Rozmowy

Kogucik na torebkę, pudelek z włóczki na butelkę. Opakowania PRL

Lata 60. to czas wielkiej akcji weryfikacyjnej opakowań. Ponad 90 proc. przeszło ją negatywnie. Producenci dostali sześć miesięcy na zmianę swoich pudełek, puszek, słoików, etykiet pod groźbą konsekwencji – opowiada Katarzyna Jasiołek, autorka książki „Opakowania, czyli perfumowanie śledzia”.

TYGODNIK TVP: Mówisz „opakowania w PRL”, myślisz – zbieractwo. Zwłaszcza te roczniki, które pamiętają tamte czasy zapewne mają przed oczami poustawiane jedna na drugiej puszki po napojach, pliki historyjek z gumy do żucia Donald, czy skrzętnie zbierane torebki po cukrze, bo to właśnie one były głównym asortymentem do pakowania w tamtych czasach.

KATARZYNA JASIOŁEK:
Jestem tym młodszym pokoleniem tamtych czasów, bo urodzonym w latach 80. zeszłego wieku, więc niektórych z tych elementów zbieractwa nie doświadczyłam i nie pamiętam. Ale rzeczywiście „wystawkę” z puszek pierwszy raz widziałam u swojego kuzyna, pamiętam z lat 90. naklejki dodawane do wafelków Kukuruku, a sama zbierałam kartoniki po soczkach ze słomką i zdjęcia aut z gum Turbo. To był powiew Zachodu w czasach transformacji.

Jeśli zaś chodzi o opakowania i zamiłowanie Polaków do tego specyficznego z dzisiejszej perspektywy zbieractwa, to chyba było ono podyktowane tym, że były to jedne z ładniejszych, jeśli nie najładniejsze rzeczy, jakie zwykły śmiertelnik miał w zasięgu ręki. Antyki to wyższy stopień wtajemniczenia, a na opakowania nie trzeba było nawet wydawać pieniędzy. Polowano na nie pod śmietnikami, można je było wyżebrać od rodziny, czy w sklepach spożywczych poprosić o odłożenie. To była sztuka użytkowa, bardzo demokratyczna, bo dostępna dla każdego, małego i dużego. Fascynowała kolorami, których w epoce PRL za wiele nie było. W książce wspominam o tym, że gdy Polacy jechali na Zachód, nie mogli oczu oderwać od wystaw sklepowych, na których nie brakowało kolorów, lakierowanych opakowań z tektury, opakowań z tworzyw sztucznych. To było tak niesamowite dla nich, że trudno było potem nie chcieć mieć tego w domu na dłużej i nie cieszyć oka chociażby kolorowymi opakowaniami przywiezionymi z wycieczki.

ODWIEDŹ I POLUB NAS
W 2020 roku ukazała się twoja książka „Asteroid i półkotapczan” o polskim powojennym wzornictwie. Meble, ceramika, czy szkło z epoki PRL-u osiągają na aukcjach zawrotne ceny, spod śmietników znikają w pięć minut, a w mediach społecznościowych powstają grupy dedykowane właśnie takim przedmiotom. Czy z opakowaniami jest podobnie?

W porównaniu do designu powojennego, perełek z dziedziny opakowań jest naprawdę niewiele. Mam wrażenie, że to w okresie transformacji były rzeczy jeszcze szybciej wyrzucane, niż meble czy wazony i dlatego też zachowało się ich bardzo mało. W czasach PRL-u nikt luźną ręką nie wyrzuciłby puszki po landrynkach, czy pudełka po kakao, a w sklepach z artykułami gospodarstwa domowego ze świecą wówczas można było szukać puszek, pudełek, czy innego rodzaju opakowań przydatnych chociażby w kuchni. Teraz te puszki, butelki, czy papier z tamtych lat to nieoczywiste skarby. Ten ostatni jest praktycznie nie do zdobycia. Pasjonaci na aukcjach internetowych walczą o niego jak lwy. Poza tym, gdy po upadku PRL-u likwidowano fabryki czy instytucje, także dokumentacja projektowa szła do kosza. Tyczyło się to zarówno fabryk mebli, szkła, jak też drukarni i wytwórni opakowań. Tylko nieliczne jakimś cudem ocalały w prywatnych rękach osób, które nie tyle je stworzyły, co odnalazły, kupiły i ocaliły od zapomnienia.
Na przełomie lat 50. i 60. rozpoczęto dyskusję o konieczności poprawienia jakości opakowań. Wcześniej wychodzono z założenia, że klient i tak wszystko kupi. Fot. archiwum Katarzyny Jasiołek
Czy te opakowania, podobnie jak fotele czy stoliki, osiągają na aukcjach wygórowane ceny?

