900. Na płótnie długości, bagatela, 942 metrów ukazano widoki, jakie ujrzeć można było za oknem wagonu jadącego z Samary do Władywostoku. „Wyświetlano” je (czytaj: przewijano) za oknami prawdziwego wagonu kolei transsyberyjskiej, specjalnie w tym celu dostarczonego do Francji. Zwiedzający Wystawę Światową zasiadali w fotelach – i patrzyli, patrzyli…

Wagon stał na specjalnych resorach, które zapewniały kolejowe kołysanie. Z fonografu odtwarzano szczęk zwrotnic. Nie pożałowano również sztafażu, czyli przedmiotów trójwymiarowych. Umieszczono go pod oknami wagonu na trzech osobnych taśmociągach: najbliższy widzom, wypełniony piaskiem, skałami i pniami, poruszał się z prędkością 300 metrów na minutę. Środkowy (była to właściwie osobna mikro-panorama z namalowanymi trawami i krzewami) pędziła 120 metrów na minutę, kolejny ekran, ukazujący drzewa i pustynie, sunął już wolniej – na minutę pokonywał 40 metrów.

Panorama właściwa, z widokami miast i szczytów gór, przesuwała się z prędkością 5 metrów na minutę (jak łatwo obliczyć, pełna sesja transsyberyjska trwała ponad trzy godziny). Czy nie fantastyczna virtual reality z czasów belle epoque?

Narodowe wzruszenia

To były jednak naprawdę zabawy dla gminu. Klasa średnia chciała podziwiać panoramy statyczne – a przy okazji doznawać uczuć patriotycznych i wzniosłych. W drugiej połowie XIX wieku nastąpił w związku z tym renesans popularności panoram, ukazujących przede wszystkim wielkie „bitwy założycielskie” poszczególnych narodów, czasami też krajobrazy uważane za kwintesencję „ojczystych”. O „Przybyciu Węgrów” (A magyarok bejövetele) Árpáda Feszty’ego wspomniałem już wyżej. Amerykanie zafundowali sobie (oczywiście) bitwę pod Gettysburgiem, Rosjanie (oczywiście) – Borodino i Sewastopol. A Polacy? No tak, wiadomo.

Wiadomo – choć nie o wszystkim. Wiadomo, że panoramę zamówiła jeszcze w 1893 Rada Miasta Lwowa (ówczesnej, pamiętajmy, stolicy Galicji!) tyleż dla uświetnienia stulecia Insurekcji, co zaplanowanej na 1894 Powszechnej Wystawy Krajowej. „Kiedy powziąłem myśl wykonania tego dzieła, nie szło mi jedynie o uświetnienie tryumfu oręża polskiego, bo zwycięstwa większe miała Polska w dziejach swoich, ale chodziło mi o to tylko, by wykazać, że tutaj przed stu laty złączyły się wszystkie stany dla obrony Ojczyzny, ale zależało mi na uświetnieniu imienia najwznioślejszego bohatera wolności, Kościuszki” – deklarował zleceniobiorca podczas uroczystości odsłonięcia Panoramy przed 128 laty.
Wiadomo, że obaj czołowi wykonawcy, czyli Jan Styka i Wojciech Kossak, najpierw odbywali szczegółowe studia terenowe w kwietniowym błocie pod Racławicami (dotarli aż na pagórek w Dziemięrzycach – „Panorama..” odtwarza widok właśnie z tamecznego poletka rzepaku), potem zaś – w wiedeńskich archiwach wojskowych, gdzie zachowały się szkice pola bitwy… Taktykę pola bitwy konsultował prof. Tadeusz Korzon, barwę i broń – prof. Konstanty Górski. Malował prawie pluton, a przynajmniej drużyna – oprócz Styki (kosynierzy) i Kossaka (większość koni i piechoty rosyjskiej) szczególnie zasłużyli się: Ludwik Boller (niebo), Tadeusz Popiel (drzewa, chałupy), Teodor Axentowicz (wizerunek 2 Regimentu Pieszego Koronnego) i Włodzimierz Tetmajer (lud).

Ale nie każdy pamięta, że sukces Panoramy Racławickiej pociągnął za sobą niemal narodziny „polskiej szkoły panoramy”!

