Cywilizacja

Cena pokoju. Co możemy dać Putinowi, żeby przestał prowadzić tę wojnę?

To zależy od interesów poszczególnych państw. Inną wartość ma pokój dla walczącej o przetrwanie Ukrainy, inną dla jej sojuszników z Europy Środkowo-Wschodniej oraz walczącej o globalne przywództwo Ameryki, a jeszcze inną dla Niemiec i krajów uwikłanych w ryzykowne biznesy z Kremlem.

Co więcej, cena pokoju nieustannie zmienia się w czasie, bo im dłużej trwa zaciekły opór Ukraińców, tym jest ona niższa. Może też ona ponownie wzrosnąć, jeśli losy wojny się odmienią na korzyść Rosjan lub zdołają oni ją przeciągnąć w czasie.

W chwili rozpoczęcia rosyjskiej agresji 24 lutego 2022, gdy szanse przetrwania Ukrainy oceniano na zaledwie kilka dni, wiele państw Zachodu gotowych było zapłacić całkiem sporo, aby zadowolić Moskwę: niepodległością Ukrainy, a być może nawet jakimiś ustępstwami na wschodniej flance NATO. Dziś, dzięki silnemu zaangażowaniu Ameryki i w obliczu możliwego zatrzymania, a nawet pokonania Rosjan, znacznie rzadziej wspomina się o ratowaniu pokoju za wszelką cenę.

Stawka tej wojny jest teraz inna: nie idzie wyłącznie o powstrzymanie Rosji, ale również o jej odepchnięcie od Zachodu a – jeśli to się powiedzie – o zniszczenie jej militarnego potencjału oraz trwałe osłabienie, tak aby nie mogła w przewidywalnej przyszłości zagrozić bezpieczeństwu Europy. A więc na stole jest już nie tylko przyszłość Ukrainy i Europy, ale także samej Rosji. ODWIEDŹ I POLUB NAS Tę zmianę horyzontów zawdzięczamy przede wszystkim ogromnej wytrwałości oraz sprawności ukraińskich obrońców. To dzięki nim, a także wskutek fatalnych błędów popełnionych przez Moskwę, zarysował się zupełnie inny, korzystny dla Ukrainy i Zachodu, scenariusz wojny. Przyspieszyło to decyzję o dostawach uzbrojenia dla Kijowa, początkowo – aby nie drażnić Moskwy – nieśmiałych i zredukowanych do „broni defensywnej”, a później, wraz z porażkami Rosjan coraz szerszych, obejmujących ciężką broń pancerną, artylerię i drony. Zachód, a przynajmniej jego część, uwierzył, że Moskwę można zatrzymać.

Oczywiście nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie determinacja zagrożonych rosyjską agresją państw wschodniej flanki NATO – przede wszystkim Polski i krajów bałtyckich – oraz wielkie wsparcie Stanów Zjednoczonych. Waszyngton od samego początku postrzega kryzys wokół Ukrainy jako globalną rozgrywkę prowadzoną nie tylko z Rosją, ale również z Chinami. I doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że wynik obecnego starcia na Ukrainie może mieć decydujący wpływ na pozycję Ameryki w świecie.

Przytarcie nosa Moskwie może więc nie tylko ostudzić wojenne zapędy Kremla, ale również zniechęcić Chiny do podważania światowego porządku na Dalekim Wschodzie. W tej sytuacji uporczywe poszukiwanie pokoju z Rosją byłoby błędem, chyba że Moskwa zdecydowałaby się powrócić do punktu wyjścia i wycofać wojska z Ukrainy, co jednak jest dziś mało prawdopodobne.

Kapitulacja bezwarunkowa?

