Rozmowy

Życie miał utkane z nut. Kaczyński, który uczył Polaków kochać operę

Jego kariera to pasmo suspensów. Kiedy debiutował w Ośrodku TVP w Poznaniu i do Warszawy trafił pierwszy próbny program z cyklu „Operowe qui pro quo”, doradca ówczesnego prezesa Komitetu do Spraw Radia i Telewizji Macieja Szczepańskiego orzekł: „Program TAK, Kaczyński NIE” – mówi Anna Lisiecka, autorka książki „Będę sławny, będę bogaty. Opowieść o Bogusławie Kaczyńskim”.

Ten wielki popularyzator muzyki 20 lat temu otrzymał tytuł Gwiazdy Telewizji Polskiej. Bogusław Kaczyński był m.in. przez ponad 30 lat dyrektorem Festiwalu im. Jana Kiepury w Krynicy Zdroju, gdzie światowej sławy tenor – urodzony 120 lat temu, 16 maja 1902 roku – miał swój jedyny w Polsce dom-pensjonat Patria. Krynicka scena pod kierownictwem Kaczyńskiego była początkiem kariery wielu śpiewaków operowych.

TYGODNIK TVP: Największe, jak mniemam, marzenie Bogusława Kaczyńskiego – dyrekcja Opery Narodowej – się nie ziściło. Z jakich przyczyn?

ANNA LISIECKA:
To był niewątpliwie najambitniejszy projekt na zawodowym szlaku bohatera mej książki. Dodajmy, że pomysł nie wydawał się mrzonką i, jeśli pan pozwoli, opowiem o tym szerzej. Poza miłością do muzyki, wielkim zapałem i łutem szczęścia w spotykaniu odpowiednich przewodników, posiadał Kaczyński gruntowne wykształcenie muzyczne. Najpierw, już po maturze, ukończył średnią szkołę w klasie fortepianu, a potem przez kolejnych pięć lat studiował w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej na Wydziale Kompozycji, Teorii i Dyrygentury, finalizując ten etap bardzo ciekawą pracą magisterską o „Dramaturgii muzycznej w operach Albana Berga”.

Będąc przez dekadę dyrektorem artystycznym festiwalu w Łańcucie, nabrał dużego doświadczenia jako organizator. Miał doskonałe rozpoznanie polskiego środowiska operowego. Znał nie tylko śpiewaków, od lat stanowiących podpory swoich scen, lecz również młodych, dopiero debiutujących, biorących udział w konkursach wokalnych, z których jeden sam zainicjował. Dzięki prowadzeniu festiwali w Łańcucie utwierdził się w tym, że można do Polski zapraszać gwiazdy oper światowych. Że są one gotowe u nas śpiewać za honoraria niższe niż te, których winszują sobie w Metropolitan Opera, La Scali czy Covent Garden, jeżeli tylko ich wymagania artystyczne zostaną spełnione i uzgodni się wspólne terminy w kalendarzu. Bogusław miał odwagę wychodzenia poza prowincjonalne opłotki. Dysponował też doskonałymi współpracownikami, z których najważniejszym był w czasach organizowania festiwali w Łańcucie ówczesny dyrektor impresariatu Poltelu Janusz Pietkiewicz.
Europejski Festiwal im. Jana Kiepury, Krynica-Zdrój 2006. Inauguracyjny koncert Przeboje Mistrzów. Na zdjęciu m.in. Bogusław Kaczyński, włoski solista operowy Luciano Mastro, dyrygent Mirosław Jacek Błaszczyk i Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Śląskiej w Katowicach. Fot. Ireneusz Sobieszczuk, TVP
W 1989 roku szczęśliwie zmienił się w Polsce ustrój, który stwarzał sztuczne hierarchie i wtedy Kaczyński dojrzał do tego, by zawalczyć o najważniejszą w Polsce scenę operową, tym bardziej, że ogłoszono konkurs na to prestiżowe stanowisko. W rozwoju jego kariery był to krok naturalny, a brak przynależności do jakiejkolwiek organizacji partyjnej przestawał już być przeszkodą. Omawiam tę sytuacje na niemałej liczbie stron w książce, przytaczając materiały prasowe, wypowiedzi sprzymierzeńców i adwersarzy, a także odwołując się do własnej pamięci. I odnoszę wrażenie, że wtedy wrzawa medialna wokół konkursu dotyczyła powierzchownej kwestii: „sprzyjać czy nie sprzyjać Bogusiowi”, jak niektórzy go nazywali. W gruncie rzeczy sprawa była jednak donioślejsza. Oto wykluwały się nowe mechanizmy demokratyczne.

