Cywilizacja

Czy Elon Musk przywróci na Twitterze wolność słowa?

W świecie strażników myśli zapanowała panika. Oto ekscentryczny, mający w pogardzie politpoprawność, najbogatszy człowiek świata za 44 miliardy dolarów kupił Twittera i to on będzie ustanawiał w nim zasady.

Kiedy 6 listopada 2020 roku, 3 dni po wyborach, znany z niechęci do Donalda Trumpa dziennikarz CNBC Shepard Smith jak cenzor przerwał transmisję z wystąpienia urzędującego prezydenta, redaktor naczelny Onetu Bartosz Węglarczyk zapiał z zachwytu i skomentował na Twitterze: „Wielka chwila dziennikarstwa”. O tak, zaiste chwila była wielka – walka z wolnością słowa wchodziła na kolejny, wyższy poziom.

Za cenzurą live poszły wkrótce kolejne kroki – zapisy jak w Głównym Urzędzie Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk w czasach PRL, kiedy to urzędnicy, partyjni cenzorzy decydowali, czy ktoś może cokolwiek opublikować, przedstawić czy też ma całkowicie zniknąć z przestrzeni medialnej. Zniknąć dla odbiorców. I tak konta urzędującego jeszcze prezydenta zostały całkowicie przez Facebook i Twitter zablokowane, więc Donald Trump do dziś nie może nic w mediach społecznościowych publikować, za to mogą to robić Talibowie, komórki radykałów z Antify czy ISIS oraz propagandziści kremlowskiego reżimu. Tak zdecydowali władcy zbiorowej świadomości – korporacje mediowe i internetowe.

Kłamstwo w słusznej sprawie

Dlaczego Talibowie i ruscy kłamcy mogą, a Trump nie? To tylko pozornie jest zagadkowe. Odpowiedź zaś jest prosta. Talibowie i propagandziści Kremla mniej zagrażają owym liberalnym porządkom niż ktoś taki jak Donald Trump, Matteo Salvini czy Marine Le Pen. Amerykanie nie staną się zwolennikami Talibów, nie poprą rosyjskich zbrodni na Ukrainie, ale mogliby stać się trumpistami, a do tego dopuścić nie wolno, i tego strzec będzie CNN, CNBC, Ringer Axel Springer i wszyscy ci, którzy uważają, że mają monopol na prawdę i kłamstwo. Nawet nie na prawdę, tylko na wizję, bo jak mówi idolka młodej światowej lewicy, amerykańska kongresmenka Alexandria Ocasio-Cortez, można nie znać faktów, ba, można kłamać, jeśli czyni się w to w słusznej sprawie równości i postępu.

Dlatego Facebook czy Twitter mogły zawiesić konta istniejącej ponad 220 lat, najstarszej gazety USA „New York Post” za to, że przed wyborami opublikowała historię laptopa Huntera Bidena – syna ówczesnego kandydata, a dziś urzędującego prezydenta Joe Bidena. W komputerze były zapisy narkotykowych ekscesów Bidena juniora, uciech z rosyjskimi prostytutkami, eskapad po domach publicznych, ale też informacje o jego interesach robionych m.in. z Chińczykami i Rosjanami, o których wiedział jego ojciec.

Ale przecież dobrem wyższego rzędu niż prawda, było to, by Joe Biden został prezydentem, więc wielkie korporacje zrobiły, co mogły, by ta historia nie przebiła się do wyborców. Wycięto na Twitterze wszystko, co odwoływało się do artykułów „New York Post” o Hunterze Bidenie. „Politico” twierdziło wówczas (jak się okazało, bezpodstawnie), że to „rosyjska dezinformacja”. Dziś założyciel i były szef Twittera Jack Dorsey utrzymuje, że konta „New York Post” zostały błyskawicznie przywrócone. To nieprawda, ale nikt mu za te fake newsy konta nie zawiesi.

Artykuły „New York Post” na temat Huntera Bidena zablokował też Facebook. W październiku 2020, miesiąc przed wyborami, platforma oświadczyła, że musi w niezależny sposób zweryfikować fakty. Za zablokowaniem stała Anny Makanju, była pracownica Joe Bidena, która akurat przed wyborami została zatrudniona przez Facebook. Po wyborach weryfikacja już nie miała żadnego znaczenia.
Ogłaszając transakcję kupna Twittera, Elon Musk powiedział: "Wolność słowa jest podstawą funkcjonowania demokracji, a Twitter jest cyfrowym miejskim placem, na którym dyskutuje się o sprawach istotnych dla przyszłości ludzkości". Skrytykował także poprzednie kierownictwo firmy za usunięcie tekstu z "New York Post" o Hunterze Bidenie. Fot. Yui Mok/PA Images via Getty Images
W sprawie cenzurowania urzędującego, a teraz byłego prezydenta, jest jeden aspekt całkowicie pominięty i lekceważony. Otóż to nie Donald Trump jest pokrzywdzony przez zaprowadzające cenzurę media, a przynajmniej nie tylko on, ale ponad 70 milionów jego wyborców, kolejne miliony w Stanach Zjednoczonych i na całym świecie, które śledziły jego aktywność. Mediowe i internetowe korporacje jak Twitter, Facebook, Warner Media, do którego należy m.in. CNN, Ringer Axel Springer i jego polska ekspozytura Onet uważają, że mają prawo do decydowania o tym, co będą czytać i oglądać obywatele.

