Rozmowy

Nienawidziła, gdy pytano ją, ile ma kapeluszy

Pewnego dnia przyszła do niej młoda dziennikarka i zapytała: „A jak się pani dostała na scenę, pani Haniu?”. Widziałem, że ogarnęła ją złość i odpowiedziała w swój osobliwy sposób, jednym zdaniem: „A wiesz, kochaniutka, były tam z boku tej sceny takie schodki, no to się wgramoliłam”. Nie lubiła braku profesjonalizmu – opowiada Jerzy Filar. Kompozytor wiele lat współpracował z aktorką i wspominał ten czas w książce „Dziunia, ale Dama”.

Hanka Bielicka 75 lat temu zagrała swój pierwszy epizod kabaretowy – w krakowskim Kabarecie Siedem Kotów, gdzie występowali też m.in. Irena Kwiatkowska i Ludwik Sempoliński. Zmarła w 2006 roku mając 90 lat.

TYGODNIK TVP: Kilka ostatnich lat na scenie Hanka Bielicka spędziła w pana towarzystwie. Jak się poznaliście i jak doszło do tej współpracy?

JERZY FILAR:
Spotkaliśmy się rzecz jasna na estradzie. Ja grałem swój program składający się z poetyckich piosenek, ona swój kabaretowy. Znałem ją bardzo dobrze, ona mnie może trochę mniej. Nigdy nie miałem śmiałości, żeby do niej podejść, zagadać. Pewnego dnia wysłała po mnie swoją menadżerkę z wieścią, że moglibyśmy coś razem zagrać i żebym przyszedł pogadać. Zapytała mnie wprost, czy chciałbym organizować razem koncerty wyjazdowe. Powiedziała: „Wie pan, ja dużo gadam, gadanie jest ostre, to pan by je tak łagodził swoją muzyką. Ukwiecał występ. Ja mówię jak karabin maszynowy, a pan będziesz łagodził tymi swoimi piosenkami”. To była propozycja, którą dziś, po latach, nazywam „propozycją w białych rękawiczkach”. Delikatna, nienachalna. Wymieniliśmy się telefonami, stopniowo się poznawaliśmy, zgrywaliśmy i tak się stało, że rzeczywiście przepracowaliśmy razem dobrych kilka lat.
Hanka Bielicka w 2002 roku. Fot. Marek Szymanski / Forum
Podobno był pan tą osobą, przed którą potrafiła się otworzyć.

Spędzaliśmy czas razem nie tylko na scenie, ale i w podróży. Hanka Bielicka należała do tych osób, które jeśli mogły, to zaraz po występie wracały do domu. Jeśli było daleko, to wtedy nocowaliśmy w hotelu. Zawsze pytała mnie, czy dam radę jechać, czy nie jestem zmęczony. Kiedy tak jeździliśmy razem – ja za kierownicą, ona obok – noc zachęcała do opowieści. To gadulstwo pani Hanki pomagało mi za tą kierownicą nie zasnąć. Opowiadała mi o sobie, o występach, o życiu, choć za bardzo nie lubiła wracać do przeszłości.

Czy ta przeszłość była dla niej zbyt bolesna?

Hanka Bielicka przeżyła wojnę. Cudem razem z mężem Jerzym Duszyńskim przeżyła bombardowanie, bo intuicja podpowiedziała im, że tej nocy lepiej udać się do schronu. Po jej ojca przyszło NKWD. Opowiadała, że przyszli i zapytali: „W 1920 był pan komendantem na moście pod Łomżą, na Narwi? Był? No to z nami”. Tak mieli wszystko rozpracowane. Nigdy już do domu nie wrócił, zabrali go na Kołymę. Jej matka, babcia i siostra zostały zesłane do Kazachstanu. Babcia tego nie przetrwała.

Hanka nie lubiła więc wspomnień. Powtarzała, że tak wielu bliskich jej ludzi odeszło. To cały czas ją bolało. Nie lubiła oglądać starych zdjęć i gadania o tym, co było. Mówiła, że trzeba iść do przodu. Wolała patrzeć na młodych ludzi i powtarzała: „Ważne jest to, co będzie za rogiem”.

Lubiła młodych, a oni lubili ją.

To było w niej niesamowite, że potrafiła nawiązać kontakt z każdym, kto rzecz jasna jej nie podpadł. Hanka, gdy jeździliśmy w trasy, lubiła zatrzymywać się w restauracjach typu fast food. Mawiała: „Wiesz co, zawieź mnie. Jak zjem sobie takiego hamburgera, to się poczuję jak w Ameryce”. Podobały jej się te nowe przybytki.