Rosja ciągle posiada duże rezerwy ludzkie, których w ostateczności nie zawaha się użyć. Ma także koronny argument w postaci broni jądrowej, którą kremlowska propaganda bez opamiętania straszy Zachód. Są wreszcie zależności gospodarcze w energetyce, które powstrzymują część państw europejskich przed obraniem twardego kursu wobec Kremla, a także nadal aktywne i wpływowe środowiska promoskiewskie na Zachodzie. Reżim Putina może więc czekać aż przedłużająca się wojna przestanie budzić zainteresowanie Zachodu i zacznie irytować tamtejsze społeczeństwa spragnione powrotu do normalnego życia.

Oczywiście w przypadku przyjęcia takiej strategii Moskwa również wiele ryzykuje. Wojna na wyniszczenie może się bowiem okazać znacznie groźniejsza dla samej Rosji, która z powodu sankcji została odcięta od wielu źródeł finansowania i znajduje się już na krawędzi poważnego kryzysu gospodarczego o nieprzewidywalnych na razie skutkach. Jednak logika putinowskiego reżimu ma samobójczy charakter i nie można jej rozpatrywać w racjonalnych, zachodnich kategoriach.
Prezydent USA Joe Biden przedstawiony przez włoskiego artystę Eduarda Castalda w Neapolu jako pacyfista, a jednoczesnie podżegacz wojenny. Na górze - z flagą LGBT i gołąbkiem pokoju, na dole - w spodniach wojskowych z karabinem. Fot. Marco Cantile/LightRocket via Getty Images
Moskwa nie może po prostu wycofać się z wojny, bo reżim zainwestował w nią całą swoją przyszłość i wiarygodność. W tym kontekście pojawia się groźba użycia przez Rosję broni jądrowej, co hipotetycznie jest możliwe, ale jednocześnie musiałoby się skończyć dla Moskwy autodestrukcją. Wydaje się więc, że cena pokoju uzyskanego w takich okolicznościach mogłaby się okazać nieopłacalna nawet dla awanturniczej Rosji.

W chwili, gdy piszę te słowa, Rosja próbuje tworzyć fakty dokonane. Na okupowanych terytoriach Ukrainy agresorzy organizują rosyjską administrację, szkolnictwo, do obiegu wprowadzany jest rubel. Jednocześnie trwają represje wobec ludności cywilnej noszące znamiona czystki etnicznej. Liczba ofiar szacowana jest na dziesiątki tysięcy osób, a blisko milion zostało deportowanych w głąb Rosji.

To wszystko oznacza, że moskiewski reżim nie zamierza opuścić zdobytych terenów, kwestią otwartą jest jedynie pytanie, czy południowo-wschodnie obwody Ukrainy: ługański, doniecki, chersoński i zaporoski zostaną bezpośrednio inkorporowane do Rosji, tak jak wcześniej zrobiono z Krymem, czy zostanie tu powołane jakieś marionetkowe parapaństwo w rodzaju istniejących już „republik ludowych”. Ten pierwszy wariant, z pełną inkorporacją okupowanych terenów do Rosji, oznaczałby, że możliwości zawarcia pokoju znacząco zmaleją, a jego cena – w szczególności dla Ukrainy – stanie się politycznie trudna do udźwignięcia.

Moskwa nie ukrywa, że jej cel, jakim jest likwidacja państwa ukraińskiego, pozostaje wciąż aktualny. Rosjanie chcą odciąć Ukrainę od Morza Czarnego, dojść do Odessy i Naddniestrza, zwasalizować lub wchłonąć Mołdawię, a potem – jak wiele na to wskazuje – stosować taktykę salami: pod dowolnym pretekstem posuwać się w głąb Ukrainy. W tym celu mogą grać na krótkotrwałe zawieszenia broni, po których będą – po uzupełnieniu sił – wznawiać wojnę.

O żadnym pokoju, oprócz bezwarunkowej kapitulacji Ukrainy, Moskwa dziś nie myśli. Jedyna, choć istotna różnica pomiędzy sytuacją sprzed dwóch miesięcy a dzisiejszą jest taka, że na Kremlu wiedzą już, że nie da się pokonać Ukrainy w kilka dni. I że być może trzeba to będzie rozpisać na całe miesiące lub lata.