Sądzę, iż o nich, a też o tym, że w nowych czasach działalność na poziomie państwa powinna być transparentna, myślał profesor Krzysztof Penderecki, gdy z dużym wyprzedzeniem informował mnie o tym bardzo ważnym konkursie – ogłoszonym w 1991 roku przez Ministerstwo Kultury – i o decydującej dacie, kiedy kandydaci mieli być przesłuchani przez powołaną przez wiceministra Grzegorza Michalskiego komisję. Profesor sam w niej zasiadał i wprowadził mnie do gmachu ministerstwa, abym nie została potraktowana jak persona non grata. Byłam jedynym dziennikarzem obecnym wówczas w tym budynku, co być może wynikało z małego upublicznienia owego konkursu. Cóż, demokratyczne narzędzia dopiero się kształtowały. Nie uczestniczyłam w przesłuchiwaniu kandydatów w gabinecie wiceministra. Zostałam poproszona o pozostanie w sekretariacie i tu nagrywałam rozmowy z nimi, a potem również z wiceministrem, przewodniczącym komisji.

Przygotowywałam z tego reportaż do „Czterech pór roku”, jednej z najbardziej słuchanych audycji Polskiego Radia. Niestety nie został on zarchiwizowany. Szkoda, bo byłby to bardzo ciekawy dokument z wcale nie epizodycznego wydarzenia okresu transformacji. Dodam też, że program nie został wyemitowany od razu, musiał trochę poczekać. Moje kierownictwo uznało, iż skoro kandydata nie wyłoniono w drodze konkursu, a wiceminister Michalski zdradził, że jest osoba, której propozycja zostanie złożona, to Jedynka wstrzyma się z nadaniem. Wkrótce dowiedzieliśmy się o nominacji Sławomira Pietrasa, który propozycję przyjął. Do audycji została dograna także jego wypowiedź.

Bogusław dostał ode mnie kopię tych „Czterech pór roku” i w swej książce pt. „Kretowisko” odwołuje się do tego materiału radiowego, ale – będąc stroną – czyni to niezbyt wiernie, co nawet po latach zdołałam zauważyć. Nobody is perfect.

Pamiętam jak po przegranej batalii o fotel dyrektora warszawskiego Teatru Wielkiego wylewał żale w Klubie Księgarza, podczas wieczoru autorskiego „Kretowiska”, opublikowanego nakładem efemerycznej oficyny Art B Press. Ta spektakularna porażka, chyba jedna z nielicznych w zawodowym życiu Bogusława Kaczyńskiego, aż tak bardzo mu doskwierała? Nie potrafił się z nią pogodzić?

Miłośnik opery i porcelanowych słoni

Bogusław Kaczyński zmarł 26 stycznia 2016 roku.

zobacz więcej
Dał w książce wyraz pretensjom do wiceministra, ale kryzys przeżyła też wtedy przyjaźń z Pietrasem. Zamrożenie stosunków trwało kilkanaście lat. W tym czasie obaj zdołali napisać o sobie nawzajem wiele kąśliwych, choć niekiedy bardzo zabawnych uwag. Nie dziwię się Bogusławowi. Miał prawo czuć, że wszystko jest jakieś dziwne, skoro ogłasza się konkurs, który potem okazuje się fikcją. Nie piętnuję jednak dyrektora Pietrasa, że przyjął ofertę. Wtedy był dyrektorem dwóch oper – w Łodzi i we Wrocławiu, a całe życie zawodowe kierował instytucjami muzycznymi. Miał też ważny epizod bycia menadżerem Conrada Drzewickiego i jego Polskiego Teatru Tańca. Ale to Teatr Wielki był najważniejszą sceną opery i baletu w Polsce. Po latach pierwszy rękę do zgody wyciągnął Kaczyński, a Pietras z radością podał mu swą dłoń.

