Cywilizacja

Spalono część „Arki Noego”. Rosja rozpętała wojnę, w której niszczy zasoby całej ludzkości

Łącznie spłonęło 160 tys. odmian i hybryd, kultywarów, podgatunków, a nawet nowych gatunków roślin uprawnych i dzikich. W kilku przypadkach ukraiński instytut był jedynym na świecie miejscem ich przechowywania. Czyli przepadły bezpowrotnie, a być może stanowiły doskonałą odpowiedź na głód, który dotknie nas w przyszłości.

Gdy mówimy „bioróżnorodność”, myślimy: rafy koralowe, puszcza amazońska, ale raczej nie pole pszenicy. Tymczasem rosyjscy agresorzy spalili właśnie w Charkowie[na Ukrainie narodowy bank zasobów genomowych roślin. Celowo wypalili od środka budynek wypełniony tysiącami próbek nasion przygotowanych do wysiania, aż stopiły się aluminiowe kuwety, na których leżały w niewielkich papierowych woreczkach…

To oburza uczonych na świecie, a jednocześnie jednak dziwi, bowiem to właśnie pewnemu genialnemu i niezmiernie pracowitemu rosyjskiemu genetykowi i agronomowi zawdzięczamy w ogóle pomysł, by takie banki tworzyć. Czyli pieczołowicie zbierać na całym globie różnorodne nasiona roślin uprawnych i potencjalnie uprawnych, poszukując ich dzikich przodków. Stawiając sto lat później na arktycznym archipelagu Svalbard betonowy sarkofag wypełniony precyzyjnie skatalogowanymi nasionami roślin z całej kuli ziemskiej, nie nadaliśmy mu im. Nikołaja Wawiłowa. A szkoda.


Choć w sumie dzisiejsze zachowanie armii orków pod Charkowem to kontynuacja sposobu myślenia kremlowskiej władzy. Bo instytut nasienny założony sto lat temu w Petersburgu przez wspomnianego Wawiłowa też został wcześniej skazany na zaoranie – przez Dmitrija Miedwiediewa, gdy był prezydentem Federacji Rosyjskiej. Dosłowne zaoranie: miało tam stanąć otoczone parkiem osiedle domów dla „rodziny i znajomych królika”. I tylko nieustępliwym protestom społecznym, zwłaszcza środowiska rosyjskich genetyków i agrotechników, zawdzięcza dziś swoje istnienie to swoiste muzeum ochrony nasion, za które jego twórca był gotów złożyć ofiarę z życia. Ale o tym za chwilę.

Pierwsze „banki nasion” opisano w Genesis

Nasiono jest udanym pomysłem matki ewolucji, więc trwa. Jego historia sięga końcówki Dewonu, a już z pewnością całej ery karbońskiej. Ten cud natury powstał w jednej z gałęzi paproci i jego sukces był zapewniony, bowiem do tej pory rośliny lądowe rozmnażały się wyłącznie przez zarodniki. Te zaś były wrażliwe na wszystko, a do kiełkowania wymagały dużo wody. Nasiono zaś dawało zarodkowi możliwość przetrwania wszelkich niekorzystnych okresów. Zatem wybuch bioróżnorodności roślin nasiennych na naszej planecie nastąpił, gdy opadł kurz po meteorycie, który wykończył dinozaury i wiele innych istot żywych. Dziś żyjemy w ich świecie, zaś rośliny zarodnikowe to milusińscy leśnych ustroni i torfowisk, mszaki i paprotniki. Na marginesie: nie wierzcie więc filmom o dinozaurach, jeśli te biegają w nich po trawie i nią się żywią. Traw bowiem za ich czasów jeszcze nie było, jak i wielu roślin kwiatowych.

Zanim wymyślili osady i uprawy, zbudowali centrum wiary. Tysiące lat przed Stonehenge i piramidami

Mówią o nim „punkt zerowy” w historii cywilizacji. Łowcy-zbieracze konstruując Göbekli Tepe musieli znać zasady geometrii.

zobacz więcej
Człowiek udomowił nasiono, czyli przestał je jedynie zbierać i zjadać, a zaczął też wysiewać. Stało się to jednocześnie w kilku niezależnych miejscach na naszej planecie, nie dawniej niż 12 tysięcy i nie później niż 5 tys. lat temu. Rolnictwo rozprzestrzeniało się szybko na odległe obszary wraz z tymi ludami, które wpadły na ów genialny pomysł wysiewania nasion (jak starożytni Anatolijczycy czy Irańczycy). Aczkolwiek chleb (czy raczej rodzaj podpłomyka z pokruszonych nasion wymieszanych z wodą) i piwo (to samo, tylko dużo więcej wody i poczekać aż sfermentuje) człowiek zaczął jeść i pić jeszcze zanim rozpoczął uprawę zboża.