Pewnego razu, gdy spałaszowała frytki i wypiła colę, poszła do toalety. W tym samym czasie pod tę restaurację podjechał autokar pełen młodzieży. Natychmiast oblegli toaletę. Hanka, jeśli miała blisko do Warszawy, nie przebierała się w garderobie, tylko jechała w stroju estradowym. Wtedy też miała na sobie czerwoną suknię zdobną w pióra i kapelusz na głowie. Stanęła przed grupką dziewcząt, które szybko się zorientowały, kim jest. Przepuściły ją w kolejce do toalety, a ona do nich: „Aj, dziękuję wam, moje śliczne panienki, bo bym się chyba zesikała i byłby wstyd na całą Polskę”. Dziewczęta wybuchły śmiechem, na parkingu dogoniły Hankę i musiała rozdawać autografy, opowiadać, jak w ich wieku brykała po Łomży. Nie raziło jej, że miały po kilka kolczyków, czarne paznokcie, czy podgolone po bokach głowy. Uważała, że to taki sam bunt, jak ten, kiedy ona była młoda i ścinała warkocze.
Dzień Nauczyciela – Hanka Bielicka o Dniu Nauczyciela (1977 r.)
Czego jeszcze Hanka Bielicka nie lubiła?

Nienawidziła, gdy pytano ją o początki kariery. Zaś nade wszystko nie lubiła, gdy młode dziennikarki pytały ją o nakrycia głowy. Gdy padało pytanie o to, ile ma kapeluszy, odpowiadała: „Wiesz co, kochaniutka, przyjdź no do mnie jeszcze raz. Przygotuj się, poszperaj w prasie. Ja naprawdę mam coś pod tym kapeluszem i coś więcej do powiedzenia”. Pewnego dnia przyszła do niej młoda dziennikarka i zapytała: „A jak się pani dostała na scenę, pani Haniu?”. Widziałem, że ogarnęła ją złość i odpowiedziała w swój osobliwy sposób, jednym zdaniem: „A wiesz, kochaniutka, były tam z boku tej sceny takie schodki, no to się wgramoliłam”. Nie lubiła braku profesjonalizmu.

Ale komuś takie pytania wybaczyła…

Mówi pani zapewne o anegdocie z kelnerką. Owszem. Podeszła do stolika Hanki i krzyknęła: „Niech pani nie mówi, niech nie mówi. Ja panią znam. Zaraz powiem nazwisko. Pani jest albo Mieczysława Ćwiklińska, albo Hanka Bielicka. Nigdy nie wiem, która z was umarła”. Hanka się uśmiała i odpowiedziała: „Miecia, Miecia umarła, ja, Bielicka, żyję, złotko”. Często to potem opowiadała na scenie.

Na scenie była zawsze w formie, w pełni przygotowana, nawet gdy zdrowie jej nie dopisywało.

To prawda. Mogło się walić, palić, mogła być chora, mieć gorączkę i torsje, jak to się zdarzyło przed jednym z występów, ale scena była dla niej świętością. Wychodziła i grała. Ze strony widza wydawać się mogło, że te jej monologi są mówione spontanicznie, wymyślane na poczekaniu, ale one były dopracowane co do słowa, co do pauzy. Hanka miała niesamowitą pamięć. Zresztą do końca swoich dni mocno ją trenowała. Pomagały jej w tym krzyżówki, które rozwiązywała, kiedy tylko miała czas. Gdy wchodziło się do jej garderoby, to był częsty widok: Hanka siedząca nad krzyżówką, z nogami na krześle obłożonymi liśćmi kapusty. Uważała, że to świetny sposób na poprawę krążenia i nogi obolałe po tylu latach chodzenia na obcasach. Zresztą ten czas w garderobie też był dla niej świętością. Lubiła przed występem być w niej sama, skupić się, wyciszyć. Potrafiła się na kogoś zezłościć, nagadać mu, gdy jej przeszkadzał.

Holoubka brali za zboczeńca, Osiecka udawała Francuzkę, Jędrusik kąpała się w szampanie. Wakacje gwiazd w PRL

Gdyby w Chałupach nagrywano rozmowy elit, powstałaby nieprawdopodobna encyklopedia snobizmu i letnich uciech.

zobacz więcej
Potrafiła ograć nawet sytuacje kryzysowe?

