Felietony

Tymczasowość to norma w tym zawodzie. Nie ma szans na jeden etat do emerytury

Aleksandar Vuković ponoć odejdzie z Legii z końcem sezonu. Czwarty raz przyszedł i czwarty będzie odchodził. U niego nie ma, że do trzech razy sztuka. Dają mu pracę, to bierze. A robotę wykonuje jak potrafi. Lecz jest pytanie – jak potrafi?

Skoro po raz czwarty mu dziękują, można przypuszczać, że mało potrafi. Lecz skoro cztery razy go zatrudniali, wygląda na to, że potrafi wystarczająco dużo. Chyba, że tzw. kierownictwo klubu nie umie ocenić pracownika, albo samo nie wie, czego chce.

Zasadniczo prezesi oraz inwestorzy futbolu oczekują od trenera cudu. Tyle, że Legia jest obecnie na etapie walki o przetrwanie. Na żaden cud nad Wisłą się nie zanosi. W polskiej lidze cud gwarantowany to najczęściej cud kupiony.

Jednak tym razem Vukovicia wynajęto w celu załatania dziury na posadzie szkoleniowca i to miał powiedziane na początku. On pewnie liczył, że podniesie drużynę z kolan, lecz mógł się przeliczyć. Po nim nastanie kolejny trener, co wcale nie znaczy, że lepszy.

Nie można się dąsać

Trenerów i zawodników ocenia się po wynikach tyle, że wyniki osiąga drużyna, a trener stara się pomagać. Przeważnie bardzo się stara, choć raz wychodzi to lepiej, innym razem słabiej. Ważne jest, ile ma czasu. W polskim futbolu ma go niewiele. ODWIEDŹ I POLUB NAS Wymiany trenerów klubowych często następują szybciej niż kibice nauczą się ich nazwisk. A jak wiadomo od mieszania łyżeczką herbata nie staje się słodsza, co potwierdza sportowy poziom ekstraklasy, która nie jest ani ekstra ani z klasą.

Jednak trenerskie „chwilówki” jak ta Vukovicia zdarzają się z różnych powodów. Bo klub czy związek sportowy potrzebują czasu, żeby wybrać właściwego człowieka. Bo trener nie ma lepszych propozycji, więc przyjmuje ofertę.

Czy to go jakoś poniża lub deprecjonuje? Ale skądże, wręcz przeciwnie. W tym fachu sytuacje tymczasowe to rodzaj normy zawodowej. Każdy trener niejeden raz zmienia pracodawców. W swojej karierze zajmuje różne miejsca w szyku.

Pracuje w klubie. Pracuje z kadrą, często zaczynając od roli asystenta. Przez całą karierę walczy o pozycję i uznanie. Nie ma szans na jeden etat do emerytury. Musi wykorzystać każdą okazję, żeby się wykazać. A dobra robota procentuje.

Nie można się dąsać ani popadać w czarnowidztwo, gdy biorą człowieka na zastępstwo. To, co można, to zasuwać jak mrówa, dowodząc ile jesteś wart. I Vuković dokładnie to robi. Chociaż ma jakieś nazwisko i jakąś pozycję, stara się jak kadet, więc jeszcze nie wiadomo jak to się skończy.

Bez względu na to kto, i na jak długo, zatrudnia trenera, wystawia mu pozytywne referencje. Potwierdza, że jest potrzebny i zna się swojej pracy. W takich okolicznościach trener nie ma powodu, aby czuć się „zapchajdziurą”, bo to nie znaczy, że jest gorszy. To oznacza, że taki jest ten fach.

Jeden wynik, dwie oceny

Kategorie lepszy i gorszy nie należą w sporcie do określeń niewłaściwych czy obraźliwych. Są rdzeniem i celem tej gry. Pierwszy zawodnik na mecie jest najlepszy, reszta jest od niego gorsza i nie ma co ściemniać ani zmiękczać. I to mi się w sporcie najbardziej podoba.

Ta prosta i czytelna hierarchia wartościowania, w oparciu o zgodnie przyjęte zasady, w konkretnym obszarze działań. Ona dzisiaj funkcjonuje już chyba tylko w sporcie, bo życiu codziennym dawno została wypaczona i zdeprawowana, chociaż miała być wzorem cnót.

