Cywilizacja

Sport na gazie. Jak to możliwe, że piją, palą i wygrywają?

Robert Lewandowski, Iga Świątek, Hubert Hurkacz prowadzą higieniczny tryb życia, stosują zdrową dietę, a o nocnych imprezach i używkach nawet nie pomyślą. Ale są też sportowcy, którzy wygrywają bez takich wyrzeczeń.

Używki i sport? Zasadniczo niekoniecznie. Zwłaszcza w teorii, gdyż jak wiadomo picie alkoholu czy palenie papierosów szkodliwe jest oraz niezdrowe, a niezdrowy sportowiec to nie sportowiec tylko przypadek kliniczny. Praktyka jednak rzadko potwierdza teorię.

Tak rzadko, że prawie ją obala. Nie mam na myśli naukowej strony zagadnienia. Destrukcyjny wpływ używek na ludzki organizm dokumentują badania, a sportowiec to także człowiek tyle, że ostro podrasowany, zarówno fizycznie jak i psychicznie.

Z tej przyczyny powinien unikać wszystkiego, co może go osłabiać. Jednak liczne przykłady wskazują, że jest inaczej. Sportowcy piją alkohol, palą papierosy i zdobywają medale. Teoria higieny zdrowotnej raczej ich nie przekonuje. I to mam na myśli.

Już słyszę głosy oburzenia, że przecież nie wszyscy. Jasne, że nie wszyscy, ale po latach sportowych doświadczeń wiem, że sport i używki to bardziej norma niż wyjątek. Czasem mniej a czasem silniej utrwalona. Nawet w przypadku wybitnych mistrzów.

Połykacz dymu

Kiedy biegałem przez płotki, miałem kumpla, który był Francuzem. Nazywał się Guy Drut i miał dziadka Polaka. Toteż wnuk świetnie przeklinał po polsku. Najchętniej wtedy, kiedy klękaliśmy obok siebie w blokach startowych. Jednak nie to było najbardziej zaskakujące.

Guy był nałogowym palaczem tytoniu, a zarazem wirtuozem techniki płotkarskiej. Palił wyłącznie Gauloisesy. Dwie paczki dziennie całkiem spokojnie, rzecz jasna ciężko trenując. Także wytrzymałość szybkościową, co wymaga dobrej wentylacji płuc.

Często podczas rozgrzewki przed biegiem nagle znikał ze stadionu, tak jakoś bez sensu. Wracał po kwadransie jak gdyby nigdy nic. Byłem ciekaw po co to robi? Zacząłem podejrzewać, że „daje w żyłę”, znaczy przyjmuje jakiś doping. Ale nic z tych rzeczy.

Guy wymykał się na parę dymków po prostu. Zamykał się w kibelku, by wypalić na szybko kilka papierosów. Zdarzało mu się kopcić między biegami w zawodach. Przyznam, że lekko zdębiałem, gdy to zobaczyłem na mityngu w Formii.

Po występie w eliminacjach, przed startem finałowym Guy pojawił się w oknie na piętrze budynku klubowego z papierosem w zębach. Czasu miał niewiele, więc wypalił ze dwa, najwyżej trzy Gauloisesy. W finale pobił rekord życiowy bliski rekordu Europy.

Ten połykacz dymu został nie tylko najlepszym płotkarzem świata w niespełna dekadę, ale także mistrzem olimpijskim na 110 metrów przez płotki, przełamując w tej konkurencji dominację Amerykanów.

Poza nałogiem palenia, na którym sport najwyraźniej nie ucierpiał, Guy był duchem wolnym i rozrywkowym. Bywało, że bankiety po imprezach kończył tańcami na stole. Rzecz jasna w gronie przyjaciół i na długo przedtem, zanim został ministrem sportu Francji.

Od narkomana do mistrza

Z grubsza biorąc żaden rodzaj uzależnienia od używek nie czyni człowieka zdrowszym ani sprawniejszym. Obniża możliwości fizyczne oraz intelektualne. W skrajnych przypadkach degeneruje osobowość i organizm, aż w końcu zabija.

Lecz jest pytanie, gdzie leży granica, po której przekroczeniu nie ma już odwrotu. Ona niewątpliwie gdzieś istnieje, wydaje się być związana z rodzajem nałogu. Twarde narkotyki nie dają ponoć żadnych szans, zwłaszcza dłużej stosowane. Ale czy rzeczywiście?

W polskim sporcie zdarzyło się coś, co temu zaprzecza. Znalazł się ktoś, kto dokonał niemożliwego. Ten ktoś nazywa się Jerzy Górski i przebił dno długotrwałego uzależnienia od ciężkich narkotyków, by narodzić się na nowo i być mistrzem triathlonu.