Wszystko po staremu?

Wobec takiej, dość prawdopodobnej strategii Moskwy, dużym wyzwaniem dla Zachodu będzie utrzymanie spójności. I choć ostatnie tygodnie powinny napawać nas umiarkowanym optymizmem, to nie ma żadnej gwarancji, że w obliczu pełzającej, przedłużającej się agresji Zachód zdoła zachować dotychczasową, w miarę jednolitą, postawę wobec Rosji.

Słabe ogniwa wszyscy znamy: Węgry, Austria, Włochy, Francja oraz Niemcy, a także w nieco mniejszym stopniu Belgia i Holandia. Ten „moskiewski blok” wewnątrz Unii Europejskiej jest oczywiście niejednolity i motywy jego poszczególnych członków są różne.

Wyróżniają się tu Węgry, których premier Viktor Orbán (podobnie zresztą jak Marine Le Pen z Francji czy Matteo Salvini z Włoch) przez lata uważał Putina za taktycznego sojusznika w walce z liberalnym establishmentem Unii, co w realnej polityce przełożyło się m.in. na ogromne uzależnienie energetyczne Węgier od Rosji. Jednak, jak się zdaje, nie tłumaczy to w pełni obecnej polityki Orbána wobec Rosji. W Budapeszcie, gdzie ciągle są silne resentymenty wokół traktatu z Trianon, który ponad sto lat temu pozbawił Węgry 2/3 terytorium, perspektywa podważenia obecnego porządku europejskiego może wydawać się całkiem ponętna.

Rosja okrążona: od Potoku Kubusia do Smażalni nad Zalewem

Któregoś dnia TASS doniesie o inwazji polskich geofizyków na konsulat Rosji na Spitzbergenie…

zobacz więcej
Niewykluczone, że Putin złożył Orbánowi ofertę zmian terytorialnych, np. dotyczących Rusi Zakarpackiej – kiedyś należących do Węgier, a dziś będących częścią Ukrainy. I choć brzmi to jak teoria spiskowa, wcale taką nie musi być, zważywszy że podobną ofertę, tyle że dotyczącą wschodniej Galicji, Putin miał złożyć Donaldowi Tuskowi w 2008 roku. Jeżeli więc Orbán rzeczywiście kieruje się rewizjonizmem, to z pewnością nie jest zainteresowany porażką Rosji. I nie zrobi niczego, co mogłoby realnie pomóc Ukrainie.

Inne motywy kierują pozostałymi wymienionymi państwami, wywodzącymi się ze starej „karolińskiej” Europy. Tutaj nigdy nie uważano Ukrainy ani – szerzej krajów Europy Środkowo-Wschodniej – za pełnoprawnych członków wspólnoty europejskiej. Nasz region postrzegano raczej jako strefę buforową, coś, co leży pomiędzy Rosją i Europą, i co, w imię bezpieczeństwa Zachodu, może zawsze stanowić przedmiot negocjacji i targów z Moskwą. Z tej perspektywy trudno więc oczekiwać, aby w Paryżu, Rzymie czy Berlinie ryzykowano własny spokój dla niepodległości Ukrainy.

Przejawem takiego myślenia są dwa listy „niemieckich intelektualistów” skierowane w kwietniu do władz w Berlinie w proteście wobec planów dozbrajania Ukrainy. Ich sygnatariusze zażądali nie tylko zaprzestania dostaw broni na Ukrainę, ale również skłonienia Kijowa do ogłoszenia natychmiastowej kapitulacji. „Intelektualiści” posłużyli się tu podobną argumentacją, co rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, twierdząc, że złożenie broni jest dla Ukraińców jedynym sposobem na zatrzymanie rozlewu krwi. W ten sposób ofiara agresji została obarczona odpowiedzialnością za zbrodnie agresora, bo przecież Ukraińcy sami są sobie winni, że stawiają opór Rosji, która ma jakoby pełne prawo pozbawić ich państwowości.

