Historia

Niepamięć w Nowoczerkasku. 60 lat temu 2000 kilometrów od Moskwy doszło do robotniczego buntu. Władze ZSRR stłumiły go krwawo

W zrywie, który miał miejsce w 1962 roku, najbardziej zdumiewające jest nie jego podobieństwo do wydarzeń w Trójmieście, Radomiu czy Szczecinie, lecz różnica miejsca, jakie zajął w rosyjskiej pamięci zbiorowej w porównaniu z polskim Grudniem 1970 czy Czerwcem 1956.

Na torach prowadzących do stolicy najpierw siadają kobiety – kobiet może nie ruszą? – potem mężczyźni. Z balkonu miejscowego komitetu partii, którego okiennicami zaczyna już wyciekać dym, ktoś chaotycznie wykrzykuje coś o sprawiedliwości i wyzysku, zanim nie odciągną go koledzy. Głównymi ulicami miasta suną czołgi, zrywając gąsienicami wielkie płaty asfaltu, jakby ktoś skubał skórkę z dojrzałych, prawie czarnych pomidorów. Potem salwa, pierwsza nad głowami (uciekający zaczynają się tratować), kolejne już nisko, w jezdnię, kosząc rykoszetami. Nad jatką na placu obojętnie sunie helikopter, zatrzymywane przez milicję autobusy miejskie zwożą ludzkie mięso do szpitala (dołem, spod składających się na przystankach w harmonijkę, skrzypiących drzwi, zaczyna wyciekać krew). Po mieszkaniach i barach krąży legenda o kapitanie, który zamiast wydać rozkaz otwarcia ognia palnął sobie w łeb, na komisariatach milicji zaczyna się wywoływanie zdjęć i filmów, kręconych przez cały dzień z nieoznakowanych samochodów.

Listę podobieństw między protestami w Nowoczerkasku a zrywami robotniczymi w Polsce (czy w innych krajach bloku wschodniego) można by mnożyć. Po części wynika to zresztą z natury systemu komunistycznego: opierającego się na dochodach z przemysłu maszynowego, z centralnie sterowaną gospodarką, w której z dnia na dzień ogłasza się podwyżki, oficjalnie gloryfikującego klasę robotniczą. W rzeczywistości w systemie tym robotnikom odmawiano podmiotowości, nie istniały też żadne skuteczne mechanizmy rozwiązywania czy mediatyzowania problemów, w rodzaju ugrupowań opozycyjnych, związków zawodowych, funkcjonowania niezależnych mediów czy autorytetów społecznych, których głos dochodziłby do władz. Szwankowała też koordynacja działań między różnymi szczeblami władz.

Problemy zamiatano pod dywan – kiedy zaś, nierozwiązane, doprowadzały do erupcji, pacyfikowano protesty siłą. W dodatku, ponieważ system oficjalnie wykluczał możliwość wystąpienia niepokojów ulicznych – miała być przecież sielanka – nie istniały sprawne, mało traumatyzujące sposoby ich pacyfikowania. Zamiast „drabiny przemocy” (policyjny gwizdek – zatrzymanie – poskromienie manifestanta pałką – gaz łzawiący – armatka wodna…) przeciwko bezbronnym ludziom wysyłano karabiny maszynowe i czołgi.

W sumie i tak dobrze, że Chruszczow nie zdecydował się na prewencyjne uderzenie jądrowe…

Stoi nad Donem lokomotywa…

W Nowoczerkasku, mieście założonym w XIX wieku nad dopływem Donu, wszystko potoczyło się, niestety, zgodnie z powyższym schematem. Od połowy lat 30. sercem miasta stały się rozbudowywane zakłady produkcji lokomotyw – najpierw parowozów, po wojnie także elektrowozów. Przy czym, w odróżnieniu od wielu placówek przemysłu maszynowego, w których, zgodnie z nieśmiertelną anegdotą, jak by z ukradzionych części nie składać wózka dziecięcego, wychodził kulomiot – w Nowoczerkaskim NEWZ ( Nowoczerkasskij elektrowozostroitielnyj zawod ) naprawdę produkowano lokomotywy: setki i tysiące, na setki tysięcy kilometrów linii kolejowych ZSRS.