W sporcie nie ma, że tatuś załatwi. Nic nie znaczą układy partyjne czy koneksje towarzyskie. Beztalencie nigdy nie zostanie mistrzem. Koniunkturalny cwaniaczek – reprezentantem kraju tylko dlatego, że przyjaźni się z królikiem. Wartość trzeba potwierdzić własnym wysiłkiem i wynikami.

Rzecz jasna łatwiej to zrobić będąc zawodnikiem niż trenerem. Działaczy pomijam, bo oni podlegają hierarchii wykoślawionej, w której rządzi polityka i kasa. Za to wyniki trenera łatwiej jest zdeprecjonować. Łatwo uznać, że brakuje mu charyzmy lub kompetencji.
Trenerzy: Legii Warszawa - Aleksandar Vuković (z lewej) i Górnika Zabrze - Jan Urban 6 maja 2022 w czasie meczu Ekstraklasy. Fot. PAP/Leszek Szymański
Chociaż każdy trener o tym wie, to właśnie ta labilność ocen bywa najbardziej frustrująca w tej profesji. Niby wynik mówi wszystko, ale słyszą tylko tacy, którzy chcą. Tacy, którzy nie chcą, zawsze się przyczepią, bo wiedzą jak to zrobić.

Każda dyscyplina to zamknięte środowisko. Ludzie ze sobą konkurują na różnych poziomach. Wystarczy trenerowi przypiąć jakąś łatkę, powiedzmy – konfliktowy. I taka opinia zaczyna pracować. Będzie widziany i oceniany przez ten filtr.

Efekty mogą być różne. Na przykład potencjalni zawodnicy zaczną go omijać, więc odłowią ich koledzy po fachu. Albo jego zawodnicy będą od niego odchodzić, na czym skorzystają koledzy po fachu. Takie sytuacje nieustannie dzieją się na sportowym zapleczu.

Ale nawet bez „życzliwej pomocy” ludzi z środowiska weryfikacja trenerskiej roboty oparta jest na kruchych podstawach i prawie zawsze łatwo ją podważyć. Zwyczajowym kryterium oceny są wyniki zawodników czy drużyny. Jednak ten wskaźnik bywa mylący.

Trudno wyważyć wartość trenera, który prowadzi wybitne talenty oraz takiego, który ma grupę przeciętniaków. Wszyscy szukają młodych zdolnych, lecz udaje się tylko niektórym. Chociaż średniacy poprawiają swoje wyniki to nigdy do poziomu tych najlepszych.

Nie da się porównać osiągnięć trenera kadry narodowej z trenerem klubowym. Ten pierwszy pracuje z elitą wybrańców, ten drugi na dostępnym „materiale”. Cieszy się, gdy podopieczni idą w górę, ale droga do szczytu jest daleka, zarówno dla nich jak i dla niego.

Wyniki zawodników, ich uzdolnienia, charaktery, motywacja czy samodyscyplina mogą wpływać na ocenę trenera dwojako: zawodnicy są dobrzy, bo trener jest dobry. Trener jest dobry, bo ma dobrych zawodników. To jest trochę kwadratura koła.

Szkoleniowiec i szkoleni tworzą jakby jeden żywy organizm, który nie da się podzielić na kawałki, żeby stwierdzić, jaka część odegrała większą rolę – noga czy głowa? Wartość zawodnika opisuje konkretny wynik. Jednak zasługa trenera to zawsze wartość domniemana.

Nie ma takie wagi, żeby to wyważyć. Nie ma takiej miarki, żeby to zmierzyć. I nie ma innego sposobu jak się z tym oswoić. Ścieżka jest znana i wydeptana przez pokolenia. W kolejce do historii trzeba poczekać i warto być cierpliwym.

Lepiej się nie wychylać

Prawie wszyscy trenerzy o znanych nazwiskach i dorobku przechodzili okres terminowania u swoich patronów szkoleniowych, zazwyczaj starszych i z dłuższym stażem w zawodzie. Większość z nich, jak to mówią – „wyszła na ludzi”.

Niezłym na to przykładem jest legendarna „trójka murarska” polskiego futbolu: Górski, Strejlau, Gmoch. Ten pierwszy był liderem, tamci dwaj asystentami do zadań specjalnych. Byli wytrwali, robili swoje a sukcesy firmował pan Kazio, jak to selekcjoner.

Kiedy publicznie padało określenie „Orły Górskiego”, odczuwali pewien dyskomfort, ujmując rzecz najdelikatniej. Jacek Gmoch trochę bardziej, Andrzej Strejlau trochę mniej, lecz historia ich nie wyautowała. Każdy w końcu poprowadził drużynę narodową na własny rachunek.

