Historia

Imieniny przodującego ustroju. Jak Solidarność przejęła od komunistów święto pracy

Po manifestacji jeden z niezależnych fotografów, już po godzinie milicyjnej, poprosił o podwiezienie… milicję. W samochodzie funkcjonariusze zorientowali się, że pasażer ma aparat, zajrzeli mu do torby, były tam zdjęcia z „nielegalnego zgromadzenia”.

1 maja stał się świętem pracy w 1890 roku, proklamowanym przez II Międzynarodówkę Socjalistyczną. Ruch socjalistyczny upamiętnił w ten sposób manifestację w Chicago z poprzedniego roku, gdzie policja strzelała do manifestantów i były ofiary śmiertelne. Pierwsze manifestacje pierwszomajowe były walką o prawa pracownicze, szczególnie o ośmiogodzinny dzień pracy.

W PRL o nic nie walczono, a składano podziękowanie władzy za osiągnięcie wszelkich postulatów ludzi pracy i nadzieję na coraz więcej. Przed oficjelami na trybunie honorowej defilowali przedstawiciele wszystkich zawodów i grup społecznych. Było to połączenie procesji z odpustem, a bizantyjski rozmach uroczystości importowano ze Związku Radzieckiego. 1 maja był – oprócz 22 lipca – najważniejszym świętem w państwie budującym socjalizm. Ustrój miał wtedy imieniny, a w lipcu urodziny. Uczestnictwo w pochodzie było dowodem lojalności i czymś w rodzaju hołdu lennego. Idziesz, to popierasz i deklarujesz posłuszeństwo.

W Warszawie w dekadzie Edwarda Gierka na ulicy Marszałkowskiej od Królewskiej do dzisiejszego ronda Dmowskiego od godziny dziesiątej do czternastej szły tłumy głowa przy głowie z nielicznymi przerwami. Flagi, z przewagą czerwonych, transparenty sławiące osiągnięcia ustroju i – w mniejszej liczbie – portrety Lenina, Marksa i Engelsa.

W czasach Bolesława Bieruta liczba portretów była nieprzeliczona, oczywiście, ze Stalinem i samym, wyraźnie mniejszym, Bierutem. Wysportowana młodzież wykonywała przed trybuną lub na ciężarówkach piramidy. Także na platformach samochodowych kręciły się modele obrabiarek i innych maszyn, a ludzie pracy wyrażali dumę ze swoich zawodów paradując w wypranych ubraniach roboczych, hutnicy w okularach, budowlani z kilofami, niesiono na wzór wojskowy łopaty i młoty na ramionach. Były tekturowe atrapy wyrobów różnych zakładów, jak na przykład gigantyczna tabliczka czekolady.

Świecka sakralizacja pracy fizycznej szła o lepsze z polityczną czujnością wobec wrażego Zachodu, gdzie nadal pito robotniczą krew. Niezapomniany – kto raz widział, choćby na filmie, nie zapomni – cyrk „Trumanillo” prezentował karykaturalne figury przywódców świata kapitalistycznego i znanych amerykańskich generałów, gdzie mundury wojskowych były stylizowane na hitlerowskie. Po cyrku „Trumanillo” była w sam raz pora na przejazd ciężarówki z „ocalonymi dziećmi z Korei”.

Wbrew zdaniu klasyka walka klasowa nie zaostrzała się wraz z postępem socjalizmu i pochody z czasów Edwarda Gierka były mniej pompatyczne i bojowe, chciały przedstawiać „spontaniczną” więź partii z narodem i radosny nastrój. To, czym dały się naprawdę zapamiętać, to trudno porównywalna z czymkolwiek obłuda.
Pracownicy Zespołów Filmowych idą w oficjalnym pochodzie pierwszomajowym w 1983 roku. Na pierwszym planie reżyserzy Czesław Petelski (z lewej) i Jerzy Hoffman. Fot. PAP-CAF D. Kwiatkowski
W latach osiemdziesiątych, po zdławieniu Solidarności przez stan wojenny czas pozorów minął i oficjalny warszawski pochód stał się mniejszy i żeby nie było to zbyt widoczne - zmienił trasę. Podczas 1 maja stanu wojennego podziemne władze „Solidarności” były świeżo zorganizowane, stąd przejęcie święta pracy przez (można by powiedzieć ludzi pracy, ale to już był termin skompromitowany dekadami realnego socjalizmu) środowiska opozycyjne odbyło się spontanicznie i oddolnie.

Działacze Komisji Krajowej Solidarności nie wydali jasnych dyrektyw dla członków zawieszonego związku, ale w wielu miastach, najczęściej po mszach świętych, odbyły się niezależne od oficjalnych pochody. Dla większości ludzi dwie rzeczy były oczywiste: nie iść na pochód organizowany przez władze, zakłócić go lub zorganizować własny.