Zasiadając do przeanalizowania wszystkiego, co pozostało po Bogusławie, czytałam „Kretowisko” po raz pierwszy – trochę jak kryminał, trochę jak farsę, a trochę jak bardzo, bardzo subiektywny zapis wydarzeń. Z premedytacją poszedł w literaturę tanią i pikantną, odreagowując tamto napięcie.

Ciągle dziwi mnie co innego: że po dziennikarzach, angażujących się w powierzchowną część sporu, coś wymagającego wzmocnionej uwagi, a mianowicie fiasko mechanizmu demokratycznego, spłynęło jak po gęsiach woda. To wszystko i dzisiaj zasługuje na doktorską, międzywydziałową analizę. Pisząc książkę, próbowałam ją przeprowadzić, ale natknęłam się na obiektywne kłopoty. Najpierw nie bardzo potrafiłam znaleźć ogłoszenia w prasie sprzed trzydziestu lat na temat konkursu – tak, jak gdyby był on publiczny tylko do pewnego stopnia. Obawiając się dyskusji na temat RODO namówiłam rok temu panią Annę Habrewicz, dyrektor ORFEO Fundacji imienia Bogusława Kaczyńskiego, by wystąpiła do obecnego Ministerstwa Kultury z kilkoma zapytaniami dotyczącymi patrona Fundacji, a zwłaszcza okrytej nimbem tajemnicy sprawy konkursu na stanowisko dyrektora Teatru Wielkiego.

Pani Anna wysłała list: „ORFEO Fundacja im. Bogusława Kaczyńskiego, porządkując materiały biograficzne dotyczące swojego patrona, pragnie pozyskać następujące informacje związane z konkursem na stanowisko dyrektora Teatru Wielkiego Opery Narodowej, który odbył się w 1991 roku:
1. Kiedy został ogłoszony konkurs?
2. Kiedy odbyły się przesłuchania?
3. Kandydaci (Bogusław Kaczyński stanął do przesłuchań) – jakiej byli profesji?
4. Czy pozostała jakaś notatka podsumowująca, dlaczego konkurs nie został rozstrzygnięty i dlaczego postanowiono zwrócić się do kandydata, który nie brał udziału w przesłuchaniach?”.

Fundacja otrzymała tylko taką odpowiedź:
„Szanowna Pani,
W odpowiedzi na Pani wniosek o udostępnienie informacji publicznej z dn. 9 czerwca br. (2021), dotyczący konkursu na dyrektora Teatru Wielkiego Opery Narodowej z 1991 r., uprzejmie informuję, że Ministerstwo Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu nie dysponuje informacją publiczną w zakresie wniosku.
Z wyrazami szacunku
Izabela Jaworska
Radca Ministra ds. Informacji Publicznej”.
Festiwal Muzyczny w Łańcucie w 1982 r. Bogusławowi Kaczyński udawało się ściągać tu na występy gwiazdy światowej sławy. Fot. M. Stankiewicz, TVP
Można więc podsumować, że o ile w 1991 kwestia obsady dyrekcji Teatru Wielkiego okazała się sprawą ogólnonarodową, a stało się to dzięki Kaczyńskiemu, o tyle nigdy nie doczekała się analiz dla wyciągnięcia wniosków na przyszłość.

Osobiście żałuję, iż Bogusław Kaczyński nie został dyrektorem pierwszej sceny operowej w Polsce. ROMĘ, z jej budżetem, mógł podnieść do poziomu stołecznego toteż wierzę, że Teatr Wielki, któremu później przywrócono nazwę Opera Narodowa, miał szansę osiągnąć za jego dyrekcji poziom europejski. Niestety, często bywa, że to, co w oczach jednych jest zaletą, dla innych staje się wadą. Dla części zespołu Teatru Wielkiego mankamentem były zapowiedzi Kaczyńskiego, że będzie angażował „artystów ze świata”. To wiem z pierwszej ręki, choć nazwisk moich „informatorów” nie zdradzę. Obawiano się radykalnych posunięć Bogusława, tym bardziej, że chciał on zostać jedynym dyrektorem – zarówno naczelnym, jak i artystycznym. To był moim zdaniem najsłabszy punkt jego programu w dobie urealniania złotówki i zmiany przepisów prawnych.