Wynika z tego, że zarówno „rewizjonistyczne” Węgry jak i liberalne, ultrapostępowe elity niemieckie mają podobne zdanie na temat przyszłości Ukrainy. Nie zakłócają tego podobieństwa żadne różnice ideowe, jego istotą jest bowiem stosunek do Rosji, traktowanej – zupełnie wbrew zdrowemu rozsądkowi – jako niezbędny element równowagi europejskiej trzymającej w ryzach sprawiającą kłopoty strefę buforową.

Z tego punktu widzenia najlepszym rozwiązaniem byłby po prostu podział Europy na dwie strefy wpływów, przy czym Ukraina – co oczywiste – trafiłaby pod skrzydła Rosji. Losy Europy Środkowo-Wschodniej mogłyby zaś być przedmiotem bardziej szczegółowych negocjacji. Warto tu dodać, że dokładnie z taką ofertą wychodziło rosyjskie ultimatum postawione Ameryce i NATO bezpośrednio przed wybuchem wojny na Ukrainie.

Gdyby więc pokój zależał od niemieckich intelektualistów, to mielibyśmy dziś wojska rosyjskie na całej długości naszej wschodniej granicy. I niewykluczone, że wybuch kolejnej wojny, prowadzonej tym razem na naszym terytorium. Można mieć jedynie nadzieję, że ten sposób myślenia nie stanie się – na co liczy Moskwa – przeważający wśród pacyfistycznie nastawionych społeczeństw Europy Zachodniej.

Na razie zachodnie rządy, w mniejszym lub większym stopniu, odcinają się od tak defetystycznej retoryki. Wpływ pacyfistycznych elit jest jednak bardzo widoczny, zwłaszcza w Niemczech, gdzie coraz bardziej zagubiony kanclerz Olaf Scholz próbuje lawirować między prorosyjskim zapleczem swojej rodzimej partii SPD, społecznym strachem przed wojną w Europie oraz zdrowym rozsądkiem, który nakazuje przeciwstawić się moskiewskiej agresji, póki nie jest na to za późno. Zwłaszcza, że stawką jest nie tylko pokój, ale również przyszła pozycja Niemiec, mocno dziś nadszarpnięta kapitulancką polityką wobec Moskwy prowadzoną w ciągu ostatniego ćwierćwiecza przez Berlin.
Viktor Orban opuszcza Pałac Apostolski w Watykanie po prywatnej audiencji u papieża Franciszka 21 kwietnia 2022. Premier Węgier miał poinformować Ojca Świętego, że Władimir Putin zamierza zakończyć wojnę 9 maja. Fot. Stefano Costantino/SOPA Images/LightRocket via Getty Images
Niemcy chcieliby, aby wszystko pozostało po staremu, tyle że to już niemożliwe. Nie da się wrócić do interesów na wielką skalę z Rosją i nadal wspólnie układać klocki w Europie. Uderzając na Ukrainę, Moskwa chciała wszystko przyspieszyć i w ten sposób zniszczyła misterną niemiecką strategię. Mimo to nie wszyscy w Niemczech i w Europie pogodzili się z nową rzeczywistością. Scholz schował się głęboko, licząc, że w cieniu uda mu się przeczekać najgorsze, z kolei Emmanuel Macron korzystając ze słabości Berlina, próbuje przejąć inicjatywę w dogadywaniu się z Rosją.

Wszystko to przesiąknięte jest strachem przed marginalizacją. Wspólna Europa prowadzona dotąd za rękę przez Berlin i Paryż, okazała się bowiem niemal całkiem bezradna w obliczu barbarzyńskiego uderzenia ze wschodu. Gdyby nie twarda postawa Ameryki, cena za pokój byłaby dla naszego kontynentu bardzo wysoka.