Problem jednak w tym, że tego jedzenia i picia wytworzonego z roślin i ich nasion było wciąż mało. Susze, wybuchy wulkanów, tsunami, wojny i epidemie zabierały ludziom plony, jak i orną ziemię. Zatem równie długo, jak znamy rolnictwo, znamy też masowy głód. Paradoks polega na tym, że rolnictwo przyniosło globalny przyrost populacji, nieznany w czasach łowców-zbieraczy. Ale to skutkowało tym, że podczas suszy czy przednówka było coraz więcej gęb do wykarmienia. Ludzkość opisuje więc głód, bo jest naszym najgorszym towarzyszem. Zanim powstał radziecki „Cichy Don” Michaiła Szołochowa – jedna z najbardziej zakłamanych powieści, nagrodzona Noblem z literatury – spisane były i Księga Rut (gdzie akcję zawiązuje zdanie: „głód zapanował w całej ziemi Izraela”), i Genesis (z historią Józefa Egipskiego i snów faraona o krowach tłustych i chudych oraz kłosach pełnych i wysuszonych). Jest to też opowieść o budowaniu wielkich magazynów zboża i innych nasion, aby było co jeść i czym obsiać, gdy przyjdzie głód. To były pierwsze „banki nasion”.

Urodzony w 1887 roku w Moskwie Nikołaj Wawiłow też rozumiał potęgę głodu. Co prawda jego ojciec był zamożnym kupcem bławatnym, jednak dziadek był chłopem pańszczyźnianym. A czasy były takie, że głód był doświadczeniem powszechnym na każdej szerokości geograficznej. Zapobieżenie raz na zawsze klęskom głodu było marzeniem wielu. Wawiłow postanowił jednak ze swym marzeniem zrobić to, co robić się powinno – zrealizować.

To, czego Zachód zazdrościł Rosjanom

Był socjalistą utopijnym, który jednak przyłączył się do bolszewików, gdy przyszła rewolucja, bo obiecali wykształcenie chłopskim dzieciom. Ale wcześniej studiował w carskiej Rosji (na świetnej moskiewskiej akademii rolniczej) i za granicą, m.in. w Anglii, biologię i patologię roślin, teorię ewolucji Darwina i nową zupełnie naukę – genetykę. Był to bowiem czas odkrycia dzieł Grzegorza Mendla dla ludzkości oraz pierwszych prac Thomasa Morgana nad chromosomową teorią dziedziczenia . A on studiował pod kierunkiem największych sław biologicznych swojej epoki, choćby Brytyjczyka Williama Batesona, który w ogóle ukuł termin genetyka.
Nikołaj Wawiłow (1887 - 1943) – rosyjski biolog, genetyk, który wsławił się badaniami nad pochodzeniem roślin uprawnych oraz hodowlą ulepszonych odmian m.in. pszenicy i kukurydzy. Odkrył m.in. zjawisko upodabniania się chwastów do roślin, wśród których rosną. Fot. World Telegram staff photographer - Library of Congress. New York; Sun Collection. http://hdl.loc.gov/loc.pnp/cph.3c18109, Public Domain, Wikimedia
Studia owe doprowadziły go do przekonania, że posiadając gatunki macierzyste wielu udomowionych roślin, drogą krzyżowania i selekcji można uzyskać ich odmiany o różnych wspaniałych cechach. Takich, jak odporność na suszę, mróz, rozmaite choroby, okresowe zalanie pola wodą i gnicie etc. Wiedział, że co prawda doprowadzenie do tego wymagałoby wielu lat żmudnej agrotechnicznej roboty, ale w końcu by sprawiło, że głód by zniknął z naszej planety – a przynajmniej na początku z Rosji Radzieckiej. Wtedy właśnie pojawił się u Wawiłowa pomysł, by zacząć tę kolekcję – „bank nasion”. By w tym celu wyprawić się wiele razy (na pewno ponad sto) na cztery krańce świata i przywozić ze sobą jedynie nasiona, ewentualnie rozmnóżki roślin jadalnych. By wystawić się osobiście na gorąco, chłód, niebezpieczeństwa wojen lokalnych i napaści, chorób tropikalnych i ciężaru podróży dla tej oto idée fixe, by przywieźć do Leningradu i zbadać jak najwięcej jak najbardziej różnorodnych nasion.