Jest taki dzień, gdy czeladnik wychodzi z cienia swojego mistrza. Dopiero wtedy się okazuje, czy samodzielność go uskrzydla czy przerasta. A to nie zależy wyłącznie od kompetencji. Także od cech osobowych a zwłaszcza od siły przebicia.

Michal Doležal był asystentem Stefana Horngachera, zanim został głównym trenerem polskich skoczków. Jak mu poszło, widzieliśmy w ubiegłym sezonie. Błędy w przygotowaniach ujawniły się już na początku i nic się nie zmieniło do igrzysk.

Ile zarabiają trenerzy piłkarscy i dlaczego tak dużo?

Bajońskie transfery piłkarzy, trenerskie fortuny nie robią już na nas wrażenia.

zobacz więcej
Prezesem PZN jest Apoloniusz Tajner. Dyrektorem sportowym – Adam Małysz . Obaj znają się na skokach. Musieli mieć wgląd w proces przygotowań, bo za to im płacą. Doležal nie mógł nie informować przełożonych na bieżąco, co robi i dlaczego.

Mimo to część szkoleniowa została spaprana, a trener odegrał rolą kozła ofiarnego. Może nie miał dobrych pomysłów. Może nie miał własnych pomysłów. Może nie miał odwagi, by się postawić. Nieważne, czego nie miał. Ważne, że wyszła kaszana...

Doležal wziął winę na siebie, ale tylko w jednym aspekcie. Za poszerzenie kadry o zawodników mniej znanych, aby podciągnęli się sportowo. Podobno stracili na tym najlepsi, co jest mętnym wytłumaczeniem. Ale winny się znalazł i chyba o to chodziło.

W samokrytycznym uniesieniu Czech wyznał szczerze, że wiele się nauczył na posadzie w PZN. Chyba jednak niewiele. Raczej utrwalił w sobie przekonanie, że lepiej się nie wychylać. Lepiej być tym drugim niż tym pierwszym. Chyba dlatego wrócił do Horngachera jako nowy stary asystent.

Sztab anonimów

Jedni trenerzy kochają błyszczeć samodzielnie. Inni wolą świecić światłem odbitym od uznanego autorytetu. W historii polskiego sportu mieliśmy dyscyplinę, w której trenerzy nie tylko nie błyszczeli, lecz nawet nie świecili blaskiem odbitym.

Od razu zaznaczę, że działo się to w głębokim PRL, w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku, gdy w lekkoatletyce rozgrywano jeszcze mecze międzypaństwowe. Młodym uświadamiam, że w meczach nie liczono bramek, tylko punkty za miejsca na mecie.

W jednym z takich meczów Polacy okrutnie zlali Niemców. Wkurzona niemiecka prasa nazwała polski zespół Wunderteamem, żeby zrobić na złość swoim. I znów podpowiadam młodzieży: kliknijcie myszką, to się dowiedzieć, co to był ten Wunderteam.

Tak czy inaczej wokół tamtego zespołu lekkoatletów powstały legendy. A jedną z nich jest postać Jana Mulaka. To on miał być twórcą Cudownej Drużyny. Tak się mawiało wówczas i tak zostało do dzisiaj. Tyle, że to była i jest nadinterpretacja.

W rzeczywistości obertrener nikogo nie trenował. Nawet długodystansowców, z którymi wiązany jest najczęściej. Zdzisława Krzyszkowiaka, Jerzego Chromika, Kazimierza Zimnego (gwiazdy tamtych czasów) trenował w kadrze narodowej Tadeusz Kępka.

Ale nazwisko Kępki pojawiało się w prasie tylko wtedy, jak dziennikarz się pomylił. Według ówczesnych standardów poprawności wszelkie sukcesy należało przypisywać Mulakowi. Może z powodów politycznych, jakby w ramach rekompensaty za zesłanie do sportu?

Mulak był działaczem przedwojennej PPS, walczył w Powstaniu Warszawskim. Tuż po wojnie zaczął być postrzegany jako rywal Józefa Cyrankiewicza (późniejszego premiera). Profilaktycznie odstawiono go na polityczną bocznicę, czyli do sportu.

Jego życiorys jest barwny i tak skomplikowany jak nasza historia. Nie będę się nad tym rozwodził. Lecz warto wiedzieć, że był niezwykle sprawnym organizatorem oraz trzymał ochronny parasol nad ludźmi z AK, których miał wielu w sztabie szkoleniowym.