Podobnie jak dymisję Roberta Satanowskiego – ustosunkowanego politycznie szefa TW w ostatniej dekadzie PRL-u – w nowych czasach wymógł zespół, tak po jego odejściu Ministerstwo Kultury nadal było nachodzone przez dwie frakcje istniejące wtedy w monumentalnym gmachu przy stołecznym placu Teatralnym. Jedna z nich pragnęła, aby dyrektorem został Bogusław, druga szczerze się tego obawiała. Jestem zdania, iż resort chciał się od tych wycieczek uwolnić i mieć wreszcie święty spokój z Teatrem Wielkim.

Kierowanie Operetką Warszawską osłodziło Kaczyńskiemu to niepowodzenie?

Scenie przy ulicy Nowogrodzkiej zmienił nazwę na Teatr Muzyczny ROMA. Prowadząc ją odwoływał się do powojennej historii tego budynku, gdzie dyrektorowali Walerian Bierdiajew, Jerzy Semkow i Bohdan Wodiczko. Dlatego obok operetek wystawiał opery – i miał komplety. Podniósł poziom orkiestry, chóru, baletu. Soliści pragnęli u niego występować. Współpracował z bardzo dobrymi reżyserami i scenografami. „Barona cygańskiego” reżyserował Ryszard Peryt, a „Carmen” Conrad Drzewicki. To nie był teatr w starych dekoracjach.

Przypomnę jednak, że lata dziewięćdziesiąte XX wieku były szalenie trudne dla kultury – dziedziny „mniej ważnej”, jak się ówczesnym politykom wydawało. W stolicy doby restrukturyzacji dawna operetka spadła z teatru wojewódzkiego do rangi teatru miejskiego. Radni decydowali o wąskich funduszach przyznawanych takim placówkom. Doradzali, by robić próby przy świetle dziennym, gdyż nie wiedzieli, jak wielką rolę spełniają w teatrze światła. Jacek Boniecki zapamiętał, że Bogusławowi sugerowano, aby zmniejszył orkiestrę. Co odpowiedzieć na taką ignorancję?

Mimo artystycznych osiągnięć, w ROMIE zbyt długo nie popracował. Dlaczego?

Oficjalnie odwołano go za „niegospodarność”, ale moim zdaniem ratusz miał już wizję zredukowania sceny operowo-operetkowej na rzecz musicalu. Sama wtedy jeździłam do Londynu na wypłowiałe „Koty”, lecz trzeba było widzieć te tłumy widzów wypełniających w latach dziewięćdziesiątych ROMĘ. Ci widzowie stracili swój teatr. W Warszawie powinno istnieć miejsce, w którym wystawia się zachodnie musicale, jak i takie, jakim próbowała z sukcesem być ROMA.

Muzyka jest jak piłka nożna – fajnie jest kibicować, ale jeszcze fajniej samemu pokopać

Dziś w Polsce jest moda na naukę gry na harfie, klawesynie czy kontrabasie. Rzadziej na wiolonczeli.

zobacz więcej
Ta „niegospodarność” to było „nieumiejętne wyzyskanie dotacji celowych”, przyznanych przez ministra finansów Grzegorza Kołodkę. Rzeczywiście, Kaczyński „pożyczał” ze środków pozyskanych na zakupienie nowych instrumentów muzycznych, aby szlifować poziom orkiestry, baletu, także na budowanie nowych dekoracji. Nie bronię go, niemniej wiem, że ów zastrzyk finansowy wykorzystał dla dobra ROMY.

Lepiej wiodło mu się na prowincji, gdzie długo utrzymywał swoje funkcje. Łańcut określa pani festiwalem piękna, a Krynicę – radości. Jak to rozumieć?

Wkradł nam się do rozmowy pewien anachronizm. Festiwale były najpierw, ubieganie się o Wielki i dyrekcja ROMY – później.