31 maja 1962 władze sowieckie ogłosiły podwyżkę (naturalnie, „przejściową” i „spowodowaną troską o odpowiednie zaopatrzenie rynku”) cen detalicznych tłuszczów spożywczych i mięsa. A jednocześnie dyrekcja NEWZ ogłosiła obniżkę stawek wynagrodzenia – niedużo, o 20 do 30%.
Podwyżka? Sojuz tylko westchnął i zacisnął pasa. Obniżka? Zdarzała się w wielu zakładach, nie raz i nie drugi. Ale tym razem doszło do zderzenia. Czy zresztą zawsze da się wyjaśnić – dlaczego teraz, dlaczego tu? Może mimo przeorania miejscowej społeczności, zachowała się pamięć o oporze antybolszewickim – najpierw, jeszcze na przełomie 1917 i 1918, atamana Aleksieja Kaledina, a potem, aż do wiosny 1920, Kozaków, którzy utworzyli tu Republikę Dońską? Może ktoś miał po prostu dość – baba narzeka, że nie ma co włożyć do garnka, a tu jeszcze to…

Marie Antoinette w drelichu i z teczką

A może o wszystkim zdecydował talent retoryczny dyrektora NEWZ, inżyniera Kuroczkina? Zapamiętany cytat brzmi co prawda jak kiepska parafraza słów Marii Antoniny, ale dlaczego radziecki inżynier miałby podejmować podobne gry literackie? Tymczasem wedle wielu relacji na wiecu, zwołanym przez wydział hutniczy, na pytanie „I co teraz?” dyrektor miał odpowiedzieć: „Żarliście pierogi z mięsem, pokosztujecie z dżemem!”. To wystarczyło. Zwłaszcza, że dżemu też brakowało.

Pracę na większości wydziałów wstrzymano już w południe 1 czerwca. Po południu stanął ruch na linii kolejowej Moskwa-Rostow, o strategicznym znaczeniu, bo łączącej stolicę z Kaukazem. Przewrócono lokomotywę. Wieczorem na moście, łączącym zakłady z centrum miasta, stanęły pierwsze czołgi, ale komunikacji z miastem jeszcze nie wstrzymano. Tylko w nocy milicja wyciągnęła z łóżek kilkudziesięciu „prowodyrów”. Ale za to do miasta przybyła specjalna delegacja Komitetu Centralnego partii na czele z Anastasem Mikojanem.

Dalej wypadki też toczą się zgodnie ze schematem, aż tym, którzy pamiętają historię walk w Trójmieście czy rumuńskim Braszowie ściska się serce. „Idziemy po naszych!”. Na początku z osiedla przy NEWZ rusza kilkaset osób (a jakże, z portretami Lenina, wyciągniętymi ze składzików, gdzie odpoczywały po 1-majowej paradzie). Ale stopniowo dołączają ludzie z innych wydziałów. Dowodzący brygadą czołgów generał Matwiej Szaposznikow (wrócimy jeszcze do niego) wydaje rozkaz o przepuszczeniu demonstracji. Dochodzą do komendy głównej – ta zabarykadowana, padają pierwsze strzały (jak w Poznaniu..). Dochodzą do komitetu miejskiego KPZR – a tam już pusto, tylko szynka w bufecie i broszury na regale, I sekretarz KM, tow. Basow, zjeżdżał ponoć z drugiego piętra po piorunochronie (jak w Radomiu..). I tylko do miasta wlewają się kolejne oddziały wojskowe.

Studenci – zamknięci na klucz w akademikach (jak w Gdyni…). Sklepy – zamknięte. I stopniowo oddziały piechoty zaczęły napierać na ludzi, stojących – właściwie bez sensu, nie było ani rozmówców, ani obietnicy rozmów – wokół komitetu.

Tanie dum-dum z betonu

Generał Issa Pliejew (o nim też będzie jeszcze mowa), dwukrotny bohater ZSRS, weteran wyzwolenia Zachodniej Białorusi (1939), walk na Ukrainie i na Dalekim Wschodzie, dowódca Północnokaukaskiego Okręgu Wojskowego, pierwszy strzał rozkazał oddać w powietrze (jak w Gdańsku…). Ale drugi – już w betonowe płyty, którymi wyłożono plac.

Tego dnia salwy oddano jeszcze dwukrotnie. Sołżenicyn w trzecim tomie „Archipelagu GUŁag” pisze o kulach dum-dum, ale dowodów na to nie ma – i może ich nie było, ostatecznie odpryski betonu z bliskiej odległości równie skutecznie tną powłoki brzucha, co kęsy metalu. Na pewno poszły serie świetlne, bo wspominali je świadkowie – no i trzeba było, w końcu rozpędzanie tłumów zakończono już po północy.