Podobno zdarzają się kolekcjonerzy papierosowych paczek z ich pełną zawartością i potrafią zapłacić za zbiór takich opakowań nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. To, co zilustrowało moją książkę, to zbiory ludzi, którzy interesują się wzornictwem jako takim i przy okazji kupują także opakowania, jako piękny przykład grafiki, interesujący projekt. Tak jak wspomniałam, ja sama jako fanka designu z tamtych lat próbowałam dokupić do swojej kolekcji i na potrzeby książki pojedyncze arkusze papieru pakowego, ale nie miałam często szans z kilkunastoma osobami, które też się o nie biły.

W tytule książki porównujesz opakowania do „perfumowanego śledzia”. Czyje to słowa?

Ojcem chrzestnym tego tytułu i stwierdzenia jest Roman Duszek, polski grafik, który projektował znaki graficzne, ale także opakowania. Kiedy zaczęliśmy wymieniać maile a propos książki, napisałam mu, że kupiłam na targu staroci opakowanie niebieskich cieni marki Kamelia. Odpisał mi, że to doskonały przykład „perfumowania śledzia”. To stwierdzenie dobrze definiuje to, co działo się w branży opakowań i designie powojennym. Projektant bardzo się starał, dobierał kolory, a że byli to absolwenci ASP, to znali się na kolorach i projektowali wszystko bardzo starannie. Potem, gdy szło się na komisję z takim projektem, jak opowiadał mi Duszek, stosowano małe oszustwo, a mianowicie żeby kolory były intensywniejsze, nakładano się na projekt folię. Po pozytywnej ocenie komisji projekt szedł do produkcji i jeśli był to druk na papierze, to projektant w finalnej wersji często nie poznawał swojego dzieła. Kolory były bowiem inne, tło zamiast białego – beżowe albo szare. W przypadku wspomnianych cieni w projekcie łuski były złote, a w produkcji wyszły brudno-zielone. Drukarnia często wykorzystywała takie kolory, jakie akurat były dostępne. Jak mówił Duszek, jakby się człowiek nie starał, to i tak nie zamaskuje zapachu śledzia. Tak było właśnie z opakowaniami. Grafików to bolało, ale deficyty w farbach czy słaba jakość produktów wykorzystywanych do produkcji opakowań wydawały się nie do przejścia. Ot, taka bezwładność centralnie sterowanej gospodarki.

Pakowanie przede wszystkim kojarzy się z papierem. Czy to był materiał łatwo dostępny?

Papier pakowy był ogromnym luksusem. Zresztą chyba do dziś jest kojarzony z PRL-em. W takim papierze w tulipanki dostępnym w MHD albo w wiatraczki w Domach Towarowych Centrum trafiały do mojego domu paczki z odzieżą czy galanterią. Jednak przez cały okres PRL-u to był towar deficytowy, podobnie jak metal. Handel otrzymywał go od przemysłu papierniczego, który nie był w stanie sprostać potrzebom ilościowym handlu oraz wymaganiom odnośnie rodzajów toreb i papierów pakowych. Te drugie wyrabiano, ze względu na przeznaczenie, z najgorszej jakości surowców, a więc dla producenta były mniej opłacalne niż papiery pełnowartościowe. Brakowało torebek z białego papieru o pojemności pół kilograma, które ze względu na estetykę nadawałyby się do pakowania słodyczy, czy opakowań z nadrukami okolicznościowymi i reklamowymi.

Meblościanka, półkotapczan, fotel 366. Ikony PRL-u znikają ze śmietników

Dlaczego znowu chcemy je mieć? Choć kilka dekad temu ludzie byli i chudsi, i ponoć o 11 proc. niżsi, więc i meble były bardziej filigranowe.

zobacz więcej
Przemysł w teorii produkował na zamówienie handlu, a w praktyce z taśm produkcyjnych schodziło to, co było dla fabryki najkorzystniejsze w danym momencie pod względem ceny i wydajności. Przykład to dane z 1959 roku. Zamówienie przemysłu opiewało na 500 ton torebek o pojemności jednej ósmej kilograma, a otrzymywano jedynie 25 ton. Ponieważ normy określały wagę papieru pakowego, a nie liczbę arkuszy, sklepy często dostawały grube papiery, których liczba była niewystarczająca i w które niewygodnie się pakowało.