Unia musiałaby zapewne skapitulować przed żądaniami Moskwy, oddać Rosji Ukrainę oraz przekazać jej polityczną i militarną kontrolę nad Europą Środkowo-Wschodnią. Być może Rosja nie potrzebowałaby nawet do tego wielkiej wojny. Wystarczyłby szantaż surowcowy, straszenie bombami atomowymi i dopiero w ostateczności atak zbrojny na wschodnią flankę NATO.

Biden sprowokował Moskwę do wojny?

Państwem, które pokrzyżowało rosyjskie plany są Stany Zjednoczone. Po raz kolejny potwierdziło się, że amerykańska obecność polityczna i militarna, choć mocno ograniczona po upadku ZSRR, pozostaje główną, o ile nie jedyną gwarancją utrzymania pokoju na naszym kontynencie. Nic zresztą dziwnego, że Putin od lat dążył do wyeliminowania Amerykanów z Europy. Być może wiedział, jako domorosły historyk, że to właśnie rezygnacja Amerykanów z gwarantowania wersalskiego ładu po I wojnie światowej, ułatwiła triumf Hitlera i wybuch kolejnego światowego konfliktu.

Kreml liczył zapewne na to, że sędziwy Joe Biden nie będzie miał dość siły, aby w obliczu narastającego sporu z Chinami, zajmować się jeszcze sytuacją w Europie. Tym bardziej, że w pierwszych miesiącach swojej prezydentury Biden mógł sprawiać takie wrażenie, podejmując np. decyzję o zniesieniu sankcji na gazociąg Nordstream 2.

Dlatego niektórzy zwolennicy spiskowych teorii, tacy jak np. rosyjski ekonomista Andriej Iłłarionow (dawny doradca Putina, dziś przebywający na emigracji w Ameryce), uważają, że Biden celowo sprowokował Moskwę do wojny, aby rozstrzygnąć ją już teraz na własnych warunkach, a Putin dał się mu wywieść w pole. Niewiele można jednak znaleźć dowodów na potwierdzenie tej hipotezy.

Z pewnością można za to powiedzieć, że Joe Biden okazał się – wbrew rachubom Moskwy – politykiem wyjątkowo wręcz niewygodnym dla Kremla. Paradoksalnie jego pierwszym atutem jest wiek. Blisko osiemdziesięcioletni Joe Biden pamięta jeszcze czasy zimnej wojny i wcale nie paraliżuje go wizja konfliktu z Rosją. Drugim atutem jest jego polityczna afiliacja. Demokrata Biden, twardo sprzeciwiający się Rosji, jest dla postępowych defetystów europejskich znacznie trudniejszym celem ataku od Donalda Trumpa.

Gdyby w obecnej sytuacji w Białym Domu nadal zasiadał znienawidzony w Europie Trump, łatwo byłoby go niszczyć zarzutami szaleństwa, nieodpowiedzialnej eskalacji, podżegania do wojny itd. W przypadku „liberalnego sprzymierzeńca”, jakim jest Biden, nie jest to już takie proste, co sprawia, że obecny prezydent ma o wiele więcej swobody działania wobec Rosji niż miałby jego poprzednik.

Czy Rosja jest wielka? Skurczyła się jak balon, w którym nikt nie podtrzymuje powietrza

Nie ma zasobów i sił, by czynić północ sobie poddaną, tak jak przed wiekami.

zobacz więcej
Nieco inaczej jest w samej Ameryce, gdzie radykalne skrzydło trumpistów gotowe jest – na potrzeby walki wewnętrznej – sięgać po hasła izolacjonistyczne i podważać „awanturniczą” strategię Bidena, pracując tym samym na rzecz Rosjan. Pierwszym sprawdzianem nastrojów społecznych w Ameryce będą listopadowe wybory do Kongresu, przed którymi republikanie mają przewagę w sondażach i na których wyniki z niecierpliwością oczekują na Kremlu.