O tych słynnych festiwalach w Łańcucie Janusz Olejniczak napisał: „W szarych latach osiemdziesiątych ten Festiwal był czymś nie z tej ziemi. Bogusław ściągał tam prawdziwie Wielki Świat Sztuki! Przez tydzień wydawało nam się, że jesteśmy na innej planecie”. Podobne opinie wyrażał Penderecki, a nawet krytyczny i we wszystkich szczegółach drobiazgowy muzykolog Józef Kański. Zainteresowanych mogę odesłać do swej książki, by przeczytali o kulisach przyjazdu na tę prowincję pianistki Belli Dawidowicz i jej syna, wiolinisty Dmitrija Sitkowieckiego, sprawdzili, jakie głosy tam śpiewały, jacy soliści i kameraliści grali, kto reprezentował świat aktorski. Tu nie było miejsca ani na debiuty, ani na pomyłki również dlatego, że prawie wszystko transmitowano do milionów mieszkań. Sztuka wysoka łączyła się tam z pop-kulturą, bo dzięki telewizji wkraczała do domów Kowalskich i Nowaków – od Suwałk po Jelenią Górę.

W Krynicy bywało różnie, obok uznanych sław wokalistyki występowali nowicjusze. A operetka jest sztuką bardzo wymagającą. Niedoskonałość sprawia, że momentalnie spada w kicz.

Istnieje na przykład taka przedwojenna operetka Paula Abrahama: „Bal w Savoyu”. Prapremierę przygotował Max Reinhardt – jeden z najwybitniejszych reformatorów teatru. „Bal w Savoyu” składa się z samych przebojów. Jednym z nich jest slowfox „Oh, Mr. Brown”. Artyści muszą śpiewać tańcząc i tańczyć śpiewając, co poza umiejętnościami wymaga szalonej kondycji. W polskiej prapremierze wykonywali utwór Loda Halama z Wojciechem Ruszkowskim. Pamiętam, jak w Krynicy młodziutki śpiewak nie dał sobie rady ze stepowaniem i w ogóle z choreografią. Ale w Pijalni Głównej panowała tak niezwykła atmosfera serdeczności, że nikt go nie wykpił. Oczywiście w ROMIE za dyrekcji Bogusława taka sytuacja byłaby nie do pomyślenia.

Krynickiej imprezie zrazu towarzyszył konkurs wokalny, stanowiący uwerturę wielu karier. Dlaczego owa inicjatywa upadła?

Laury tam zbierali Marek Torzewski, Piotr Nowacki, Adam Kruszewski, Ryszard Morka, Roma Owsińska, Joanna Cortes, Joanna Woś, Monika Swarowska-Walawska, Agnieszka Kurowska, Eugenia Rezler-Rozlach, Krystyna Wysocka-Kochan… Nie wszyscy do końca wygrali swój los, bo też jest to bardzo trudny zawód, a o powodzeniu decyduje i talent, i ciągłe kształcenie, i dobre zdrowie, i doradcy, i fart…
Wystartował ów konkurs w 1984 roku, kolejnej edycje miały miejsce dwa lata i cztery lata później. W czasach słusznie minionych dodrukowywano złotówki, więc ich nie szczędzono na kulturę. Zarazem dla młodych artystów możliwość nagrania recitalu w telewizji (to była nagroda dla laureata, ufundowana przez Program 2 TVP) stanowiła olbrzymie wyróżnienie. W Fundacji ORFEO są dokumenty, z których wynika, że darczyńców było wielu, chociaż wysokość nagród raczej „honorowa”. Najważniejszym laurem była możliwość zadebiutowania w La Scali! Zapewnił to Janusz Pietkiewicz, szef impresariatu Poltelu, dzięki prywatnym kontaktom dwukrotnie ściągnął na konkursu krynicki dyrektora mediolańskiej sceny.

O cienkim portfelu na kulturę w latach dziewięćdziesiątych już rozmawialiśmy. Pozostała mi nagrana rozmowa Hanny Rumowskiej, która była jednym z jurorów drugiego i trzeciego Konkursu Śpiewaków Operowych im. Jana Kiepury. Wybitna śpiewaczka konstatowała: „To był cudowny czas! Ubolewam, iż mówimy, że to dawne lata. Czemu nie ma tej kontynuacji? […] Odbyły się zaledwie trzy edycje, a iluż mamy świetnych laureatów. Od kogo to zależy?” Bogusław odpowiadał wtedy: „Aby organizować konkurs z prawdziwego zdarzenia, trzeba mieć bardzo dużo pieniędzy”.