Gdyby Twittera kupił Soros…

Także w Polsce cenzura staje się coraz powszechniejsza. Ponad 2 lata temu Facebook zablokował konto Janusza Korwina-Mikke, a kilka miesięcy temu Konfederacji. Przez 30 lat wolnej Polski Korwin-Mikke mógł sobie opowiadać, co chciał – głupio, mądrze, a nawet podle bredzić, a wolni, mający własne osądy ludzie mogli z tym żyć i decydować, czy słuchać, czy wierzyć czy nie. Aż przyszła amerykańska korporacja i Korwina skasowała. W imieniu pilnującej globalnych porządków firmy zrobili to jacyś zarządzający jej polskim departamentem cenzorzy, o których nikt nic nie wie. Anonimowi i bezkarni.

Teraz w świecie strażników myśli i słowa zapanowała panika – oto ekscentryczny, mający w pogardzie politpoprawność najbogatszy człowiek świata – Elon Musk za 44 miliardy dolarów kupił Twitter i to on będzie ustanawiał w nim zasady i być może, co byłoby dla postępowych, lewicowych środowisk straszne, zakaże cenzurowania prawicowych czy niepoprawnych politycznie treści. Jak wtedy wygrywać wybory?

Na razie postępowej prawomyślności pilnują jeszcze wprowadzeni za rządów Dorseya „oficerowie polityczni”, ale Musk zapowiada wielkie zmiany i „otwarcie” Twittera. A przecież, jak w 2017 roku mówiła Mika Brzeziński, siostra ambasadora Marka Brzezinskiego, dziennikarka MSNBC komentując wystąpienia Trumpa, chodzi o to, by to nie prezydent, ale media kontrolowały przekaz, jaki trafia do ludzi.

Być może była to tylko niezręczność w sformułowaniu, a być może niechcący odkryta mentalność, w każdym razie fragment programu „Morning Joe”, w którym padły słowa o kontrolowaniu przez media tego, co ludzie myślą, jest znów, za sprawą Muska, przywoływany. Media i politycy wskazują na to, że teraz to jedna osoba (właściciel), może mieć ogromny wpływ na wielką platformę wymiany myśli, jaką jest Twitter. Obłudnie tłumaczą, że „Ćwierkacz” był spółką publiczną, miał rozproszonego właściciela – akcjonariuszy, więc jakoby to oni pilnowali uczciwych, przejrzystych zasad dotyczących publikowania na platformie.

W rzeczywistości chodzi o to, że nie dość postępowy, nie dość poprawny politycznie miliarder został właścicielem Twittera. Co innego gdyby platformę kupił George Soros. Wtedy postępowy świat cieszyłby się i mówił o wielkich nadziejach na kolejne zwycięstwa w walce z mową nienawiści i fake newsami.

Waszyngtoński Departament Prawdy

Na transakcję nerwowo zareagowała administracja Joe Bidena. Oczywiście nikt tego nie potwierdzi, ale to z powodu przejęcia Twittera przez Elona Muska, 27 kwietnia 2022 szybko utworzono w strukturach Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego Radę Kontrolowania Dezinformacji (Disinformation Governance Board). Na czele jednostki, która ma walczyć z kłamstwami i pilnować prawdy w przestrzeni publicznej, stanęła skrajnie lewicowa politolog Nina Jankowicz, która już zdążyła błysnąć niezbyt mądrymi – mówiąc delikatnie – występami.

Cancel culture. Twitterowe wyroki i medialna cenzura

Dziennikarze symetryści muszą odejść.

zobacz więcej
Jeszcze w październiku 2020 jako ekspert przekonywała w Kongresie, że rząd federalny w żaden sposób nie powinien walczyć z dezinformacją w internecie, że „nie jest to jego biznes”. No ale podówczas prezydentem był Donald Trump. Wtedy też publicznie stwierdziła, że wspomniana historia z laptopem Huntera Bidena to wymysł ludzi prezydenta na potrzeby kampanii wyborczej. Jankowicz jako ekspert od dezinformacji w sieci występowała też przed komisjami parlamentu brytyjskiego z tezami, że szydzenie z kobiet jest zagrożeniem dla demokracji, bo może zniechęcać je do ubiegania się o stanowiska, a głoszenie, że wiceprezydent Kamala Harris zbudowała swa karierę polityczną przez łóżko stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa USA.