Imieniny przodującego ustroju. Jak Solidarność przejęła od komunistów święto pracy

1 maja skandowano: „chodźcie z nami, dziś nie biją”.

zobacz więcej
A w ciągu kolejnego tygodnia, całkiem jak w Trójmieście i Łodzi – cofnięto obniżki norm, w sklepach pojawiło się nawet masło śmietankowe. I procesy, na których nie było żadnych świadków ani rodzin, więc wiadomość o skazaniu na śmierć 7 prowodyrów jest późniejsza i niepewna. Rodzin sprawców zresztą nie mogło być – w większości już wcześniej, jeśli nie trafiły do łagrów, to wysiedlono je z miasta.

Nie był to jedyny protest w Związku Sowieckim – choć największy (jeśli nie liczyć zrywów w łagrach) od buntu w Kronsztadzie (1921) i powstania chłopskiego w Tambowie: największy zatem od 40 lat. Generalnie, gdyby ktoś pokusił się o typologię zrywów, zamieszek i walk ulicznych w ZSRS w okresie między zakończeniem wojny domowej a początkiem pierestrojki, zwykle przyczyny były trzy: napięcia na tle narodowościowym (Grozny 1958, Kazachstan 1961); przypadkowe zabójstwo młodego człowieka – zwykle kibica albo piwosza – na posterunku milicji (te zwykle ograniczały się do jednej dzielnicy), albo właśnie niezadowolenie z braku dostaw, podniesienia norm czy obniżenia stawek (można jeszcze dodać czwartą, dość egzotyczną przyczynę – od Tbilisi w 1956 roku po Sumgait w 1963 r. milicja pałowała tych, którzy na demonstracjach 1-majowych maszerowali z portretami Stalina).

Bardziej uderzające niż łatwość użycia broni maszynowej (demonstranci nie przejawiali wrogości, nie niszczyli nawet mienia) i liczba ofiar jest co innego – ich całkowita samotność w dniu zrywu i nieobecność tego zrywu w pamięci zbiorowej.

Język ich stał się nam obcy

W początkach lat 60. nie było jeszcze mowy o ruchu dysydenckim, jaki znamy z czasów Breżniewa: tysiące inteligentów, które wyszły z łagrów, nie miały już złudzeń co do systemu, ktoś przemycił jakąś książkę z delegacji do Paryża, ktoś wydał ręcznie przepisaną gazetkę, młody Władimir Bukowski skrzykiwał już rówieśników na wspólne czytanie wierszy pod pomnikiem Majakowskiego a Julij Daniel przesłał na Zachód swoją powieść „Mówi Moskwa”, za którą trafi do łagru. Ale nie było to jeszcze środowisko, które byłoby w stanie zebrać się i pojechać (jak? stopem, nad Don? o dwa tysiące kilometrów od Moskwy?) do Nowoczerkaska, jak KOR-owcy w 14 lat później.

I nie dziwne, chociaż żal, że w samym Nowoczerkasku nie znalazł się żaden nauczyciel, lekarz, inżynier, który zdołałby zebrać robotników. Wytłumaczyć im, że nie ma sensu stać, patrząc, jak na plac wtaczają się czołgi. Że wypadałoby spisać jakieś żądania inne niż desperacko-kpiarski okrzyk „Przerobić Chruszczowa na kiełbasę!”. Wysłać z poczty w Nowoczerkasku depeszę – do KC, i drugą do ambasady Stanów Zjednoczonych (nie doręczono by – ale może jednak?). Poszukać w mieście jakichś cudzoziemców – żeby bodaj opowiedzieli swoim, jak było…

Nie znalazł się nikt taki. Po ulicy Moskiewskiej szedł naprzeciw glinom, naprzeciw tankom wściekły, zrozpaczony i pijący na umór tłum.

Nie znalazł się nikt taki i później. Nie było żadnej pamięci „Czarnego czwartku”, żadnych klepsydr, wieńców, wdów. Dysydenci nie ruszali z Moskwy i Leningradu, by „szukać śladów” w Nowoczerkasku. Oczywiście pewnie KGB zdjęło by ich po 2-3 godzinach – nie w tym jednak rzecz. Wydaje się, jakby brakło i desperacji, by ustalić, co się właściwie stało, i spoiwa społecznego, niezbędnej dawki wzajemnego zaufania, która w Radomiu 1976 roku pozwoliła jednak byłym walterowcom i harcerzom Czarnej Jedynki dotrzeć jakoś do miejscowych, którzy też przecież nie mieli powodu, by ufać nieznajomym okularnikom.
Generał Matwiej Kuźmicz Szaposznikow (1906-94) odmówił Nikicie Chruszczowowi oddania czołgowej salwy do robotników. W 1967 roku został zwolniony ze służby i wykluczony z partii, w 1988 go zrehabilitowano. Fot. Wikimedia/ artofwar.ru/img/a/ablazow_walerij_iwanowich/afganskajaarenaarturshaposhnikowgeneral-syngeneralachastx1general-otecshaposhnikowmatwejkuzxmich/index.shtml
Bohater dziesięciu ulic