W latach 60. weszło rozporządzenie niesprzyjające estetyce pakowania w papier, a mające na celu oszczędności w gospodarowaniu papierem. Nakazano zmniejszyć nakłady książek, marginesy, rozmiar etykiet, zrezygnować z niektórych tekturowych opakowań. Jeśli nie było w co pakować, to pakowało się w gazetę. Problemem było też zadrukowanie papieru. Jeśli nie był za gruby do zapakowania towaru, to bywał słabej jakości, przezroczysty, zbyt cienki, żeby nadrukować na nim wzór czy logotyp producenta. Producenci papieru zasłaniali się stwierdzeniem, że o wartości towaru świadczy on sam, a nie to, w co jest zapakowany. Było to, jak pokazuje współczesny świat, błędne przekonanie.

A jak było z puszkami?

Podobnie źle. Branża rybna dostawała zbyt małe przydziały blachy w stosunku do swoich potrzeb, a jeśli już je dostawała, to blacha ta była zbyt gruba, nielakierowana. Ta zła jakość sprawiała, że po otwarciu puszki widać było czasem niepokojąco ciemny odcień tworzywa. Konserwy rybne nie zachęcały także do zakupów, bo zdarzało się, że były wymazane zawartością, a jeśli owa zawartość była tłusta, do puszki nie chciała się przykleić etykieta. Chociaż w książce mam przykłady pięknych etykiet na konserwy, to były to raczej chlubne wyjątki.

Problem z niedoborem blachy mieli także producenci farb czy lakierów, którym zdarzało się nie wykonać planu z powodu braku blachy na opakowania produktów. Jednak jest także inny rodzaj puszek – litografowane puszki na słodycze, kawę, herbatę, kakao, które można uznać chyba za najładniejsze opakowania z epoki.

Czy komukolwiek w tamtej epoce na opakowaniach w ogóle zależało?

Zależało nie tyle samym producentom, co centralom handlu zagranicznego, bo to one miały ogromny problem ze sprzedażą nawet wysokiej jakości produktów spożywczych. Wysyłaliśmy za granicę chociażby alkohol, słodycze, mrożonki, kosmetyki. Bywało, że te rzeczy nie miały w ogóle opakowania, były dostarczane luzem, a jeśli już je miały, to często efekt estetyczny był bardzo mizerny. Do tego dochodził jeszcze jeden aspekt – zbyt duża pojemność. Przemysł ponosił mniejsze koszty przy pakowaniu do dużych opakowań. I tak Hortex kierował na rynek amerykański kwaszoną kapustę w prawie 10-kilogramowych puszkach, a odbiorcy chcieli kupować puszki ważące co najwyżej 2 kg. Któż poza właścicielami biznesów gastronomicznych chciałby nabywać jej za jednym zamachem ponad 9 kg, nawet jeśli byłaby najlepsza? To powodowało, że dostawy trzeba było wstrzymywać. Butelki na alkohol produkowane po wojnie miały z kolei konstrukcję uniemożliwiającą transportowanie ich w poziomie – wyskakiwały z nich korki. Długo też nie było butelek gwintowanych z korkami, które wskazywałyby, czy butelka jest fabrycznie zapieczętowana.
Świat zachwycał się naszymi pudełkami czekoladek, okładkami płyt, etykietami. Fot. archiwum Katarzyny Jasiołek
Takiej krytyki było więcej?

Owszem. Centrala Handlu Zagranicznego „Animex” krytykowała puszki do konserw, Rolimpex opakowania do cukierków, warzyw i owoców. Centrale chciały wprowadzenia do obrotu puszek z blachy wyższej jakości i o mniejszych pojemnościach, ale tej również nie było skąd wziąć, podobnie jak papieru. Tworzywo sztuczne, czyli tomofan (tak nazywano nasz rodzimy celofan) nie dorównywał jakością temu produkowanemu za granicą. Był łamliwy, zmieniał zapach i smak pakowanego towaru. Z tego powodu uniemożliwiony został eksport cukierków miodowych Wawel. Pękające torebki narażały odbiorcę na dodatkowe koszty, które musiał brać na siebie.

