Kultura

Akademia Pana Andrzeja. Człowieka ze „złotym uchem”

To jeden z nielicznych polskich kompozytorów, którzy nie tylko łączą pokolenia melomanów, ale też godzą miłośników rozmaitych gatunków muzycznych – od awangardy i eksperymentu po czysty pop.

ODWIEDŹ I POLUB NAS
Jak większość Polaków dorastających w późnym PRL-u mam dużo wspomnień związanych z twórczością Andrzeja Korzyńskiego, bo przecież w pamięci mamy nie tylko fakty, ale też obrazy czy emocje. Jego muzyka towarzyszy mi właściwie od zawsze. Czasem dopiero po pewnym czasie, już jako świadomy słuchacz dowiadywałem się, że za piosenką A czy soundtrackiem B stoi właśnie on. 18 kwietnia w wieku 82 lat zmarł kolejny wielki kreator wyobraźni dzisiejszych 40-50-latków, a zatem i mojej własnej.

Kultura masowa z definicji otacza odbiorcę z każdej strony. W latach 70. i 80. XX wieku jej nośnikami były przede wszystkim radio, kino, telewizja, ale też sale koncertowe, z których (re)transmitowano festiwale i występy gwiazd. Wszędzie tam rozbrzmiewała jego muzyka. Przez pewien czas była w nich nawet nad-obecna.

Wspomnienie pierwsze, czyli dźwięk z malucha

Utwór „Baby Bump” musiałem pierwszy raz usłyszeć w radiu. W tzw. maluchu, czyli Fiacie 126p należącym do taty zawsze głośno grała muzyka. Połowa lat 80., czyli sporo po kinowej premierze „Człowieka z marmuru”, ale też po wprowadzeniu i zniesieniu stanu wojennego. Wyrazista kompozycja, stworzona przez studyjny zespół Arp Life, którego Korzyński (oprócz Mateusza Święcickiego, Ryszarda Szumlicza i Macieja Śniegockiego) był członkiem, niejako automatycznie wbiła się w pamięć kilkuletniego chłopaka i została tam na zawsze.
Zagubiony diament – Andrzej Korzyński
Arp Life tworzył bardzo dużo muzyki użytkowej: dżingli, przerywników dźwiękowych, ale też soundtracków i muzyki teatralnej. To nie była tylko muzyka, ale również część audiosfery okresu późnego PRL-u. Jeśli dodamy do tego fakt, że kompozytor od 1965 roku współtworzył w Polskim Radiu „Młodzieżowe Studio Rytm”, prezentujące młodych polskich wykonawców big-bitowych, okaże się, że jego (bezpośredni lub pośredni) wpływ na gust nastoletniej publiczności mógł być większy niż nam się wydaje.

Wspomnienie drugie z Pana Kleksa

Jak wielu moich równolatków, doskonale pamiętam swoją wyprawę do kina na film „Akademia Pana Kleksa” w reżyserii Krzysztofa Gradowskiego. Dla mojego pokolenia jest to poniekąd dzieło formacyjne. W siermiężnych czasach schyłku systemu komunistycznego stworzono mieniący się kolorami film dla dzieci, który najmłodsi (a także ich rodzice) „kupili” od razu. Role Piotra Fronczewskiego i Leona Niemczyka zapisały się w historii rodzimej kinematografii, jednak połowę sukcesu ekranizacja prozy Jana Brzechwy zawdzięcza muzyce napisanej przez Andrzeja Korzyńskiego właśnie.

Powstały utwory ponadczasowe, które stały się przebojami od razu po premierze. „Witajcie w naszej bajce”, „Kwoka”, „Wy nie wiecie, a ja wiem”, czy do dziś przyprawiająca o ciarki na plecach „Świąteczna Akademia” stanowią dziś klasykę piosenki i kompozycji filmowej. Z przebojową muzyką doskonale współgrały utwory eksperymentalne, stworzone (głównie z myślą o scenach w zakładzie Golarza Filipa) przez Bohdana Mazurka w Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia.

Podobnie wielki sukces odniosła ścieżka dźwiękowa do „Podróży Pana Kleksa” – kontynuacji przygód brodatego profesora. Przyniosła ona kolejne wielkie hity, może nawet bardziej dla dorosłych niż dzieci, czyli „Meluzynę”, „Podróż w Krainie Baśni” czy „Z poradnika młodego zielarza”.

Wspomnienie trzecie – Franek Kimono

Połowa lat 80. Wiosna na warszawskim Wawrzyszewie. Otwarte okna. W oknach wystawione głośniki. To była stała praktyka na blokowiskach: niech sąsiedzi posłuchają z nami. Repertuar? Na zmianę Lady Pank i… Franek Kimono. Po latach Piotr Fronczewski wciąż nie potrafi zrozumieć, co się wtedy wydarzyło. Jak to się stało, że wykreowana przez Korzyńskiego postać bywalca PRL-owskich dyskotek spotkała się z tak gorącym przyjęciem?

Z lasu i z chóru. Z kościoła i z Koryntu. Ludzkim głosem

Na festiwalu zostanie zaprezentowana twórczość wybitnego polskiego kompozytora, o którym nie wiadomo… nic. Oprócz tego, że miał związki z Łowiczem.

zobacz więcej
Odpowiedzi jest kilka: zapotrzebowanie na lekką rozrywkę po ponurym okresie stanu wojennego, pozycja Fronczewskiego jako wielkiej gwiazdy filmu i telewizji, a w końcu moda na karate, zapoczątkowana przez spóźnioną o 9 lat polską premierę kinową „Wejścia smoka” z Brucem Lee. W końcu najpopularniejszym utworem z płyty „Franek Kimono” (1984) był „King Bruce Lee karate mistrz”.