Jednak jest mało prawdopodobne, aby presja republikańskich radykałów istotnie zmieniła politykę zagraniczną Białego Domu, choć czas z pewnością odgrywa tu ważną rolę, bo im szybciej wyeliminuje się rosyjskie zagrożenie, tym dla obecnej demokratycznej ekipy lepiej. Joe Biden, podobnie jak wszyscy demokraci, szczerze nie znosi Putina. Nie tylko z powodów ideowych (Putin jako wróg demokracji liberalnej), ale również z powodu domniemanej ingerencji Kremla w amerykańskie wybory prezydenckie w 2016 roku na rzecz Trumpa.

Putin w oczach Bidena jest bezczelnym pętakiem, który pozwolił sobie na zbyt wiele i trzeba go teraz za to przykładnie zdzielić po głowie. Będąc w Polsce, Biden wprost nazwał Putina „zbrodniarzem wojennym”. Macron ani Scholz nigdy nie poważyliby się publicznie na coś podobnego. Zamiast tego grzecznie szukaliby okazji do negocjacji, a Putin rozzuchwalony ich bezradnością, śmiałby się im w twarz.

Stany Zjednoczone postrzegają przy tym konflikt na Ukrainie w znacznie szerszej perspektywie niż Europejczycy. Biden wie, że rosyjska agresja jest rodzajem testu na wytrzymałość i spójność świata zachodniego, któremu z wielką uwagą przypatrują się zaprzyjaźnione z Moskwą Chiny. W przypadku wygranej Rosji, Chiny będą miały ułatwioną drogę do napaści na Tajwan i podważenia amerykańskiego przywództwa na Pacyfiku.

Stany Zjednoczone nie zamierzają do tego dopuścić, co oznacza, że muszą doprowadzić do porażki Moskwy. Dlatego, w przeciwieństwie do Francji czy Niemiec, nie zależy im na pokoju za wszelką cenę. Waszyngton chce – tak jak otwarcie przyznał to szef Pentagonu Lloyd Austin – doprowadzić do takiego osłabienia Rosji, aby nie była ona już w stanie poważyć się na podobną agresję.

Ameryce sekunduje Wielka Brytania, która – zgodnie ze swoją strategią – opiera swoje bezpieczeństwo na sojuszu z USA oraz na równowadze w Europie. Każdy, kto tej równowadze zagraża, a dzisiaj jest to Rosja, przez Brytyjczyków uważany jest za zagrożenie. W obecnym kontekście łatwiej zresztą dostrzec, jak bardzo brexit osłabił instynkt samozachowawczy Unii Europejskiej, która w obliczu rosyjskiej agresji została zdana na chwiejne „przywództwo” Berlina i Paryża.

Atakując Ukrainę, Putin chciał doprowadzić do przebudowy dotychczasowego ładu światowego, tak aby skorzystała na tym Rosja, a w dalszej kolejności Chiny. Wojna w takich okolicznościach doprowadziła jednak do zupełnie innych skutków, ponieważ Amerykanie, dotąd niespecjalnie zainteresowani obszarem posowieckim, siłą rzeczy musieli uznać Ukrainę za strefę swoich strategicznych interesów. W tym sensie wojna na Ukrainie jest rzeczywiście wojną zastępczą, jednak nie tylko Ameryki z Rosją, ale również Ameryki z Chinami.

Trudno więc oczekiwać, że Stany Zjednoczone łatwo oddadzą pole. Dla Moskwy wojna jest – jak wspomniałem – kwestią wiarygodności, a nawet przetrwania ich reżimu, ale dla Ameryki stawka wcale nie jest o wiele mniejsza. Chodzi bowiem o globalne bezpieczeństwo i przywództwo Stanów Zjednoczonych, co – bez względu na ostrość wewnątrzamerykańskich sporów – rozumieją nie tylko rządzący demokraci ale także wielu republikanów. Nie ma więc mowy o oddaniu całej Ukrainy w ręce Rosji.
- Rosja nie może podpisać gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy bez rozwiązania kwestii terytorialnej Krymu i Donbasu - powiedział Władimir Putin podczas spotkania z Antonio Guterresem 26 kwietnia 2022. Fot. Vladimir Astapkovich / TASS / Forum
W tej sytuacji pokój może być albo zgniły, w którym żadna ze stron nie uzyskuje tego, co założyła (np. Rosjanie utrzymują kontrolę nad zdobytymi terenami, ale muszą zrezygnować z dalszej agresji i innych żądań wobec Ukrainy, a w zamian Amerykanie akceptują istnienie obecnego reżimu w Moskwie), albo oparty na pełnym zwycięstwie, czyli na wyparciu Rosjan z Ukrainy i załamaniu reżimu na Kremlu.