Pojawiał się jeszcze jeden ważny, aczkolwiek dla wielu producentów nie tak oczywisty aspekt. Kontrahenci życzyli sobie, by informacje o produkcie podawane były w innym niż polski języku. „Życzenia kontrahentów zagranicznych należą jednak z nieznanych przyczyn do kategorii nigdy nie spełnianych. Czy rzeczywiście pełny asortyment etykiet to taka sama zachcianka jak przysłowiowa gwiazdka z nieba?” – pytał Andrzej Kempliński w artykule opublikowanym w magazynie „Opakowania”.

Było jakieś wyjście stosowane w tej patowej sytuacji?

Było. Z racji tego, że centrale handlu zagranicznego jako przedsiębiorstwa miały swoje normy do wyrobienia, więc nie mogły się po prostu poddać z powodu braku opakowań. Rozwiązaniem było zlecenie wykonania ładnych opakowań w zachodniej firmie, jednak tu trzeba było wydać dewizy. Nie było to mile widziane, ale niektóre zakłady czy właśnie centrale handlu zagranicznego otrzymywały takie pozwolenie od ministra handlu zagranicznego. Czasami udawało się przekonać decydentów, że import dla eksportu to nie fanaberia, ale czysty zysk. Tak było chociażby z etykietą wódki Wyborowej, która była projektowana przez francuską agencję reklamową. Zagranicznymi projektami, a przynajmniej mocami produkcyjnymi posiłkowali się także czołowi producenci towarów luksusowych, czyli kosmetyków i słodyczy.

Dużo było takich niedoścignionych wzorów, o których marzyliśmy, ale nie mogliśmy im sprostać?

Rzeczywiście największymi paradoksami, które dziś nie mieszczą nam się w głowie było to, że choć fabryki szkła potrafiły wyprodukować wazony, czy inne elementy szklanego designu, to nie radziły sobie ze słoikami z gwintem tej samej wielkości, takimi, żeby je można było pozamykać takimi samymi przykrywkami. To była jedna z naszych największych wpadek za granicą, ale i na rodzimym rynku zdarzało się, że przyniesiony do domu dżem ze sklepu okazywał się być spleśniały właśnie przez brak odpowiedniego zabezpieczenia u producenta. Bolączką była wspomniana już wielkość opakowań.

Na łamach pisma „Opakowania” widać było wewnętrzną walkę piszących, bo jak ująć w słowa to, że te wszystkie kolorowe cuda z elementami tworzyw sztucznych stanowią dla nas niedościgniony wzór i nie narazić się partii? Dziennikarze i specjaliści, analizując zachodnie trendy, między wierszami przemycali tezę, że w dziedzinie opakowań Zachód to nasz cel. I choć chcieliśmy dogonić Anglię, Francję czy Amerykę, wciąż pozostawaliśmy w tyle.

Elegia dla zapałki

Ostatnia fabryka zapałek w Polsce i jeden z największych producentów w Europie ogłosiła upadłość. Po stu latach działalności stare, poniemieckie maszyny zatrzymają się.

zobacz więcej
Tak było chociażby z aerozolem. Gdy na całym świecie na przełomie lat 50. i 60. pakowano w niego już wiele produktów z różnych branż, nie tylko kosmetycznej, w Polsce najpierw importowaliśmy opakowania aerozolowe, a potem w bólach stworzyliśmy własne, i tak cały czas bazując na komponentach z importu. Jedni importowali, inni jak WFMiK „Uroda” próbowali produkować swoje własne części składowe aerozoli. W 1962 roku powołany został Zespół Roboczy do Spraw Aerozoli, w którego skład weszli przedstawiciele resortów najbardziej zainteresowanych tym typem opakowań, a koordynacją produkcji zajął się Centralny Ośrodek Opakowań.

Czym dokładnie zajmowała się ta instytucja?

Badaniami nad tworzywami do produkcji opakowań, certyfikowaniem, współorganizowała krajowe konkursy na opakowania „Złoty Kasztan”. Nie była to jednak instytucja mająca wpływ na estetykę opakowań, chociaż certyfikowaniem zajmuje się do dziś jako Krajowa Izba Opakowań.