Przeciwko powołaniu cenzorskiej instytucji protestują politycy republikańscy, nazywając Radę Kontrolowania Dezinformacji Ministerstwem Prawdy, jak w „1984” Orwella. – W tym kraju nie może istnieć Ministerstwo Prawdy. Nie pozwolimy, żeby to Bidenowi uszło na sucho i będziemy walczyć – mówił na konferencji prasowej gubernator Florydy Ron DeSantis. – Kiedy nie radzisz sobie dobrze, masz dwie możliwości: możesz spróbować zrobić coś lepiej, a możesz też spróbować uciszyć swoich krytyków. Biden robi to drugie.

Uprzywilejowani użytkownicy Facebooka

Stan Floryda prowadzi dochodzenie w sprawie praktyk dyskryminacyjnych stosowanych przez Facebook. Okazuje się, że niektórych użytkowników – zwłaszcza polityków, urzędników państwowych, dziennikarzy, celebrytów – nie obowiązuje ustanowiony przez platformę regulamin. Facebook miał listę takich „lepszych” osób, którym pozwala się na więcej. Specjalny program „XCheck” sprawiał, że osobnik lepszego sortu z takiej listy mógł wypisywać, zamieszczać, co chciał i nikt go z tego powodu nie cenzurował, nie nękał. Dla plebsu są osobne reguły – można usunąć, zablokować, „zniknąć” kogoś, zrobić, co się chce.

Dochodzenie na Florydzie to efekt artykułów „Wall Street Journal”, który dotarł do wewnętrznych dokumentów Facebooka i ujawnił praktyki internetowego giganta. Stanowa sekretarz stanu Laurel M. Lee ma sprawdzić, czy wycinając jednych, a pozwalając innym wypisywać i zamieszczać, co chcą, Facebook nie wpływał na wybory na Florydzie. – Nie jest tajemnicą, że cenzorzy z Big Tech od dawna w dowolny sposób stosują własne zasady – oświadczył gubernator Ron DeSantis. – Jeśli doniesienia okażą się prawdziwe, będzie to oznaczać, że Facebook złamał prawo Florydy i wpływał na nasze wybory stanowe i lokalne. Potajemne manipulowanie wyborami jest obrazą dla podstawowych praw naszej republiki. My naród, mamy prawo wybrać naszych przedstawicieli bez względu na to, czy oni podobają się Krzemowej Dolinie czy nie.

Cenzura dla dobra obywateli

Przed wyborami zaostrzenie kontroli publikacji w internecie zapowiedział prezydent Francji Emmanuel Macron. W jednym z przemówień prezydent odniósł się do przygotowanego dla potrzeb kampanii wyborczej raportu „Oświecenie w epoce cyfrowej”. Oznajmił, że szerzyciele fake newsów naruszających porządek i zasady debaty publicznej powinni być pociągani do odpowiedzialności i stawiani przed sądem. To mają umożliwić nowe przepisy, także te, nad którymi pracuje obecnie Unia Europejska.
Prezes Facebooka Mark Zuckerberg z wizytą u Emmanuela Macrona w Pałacu Elizejskicm w 2018 roku. Fot. Aurelien Morissard/IP3/Getty Images
Karani mieliby być nie tylko autorzy wpisów, ale też publikujące je platformy internetowe (jest już dobry wzór z Niemiec – do 50 milionów euro kary dla mediów i platform internetowych za dystrybucję informacji, które zostaną uznane za kłamstwa). Już od roku we Francji działa specjalna agencja zajmująca się „zwalczaniem dezinformacji”, publikowanej także przez media zagraniczne. Im również Macron pogroził i powiedział: – Te same zasady muszą dotyczyć mediów zagranicznych, które otrzymały pozwolenie na działalność we Francji. Musimy nauczyć się chronić przed zagraniczną ingerencją.

Wyobraźmy sobie powołanie podobnej instytucji w Polsce i podobne oświadczenia prezydenta Andrzeja Dudy (albo lepiej nie wyobrażajmy sobie tego).

Pracujący dla administracji Macrona socjolog Gerard Bronner oznajmił , że to wszystko dla dobra obywateli, bo cenzorskie przepisy „muszą ograniczyć jedynie te treści, które zagrażają demokracji, muszą odstraszać i sankcjonować szkodliwe zachowania". Cenzura zawsze zaprowadzana jest dla dobra obywateli, dla demokracji, dla praworządności. Nikt chyba nie spodziewa się, że władcy myśli i opinii oświadczą, że zaprowadzają cenzurę, bo chcą mieć kontrolę nad zachowaniem poddanych – wyborców.