Ostatecznie stworzył przez dziesięciolecia pod Leningradem ВАСХНИЛ, czyli Wszechzwiązkową Akademię Nauk Rolniczych im. Lenina, którą kierował w latach 1924–1935, czyli do czasu pojawienia się Trofima Łysenki, o którym to typie spod ciemnej gwiazdy za chwilę. Miejsce to zgromadziło (w zależności, kto szacuje) od 150 do 400 tys. próbek różnych nasion i rozmnóżek roślin. Wawiłow ustalił także, skąd pochodzi bardzo wiele uprawianych dzisiaj roślin.

ODWIEDŹ I POLUB NAS
Poziom ówczesnej rosyjskiej genetyki roślin był absolutnie w czołówce światowej. Z prostego względu: Wawiłow miał kontakty w światowej nauce i gigantyczną wiedzę oraz doświadczenie polowe. Koledzy z Zachodu mogli mu zazdrościć i chętnie go odwiedzali także już w ZSRR, zostając kilka miesięcy, by szkolić jego leningradzkich studentów w swoich specjalnościach (np. fitopatologia zbóż czy roślin strączkowych).

Bzdura, która stała się doktryną

Wawiłow zasiadał latami w sowieckich prezydiach ważnych towarzystw naukowych (w tym geograficznego!), a nawet w biurze politycznym Kompartii. No i dostał Order Lenina. Jego prestiż światowy był tak wielki, że na VI Międzynarodowym Kongresie Genetycznym zaproponował, by następny kongres odbył się w Moskwie. Ideę powitano chłodno, ale dwa lata później już entuzjastycznie. I on miał być przewodniczącym tego VIII kongresu w roku 1937! Biuro Polityczne się zgodziło w 1935... Rok później jednak odwołało pozwolenie, kongres odbył się w Edynburgu, a na scenie, gdzie uczestnicy prezentowali swoje prace naukowe, przeznaczone dla Wawiłowa krzesło stało puste.

Skoro wszystko było tak pięknie, to co się stało? Jego Bank Nasion nadal był pierwszy i największy na świecie, jego prace naukowe były czytane i szeroko pozytywnie komentowane poza ZSRRR… Niestety w międzyczasie, przez swą naiwność i chłopomanię, stał się ofiarą człowieka, którego sam zatrudnił, sam pokazał światu, wierząc, że prosty hodowca grochu z Ukrainy zostanie wielkim uczonym. Mowa o Trofimie Łysence, którego kariera wynikała z tego, że mu raz groch nie przemarzł, gdyż jak twierdził, wcześniej przemroził nasiona.

Królowe i robotnice. Bieda odciska się w naszych genach

Dziedziczymy traumę gwałtów, wieloletniej przemocy, a nawet ubóstwo. „Książę i żebrak” to nie bajka, to prawda.

zobacz więcej
Mamy tu klasyczny przykład, jak powstaje groźna dla życia ludzi pseudonauka. Ktoś bez wykształcenia w danej dziedzinie widzi coś, czego nie rozumie. Mógłby uznać to za cud i pójść podziękować za niego Bogu. No ale jest szczerym komunistą, więc w Boga nie wierzy. Ponieważ nie rozumie również metody naukowej, to nie umie pojąć, że eksperyment trzeba powtórzyć w warunkach kontrolowanych wiele razy, zrobić obliczenia i zrozumieć, jak to działa. Jednak komuś po czterech klasach czy siedmiu ciężko idzie uczenie się zasad rządzących dość skomplikowaną genetyką roślin. Ciężko mu też wykonać i zanotować wyniki wielu mozolnych doświadczeń, które – jak się dowiedział – należałoby prowadzić latami. Zatem za plecami Wawiłowa opowiada różnym wpływowym komunistom w Biurze Politycznym, równie jak on bez żadnych szkół, że on ma proste i skuteczne rozwiązanie problemu głodu, który zniknie natychmiast, o ile…. Ziarna przed siewem będziemy wrzucać na jakiś czas do zlodowaciałej wody. Łysenko dociera do Józefa Stalina i robi na nim kolosalne wrażenie. Jak każdy szaleniec z błyskiem w oku na każdym megalomanie.