Skoro powstała w 1962 roku, to można mówić o jakimś przełomie w tym czasie w kwestii opakowań? Zaczęto je zauważać i doceniać ich rolę w sprzedaży produktów?

To prawda. Na przełomie lat 50. i 60. rozpoczęto dyskusję o konieczności poprawienia jakości opakowań. Wcześniej wychodzono z założenia, że klient i tak wszystko kupi. Poza tym do sklepu i tak szło się np. po mleko z własną kanką. Zmiany nastąpiły nie tylko ze względu na wspomniany handel zagraniczny, ale też pojawienie się pod koniec lat 50. pierwszych sklepów samoobsługowych, tzw. SAM-ów. Kiedy klient mógł sam na sam „obcować” z produktem, a nie oglądać go pod czujnym okiem ekspedienta, okazało się, że powinno go uwodzić także opakowanie, a nie zawartość, której klient nie zawsze jest pewien.

W 1955 roku ukazał się pierwszy numer czasopisma „Opakowanie”, co możemy uznać za sygnał zainteresowania tematem. Lata 60. zaś to czas wielkiej akcji weryfikacyjnej opakowań, która miała na celu sprawdzenie opakowań ze wszystkich resortów – zarówno pod względem użytkowym, jak i estetycznym. Ponad 90 proc. opakowań przeszło weryfikację negatywnie. Producenci dostali sześć miesięcy na zmianę swoich pudełek, puszek, słoików, etykiet pod groźbą konsekwencji. Wyjściem było zwrócenie się do Przedsiębiorstwa Państwowego Pracownie Sztuk Plastycznych, które pośredniczyło między zleceniodawcami a plastykami przy zamawianiu projektów opakowań. Gdyby nie odgórny nakaz zmian, producenci nie wyszliby raczej z inicjatywą poprawy wyglądu opakowań, oczywiście poza tymi świadomymi reguł gry na zachodnich rynkach, gdzie chcieli sprzedawać swoje towary.

Czy nazwiska twórców opakowań są znane w środowisku grafików, czy wręcz przeciwnie – w większości anonimowe?

Gdy pracowałam nad książką udało mi się dotrzeć do tych nazwisk projektantów opakowań, którzy brali udział w konkursie „Złoty Kasztan”. Dostali nagrody, wyróżnienia, byli opisywani w tym kontekście w prasie. Wśród nich możemy wymienić m.in. wspomnianego już Romana Duszka, Danutę i Jerzego Antkowiaków, Zofię Białas, Julittę Gadomską, Małgorzatę Wickenhagen, Zofię Pelczar, Ryszarda Bojara, Andrzeja Darowskiego, Rafała Jasionowicza, Zenona Januszewskiego, Kazimierza Maliszewskiego, Witolda Surowieckiego, Karola Śliwkę, Tadeusza Szrajbera, Andrzeja Radziejowskiego, Andrzeja Zbrożka.
W przeciwieństwie do projektowania plakatów reklamowych, filmowych, teatralnych czy o tematyce społecznej, projektowanie opakowań nie było pracą, która wiązała się z uznaniem, ze sławą. Zarówno w środowisku, jak i w społeczeństwie ludzie nie mieli pojęcia, kto to zaprojektował. Sygnatur, z wyjątkiem tych na okładkach płyt, nie było. Zresztą okładki winyli to oddzielna historia, bo one są czymś pomiędzy opakowaniem a plakatem. Sygnatury pojawiały się również czasem na etykietach zapałczanych. Zostawiali je Karol Śliwka i Andrzej Zbrożek. Ten pierwszy był zresztą zdobywcą pierwszej nagrody na opakowanie do papierosów Syrena, które weszło do produkcji. Nie uczył się grafiki użytkowej na Wydziale Malarstwa ASP w Warszawie, gdzie studiował, ale czerpał swoją wiedzę i inspiracje z zagranicznych czasopism. Ta nagroda sprawiła, że nabrał wiary w swoje możliwości.

Czy w środowisku ich projekty i wygrane w konkursach były doceniane?