To prawda. Tak było podczas imprezy w Pionkach, Hanka występowała, ja miałem wejść na scenę po niej. Zawsze prosiła, by jej garderoba lub pokój były nisko, na poziomie sceny, więc moje często znajdowały się piętro wyżej. Wtedy, podczas tego występu, ona była na scenie, ja ćwiczyłem następny numer. Usłyszałem, że coś jest nie tak. Hanka robiła dłuższe przerwy w monologu, mówiła wolniej. Szybko zbiegłem na dół, wpadłem na scenę i zacząłem grać „Upływa szybko życie”. „Jureczku, umieram, ty graj” – szepnęła, ale po pierwszej zwrotce osunęła się na ziemię. Wziąłem ją pod pachy i przeciągnąłem w kierunku kulis.

Ludzie myśleli chyba, że taki jest scenariusz, więc chwyciłem za mikrofon i powiedziałem, że to nie jest występ i pani Bielicka potrzebuje pomocy. Na szczęście na sali był lekarz. Podbiegł, zaczął ją ratować i w pewnym momencie powiedział: „Dzień dobry, zaraz pani pomożemy. Nazywam się doktor Kwiatkowski”. Na te słowa Hanka, na wpół przytomna, westchnęła: „O Boże, Kwiatkowski? Znowu? Całe życie to nazwisko mnie prześladuje…”. Pomyślałem, że nie jest źle, nie umarła i jeszcze zaśpiewa.

Chodziło o Irenę Kwiatkowską, jej odwieczną rywalkę? Właściwie nie wiadomo do końca, dlaczego się nie lubiły. To była taka niewypowiedziana wprost rywalizacja na role, na tytuł pierwszej damy polskiego kabaretu. Nierzadko razem występowały na scenie, zastępowały się na niej, a mimo to odnosiły się do siebie szorstko, ze strony Kwiatkowskiej Bielicka zawsze czuła ogromną niechęć.

Obydwie były gwiazdami wielkiego formatu. Przez lata w jednym teatrze dzieliły ze sobą garderobę, ale nie odzywały się do siebie nawet słowem, poza kurtuazyjnym „dzień dobry”. Hanka, z tego co wiem, nawet kiedyś próbowała zakopać topór wojenny, ale zaniechała tego, gdy zobaczyła spojrzenie, jakim obrzuciła ją Kwiatkowska.

Ciekawa sytuacja miała miejsce na Festiwalu Filmowym w Gdyni. Hanka dostała zaproszenie i gdy dotarła na miejsce, lekko się skonsternowała, bo organizatorzy wymyślili, że przewiozą gwiazdy w autach z lat 40. i w pierwszym miały jechać właśnie Bielicka i Kwiatkowska. Żeby do nich wsiąść, trzeba było przeskoczyć podwyższony próg. Hanka była po operacji stawu biodrowego i przeraziła się, że do tego auta nie wejdzie. Odezwał się we mnie duch sportowca, podałem jej rękę i ją podsadziłem. Gdy usiadła, zaczęła się zastanawiać, gdzie jest ta „Walpurgia, która nigdy się nie spóźnia”, czyli Kwiatkowska. W pewnym momencie pani Irena się pojawiła i jednym susem wskoczyła na swoje miejsce. Usiadłem obok kierowcy i przyglądałem się sytuacji. Kwiatkowska zaczęła machać ręką, ale zapomniała, że ma na dłoniach rękawiczki z logotypem pewnej komercyjnej stacji. „Ej, pani Ireno, ale pani ma rękawiczkę-reklamówkę” – rzuciła Hanka. „Coś podobnego, nie widziałam” – krzyknęła Kwiatkowska. Zdjęła i podziękowała Bielickiej. Hanka roześmiała się głośno. To był chyba ten moment, gdy topór został zakopany.
Hanka Bielicka i Irena Kwiatkowska podczas parady na rozpoczęcie VI Festiwalu Dobrego Humoru w Gdańsku, 2001 rok. Fot. PAP/Stefan Kraszewski
Mimo tego braku sympatii i porozumienia Kwiatkowską, Bielicka miała dużą empatię.

Tak było. Hanka Bielicka wobec nikogo nie przechodziła obojętna. Po występach dziękowała nie tylko artystom, ale całej ekipie, która pracowała – technikom, oświetleniowcom. Zawsze prosiła ich, żeby nie oświetlali jej „na Bajora”, czyli tylko jej twarz i ciemność, ale by światła było dużo, a ona widziała widownię i jej reakcje.