W Warszawie po mszy świętej w katedrze św. Jana rosnący tłum ludzi skierował się ulicą Senatorską do Miodowej. Odgradzany kordonami milicji od placu Piłsudskiego (wtedy Zwycięstwa) przez plac Krasińskich poszedł na Wisłostradę i tam się rozwiązał. Według historyków brało w nim udział 4 tysiące osób, według uczestników 8 lub nawet 12 tysięcy.

Rozwijający pod katedrą flagi narodowe i transparenty mieli przeczucie, że przemarsz nie będzie rozpędzany przez milicję. W stronę przechodniów i kordonów milicji skandowali: „Chodźcie z nami, dziś nie biją!”. I rzeczywiście tego dnia nie bili. Nie wypadało władzy ludowej reagować przemocą na pochód pierwszomajowy, miałoby to fatalny propagandowo wydźwięk. Minister Spraw Wewnętrznych generał Czesław Kiszczak wydał dyrektywę, że święto ma przebiegać w „godnej atmosferze”.

W Gdańsku sprawy miały się podobnie, jak w Warszawie i wielu innych miastach. To, co wyróżnia Gdańsk, to skala wydarzenia. Po mszy w katedrze – 1 maja to święto Józefa Robotnika – wierni nie rozeszli się do domów i z flagami narodowymi, które zaczęto rozwijać już w kościele, udali się pod Pomnik Poległych Stoczniowców przy bramie głównej Stoczni Gdańskiej. Do pochodu przyłączali się liczni przechodnie i rosnący ciągle tłum poszedł pod dom Lecha Wałęsy w dzielnicy Zaspa. Uczestnicy mówią, że już we Wrzeszczu było ich 100 tysięcy. Ostrożniejsi historycy operują liczbą 60 tysięcy uczestników.

Także – jak w Warszawie – skandowano: „chodźcie z nami, dziś nie biją”. Gdańscy lokalni patrioci solidarnościowi mówią, że „Uwolnić Lecha, wsadzić Wojciecha” oraz „Zima wasza, wiosna nasza” było tylko u nich. Jeżeli nie tylko, to na pewno głośniej, gdy skandował taki tłum. Największa antyreżimowa demonstracja stanu wojennego i lat osiemdziesiątych miała miejsce wtedy w Gdańsku. Z podobnych powodów, jak w stolicy, milicja nie reagowała. Pod blokiem, w którym było mieszkanie internowanego wtedy Lecha Wałęsy, pochód się zakończył. Tysiące ludzi odreagowały miesiące poczucia upokorzenia po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku.

Pochód gdański był wzorowo zorganizowany, choć nie przewodził mu nikt z władz podziemnej Solidarności. Działacze się ukrywali i budowali struktury na długą walkę konspiracyjnie kolportowanymi oświadczeniami podtrzymując ducha oporu. Pochód uporządkował i poprowadził szerzej dotąd nie znany pracownik gazowni, Edward Janus.

„Ekstremistki” niczego nie żałują

Dziewczyny z mniejszych miejscowości były szykanowane i upadlane, również po wyjściu z internowania. Płaciły ogromną cenę – mówi dawna opozycjonistka Ewa Józefowicz.

zobacz więcej
Janus instynktownie zajął miejsce blisko ołtarza, skąd mógł widzieć wiernych wypełniających kościół. Gdy zobaczył flagi wyszedł z kościoła jako jeden z pierwszych i uformował kolumnę demonstrantów. Chyba nie wydał polecenia, żeby iść pod pomnik stoczniowców – to było dla wszystkich oczywiste. Podczas całego pochodu Janus dyktował tempo, dbał o zwartość kolumny, a gdy trzeba o odstępy. W marszu dobierał sobie współpracowników, którzy dbali o porządek w głębi olbrzymiego pochodu.

Edward Janus nie zdołał się skutecznie ukryć, w końcu maja został aresztowany i skazany na 9 miesięcy jako „główny porządkowy” nielegalnego zgromadzenia. Niedługo po wyjściu na wolność dostał paszport na przymusową emigrację i wyjechał do USA.

Aresztowano także kilku innych uczestników pochodu i późniejszej manifestacji 3 maja, którzy dali się sfotografować jako aktywniejsi manifestanci. Służba Bezpieczeństwa pewnie robiła zdjęcia, ale jako materiał dowodowy bardziej posłużyło całkiem inne archiwum.