Ależ skąd. Ponoć uważano, że sygnowanie czegoś takiego jest śmieszne, a sztuka użytkowa to żadna sztuka. W latach 50. i 60. była uważana za tę gorszą. Moim zdaniem to było wyśmiewanie na wyrost, bo wielu artystów, malarzy czy grafików warsztatowych w ogóle nie wiedziałoby, jak się do niej zabrać. Zresztą projektanci opakowań to bardzo często byli ludzie, którzy zajmowali się wspomnianymi dziedzinami. Oczywiście i w sztuce użytkowej były lepsze i gorsze zlecenia, bo przecież okładką płyty jazzowej warto było się pochwalić, w przeciwieństwie do opakowania kredek dla dzieci czy puszki na herbatę.

Co było mocną stroną polskiej grafiki użytkowej?

Zarówno mocną, jak i słabą stroną było to, że twórcy nie musieli – w przeciwieństwie do zachodnich kolegów – tworzyć czegoś, co miało siłę sprzedażową i marketingową. Nie musieli namawiać ludzi do pójścia do kina, kupienia czegoś, bo i tak, gdy coś wchodziło na ekrany kin, to wszyscy biegli, a gdy towar pojawił się w sklepie, to ustawiały się po niego kolejki. Klient nie gardził towarem ze względu na słabe opakowanie. Projektanci tworzyli opakowania według własnego uznania, wyczucia, gustu, umiejętności, nie miał ich kto tego uczyć, bo nie było nawet kierunków studiów czy szkół, które mogłyby się podjąć tego zadania. A mimo tego świat zachwycał się naszymi plakatami, pudełkami czekoladek, okładkami płyt, etykietami…

W książce jest rozdział poświęcony wystawom sklepowym i ich twórcom. To było jeszcze większe wyzwanie niż opakowania, by stworzyć coś z niczego?

Tak. Te historie twórców wystaw mnie zafascynowały. Otwierają książkę, bo nie miałabym gdzie indziej okazji oddać im hołdu. To byli niesamowici pracownicy epoki PRL-u. Pamiętamy wystawy, ale nie wiemy, jak powstawały, w jakich warunkach musieli pracować ci ludzie. A bywało, że tworzyli je w temperaturze 40 stopni latem, albo minus 20 zimą. Jedna z moich bohaterek, której wspomnienia znalazłam w magazynie „Reklama”, Teresa Bancewicz, pisze, że będąc młodą dekoratorką musiała jechać z dekoracjami do sklepów w małych górskich miejscowościach, przewożąc wszystko PKS-em, a gdy docierała na miejsce, musiała zimą przedzierać się przez zaspy śnieżne. Niektórzy z nich pracowali na akord, mając do przygotowania kilkadziesiąt wystaw w miesiącu. Tego samego dnia projektowali, ktoś zatwierdzał projekt i biegli zaaranżować witrynę sklepu.

Wyrób czekoladopodobny w etykiecie zastępczej, czyli PRL-u pomysł na słodkie życie

Sprzedawcy walizkami przynosili pieniądze, aby odebrać trzy kontenery jakichkolwiek słodyczy. Nieważne, co.

zobacz więcej
Nie mogli eksponować ładnych towarów, bo jeszcze klienci zechcieliby je kupić. Brakowało im do pracy wszystkiego: od szpilek, które po wyjęciu z jednej dekoracji prostowali, by użyć ich do kolejnej, przez materiały do ich zainstalowania, po same produkty. Wystawy to była czasem improwizacja. Jeśli kierownik sklepu zdobył choinkę, to trafiała na wystawę, a do niej wata, brokat z potłuczonych bombek. Lampka nocna za kolorowymi butelkami wina była szczytem osiągnięć dekoratorskich.

Czy w tej branży można było liczyć na nowinki dekoratorskie?

W branży dekoratorskiej były mody. Hitem był styropian. Był idealny do dekorowania wystaw zimą, ale sprawdzał się i latem, gdy okazało się, że można z niego wyciąć niemal wszystko. Wcześniej dekoratorzy malowali pejzaże, wykorzystywali białą i kolorową bibułę, także marszczoną. Większość z nich robiła wszystko sama, nieliczni szczęściarze mieli do pomocy stolarza, szklarza czy kierowcę, który pomógł przewieźć duże elementy ekspozycji. Często dekoratorzy przeglądali również odpady i z nich wybierali materiały, które mogły trafić na wystawę – szklane rurki, czy kolorowe szkło z hut, folię aluminiową, metalowe taśmy z zakładów przemysłowych. W małych miejscowościach dekoratorzy planowali pracę tak, by wystawa została zaaranżowana do godz. 13, kiedy sklepy były zamykane na czas przerwy obiadowej. Deszczowe dni uniemożliwiały tę pracę, bo przejście z elementami dekoracji przez miasto spowodowałoby ich zniszczenie. Nie zawsze też dekoratorzy spotykali się z miłym przyjęciem ze strony ekspedientek, które musiały oderwać się od pracy, by na przykład podjąć jakąś decyzję.