Algorytmy mają wyciąć niepoprawnych

Kiedy w czasach junty Jaruzelskiego do przepisów karnych wprowadzano zapis o „szerzeniu nieprawdziwych informacji mogących wywołać niepokoje społeczne”, też zrobiono to dla dobra ogółu. Kto niby miałby powiedzieć, że cenzurujemy prasę, zagłuszamy Radio Wolna Europa, by obywatele nie wspierali opozycji, nie dowiedzieli, się prawdy o PRL, o wolności sumienia, przekonań, wypowiedzi, bo jeszcze by za nimi zatęsknili, a wtedy o wiele trudniej byłoby trzymać społeczeństwo pod butem.

Cenzura nie jest dziś państwowa i scentralizowana jak w dawnych krajach komunistycznych. Jest rozproszona – stosują ją poszczególne korporacje mediowe i internetowe, ale jako cenzorzy działają też samozwańczy weryfikatorzy prawdy jak choćby w Polsce portal Demagog finansowany m.in. przez rządowe fundusze amerykańskie i norweskie. Jest coś szyderczego i poniżającego nas w tym, że za pieniądze obcych rządów ktoś decyduje, co w Polsce jest prawdą, i co można publikować, a co nie.
ODWIEDŹ I POLUB NAS Demagog jest częścią cenzorskiej międzynarodówki, która była bardzo niezadowolona z tego, jak działa firma, której szefuje pani Susan Wojcicki, czyli YouTube, więc jesienią 2021 zwrócili się do niej i pogrozili. „YouTube jest jednym z głównych kanałów dezinformacji online na całym świecie. Jest to źródłem poważnego zaniepokojenia dla naszej globalnej społeczności weryfikatorów faktów. Nie dostrzegamy znaczących wysiłków ze strony YouTube, aby wdrożyć zasady, które rozwiązałyby ten problem. Wręcz przeciwnie: YouTube pozwala wykorzystywać swoją platformę przez pozbawione skrupułów podmioty do manipulowania i wykorzystywania ludzi oraz organizowania się i zbierania funduszy” – napisali przedstawiciele 80 organizacji z całego świata.

Międzynarodówka podała przykłady fake newsów m.in. wypisywanych po grecku, arabsku, na Filipinach, na Tajwanie etc. I postawiła żądania. Chodzi o to, by we wskazanych przez cenzorów przypadkach YouTube opatrywał to, co publikuje komentarzami, treściami dostarczanymi przez owe organizacje, bo wtedy odbiorcy dowiedzą się, co jest prawdą, a co nie.

Międzynarodówka nie żąda, by platforma działała prymitywnie jak Facebook i całkowicie usuwała czyjeś kanały, ale proponuje, aby posłużyła się algorytmami i sprawiała, by treści od niewłaściwych autorów były rzadko wyświetlane. Przy okazji YouTube ma organizacjom tropiącym fake newsy płacić za ocenianie, co jest prawdą, a co nie, i co udostępniać, a co schować tak, by nikt nie zobaczył.

Problem ciągłego ograniczania wolności słowa jest jednym z najważniejszych wyzwań, przed jakimi stoją dziś społeczeństwa. Z wolności myśli i przekonań, a dalej swobody głoszenia ich, wywodzą się wszystkie inne wolności, biorą się też nauka, sztuka, obyczaje, wszystko to, co składa się na naszą kulturę, cywilizację. Wolność słowa jest podstawą demokracji. Dziś w imię walki z dezinformacją i z tzw. mową nienawiści, mamy powszechnie zaprowadzaną cenzurę.

– Dariusz Matuszak

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Elon Musk kupił Twittera za 44 miliardy dolarów. Fot. Yui Mok/PA Images via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wolność od rosyjskiego gazu
Niebawem Polska uzyska dostęp do złóż izraelskich i egipskich.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Identyczne bliźnięta nieidentyczne
Są od siebie genetycznie różne. Czy tylko jedno może mieć skłonność np. do raka?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy alpinizm jest etyczny? Korona Himalajów to igrzyska śmierci?
30 lat temu zginęła Wanda Rutkiewicz.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Pięć milionów widzów. Pierwsza liga rosyjskiego show biznesu
W połowie lat 90. Zełenski marzył, by zostać gwiazdą estrady.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Co możemy dać Putinowi, żeby przestał prowadzić tę wojnę?
Czy Rosja zaproponowała Orbánowi przekazanie mu Rusi Zakarpackiej, tak jak wcześniej oferowała Tuskowi Lwów?