Czarna dziura w jego biografii trwała kilkanaście lat. Brał wszystko, co było na rynku. Kradł, żeby kupić narkotyki, więc siedział w więzieniu. Doszedł do stanu ludzkiego wraka. Wreszcie trafił do Monaru i na Marka Kotańskiego.
Płotkarz Guy Drut (późniejszy minister sportu Francji, w roku 2005 skazany za korupcję) podczas zawodów w 1970 roku. Palił jak smok, biegał jak gepard. Fot. Universal/Corbis/VCG via Getty Images
Trudno jednoznacznie wskazać przyczynę przełomu, jaki nastąpił wtedy w jego życiu. Jerzy twierdzi, że rozmowy z Kotańskim uaktywniły w nim ukrytą pasję do wysiłku fizycznego, co było jedną z metod terapii. Tyle, że to nie jest takie proste.

Człowiek, który ledwie wstawał z łóżka i słabo trzymał się na nogach, nie mógł śpiewająco przestawić się na tryb sportowy. Same rozmowy tego nie sprawiły. Poranne truchciki po terenach ośrodka - także nie. Zatem co zadziałało?

Mówiąc ogólnie i najkrócej – zadziałała siła ludzkiego charakteru. Ona istnieje w każdym z nas, wyzwalają ją nierzadko tylko skrajnie trudne okoliczności, np. związane z przetrwaniem, są na to liczne przykłady. Ernest Hemingway ujmował to tak: „człowieka można zniszczyć, ale nie można pokonać”.

Historia Jurka Górskiego wpisuje się w to stwierdzenie. Jego przemiana zaczęła się w roku 1984. W 1990 został mistrzem świata w Double Iron Triathlon (podwójny Ironman) pokonując dystans 7,6 km w pływaniu, 360 km na rowerze i 84 km biegiem.

Teoretycznie był daleko za burtą i tonął. Miał jedną, nikłą szansę, żeby wrócić do normalnego życia. Prawie żadnej, aby stać się mistrzem sportu. Przekroczył i przesunął nieprzekraczalną granicę możliwości. I nadal nie wiadomo, gdzie ona jest.

Z procentami żartów nie ma

Obserwując niektóre sportowe kariery wiele osób łapie się za głowę i przeciera oczy ze zdumienia. Niełatwo sobie wytłumaczyć, jak można być nałogowcem a zarazem gwiazdą aren. Przeplatać litry alkoholu czy fury białego proszku z medalami.

Media pracowicie informują o wyczynach idoli, najczęściej i najchętniej tych pijackich, choć w miarę postępów cywilizacji nie można mieć pewności, czy wstrząsa nimi sam alkohol, czy też zmieszany z dragami. Do dziś nie ma jasności co z czym mieszał boski Diego.

Nie wiem, kto wymyślił porzekadło, że długie picie skraca życie. Pewnie jakiś abstynent, zatem niefachowiec, może dlatego się nie przyjęło. Jednak powinno, gdyż czarna lista jest obszerna i przynajmniej jedno nazwisko sugeruje, że z procentami żartów nie ma.

George Best uchodził za geniusza futbolu. Alej jak się ma takie nazwisko, wszystko jasne. Z powodu talentu porównywano go do Pelégo. Z powodu fryzury – nazywano „piątym Beatlesem”. W Manchester United strzelił 179 goli. Toastów wychylił znacznie więcej.

Nie ma wątpliwości, że Best miał chorobę alkoholową. Z tej przyczyny wyleciał z Manchesteru, pogrywał w słabszych drużynach jeszcze 10 lat i pił. Nie przestał nawet po przeszczepie wątroby w roku 2002, więc zmarł trzy lata później.

Przypadek Besta jest drastyczny, choć nie wyczerpuje listy aktywnych alkoholików, którzy czynnie uprawiali lub uprawiają sport zawodowy na najwyższym poziomie. Rzecz jasna do czasu, tyle, że sport można uprawiać do czasu, co tłumi sygnały ostrzegawcze, bo i tak kariera nie trwa wiecznie.

Ponadto u każdego alkoholika dominuje syndrom wyparcia. Kieliszek wina na bankiecie po zawodach jeszcze nikomu nie zaszkodził, mawiają ludzie, którzy nie przyjmują do wiadomości swojej choroby. Toteż rzadko kończą na jednej butelce.

Wychodził z knajpy, wygrywał zawody

Lecz bankiety czy okazjonalne picie nie jest problemem dla sportowców. Problemem jest picie w pracy. Janne Ahonen zdobył dwa medale olimpijskie i dziesięć medali mistrzostw świata w skokach narciarskich. Dopiero niedawno przyznał się do choroby alkoholowej.