Ten jego „wynalazek” to klasyczna bzdura, ale rozpozna ją tylko ten, kto cokolwiek rozumie z teorii ewolucji oraz genetyki. W Biurze Politycznym jednak takich nie było, za to głód w Rosji Radzieckiej aż piszczał. Przewaga zaś pseudonauki nad nauką polega na tym, że ta pierwsza proponuje głupie i szkodliwe, choć proste do zrozumienia przez laików rozwiązania problemów tak skomplikowanych, jak głód czy pandemia. Gdy rzecz zostaje wprowadzona w życie – mimo protestów Wawiłowa, przerażonego własnym niegdyś protegowanym – doprowadza oczywiście do jeszcze większego głodu. Kolejny eksperyment z pomysłem Łysenki w agrotechnice, już powojenny w Chinach Ludowych, doprowadza tam do wielkiego głodu z lat 1959-62.

Protegowany eliminuje przeciwnika

Dalej już było tango down Wawiłowa. W 1940 Łysenko został dyrektorem Instytutu Genetyki w Akademii Nauk ZSRR i wykorzystywał swoje polityczne wpływy i władzę, by tłumić odmienne opinie oraz dyskredytować i więzić swoich krytyków, podnosząc swoje nonsensy do rangi doktryny usankcjonowanej przez państwo. Naukowcy radzieccy (a po wojnie i polscy, jak prof. Wacław Gajewski), którzy odmówili wyrzeczenia się genetyki, zostali zwolnieni ze swoich stanowisk i pozostawieni bez środków do życia. Setki, jeśli nie tysiące innych zostało uwięzionych. Kilku, w tym Wawiłow, zostało uznanych za wrogów państwa i skazanych na śmierć. Istnieje anegdota, że bezpośrednią przyczyną aresztowania Wawiłowa było to, że na jednym z korytarzy Kremla niechcąco wpadł z całym impetem na Stalina i wytrącił mu papiery z rąk.
Trofim Denisowicz Łysenko (1898 - 1976) – radziecki agrobiolog i agronom, twórca pseudonaukowej teorii „łysenkizmu” i przeciwnik genetyki. Pomimo swojej antynaukowej postawy, za rządów Józefa Stalina uzyskał w ZSRR rangę najwyższego autorytetu w dziedzinie biologii. Fot. gazety «Сталинский Ударник» nr 9-10 (403-404) i «Вечерняя Москва» nr 10 (4240) ze stycznia 1938 – Państwowy Katalog Funduszu Muzealnego Federacji Rosyjskiej, Domena publiczna, Wikimedia
Wawiłow był na tyle przytomnym, by ratować swoje ukochane dziecko – bank nasion – nakazując najbliższym współpracownikom szybkie złożenie publicznej samokrytyki i wyrzeczenie się jego, a nawet oskarżenie go. Nie doczekał egzekucji, bowiem Plan Barbarossa Adolfa Hitlera pokrzyżował Stalinowi plany zgładzenia licznych wrogów ludu i łysenkizmu. Wawiłow umarł zatem w więzieniu, dosłownie z głodu, 26 stycznia 1943 roku. Także z głodu podczas oblężenia Leningradu zmarło kilkoro jego najbliższych współpracowników. Co najciekawsze, zmarli, pilnując banku nasion przed oszalałymi z głodu mieszkańcami metropolii i szczurami, sami nie tknąwszy ani ziarenka i ani ziemniaczka. Nie pozwoliwszy banku zniszczyć, umarli z głodu na posterunku, z wyjątkiem dwóch osób. Niemcy zamierzali przejąć całą kolekcję i z wielką pieczołowitością przenieść ją do Rzeszy. Rozumieli bowiem, że jest to skarb równie wielki, co Ermitaż. Za rządów Nikity Chruszczowa rehabilitowano Wawiłowa, jednego z najwybitniejszych agronomów i genetyków wszechczasów, a z czasem postawiono mu w Rosji dwa pomniki.

Tym sposobem kolekcja przetrwała, choć nie przeżył jej twórca. Dlaczego ta idea rozeszła się po świecie i dziś już właściwie we wszystkich krajach cywilizowanych mamy tego typu banki zasobów genomowych roślin uprawnych czy rzadkich? Jeden z polskich znajduje się przy arboretum PAN w Powsinie, zaś Krajowe Centrum Roślinnych Zasobów Genowych IHAR-PIB w Radzikowie koło Błonia.

Po co nam tradycyjne rolnictwo?