Najbardziej skorzystał na tym Jan Styka, artysta przedsiębiorczy, co się zowie. Najpierw przyjął od Węgrów gigantyczny obstalunek na tzw. Panoramę Siedmiogrodzką – wizerunek zwycięstwa powstańców z epoki Wiosny Ludów pod Sybinem. W dodatku – dowodzonych przez jenerała Bema, więc i pomnik przyjaźni polsko-węgierskiej…

Biznes z Węgrami

Dzieło było gigantyczne – 120 metrów obwodu na 15 wysokości, czyli tyle, co Panorama Racławicka. Uroczyste odsłonięcie miało miejsce w Budapeszcie (oczywiście w rocznicę Wiosny Ludów, w 1898 roku), potem – tournée po krajach Korony św. Stefana, ba, nawet po Kongresówce. Ostatecznie jednak, mimo przyjaźni, okazało się, że zleceniodawcy nie zapłacili za dzieło. Oburzony Styka zrobił to, co nieraz zdarzało się autorom panoram: dzieło o powierzchni 1800 m2 pociął na części, decydując się na sprzedaż detaliczną zamiast hurtowej.

Oczywiście – nie całe. Z 1800 metrów wykroił 60 najbardziej efektownych fragmentów (szturm na bagnety, ogień dział, oficerowie kurzący fajki), sygnując je własnym nazwiskiem. Reszta została przemalowana, a fragmenty najmniej udane (chmury nad Siedmiogrodem, zbocza gór, lasy) sprzedawano, jak wieść niesie, po prostu na plandeki. I dlatego właśnie, chociaż Muzeum w Tarnowie od lat zabiega o odtworzenie tego arcydzieła, zdołało dotychczas zgromadzić zaledwie 38 fragmentów.

Styka malowałby i więcej – kolejną panoramą chciał uświetnić krakowski Barbakan, czyli „Rondel”), co bezlitośnie podsumował swą fraszką Tadeusz Boy-Żeleński („Zobaczył pan Styka, Jak raz mały kondel / Podniósł zadnią łapkę I spaskudził Rondel. / I przyszła Mistrzowi Do głowy myśl słodka: / A gdyby to samo Zrobić ode środka…?”). Ale największy polski obraz to jednak Panorama Tatr.

Żadnych rozmów nie będzie. Ukraińcy oddadzą, co zechcą

„Dar” tak nazwali Sowieci podlegający zwrotowi ułamek polskiego dziedzictwa we Lwowie.

zobacz więcej
Największy, bez wątpienia: 115 m obwodu na 16 m wysokości, czyli w sumie 1840 m2. Wyjątkowo zlecono to nie Styce, lecz tandemowi Włodzimierz Tetmajer – Wincenty Wodzinowski. Pędzle do dzieła przyłożyli wspomniani już Boller (który przypłacił to zresztą życiem, spadłszy z rusztowania) i Axentowicz, ale i inni – kwiat krakowskiej Akademii. Lokalizację (szczyt Miedzianego) wybrał największy polski znawca Tatr końca XIX wieku Walery Eliasz-Radzikowski, specjalną broszurę napisał inny tatromaniak Kazimierz Przerwa-Tetmajer, panowie artyści, w większości niezwyczajni wspinaczki, przez dwa miesiące drapali się ze schroniska w Morskim Oku na Miedziany, by szkicować turnie, granie i ciemnosmreczyńskich skał zwaliska, gdzie pawiookie drzemią stawy. W Warszawie na przyjęcie „Panoramy Tatr” wzniesiono na Dynasach specjalny budynek.

I co? I klapa. Przedsięwzięcie, które pomysłodawcy miało przynieść fortunę, okazało się klapą: czy, że pojawił się już kinematograf, czy, że zbyt wiele zainwestowano w kozice... Dość, że już po niespełna trzech latach budynek zamknięto, a panoramę pocięto i zlicytowano. Mściwy Styka wykupił przeszło połowę płótna (60 x 16 metrów), by na odwrocie namalować kolejną panoramę, czego krakowskie środowisko nigdy mu nie zapomniało. Z całego przedsięwzięcia zachowały się dwa kartonowe szkice Stanisława Janowskiego oraz wyszukana przez pana Andrzeja Dobosza, najmniej chyba udana w historii ingerencja carskiej cenzury. W jednym ze swych licznych umoralniających wierszyków Stanisław Jachowicz (ten od „Pan kotek był chory…”), tworzący w Krakowie, zapisał bowiem następujące słowa grzecznego chłopca:

Dała mi dwa złote mama,
Bym zobaczył panorama.