Często skakał, jak to mówią, po pijaku. Gdy upadał na zeskoku przez utratę równowagi, wstawał szybciej niż którykolwiek z sędziów zdążył podbiec, by udzielić mu pomocy. Nie chciał, aby ktoś poczuł od niego alkohol, bo to groziło dyskwalifikacją.

Być jak Robert Lewandowski o poranku

Szymon Majewski zarobił 3 mln złotych na kampanii reklamowej banku PKO BP. Obecnie skutecznie się zużywa. Już nie bawi, raczej monotonnie przynudza.

zobacz więcej
Matti Nykänen, uznawany przez fachowców za najlepszego skoczka w historii, wychodził rano z knajpy, siadał na belce i wygrywał zawody. Objawiał cechy osobowości dwubiegunowej. Skryty i nieśmiały na co dzień, totalnie wariował po spożyciu.

Nie musiał się przyznawać, że jest alkoholikiem. Prasa opisywała jego afery ze szczegółami. Zła opinia, jeszcze gorszy sposób życia i worek medali olimpijskich, większy i cięższy od tego, jaki dźwiga Święty Mikołaj, więc trudno to ogarnąć na trzeźwo.

Tych dwóch Finów reprezentuje znacznie większe grono skoczków, którzy „za kołnierz nie wylewają”, żeby to ująć delikatnie. Podobnie jak George Best nie był szczególną osobliwością w branży futbolu i to się nie zmienia, o czym też powszechnie wiadomo.

Ronaldo, Leon zawodowiec

I tu powraca pytanie, jak oni to robią, że robią to tak dobrze, jak robią? Zwłaszcza po pijanemu, częściej na kacu, czasem w ulotnych chwilach trzeźwości. Nie wszyscy, nie wszyscy, bo są i tacy, którzy prowadzą się ślicznie oraz higienicznie i też mają wyniki.

Na przykład taki Leon zawodowiec jak Cristiano Ronaldo. Z wyjątkiem brylantyny do włosów innych używek nie używa. W każdym razie wygłasza publiczne pochwały zdrowego, znaczy zakonnego, stylu bycia oraz życia. Jest ikoną surowej dyscypliny.

Czy taki Leon zawodowiec jak Robert Lewandowski. Też nie wykazuje ułomnych skłonności. A jeżeli już używa, to maszynki do golenia z pożytkiem dla męskiej populacji, która ma frajdę, że też potrafi choć to jedno tak jak on.

Tyle, że sportowcy bez nałogów nie są tak skomplikowani jak ci, co wręcz przeciwnie. Nie wymagają specjalnej troski otoczenia, które się stara, aby utrzymać podopiecznych na chodzie i w stanie mobilnym różnymi, skutecznymi metodami.

Znam przypadek, kiedy trener wieczorem przed igrzyskami wypił z zawodnikiem litr wódki na dwóch, żeby mu obniżyć wyskoki poziom stresu. Terapia okazała się bardzo udana, ponieważ następnego dnia chłopak został nie byle kim, tylko mistrzem olimpijskim. ODWIEDŹ I POLUB NAS Jednak częściej trenerzy stosują techniki mniej eksperymentalne, bardziej pedagogiczne. Edward Budny, jak wiadomo, wychował Józefa Łuszczka, który – co też dobrze wiadomo – był pierwszym, polskim mistrzem świata w biegach narciarskich.

Józek talent do biegania miał równie wielki jak balangiczną naturę. Budny na zgrupowaniach, a zwłaszcza wyjazdach zagranicznych mieszkał z nim w jednym pokoju. Na dobranoc czytał mu wiersze. Bez jaj, gdyż Józuś był wrażliwy na poezję, zresztą później ożenił się z poetką.

Złoty medal na 15 km w Lahti był owocem tej współpracy, nagrodą dla nich obu. Jednak po słynnym zwycięstwie podopieczny gdzieś się zapodział. Nie wrócił do pokoju o dziesiątej wieczorem. Przed nim był przecież start na 30 km, więc pan trener poszedł go szukać i znalazł.

Zawodnik zmierzał do kwatery elegancki i wesoły, w samym garniturze tyle, że przy mrozie minus dwadzieścia stopni. W kolejnym biegu wywalczył kolejny medal, tym razem brązowy. Wynik poszedł w świat, a Łuszczek przeszedł do historii polskiego sportu.

Szczerze mówiąc w tamtym czasie Józek był i długo pozostawał dużym dzieciakiem. Jako taki wymagał przyjaznego nadzoru, a ciepłą kuratelę zapewniał mu Budny, pitrasząc mu pożywne kaszki, wyciskając soki. To było trochę tak jak troskliwy ojciec i niesforny syn, co się sprawdziło, chociaż pewnie mogło być lepiej.