Niedługo po manifestacji jeden z niezależnych fotografów, już po godzinie milicyjnej, poprosił o podwiezienie właśnie milicję. W samochodzie funkcjonariusze zorientowali się, że pasażer ma aparat, zajrzeli mu do torby, były tam zdjęcia z „nielegalnego zgromadzenia”. Rewizja w mieszkaniu przyniosła większy efekt, bo ów fotograf zgromadził u siebie zdjęcia robione także przez innych 1 i 3 maja 1982 roku. Tak fotografie robione w najlepszych intencjach posłużyły do rozpoznania i skazania na więzienie kilku osób, a w przypadku Edwarda Janusa także na emigrację. ODWIEDŹ I POLUB NAS W stanie wojennym zaradniejsi obywatele, gdy zastała ich w mieście godzina milicyjna próbowali, nieraz z dobrym skutkiem, używać pojazdów ZOMO jako taksówek. Jak śpiewał Jacek Kaczmarski w piosence „Świadectwo”:

ZOMO tanio się sprzedaje
Buce tępe i uczynne
Za dwa króle
[banknoty z Bolesławem Chrobrym] czyli cwaję
Sami wiozą na melinę.


Podobno do domów też wozili, ale w tych, których spotkał fotograf poczucie obowiązku najwyraźniej zwyciężyło chęć zysku.
1 maja 1989, manifestacja zorganizowana w Warszawie przez Solidarność i NZS na miesiąc przed wyborami 4 czerwca. Fot. PAP/Cezary Słomiński
Uroczyście obchodzone w II Rzeczpospolitej rocznice Konstytucji 3 maja w PRL były zakazane. Władze nie mogły dopuścić do patriotycznej konkurencji dla internacjonalistycznego, czyli komunistycznego 1 maja. Wszystkie flagi wywieszone na 1 znikały 2 maja, albo jeszcze w nocy.

W czasach legalnej Solidarności władze zezwalały na obchodzenie niewygodnych rocznic, nie tylko 3 maja ale także 11 listopada. Po wprowadzeniu stanu wojennego i w latach osiemdziesiątych wszystko wróciło do peerelowskiej normy, ale ludzie nie zapomnieli, że – choć krótko – niedawno było inaczej.

Kiedy w kilku miastach, w tym w Warszawie i Gdańsku, po mszach świętych próbowano formować pochody reakcja już była całkiem inna, niż dwa dni wcześniej. Zgromadzonych brutalnie rozpędzano, a na starówce gdańskiej i w Warszawie w okolicach Mostu Śląsko-Dąbrowskiego doszło do wielogodzinnych utarczek z milicją. Było wielu zatrzymanych, pobitych, posypały się wyroki.

W Gdańsku do ukrywającego się Edwarda Janusa dotarła propozycja, by poprowadził pochód 3 maja - musiało zrobić wrażenie jak sobie poradził pierwszego. Janus odmówił, wiedział, że jest na wielu zdjęciach i na pewno zaraz by go zamknęli, czego i tak nie uniknął.

Edward Janus odświeżył gdańskie wspomnienia, gdy po wielu latach obejrzał fotografie pochodu z 1982 roku w internecie. Później, gdański oddział Instytutu Pamięci Narodowej zorganizował wystawę zdjęć – tych, które nie wpadły w ręce SB za sprawą niefrasobliwego fotografa – w trzydziestopięciolecie wydarzeń. Udało się ściągnąć Janusa z USA do Polski z okazji rocznicowych obchodów, wzbudził zainteresowanie mediów i historia Solidarności odzyskała zapomnianego bohatera.

– Krzysztof Zwoliński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Film dokumentalny "Chodźcie z nami" autorstwa Ewy Żmigrodzkiej i Krzysztofa Zwolińskiego z wypowiedziami m.in. Edwarda Janusa pokaże TVP3 3 maja 2022 o godz. 17:30 i 4 maja o godz. 1:45 oraz TVP Historia 10 maja o godz. 19:40 i 11 maja o godz. 9:35.
Zdjęcie główne: 1 maja 1982, nielegalny pochod pierwszomajowy Solidarności w Warszawie. Fot. Janusz Fila / Forum
Zobacz więcej
Historia Poprzednie wydanie
Kryzys naftowy. Jak wykorzystać odcięcie dostaw ropy
Zachód zmądrzał po szkodzie.
Historia Poprzednie wydanie
Ziemia obiecana czy przeklęta? II wojna i polscy emigranci w USA
Czasem amerykański sen okazywał się amerykańskim koszmarem...
Historia wydanie 17.06.2022 – 24.06.2022
Ostatnia romantyczna wojna. Bitwa o Falklandy
Osiemdziesięciu zwiadowców SAS prowadziło rozpoznanie w 4-osobowych grupach.
Historia wydanie 17.06.2022 – 24.06.2022
Bunt w Workucie. Rynsztokiem płynęła krew więźniów
„Te obozy nie są bardziej ludzkie niż Majdanek i Oświęcim. Mordowano nas, szczuto psami, morzono głodem...”
Historia wydanie 17.06.2022 – 24.06.2022
Zagłodzić zbuntowany naród
Przez trzy lata Jan Zumbach walczył w biafrańskich „siłach powietrznych”, które budował od zera.