Trampoliną sukcesów Kaczyńskiego był szklany ekran?

Praca w telewizji przyniosła mu największą sławę, a rodzaje jego działalności tam ukazują jak wiele jest form popularyzacji muzyki poprzez to medium – od filmów operowej akcji, reportaż, po rolę komentatora w relacjach z Konkursów Chopinowskich. Telewizja pojawiła się w jego życiu dość późno. Miał 32 lata, kiedy otrzymał etat w Ośrodku Telewizji Polskiej w Poznaniu.

ODWIEDŹ I POLUB NAS
W jakich okolicznościach trafił do TVP?

Najpierw dał się zauważyć w Telewizyjnym Ekranie Młodych. Jego kariera to nieustanne pasmo suspensów, ale nie chcę streszczać książki. Dość, że kiedy debiutował w Ośrodku TVP w Poznaniu i do Warszawy trafił pierwszy próbny program z cyklu „Operowe qui pro quo”, doradca ówczesnego prezesa Komitetu do Spraw Radia i Telewizji, osławionego Macieja Szczepańskiego, orzekł: „Program TAK, Kaczyński NIE”. Na szczęście dyrektor poznańskiego TVP Zbigniew Napierała nie uznawał powiedzenia, że „nie należy się kopać z koniem”. Pojechał do Szczepańskiego i zawalczył o Kaczyńskiego. Skutecznie.

W medium z ulicy Woronicza dawano mu rozmaite zadania?

Swoje najlepsze programy robił ze znakomicie zgraną i profesjonalną ekipą poznańskiego ośrodka TVP. I to nawet wtedy, kiedy etat przeniesiono mu do Warszawy. Z tą wypróbowaną grupą towarzyszył choćby w tournée Krzysztofa Pendereckiego po Hiszpanii. Powstał z tego bardzo ciekawy film.

Poczynania Kaczyńskiego w eterze Anna Lisiecka śledziła z bliska.

Będąc stażystką, oklejałam pudełka zawierające taśmy z jego gawędami operowymi do „Lata z radiem”. To miało miejsce ponad 35 lat temu! Choć niełatwo zaimponować młodemu, to „gwiazdor”, jak go wtedy określałam, wzbudził mój szacunek.

Tajemnice konkursu chopinowskiego. Zapomniany fundator

Gdyby nie pieniądze, które wyłożył z własnej kieszeni, konkurs by się nie odbył.

zobacz więcej
Jego dziennikarska przygoda rozpoczęła się jednak od prasy…

Debiutował latem 1968 roku w „Ruchu muzycznym” artykułem o Adzie Sari. Naczelnym tego prestiżowego dwutygodnika był wtedy kompozytor i krytyk Zygmunt Mycielski. Potem swoje łamy otworzył dla niego „Teatr”, okazjonalnie zamieszczał teksty w „Przekroju” oraz „Kulturze”, a na co dzień szlifował warsztat i sztukę zwartości w „Dzienniku Ludowym”, pod okiem Zofii Dróżdż-Satanowskiej, wpływowej figury z wojenną przeszłością.

Popularyzację muzyki wybrał z powodu artystycznego niespełnienia?

O Bogusławie Kaczyńskim można powiedzieć bardzo wiele, ale na pewno nie to, ze był niespełniony artystycznie! Być może jednak fakt, iż Polska nie zyskała wirtuoza, a publiczność otrzymała niezrównanego popularyzatora muzyki, zawdzięczamy prowincjonalizacji Białej Podlaskiej. W latach pięćdziesiątych zlikwidowano tam wówczas szkołę muzyczną, istniało jedynie ognisko muzyczne. Ojciec kupił pianino marki Calisia i to na nim Boguś uczył się grać. Z dużą dozą autoironii, która tak miła była w obcowaniu z nim, opowiadał, że najpierw był gwiazdą powiatowych akademii, ale kiedy w klasie maturalnej pojechał do profesora Pawła Lewieckiego na konsultacje, ten stwierdził, że młodociany muzyk nic nie umie. Kaczyński był nieomal pianistycznym samoukiem. „Że zostałem przyjęty do średniej szkoły muzycznej, to był niemal cud” - wyznał po latach.