Prasa sowiecka zaczęła się interesować Nowoczerkaskiem pod koniec lat 80., ale niewiele udało się ustalić. Prokuratura uruchomiła nawet śledztwo – ale podczas trzykilometrowej podróży z gmachu Głównej Prokuratury Wojskowej do siedziby Naczelnej Prokuratury ZSRS zginęło ¾ akt, w tym wszystkie zdjęcia: prok. Aleksander Tretecki musiał umorzyć postępowanie. Dziennikarze „Komsomolskiej Prawdy” umówili się na spotkanie z emerytowanym naczelnikiem miejscowego urzędu spraw wewnętrznych, który miał wskazać miejsce pochowania zabitych w walkach – ale chociaż oni podróżowali aż z Moskwy, a on z osiedla o trzy ulice, to on zaginął gdzieś po drodze.

Ostatecznie zrehabilitowano wszystkich hurtem – na mocy ukazu nr 858 prezydenta Jelcyna z 6 czerwca 1996 „O uzupełniających inicjatywach, służących rehabilitacji osób, represjonowanych w związku z udziałem..”. Przed wejściem do NEWZ wmurowano tablicę pamiątkową, na placu, gdzie oddano salwy, stanął kamień, pod którym złożył nawet (w 2008 roku) wiązankę goździków prezydent Władimir Putin.

I, w zasadzie, tyle. Jedna monografia, dwa filmy dokumentalne. ODWIEDŹ I POLUB NAS Generał Szaposznikow, który odmówił Chruszczowowi czołgowej salwy już 1 czerwca 1962, a nawet pisał jakieś listy do władz z prośbą o wyjaśnienie przebiegu wydarzeń, został w 1966 zwolniony ze służby i wykluczony z partii: uniknął sprawy karnej dokonawszy dogłębnej samokrytyki, w 1988 go zrehabilitowano.

A generał Pliejew, który salwy nie poskąpił? Sołżenicyn w „Archipelagu…” pisze, że jego imię będzie kiedyś wspomniane na wielkim pomniku ofiar Nowoczerkaska, ale na razie się to nie sprawdziło. Nie czepiała się go ani prokuratura, ani pieśń masowa: żadnego wersu „Ten krwawy Pliejew, kat Nowoczerkaska / przez niego giną dzieci, niewiasty”. Pełnił odpowiedzialne zadania – jeszcze w tym samym 1962 roku dowodził grupą operacyjną wojsk sowieckich na Kubie, w związku z kryzysem karaibskim – wydał, już po 1965, sześć tomów wspomnień, orderem Lenina odznaczony sześciokrotnie. Jego imię noszą ulice w 10 miastach, od Władykaukazu po Słuck na Białorusi. Ma swoją tablicę na domu, gdzie mieszkał w Rostowie (co prawda o łokieć krótszą niż ta na zakładach NEWZ, a od pięciu lat – popiersie aż het, w Mongolii, w Ułan-Bator, gdzie przed laty gromił interwentów.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Zakłady produkcji lokomotyw w Nowoczerkasku. Zdjęcie z 2008 roku. Fot. Wikimedia/ Денис Путилин - собственная работа
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Prawdziwe okoliczności pierwszego rozbioru Polski
Spożyjemy hostię: Polskę – pisał król Prus. Manifest zaborców zaczynał się: „W imię Trójcy Przenajświętszej!”
Historia Najnowsze wydanie
Radio dla Warszawy
Stołeczna rozgłośnia była spóźniona o ponad 10 lat w stosunku do innych stacji regionalnych otwartych w Polsce.
Historia Najnowsze wydanie
Żydówka, święta Kościoła katolickiego, patronka Europy
Prosiła, by dołączyć do swej siostry w bydlęcym wagonie. Zginęła w Auschwitz.
Historia Poprzednie wydanie
Polska oaza nauk w carskiej Rosji. Liceum Krzemienieckie
Tylko się uczyć: w ogrodzie 12 tysięcy gatunków roślin, podręczniki z Londynu, instrumenta fizykalne z Paryża – wszystko opłacone zbożem Wołynia.
Historia Poprzednie wydanie
W obozie nie było dobrego człowieka
Podobno ktoś rozpoznał ją na sali sądowej podczas procesu jednego ze zbrodniarzy wojennych. Przyszła się mu przysłuchiwać.