To też była jedna z przyczyn, dla których nazwiska trenerów tak rzadko pojawiały się w ówczesnej prasie. A nad sukcesem Wunderteamu pracowały prawdziwe giganty myśli fachowej. Wielu z nich zrobiło potem światowe kariery, szkoląc mistrzów olimpijskich tyle, że dla innych krajów.
Jan Mulak z lekkoatletami z Wunderteamu (od lewej) Elżbietą Krzesińską (skok w dal), Zbigniewem Makomaskim (m.in. bieg przez płotki i sztafeta 4x400 metrów) oraz Zdzisławem Krzyszkowiakiem (m.in. bieg na 3000 metrów z przeszkodami, bieg na 5000 i 10 000 metrów). Fot. Warminski, E. / Forum
Takie nazwiska jak Zygmunt Zabierzowski, Zygmunt Szelest, Jerzy Hausleber, Włodzimierz Puzio, Antoni Morończyk, Sławomir Zieleniewski, Tadeusz Kępka można oczywiście znaleźć w internecie. Lecz dla współczesnej opinii publicznej pozostaną równie anonimowe jak w okresie Wundereamu.

Taki jest ten fach

Praca trenera może być niewdzięczna nawet wtedy, gdy jego osiągnięcia są ewidentne, a wpływ na sukcesy zawodników dowiedziony przez lata oraz liczbę wychowanków na najwyższym poziomie sportowym. Takim przypadkiem jest Czesław Cybulski.

Cybulski jest trenerem rzutu młotem. Spod jego ręki wyszły dwa pokolenia mistrzów konkurencji. Poczynając od Zdzisława Kwaśnego, wicemistrza świata z roku 1983. Przez całą paletę gwiazd polskiego sportu w XXI wieku.

Szymon Ziółkowski, Kamila Skolimowska, Anita Włodarczyk, Paweł Fajdek to najbardziej wizerunkowe postacie związane z trenerem Cybulskim od początku swoich karier. To on odkrywał ich talenty, formował sportowo i prowadził przez lata.

Lecz w różnym czasie wszyscy się z nim rozstawali szukając i znajdując nowych trenerów. A potem kolejnych nowych. Ponoć Cybulski jest konfliktowy. Być może, cokolwiek to znaczy. Ale gdyby nie on, to oni raczej nie byli by tymi, jakimi się stali.

Kolejni trenerzy przecież nie pracowali z nimi od zera. A oni nie zaczynali swoich karier, tylko kontynuowali. Zmiany przynosiły różne skutki, lecz następcy Cybulskiego, budowali na fundamentach jego roboty. Nie da się wygumkować tego trenera z ich sportowych biografii.

I nie da się też stwierdzić w tym wąskim gronie jakichkolwiek pozytywnych sygnałów zwrotnych wobec Czesława Cybulskiego. Nawet nie chodzi o ludzką wdzięczność, lecz choćby o aprobatę jego roli. Niestety jest przeciwnie. Dlaczego? No bo taki jest ten fach.

Możliwości są dwie: albo się z tym pogodzić albo zmienić zawód. Większość trenerów wybiera to pierwsze. Walczą o swoje tak jak zawodnicy. Tyle, że sportowcy robią to na scenach, a oni za kulisami. I nie zbierają za to huraganowych braw.

– Marek Jóźwik

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Mecz Polska - Jugosławia we Frankfurcie na Mundialu w 1974 roku. Na zdjęciu trenerzy drużyny polskiej, od lewej: Jacek Gmoch, Kazimierz Górski i Andrzej Strejlau. Fot. PAP/CAF-ADM Stanisław Jakubowski
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Rosyjski przeciwnik Putina krytykuje Polaków
Nie stroni od wulgarnego erotyzmu.
Felietony Najnowsze wydanie
Powakacyjna zemsta znawcy wina
Mam na podorędziu kilka nazw niezwykle podłych „winek” do 30 zł i…
Felietony Najnowsze wydanie
Za, a nawet przeciw
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Britain
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Dokument cudownie odnaleziony. Czy naprawdę zrzekliśmy się...
Ni stąd, ni zowąd w 2004 roku urzędnicy Włodzimierza Cimoszewicza „znaleźli” dziwny protokół z dziwnego posiedzenia rządu w 1953 roku.