Wspierała bardzo wiele osób. Nie odmawiała. Po występach znajdowaliśmy za szybą samochodu wiele karteczek z prośbą o pomoc finansową, a ona od tej pomocy nie stroniła. Wspierała Stowarzyszenie Amazonek, dom dziecka w Łomży, warszawskie schronisko dla psów Na Paluchu. Jak gdzieś na trasie podszedł do nas jakiś „menelik”, jak ich nazywała, to mówiła: „Jureczku, daj mu ze 20 złotych, niech wypije za moje zdrowie”. Czasem za jej hojność karciła ją gosposia Joasia. Kiedyś pojechała sprawdzić, czy kobieta, która prosi o pieniądze, rzeczywiście jest w potrzebie. Okazało się, że nie jest chora, ma duży dom, a według sąsiadów zero problemów. Opowiedziała o tym Bielickiej, ale ta nie przejęła się zbytnio. Stwierdziła, że ludzie są różni i różne mają problemy, a ona pieniędzy do grobu nie zabierze. Cieszyła się, że wciąż może pracować, że telefon dzwoni, a ona nie jest klasyczną emerytką.

Jej mężem, jak pan wspomniał, był Jerzy Duszyński. Choć ten związek się rozpadł, nie zostawiła go, gdy potrzebował opieki.

Duszyńskiemu wróżono wielką karierę. Miał talent i urodę amanta. Z Bielicką najpierw się zaprzyjaźnili, potem się w sobie zakochali. Do Wilna z Warszawy przyjechali dwa dni przed wybuchem wojny. Oni oraz Danuta Szaflarska i Irena Brzezińska. Powrotu nie było, więc zdani byli tylko na siebie. Znaleźli zakwaterowanie i Szaflarska stwierdziła, że ona zamieszka w pokoju z Ireną, a Hanka z Jurkiem. Bielicka nie wyobrażała sobie życia w jednym pokoju z mężczyzną, a do tego w jednym łóżku i bez ślubu. Była przecież porządną panną z Łomży. Ślub wzięli 1 lipca 1940 roku i spędzili ze sobą długie lata.

Bielicka wiedziała, że Duszyński ją zdradza i przymykała na to oko. W pewnym momencie poczuła jednak, że ten związek ją uwiera. Zresztą początkowo to ona miała być „żoną tego Duszyńskiego”, ale los odwrócił te role i to on stał się „mężem tej Bielickiej”. Rozwód wzięli w pełnej zgodzie, po sprawie rozwodowej poszli nawet na kawę i kieliszek wódki i wciąż się przyjaźnili. A gdy Duszyński poważnie zachorował i nie miał opieki, to owszem, zajęła się nim troskliwie, do samego końca. Była osobą ze wszech miar lojalną, o bardzo dobrym sercu.

Marzył o rolach dramatycznych, a został komikiem. Zezowate szczęście Bogumiła Kobieli

Był zaprzeczeniem akademijnej drętwoty, ciemnych garniturków i przemówień. Dał się zapamiętać przede wszystkim jako Piszczyk z „Zezowatego szczęścia”. Właśnie mija pół wieku od jego śmierci.

zobacz więcej
Czy Bielicka poza sceną była towarzyska? Zdarzało się, że po występach prowadziliście nocne życie towarzyskie, jeśli nie wracaliście od razu do domu?

Zdarzało się, że chwilkę z nami posiedziała. Zjadła kolację, wypiła kieliszek swojej ulubionej trzygwiazdkowej Metaxy, ale zazwyczaj tylko jeden, bo jak mawiała – „jest już po nim taka pijaniutka”. Potem wracała do pokoju, żeby się wyspać, odpocząć.

Choć była bardzo uśmiechnięta, rozgadana, zarażała energią, tak naprawdę w głębi duszy była bardzo samotna. Ten, w którym się zakochała po rozstaniu z mężem, był żonaty, a gdy się rozwiódł, to nie dla niej, ale dla kobiety, z którą jak z Hanką romansował i która była z nim w ciąży. To był dla niej ogromny cios. Powiedziała sobie wtedy, że nigdy więcej żadnych miłości w jej życiu nie będzie. Mawiała, że to co od pasa w dół, jej nie interesuje.

Była tytanem pracy, nie widziała siebie w roli klasycznej żony, matki. Może dlatego, że była zodiakalnym Skorpionem, który jak coś robi, to na sto procent. Może wydawało jej się, że nie pogodzi tych dwóch ról, więc wolała zostać przy tej jednej, która była dla niej ważna, w której się spełniała…

Kobieta estrady.

Mówiliśmy o niej „syrenka warszawska”, „dobro narodowe” albo „nasza Bielisia”. Mało kto wie, że oprócz szkoły aktorskiej, Bielicka skończyła konserwatorium. Miała słuch absolutny, nigdy nie musiałem podawać jej tonu. Ona po prostu stawała i śpiewała. Zawsze mówiła, że trzeba śpiewać, że śpiew jest dobry na wszystko. Kiedy jeździliśmy razem autem, a w radio leciała piosenka Freddiego Mercury’ego, prosiła: „Podkręć głos, mój Freddie śpiewa. To straszne, że umarł na tę nową chorobę, AIDS, czy jakoś tak…”.