Maratończyk nie da rady

Gdybym chciał opisać wszystkie przypadki sportowców o niesportowych skłonnościach, które znam z autopsji, musiałbym napisać książkę. Lecz w obiegu publicznym krąży dostatecznie wiele informacji na ten temat, by się łudzić, że nie ma sprawy.
Skoczek narciarski Matti Nykänen (1963-2019) czasem brał udział w zawodach "na gazie". Na zdjęciu już po zakończeniu sportowej kariery podczas występu karaoke ze stripteasem w fińskim mieście Järvenpää w 1998 roku. Fot. PAP
Czy uzależnienie od używek a zarazem zawodowe uprawianie sportu można usprawiedliwić jakimś logicznym, nieodpartym argumentem? Oczywiście, że można: nałogi bywają silniejsze od siły woli oraz intelektu.

Czy sukcesy na arenach, jakie odnoszą np. alkoholicy należy uznać za cud sportowego geniuszu? I tak i nie. Niewątpliwie tacy ludzie jak Best czy Nykänen mieli niepospolite talenty oraz żelazne organizmy, które ulegały powolniejszej destrukcji dzięki cechom, w jakie uzbroiła ich natura.

Ponadto nie zawsze startowali na gazie, niekiedy w przerwach sanitarnych od picia, co zapewne wydłużyło ich kariery. Duże znaczenie ma też rodzaj uprawianej dyscypliny. Zwłaszcza baza motoryczna i walory psychiczne potrzebne w konkretnym sporcie.

Napastnik, podobnie jak skoczek, nie muszą nabijać kilometrów, żeby zbudować solidną wytrzymałość, czego nie da się wykonać przy zmitrężonym alkoholem organizmie. Refleks, brawura i automatyzm ruchowy wystarczą, aby wykonać robotę. Przynajmniej na jakiś czas.

Jednak żaden maratończyk nie może sobie pozwolić na ciągi alkoholowe ani na to, żeby kurzyć faję za fają jak Drut. Tak samo kolarz szosowy, siatkarz czy koszykarz. Nikt, kto uprawia dyscyplinę opartą na wytrzymałości – choć niewątpliwie bywają wyjątki.

Nowym rozdziałem tematu są narkotyki takie jak kokaina, amfetamina, ekstasy itd., itp. Ten problem narasta także w sporcie. W świetle sportowego prawa narkotyki są dopingiem, ale sport się zżył z dopingiem, choć ciągle udaje, że z nim walczy.

Wchodzenie z nałogu łatwe nie jest, lecz jest możliwe. Nawet w przypadkach na pozór beznadziejnych. Potwierdza to przykład Jurka Górskiego. To się nie udaje samo z siebie. Jednak determinacja i świadomość choroby nie przeszkadza, a pomóc może.

– Marek Jóźwik

Autor na przełomie lat 60. i 70. był lekkoatletą, płotkarzem, trzykrotnym mistrzem Polski. W 1972 roku startował na igrzyskach olimpijskich w Monachium, gdzie dotarł do półfinału w biegu na 110 metrów przez płotki. Po zakończeniu sportowej kariery został dziennikarzem i komentatorem sportowym, m.in. w TVP.

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Mecze reprezentacji Polski w Lidze Narodów pokaże TVP1 oraz TVP Sport:

• 8 czerwca, godz. 20:45, Belgia – Polska
• 11 czerwca, godz. 20:45, Holandia - Polska
• 14 czerwca, godz. 20:45, Polska - Belgia
• 22 września, godz. 20:45, Polska - Holandia
• 25 września, godz. 20:45, Walia – Polska
Zdjęcie główne: Irlandzki napastnik George Best za kołnierz nie wylewał. Na fotografii ze swoją duńską sympatią Evą Haraldstad w sierpniu 1969 roku. Fot. PA Images via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Po kubku do mordercy. Jak genealogia wyręczyła agentów FBI
Żaden z przestępców od lat unikających kary nie może już czuć się pewnie.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kosowo: kapiszonowiec na ścianie, mina w szufladzie
Sporna z Serbią strefa jest jak tlące się torfowisko – tym razem nie zapłonęło. A jutro?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Przyczajony Donald, walczący Trump
Tylko jednemu prezydentowi w historii USA udało się zdobyć drugą kadencję po przegranej reelekcji.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Innerspace, czyli nanoroboty w mózgu
Mierzące od 0,1 do kilku milimetrów urządzenia będą „żeglować” po ludzkiej głowie.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Polska – wróg numer jeden Łukaszenki
Państwowe media twierdzą, że nasz kraj szykuje się do ataku na Białoruś.