Dlaczego w 2013 roku wysiłkiem społeczności międzynarodowej powołano bank globalny, wspomnianą już „Arkę Noego” w Arktyce? Odpowiedzią jest proste do zrozumienia słowo, ale trudne do zachowania zjawisko naturalne: BIORÓŻNORODNOŚĆ. Postanowiłam o niej porozmawiać z dr. hab. Łukaszem Łuczajem, profesorem Uniwersytetu Rzeszowskiego oraz znanym popularyzatorem etnobiologii i dzikiej kuchni. Nie tylko jako ze specjalistą, ale także osobą zbulwersowaną skandalicznym zniszczeniem przez okupacyjne wojska rosyjskie podcharkowskiego „banku genów”. Łącznie spłonęło tam 160 tys. odmian i hybryd, kultywarów, podgatunków, a nawet nowych gatunków roślin uprawnych i dzikich, z których one pochodzą. W kilku przypadkach ukraiński instytut był jedynym na świecie miejscem ich przechowywania. Czyli przepadły bezpowrotnie, a być może stanowiły doskonałą odpowiedź na głód, który dotknie nas w przyszłości. Szkody spowodowane krótkowzrocznym czynem ruskich orków będą odczuwane przez dekady.

Aby zrozumieć, dlaczego prof. Łuczaj nazwał to „największą zbrodnią przeciw nauce od czasów inkwizycji”, należy pojąć wagę właśnie bioróżnorodności dla naszego przetrwania. Podkreślał, że należy chronić bioróżnorodność charakteryzującą wszelkie siedliska, także wygon kartofli czy pole pszenicy wraz z okolicznym rowem, a nie tylko puszczę amazońską czy rafy koralowe. Jak tłumaczył, ona istnieje na czterech różnych poziomach. A zatem najpierw jest różnorodność środowiska – czyli bogactwo odmian i gatunków w nim występujących. Potem różnorodność zbiorowisk – czyli chronimy rozmaite siedliska (np. starorzecza), bo bez nich zginą gatunki wymagające do wzrostu np. mokradła. Chronić wreszcie należy ewolucję flory i jej różnorodność genetyczną – czyli dany gatunek w jak największej liczbie miejsc występowania.
Różnorodne odmiany kukurydzy w biurze Nikołaja Wawiłowa. Fot. Luigi Guarino z Suva, Fiji, CC BY 2.0, Wikimedia
Dlatego tak ważne są lokalne banki bioróżnorodności. Zwłaszcza, że wspólnie tworzą większą całość – system ochrony zasobów naturalnych, tak roślin dzikich, półdzikich, jak i uprawnych. Te ostatnie to dorobek i skarb całej ludzkości, tak jak inne wielkie dzieła kultury materialnej. Jedną z form ochrony jest oczywiście utrzymanie tradycyjnego rolnictwa na pewnych obszarach, inną zaś formą jest przechowywanie nasion, sadzonek czy przetrwalników roślin w stosownych do tego warunkach (wchodzi w to także głębokie mrożenie czy liofilizacja). Zatem Rosja rozpętała wojnę, w której są niszczone zasoby całej ludzkości, co dowodzi zła i prymitywizmu putinowskiego państwa, czy wręcz przestępczości jego struktur.

Ukraina jest jednym z głównych producentów pszenicy, miała zatem w banku cenne i rzadkie odmiany. Nie tylko te dominujące w uprawie, ale i te niszowe. Dominujące bowiem mogą zniknąć, gdy przyjdzie wielka zaraza czy katastrofa klimatyczna, a niszowe, gdy nie będą miały minimalnego areału do uprawy, zabezpieczającego je przed degeneracją.

Grozi nam głód na świecie i astronomiczna katastrofa – przestrzega prof. Łuczaj. Wielki problem stanowią bowiem licencjonowanie i patentowania roślin, traktowanie handlu nasionami jako biznesu oraz wprowadzanie do roślin genów uniemożliwiających wykorzystanie ich nasion jako ziarna siewnego. To po prostu nieetyczne. Przemysł genetyczny nie może być nakierowany na bezmyślna produkcję i zanik bioróżnorodności roślin uprawnych.