Myślę, że ona była kobietą estrady, ale też ta estrada była jej dzieckiem. Kiedy zasłabła w Pionkach na scenie, poprosiła mnie, żebym na jej pogrzebie zagrał właśnie tę piosenkę „Upływa szybko życie”, gdzie padają słowa: „Za dzień, za rok, za chwilę razem nie będzie nas…”.

Spełnił pan to życzenie?

Tak. Hanka zmarła 9 marca, pogrzeb odbył się 16. Żegnały ją tłumy, z kwiatów ułożono na grobie ogromny kapelusz. Ja śpiewałem, a wszystkim płynęły łzy. Ignacy Gogolewski powiedział wtedy: „Jedno trzeba ci przyznać, Haniu: frekwencję miałaś zawsze!”.

– rozmawiała Anna Bartosińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Hanka Bielicka w sztuce "Pani Ministrowa". Teatr Syrena w Warszawie, 1989 rok. Fot. Aleksander Jałosiński / Forum
Hanka Bielicka była aktorką teatralną, telewizyjną i kabaretową, a z wykształcenia również romanistką. Znana z charakterystycznej chrypki, nieposkromionego słowotoku i poczucia humoru oraz zamiłowania do kapeluszy. Urodziła się 9 listopada w 1915 roku w Kononowcach, na terenie dzisiejszej Ukrainy. Bawiła publiczność słynnymi autorskimi monologami, w których opowiadała o życiu codziennym. Współpracowała z teatrem Polskim „Pohulanka” w Wilnie, Teatrem Dramatycznym w Białymstoku, Teatrem Kameralnym w Łodzi oraz Teatrem Współczesnym i Państwowym Teatrem „Syrena” w Warszawie. Satyrycznie debiutowała w pierwszym powojennym kabarecie – Kabarecie Siedem Kotów, gdzie występowali też m.in. Irena Kwiatkowska i Ludwik Sempoliński, a konferansjerem był Jerzy Waldorff. Tam poznała Bogdana Brzezińskiego, który stworzył dla niej postać Dziuni Pietrusińskiej, komentującej rzeczywistość „paniusi miejsko-wiejskiej” – tę rolę odgrywała na scenie i w radiowym „Podwieczorku przy mikrofonie” przez ćwierć wieku. Zmarła 9 marca 2006 roku w Warszawie, mając 90 lat.

Jerzy Filar zadebiutował na scenie w roku 1972, współpracując ze studenckimi grupami muzycznymi. Wiele razy występował na Festiwalu Artystycznym Młodzieży Akademickiej w Świnoujściu. W 1975 roku współtworzył grupę Nasza Basia Kochana, z którą wystąpił na 13. Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie w 1976 roku i otrzymał nagrodę indywidualną oraz zespołową. Zespół zaprezentował wtedy piosenkę „Samba sikoreczka”. Współpracuje z poetą Jackiem Cyganem. Piosenki Filara można usłyszeć nie tylko w jego wykonaniu, ale także innych artystów, m.in. Grażyny Łobaszewskiej, Janusza Rewińskiego, Doroty Stalińskiej, zespołu Wały Jagiellońskie czy kabaretu Pigwa Show. Od 1999 do 2006 r. na stałe współpracował z Hanką Bielicką. Jego wspomnienia związane z artystką można przeczytać w książce autorstwa Katarzyny Drogi „Dziunia, ale Dama”.
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Nie każdy człowiek ma sumienie
Niefrasobliwość i moda na pobłażanie przestępcom stępiają naszą wrażliwość.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Co myśli AI? Na pewno dobrze udaje ludzi
Jej kod działa jak ludzki mózg. Zdaniem programisty Googla jego chat-bot „odczuwa”.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Celebryta II RP, osobisty wróg Lenina
Porównywany do Jacka Londona pisarz, był zakazany w PRL.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Komik, który znienawidził ludzi. Miał „lenia” w nazwisku
Dzięki szpitalnej rehabilitacji nauczył się wypowiadać jedno słowo: „wyp......aj”.
Rozmowy wydanie 22.07.2022 – 29.07.2022
Jest Bóg, człowiek, skupienie, modlitwa
Jantek Gall opracował modlitewnik na czas zarazy, niebawem ukaże się kolejny – na czas głodu.