Czy dekoratorzy rywalizowali między sobą, brali udział w konkursach?

Tak. Organizowano konkursy ogólnopolskie oraz lokalne. Ogólnopolskie odbywały się w tych miastach, w których poziom sklepowych witryn był najniższy, na przykład z powodu braku wystarczającej liczby dekoratorów. Dekoratorzy niechętnie brali w nich udział, głównie z tego powodu, że choć te wyjazdy były traktowane jako służbowe, to nie były nimi do końca. Po powrocie dekorator musiał odpracować swoją nieobecność, a gdy zdobył nagrodę – zwrócić zatrudniającej go instytucji koszty poniesione na materiały.

Często organizatorzy ustalali, kto i gdzie będzie podczas takich konkursów pracował. Największe okna wybierali sobie dekoratorzy miejscowi i już wcześniej byli przygotowani, a przyjezdni z dalekich miast dostawali okna nieprzygotowane, z tematyką niewdzięcznych, niekonkursowych towarów, jak lodówki, czy męskie okrycia. Niewdzięcznym tematem było także obuwie, bo nie wiadomo było, jak je wyeksponować. W takich warunkach szanse na wygraną malały do zera.

Gdybym na koniec naszej rozmowy zapytała o pięć najciekawszych opakowań, takich PRL-owskich perełek, to co by pani wymieniła?

To bardzo łatwe (śmiech). Jedna należy do mnie – to puszka po słodyczach marki Wawel, z otworkami po bokach, którą można przerobić na bębenek. Drugim opakowaniem z tego nurtu zabawek jest metalowe wiaderko po marmoladzie, którego można po jej zjedzeniu używać jako zabawki do piaskownicy. Mam też opakowanie perfum „Szałowa”. Udało mi się zdobyć i butelkę, i papierowe opakowanie po nich. Podobnie jest z butelką po perfumach Lechii „Renoir”, ale ikoną designu i moich ciepłych wspomnień jest pudelek z włóczki na butelkę alkoholu. Majstersztyk tamtych czasów.

– rozmawiała Marta Kawczyńska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Katarzyna Jasiołek (ur. 1982) – absolwentka Filologii Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Publikuje w czasopiśmie branżowym „Szkło i Ceramika”, tworzy też katalogi, których tematyką jest design i wzornictwo. Prowadzi blog Heliotrop (heliotropvintage.pl) o wydarzeniach związanych z wzornictwem, architekturą, fotografią, modą, a także pod marką bloga – podcast, do którego zaprasza twórców, rzemieślników, kolekcjonerów i inne osoby związane z designem. Autorka książki „Asteroid i półkotapczan. O polskim wzornictwie powojennym” oraz „Opakowania, czyli perfumowanie śledzia”.
Zobacz więcej
Rozmowy wydanie 17.06.2022 – 24.06.2022
Łapiemy przestępców, którzy ćwierć wieku temu byliby nieuchwytni
Na podstawie małżowiny usznej można zidentyfikować człowieka.
Rozmowy wydanie 10.06.2022 – 17.06.2022
Za wszystko będziemy płacić kodem QR. Nadchodzi cyfrowy pieniądz
Ale całkowite pozbycie się gotówki byłoby szaleństwem.
Rozmowy wydanie 10.06.2022 – 17.06.2022
Wildstein: Zrozumiałem, że katolicyzm to mój los
Domyślałem się, że mój ojciec jest Żydem...
Rozmowy wydanie 10.06.2022 – 17.06.2022
Tu leczą woda, klimat, dieta i... dobre towarzystwo
W Krynicy, na terenie uzdrowiska znajdują się 23 ujęcia wody mineralnej.
Rozmowy wydanie 20.05.2022 – 27.05.2022
Biblia obrazkowa dla ubogich i diabeł nie gorszy od świętych
Jest tu konfesjonał do „rodzinnych spowiedzi” i ławki, gdzie siedzi się jak w tanich liniach lotniczych.