Oczywiście z punktu widzenia Ukrainy w rachubę wchodzi jedynie ten drugi wariant, jednak pozycja negocjacyjna Kijowa – jakkolwiek brutalnie to zabrzmi – zależeć będzie przede wszystkim od jego sukcesów na polu bitwy.

W obu wariantach, szczególnie w tym zwycięskim, Ameryka potwierdzi również swoją kluczową rolę w Europie, co zapewne umiarkowanie ucieszy Francję i Niemcy, mocno już rozzuchwalone ćwierćwieczem uprawiania beztroskiej i zarazem skrajnie nieodpowiedzialnej polityki na naszym kontynencie. Nic więc dziwnego, że w Berlinie i w Paryżu niezbyt entuzjastycznie przyjmują perspektywę powrotu pod amerykański parasol. Zupełnie odmiennie niż Polska i większość państw naszego regionu, które nie chciałyby płacić własnym bezpieczeństwem za dobre samopoczucie naszych zachodnich sąsiadów i podyktowany im przez Moskwę pokój w Europie.

– Konrad Kołodziejski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Autor jest doktorem nauk społecznych i publicystą

W najbliższym tygodniu do tematu napaści Rosji na Ukrainę będą nawiązywać między innymi następujące programy TVP:

„Co Dalej?”
– 7 maja, TVP Polonia godz. 6:30 i TVP Kultura godz. 18.20 – „Prawdziwy koniec wielkiej wojny”;
– 10 maja, TVP Polonia godz. 6:55 i TVP Kultura godz. 17:55 – „Sąsiedztwo Polska – Rosja” (wokół książki Andrzeja Nowaka „Polska i Rosja. Sąsiedztwo wolności i despotyzmu X-XXI w.”);
– 12 maja, TVP Polonia godz. 6:55 i TVP Kultura godz. 18 – „Czy Ramzan Kadyrow jest przyszłością Rosji?”;

„Trzeci Punkt Widzenia”
– 8 maja, TVP Kultura godz. 11:25, wśród zagadnień: bitwa o Donbas;

„Kronos”
– 9 maja, TVP Kultura godz. 21:45 – „Wróg”;

„Co Dalej?” – wydanie specjalne
– 10 maja, TVP Historia godz. 20 – „Historia – narzędzie agresji Rosji”.
Zdjęcie główne: Spotkanie sekretarza generalnego ONZ Antonia Guterresa z prezydentem Rosji Władimirem Putiem na Kremlu 26 kwietnia 2022. Fot. Vladimir Astapkovich / TASS / Forum
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wolność od rosyjskiego gazu
Niebawem Polska uzyska dostęp do złóż izraelskich i egipskich.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Identyczne bliźnięta nieidentyczne
Są od siebie genetycznie różne. Czy tylko jedno może mieć skłonność np. do raka?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy alpinizm jest etyczny? Korona Himalajów to igrzyska śmierci?
30 lat temu zginęła Wanda Rutkiewicz.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Pięć milionów widzów. Pierwsza liga rosyjskiego show biznesu
W połowie lat 90. Zełenski marzył, by zostać gwiazdą estrady.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Czy Elon Musk przywróci na Twitterze wolność słowa?
Cenzura zawsze zaprowadzana jest dla dobra obywateli, dla demokracji, dla praworządności…