W Polsce niegdyś uprawiano liczne rośliny, które dziś zanikły, ze szkodą dla rolnictwa i nas – konsumentów. Np. Palusznik (Digitaria), który jest dziś uprawiany jedynie w Afryce, a kiedyś kojarzony jako polskie zboże. Podobnie bardzo zasadniczo ograniczono uprawę prosa (wielu Polaków nie wie, że robi się z niego kaszę jaglaną), wysiewanego teraz jedynie w niektórych częściach Polski, np. na Nizinie Sandomierskiej czy w Niecce Nidziańskiej. Włośnica ber (Setaria italica), nadal uprawiana w tropikach czy w Chinach, jeszcze w latach 50. XX wieku była wysiewana pod Tarnowem. Kolejny przykład to chwastnica jednostronna (Echinohloa crus-galli), której podgatunki (albo odrębne, ale pokrewne gatunki) są uprawiane jako zboża w Japonii czy Indiach – to wszystko wskazuje na polski potencjał i na zanik naturalnej bioróżnorodności traw uprawnych w Polsce. Wielka szkoda, bo te i inne pół-dzikie rośliny uprawne mogą się okazać odporne na jakiś drobnoustrój zabójczy dla zbóż w przyszłości, zaś oporność na jakieś szkodliwe rzeczy uzyskuje się przez przekrzyżowanie rośliny uprawnej z jej dzikim przodkiem.

Każdy i tak będzie wierzył własnym jelitom. Koniec glutenowej rewolucji?

Wieszanie na glutenie wszystkich możliwych psów było rodzajem skandalu, na którym różni sprytni producenci żywności zarobili mnóstwo pieniędzy.

zobacz więcej
Prof. Łuczaj przypomina, że różnorodność biologiczną często łączymy z różnorodnością kulturową – mówimy o różnorodności biokulturowej. Wraz z ginącymi językami i dialektami, ginie wiedza o gatunkach, a wraz z ginącymi gatunkami i odmianami giną tradycyjne systemy życia. Ten znawca dzikiej kuchni natknął się na przykład na rzadką grupę roślin z rodzaju pszenica (Triticum), nazywaną zbożem św. Heleny. Uprawiane są w ogródkach na wyspie Korczula w Chorwacji tylko po to, żeby w jeden dzień roku zanieść je do kościoła i poświęcić. Widać tu związki tradycji z zachowaniem różnorodności biologicznej.

Innym problemem jest oczywista, choć tu szkodliwa, konkurencja w świecie naukowym. Nasiona bowiem powinny być nie tylko dobrze zabezpieczone w kilku miejscach naraz, ale i też całkowicie open source, by każdy mógł z nich korzystać. Niestety, bioróżnorodność jako zjawisko nie działa na wyobraźnię ludzi, ani rządzących. Świat niestety dąży do uniformizacji – podkreśla prof. Łuczaj.

Popatrzmy na ogrody, w których królują tuje i zielona trawa – najlepiej jeden gatunek, żeby było „ładnie i równo”. Nie chodzi nam o to, by się wyróżniać, ale by się wtopić. Na szczęście w coraz większej liczbie miast Polski przestano kosić wszystko do gołej ziemi, więc gatunki łąkowe próbują wrócić na nasze trawniki. Dlatego tak istotna jest wymiana nasion w obrębie ekologicznego rolnictwa czy między prywatnymi ogrodami. Także – przekonuje Łukasz Łuczaj – powstające w Europie prywatne kolekcje konkretnych rodzajów roślin ogrodowych – to autentyczne „Arki Noego”.

– Magdalena Kawalec-Segond

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Źródła:
https://www.youtube.com/watch?v=8dMw1p-2uQc
https://www.youtube.com/watch?v=eDteTc9aEKQ
Zdjęcie główne: Wiele nasion zbóż nie trafiło na ukraińskie pola, ponieważ rosyjskie ataki niszczą grunty orne i blokują rolnictwo. Okolice Kijowa, 30 maja 2022 r. Fot. Agencja Dogukan Keskinkilic/Anadolu via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jak działa Amnesty International?
Dlaczego obrońcy praw człowieka zaatakowali Ukrainę?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Gdy dusił, jedna z córek krzyczała: Tato, nie!
Żonę znaleziono w płytkim grobie, w wyniku pośmiertnego porodu poza jej ciałem leżał syn Nico.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Po prostu opoka. O. Jacek Salij
Ilu ludzi uchronił od nienawiści i ilu powstrzymał od chęci wymierzania zemsty?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Sport lokalny czy globalny
Spory: ręką czy nogą trwały długo, aż w końcu powstały odrębne przepisy dla rugby i piłki nożnej.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Słyszą, jak gdacze kura. Polacy pokochali wieś
Tylko w ubiegłym roku aż 50 tys. Polaków zdecydowało się na wyprowadzkę z dużych miast.