Ale znów – przede wszystkim były to bardzo dobre piosenki, które nie dość, że zostały dowcipnie zinterpretowane przez Fronczewskiego, to jeszcze (po latach) swobodnie można je uznać za pionierskie dla polskiej odmiany electro, synth-popu, a nawet... rapu. O fenomenie projektu niech świadczy utwór „W aucie” Sokoła z 2008 roku (do dziś ponad 44 miliony emisji na kanale YouTube), z gościnnym udziałem Pono, Freda i Fronczewskiego, wykorzystujący popkulturowy fenomen postaci stworzonej w latach 80.

W ogóle Korzyński miał rękę do wielkich przebojów. Przypomnijmy tylko „Kochać” i „Żółte kalendarze” Piotra Szczepanika, „Szparką sekretarkę” Maryli Rodowicz czy „Sweet, sweet tulipan” Urszuli.

Wspomnienie czwarte dzięki Żuławskiemu

Warszawskie kino „Iluzjon”, jeszcze w starej lokalizacji przy pl. Trzech Krzyży. Przeglądy reżyserskie. To już lata 90., czasy liceum, kiedy w miarę świadomie chłonąłem sztukę – również tę spod znaku dziesiątej muzy. Przegląd filmów Andrzeja Żuławskiego. Ścieżki dźwiękowe do jego przedziwnych filmów od razu przykuwały uwagę. Reżyser przyjaźnił się z Korzyńskim i pozwalał mu w swoich filmach na najdziksze eksperymenty.

Po latach mogły w pełni zabłysnąć (również, a może przede wszystkim) poza granicami Polski dzięki Andy’emu Votelowi i jego wytwórni płytowej Finders Keepers. To jego działalność wydawnicza, a także wskrzeszanie dawno nie wznawianych i publikowanie nigdy niepublikowanych utworów kompozytora przez GAD Records, doprowadziły do tego, że twórczość Korzyńskiego przeżywa swój renesans. Brytyjskich wydań doczekały się ścieżki dźwiękowe „Opętania” i „Trzeciej części nocy” Żuławskiego, a także serialu „Tajemnica Enigmy” Romana Wionczka i „Człowieka z marmuru” Andrzeja Wajdy. Natomiast polski odbiorca ma wreszcie możliwość posłuchania premierowych edycji lub poszerzonych wznowień soundtracków towarzyszących m.in. „Wielkiemu Szu”, „W pustyni i w puszczy”, a nawet alternatywnej wersji kompozycji z „Akademii Pana Kleksa”.

Ostatnie wspomnienie
Pana Andrzeja poznałem osobiście cztery lata temu, w związku z wydaniem i uroczystą premierą winyla „W klubie disko”. W Łodzi, podczas Festiwalu Soundedit, miałem przyjemność poprowadzić rozmowę, w której wzięli udział Maria Szabłowska, Andy Votel, Michał Wilczyński, Grzegorz Brzozowicz i sam kompozytor. Maciej Werk, dyrektor festiwalu, wręczył mu wtedy statuetkę „Człowieka ze złotym uchem”. Był też czas na dłuższe rozmowy przy kawie.

Pamiętam, że bardzo cieszył się z tych remiksów, szeroko uśmiechał do maskotki z jego podobizną, którą, w limitowanej edycji, przygotował dla niego Werk. A ja cieszyłem się, że udało się go w ten sposób uhonorować...

***

Renesans twórczości Korzyńskiego trwa. Nie chodzi tylko o wznowienia i staranne wydania muzyki niedostępnej dotąd na nośnikach fizycznych i w cyfrze. Za utwory kompozytora zabrali się reprezentanci sceny klubowej: Hatti Vatti i Das Komplex na wspomnianej płycie „W klubie disko” (NCK, 2018), a dosłownie kilka miesięcy temu Pejzaż, Holiday 80 i Karol Aleksander – producenci związani z kolektywem The Very Polish Cut Outs - na EPce „Niezłe Numery (Remixy Bajery)”. Z tego co wiem, kolejne nagrania czekają w kolejce do wydania. Wcale mnie to nie dziwi, bo Andrzej Korzyński jest jednym z tych nielicznych polskich kompozytorów, którzy nie tylko łączą pokolenia melomanów, ale też godzą miłośników rozmaitych gatunków muzycznych – od awangardy i eksperymentu po czysty pop.

Jaka zatem była tajemnica zmarłego kilka dni temu twórcy? Profesor Kleks przyjmował do swojej tajemniczej Akademii tylko chłopców noszących imiona zaczynające się na literę A. Resztę sobie dośpiewajcie.

– Marek Horodniczy

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Andrzej Korzyński szeroko uśmiechał do maskotki z jego podobizną, którą w limitowanej edycji przygotował dla niego Maciej Werk, dyrektor Festiwalu Soundedit. Fot. Gosia Wojna, Soundedit
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
A to Polska właśnie. Nie taka jak dziś
Nawet ksiądz jest tu nietypowo sympatyczny.
Kultura Najnowsze wydanie
Malarz rodzaju żeńskiego
Nie obawiała się konkurować z kolegami po fachu.
Kultura Poprzednie wydanie
Duma i uprzedzenie. Widmo II RP wciąż nie daje nam spokoju
Na tle tatrzańskich szczytów nowojorskie drapacze chmur prezentują się dość mizernie…
Kultura Poprzednie wydanie
Efekt Pugaczowej. Czy piosenkarka zmusi Rosjan do myślenia?
Celebrytka wiedziała, jak dobrze żyć z każdą władzą.
Kultura wydanie 18.11.2022 – 25.11.2022
Twórca astronomiczny, który namalował motyle na stacji metra
Dzięki niemu warszawskie metro stało się największą na świecie galerią sztuki.