Wierszyk inspirowany był „Panoramą Racławicką”, a traktował o wielkoduszności. Tej ostatniej zabrakło jednak cenzorowi w Priwislańskim Kraju, który – w trosce o to, by w wierszu nie padła nazwa „narodowego” pieniądza, jakim posługiwano się wówczas w Galicji – dokonał jedynego w swoim rodzaju przewalutowania, przeliczając złotówkę na kopiejki i nakazując opublikowanie następującej wersji:

Dała mi 20 kop. mama,
Bym zobaczył panorama
.

Malarstwo epoki Honeckera

Wydawało się, że kolorowe zdjęcia i kino, ze wszystkimi swoimi efektami specjalnymi, położą kres panoramom. Ale nie! Pędzle panoramistów po raz kolejny zaprzęgnięte zostały do pracy w krajach realnego socjalizmu. „Drugi renesans panoramy” rozpoczął się od płótna (115 x 15) namalowanego przez 11 radzieckich i 2 bułgarskich artystów dla uczczenia stulecia Bitwy pod Plewną, która dała początek wyzwoleniu Bułgarii spod osmańskiego jarzma. Arcydzieło uświetniające rządy Todora Żiwkowa zainspirowało z kolei Ericha Honeckera: w NRD przez 21 lat (1976-1987) powstawał obraz artysty Wernera Tübkego (123 x 14), przedstawiający XVI-wieczny zryw Thomasa Müntzera, znany w historiografii jako „Wojna chłopska”, a szerzej – narodziny postępowego Renesansu (na płótnie znalazł się m.in. Mikołaj Kopernik, który jako żywo nie brał udziału w zmaganiach gawiedzi frankońskiej).
Panorama Museum w Bad Frankenhausen/Kyffhäuser (Turyngia) w Niemczech, otwarte w 1989 w ówczesnym NRD. Rotunda znajduje się w miejscu bitwy pod Frankenhausen z 1525 roku, zwanej wojną chłopską, i mieści jej panoramę – Bauernkriegspanorama. Fot. Andreas Vogel - Praca własna, CC BY-SA 3.0, Wikimedia https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=9878021
Tę panoramę odsłonięto we wrześniu 1989, na dwa miesiące przed upadkiem Muru Berlińskiego – ale pochodnia została poniesiona dalej. Największa liczba panoram znajduje się obecnie w Chińskiej Republice Ludowej. Są one w dodatku największe na świecie („Bitwa pod Buai Hai”, gdzie w 1948 600-tysięczna armia komunistyczna pokonała 800-tysięczne zastępy Kuomintangu, liczy sobie blisko 2800 m2) i stale powstają nowe.

A może po prostu tak jest, że ludzie chcą podziwiać zapierające dech w piersiach widoki – tak, żeby było przy tym wygodnie, nie strzelali i nie wiało? I może proza poetycka Herberta, chociaż zatytułowana „Fotoplastykon” („Wielka brązowa beczka, w którą leją z góry błękit paryski, srebro arabskie, zieleń angielską. Dodają jeszcze szczyptę różu indyjskiego i mieszają wielką chochlą. Gęsta ciecz wycieka przez szpary, a ludzie, którzy obsiedli beczkę jak muchy, zlizują łapczywie kropla po kropli”) traktuje też o panoramie?

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Panorama Racławicka po konserwacji z 2016 roku w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. W ciągu dwóch tygodni m.in. odświeżono scenografię obrazu. Ówczesna konserwacja kosztowała około 250 tys. złotych. Fot. PAP/Maciej Kulczyński
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Monroe i Miller. Jak intelektualista stracił zmysły
Znajomy żartował: „Wasze dzieci będą miały urodę Arthura i rozum Marilyn”.
Kultura Poprzednie wydanie
Opowieści okrutne jak życie
To sadystka, wampir, dusicielka. I to się widowni podoba.
Kultura Poprzednie wydanie
Ponad 80 lat na wygnaniu. Niesamowita historia Siedmiu Obrazów
Było to ideowe serce polskiego pawilonu na nowojorskiej wystawie EXPO.
Kultura wydanie 22.07.2022 – 29.07.2022
Marc Chagall – freak ze sztetlu
Mawiał o sobie: „Jestem małym Żydkiem z Witebska. Wszystko, co czuję, maluję, robię, całe moje »ja« się w tym zawiera”.
Kultura wydanie 22.07.2022 – 29.07.2022
Najpiękniejszy bas świata
Ładysz za kołnierz nie wylewał, palił namiętnie cygara, jadał wysokokalorycznie, ale, jak podkreślał, smacznie.