Angażował się w spory muzyczne?

A jakże, a jakże… Kiedy Teatrem Wielkim kierował Bohdan Wodiczko, uczęszczał do średniej szkoły muzycznej i miał szczęście bywać na premierach. Młodzież z tego pokolenia objęta była projektem dyrektora zatytułowanym „Opera viva”. Część inicjatywy stanowił magazyn, który ciągle możemy znaleźć w czytelniach przy ważnych bibliotekach. Jak wiemy, minister Lucjan Motyka nieoczekiwanie zdegradował Wodiczkę i doprowadził do tego, że dyrygent opuścił Polskę. Kiedy potem powracał do kraju, a Bogusław był już studentem i dziennikarzem muzycznym, to przeprowadzał z nim wywiady pełne entuzjazmu dla Opery Warszawskiej i działalności w niej Wodiczki. Nie krył, komu kibicował.

Zgoła inaczej oceniał Roberta Satanowskiego, szefa Opery Narodowej z czasów stanu wojennego. Krytykował go za brak muzycznych kwalifikacji, a zwłaszcza tournée Teatru Wielkiego pod jego dyrekcją po prowincji niemieckiej. Twierdził, że taki rodzaj chałtury jest poniżej godności artystów pierwszej sceny muzycznej w Polsce. Nie zawsze był sprawiedliwy. Trzeba pamiętać, że Satanowski miał w latach osiemdziesiątych ogromne zasługi dla opery wagnerowskiej.

Ada Sari, Maria Fołtyn, Beata Artemska, Wanda Wermińska, Barbara Kostrzewska, generałowa Zaruska... Panie w biografii opisywanego odgrywały role powierniczek i drogowskazów?

Raczej żywych książek wspomnień. Nie daj Panie Boże potraktować organizatorkę Konkursów Moniuszkowskich jako powierniczkę! Cała Polska i państwa ościenne wnet poznałyby powierzone sekrety. Baronowa, jak nazywano Artemską, była za to świetnym kompanem. W willi wdowy po generale Mariuszu Zaruskim – na Żoliborzu – kwaterował w latach sześćdziesiątych. Sari uwiecznił piórem w książce.
W stanie małżeńskim wytrzymał bardzo krótko...

Stadła ze scenografką i malarką Jadwigą Marią Jarosiewicz chyba nie próbowali założyć. Byli artystami-indywidualistami.

A może ów mariaż miał kamuflować jego homoseksualizm?

Traktuje o tym w mej książce rozdział zatytułowany „Nie dla pań”. Polecam uwadze. Dodam, że spośród wielu kierunków estetycznych obecnych w teatrze, Bogusław najmniej cenił weryzm. W życiu był bardzo oględny, można powiedzieć, że starannie maskował swe vie privee. Wielokrotnie wyjeżdżaliśmy razem na wakacje. Dawaliśmy sobie nawzajem niewymuszoną swobodę. Poranki spędzaliśmy oddzielnie, popołudnia wspólnie, wieczorami oddawaliśmy się życiu towarzyskiemu. Nie zdarzyło mi się być z nim gdzieś i łapać jego rozbiegany w poszukiwaniu jakiegoś „ciacha” wzrok. Kiedy wychodziliśmy razem, to graliśmy do siebie. To pewnie kwestia dobrego wychowania.

Jasno jednak trzeba powiedzieć, że choć był wielomówny, to zarazem przestrzegał dyskrecji. A skoro on był dyskretny, to ja nawet jeśli coś wiem, to nie powiem, bo z małego słówka rodzi się niekiedy wielka plota, która rani i tych żyjących, i tych, którzy już w niebie. Z dzisiejszej perspektywy, gdy w gronie artystycznym en vogue jest całkowity ekshibicjonizm, jego postawa może zaskakiwać. Jak na dystyngowanego gentlemana przystało, Bogusława cechowała powściągliwość. Hołdował zasadzie „my home is my castle”. Za Marią Callas powtarzał ponadto, że „sztuka nie znosi zdrady". Lubił, kiedy w „Strasznym Dworze” Stefan ze Zbigniewem śpiewali: „Vivat semper wolny stan”. Kiedy ja się zakochiwałam pytał, czy zauważyłam, aby u niego czyjeś ranne pantofle plątały się po mieszkaniu? Nawet jeżeli go ktoś bardziej zafascynował, to jednak pozostawał wierny muzyce, zwłaszcza głosu ludzkiego. I za wytrwałą służbę tej gałęzi sztuki go cenimy.

Polityki unikał?

Długo to mu się udawało. Później jakoś do niej dojrzał. Brał udział w pierwszej kampanii wyborczej Lecha Wałęsy. Miał też przez moment pomysł, żeby wystartować w premierowych wyborach do Senatu, lecz jakoś się z tego wymiksował. Pod koniec życia wyraził poparcie dla prezydenta Andrzeja Dudy.

Zyskał też doświadczenie pedagogiczno-dydaktyczne.

W stołecznej Akademii Muzycznej zajmował się raczej działalnością koncertową studentów. Piastował funkcję prorektora od spraw artystycznych. Z dobrymi rezultatami.

Schyłek życia upłynął mu na zmaganiach zdrowotnych...

Pierwszemu udarowi wydał walkę, którą do pewnego stopnia wygrał – przy ogromnym wsparciu nie tylko terapeutów, także przyjaciół. Zmagania z tak dotkliwą przypadłością ciężko prowadzić w osamotnieniu. Ten rozdział zatytułowałam „Zwycięstwo”, ponieważ był to prawdziwy triumf ducha nad materią.

– rozmawiał Tomasz Zbigniew Zapert

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Anna Lisiecka, długoletnia dziennikarka Polskiego Radia, laureatka wielu trofeów w prestiżowych konkursach na reportaż i dokument radiowy, autorka scenariusza i wyboru materiałów archiwalnych do albumu płytowego „Katyń 1940”. Napisała książki: „Loda Halama. Pierwsze nogi Drugiej Rzeczpospolitej”, „Wakacje 1939” oraz najnowszą – „Będę sławny, będę bogaty. Opowieść o Bogusławie Kaczyńskim”.

W pierwszym tygodniu czerwca 2022 rozpocznie się rezerwacja i sprzedaż biletów na 55. Festiwal im. Jana Kiepury w Krynicy-Zdroju, który odbędzie się od 8 do 13 sierpnia 2022. Patronem medialnym imprezy jest TVP3 Kraków, festiwal dofinansowano ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu pochodzących z Funduszu Promocji Kultury w ramach programu „Muzyka”, realizowanego przez Narodowy Instytut Muzyki i Tańca.
2016 rok, cz. 4
Zdjęcie główne: Benefis Bogusława Kaczyńskiego (na zdjęciu ze śpiewaczką Grażyną Brodzińską), Kraków 2001. Fot. Ryszard Kornecki, TVP
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Przylatuje ich do nas 100 tysięcy. Odlatuje nawet pół miliona
Są mistrzami wykorzystywania energii, ale też mistrzami postu. Potrafią wytrzymać bez jedzenia nawet cztery tygodnie.
Rozmowy Poprzednie wydanie
W pustki na półkach rosyjskich sklepów proszę nie wierzyć – mówi...
Skwieciński: Poparcie Rosjan dla Władimira Putina jest tyle szerokie, co płytkie. Nie jest trwałe i może się widowiskowo posypać.
Rozmowy wydanie 29.04.2022 – 6.05.2022
Drugiej Jałty nie będzie. Zachód nie zostawi Ukrainy
Irena Lasota: Od końca PRL minęło już przeszło 30 lat, a w Polsce wciąż nie wyrobił się nawyk polemizowania.
Rozmowy wydanie 29.04.2022 – 6.05.2022
Polski wynalazek, który wyleczy cukrzycę: bioniczna trzustka 3D
Na koniec 2023 roku będziemy gotowi do wykonania pierwszej transplantacji organu u człowieka – mówi prof. Michał Wszoła.
Rozmowy wydanie 29.04.2022 – 6.05.2022
Muzyka jest jak piłka nożna – fajnie jest samemu pokopać
Dziś w Polsce jest moda na naukę gry na harfie, klawesynie czy kontrabasie. Rzadziej na wiolonczeli.