Cywilizacja

Myszy harcują, bo kot jest w domu. Prima aprilis w wersji nowoczesnej i zupełnie na poważnie

Francuskiego autorstwa jest pomysł, by uchylanie się od równego podziału obowiązków domowych uznać za przestępstwo.

Dla żartownisiów, kawalarzy, miłośników opowiadania anegdot i primaaprilisowych nabieraczy nastały ciężkie czasy. Dawniej sprawy przedstawiały się prosto: żart był żartem, miał rozbawić towarzystwo, rozluźnić atmosferę i wprawić wszystkich w dobry humor. Wiadomo też było – mniej więcej – co może bawić, a czego należy unikać.

W dobrym żarcie, wiadomo, musi być element zaskoczenia, ale także umiejętne osadzenie w realiach. Znakomitym pod tym względem wyczuciem wykazał się – nieznany szerszemu ogółowi – autor primaaprilisowego żartu, zaprezentowanego kilkanaście już lat temu w Wiadomościach TVP. Widzowie usłyszeli, że unijne języki czeka rewolucja ortograficzna: we wszystkich, w ramach ujednolicania i upraszczania, mają zostać zlikwidowane znaki diakrytyczne. Znikną zatem polskie ogonki, niemieckie umlauty, francuskie akcenty, wszystkie te kółeczka, przecinki i kropki, od których nie jest wolny żaden język. Zaskakujące? Tak. Dowcipne? Nawet bardzo. A czy prawdopodobne? Owszem. Nie takie rzeczy wymyślano w Brukseli.

Dzisiaj jednak aż nazbyt często zaciera się różnica między żartami a pomysłami serio. Weźmy choćby kolor skóry. Niedobrze, gdy się ją wybiela. Troszkę się tego boi mały Murzynek Bambo, choć oczywiście nie ma pojęcia, że sama myśl o wybielaniu czarnej skóry to rasizm. Ale gdy Justin Trudeau, premier Kanady, zdradza, że za młodu na jakąś zabawę wymalował się na czarno, by wystąpić w roli Murzyna (takiego słowa oczywiście nie użył), okazuje się, że to też był przejaw rasizmu. Wybielać źle, przyczerniać też źle – niełatwo się w tym rozeznać.

A cóż powiedzieć, gdy o żart ocierają się przepisy i regulacje prawne? Niektóre wyglądają tak, jak gdyby ich inicjatorzy przygotowywali pomysły na Prima aprilis.

Szacunek dla kręconych włosów

Chociaż Crown Act nie ma nic wspólnego z brytyjskim serialem, nazwa ustawy oczywiście się z nim kojarzy i nie jest to pewnie przypadkowe. Inicjatorom ustawy, którą w marcu przyjęła amerykańska Izba Reprezentantów, mogło chodzić o słowną reklamę i przychylność odbiorców. Pełna nazwa ustawy: „Creating a Respectful and Open World for Natural Hair” – czyli „Tworzenie świata otwartego i odnoszącego się z szacunkiem do włosów naturalnych” – jest zgrzytliwa i trudna do zapamiętania. Crown to zupełnie co innego.

Ustawa ma położyć kres temu, co po angielsku zwie się lapidarnie „hair discrimination” – dyskryminacją z powodu włosów. Dyskryminowani są ponoć posiadacze włosów określanych jako „afrykańskie” czy „afro”. Są one czarne, kędzierzawe, krótkie albo też poskręcane i pozaplatane w węzły, warkoczyki i dredy. Czarnoskóre dzieci mające takie włosy doświadczają problemów w szkole, bo nauczyciele domagają się porządku na głowie, dorośli zaś mają kłopoty ze znalezieniem pracy. Tak, według aktywistów kampanii na rzecz Crown, dzieje się w USA, gdzie sprawa jest jednak na drodze do formalnego uregulowania. Konieczne jest jeszcze zatwierdzenie ustawy przez Senat, ale stosowne przepisy już obowiązują w Illinois, Massachusetts i kilkunastu innych stanach.
Właściciele takich fryzur jak mężczyzna na zdjęciu czują się ponoć dyskryminowani ze względu na włosy. Fot. Edward Berthelot/Getty Images
Czy posiadacz afrykańskiej fryzury nie może po prostu machnąć ręką i poszukać sobie innej pracy? Mógłby i kiedyś pewnie tak właśnie by postąpił, duch czasów współczesnych sprzyja jednak ujmowaniu wszystkiego w żelazne ramy prawne. Poprzedza to akcja popularyzowania tematu, mobilizowania zwolenników i szukania sprzymierzeńców w kręgach politycznych. Tak wyglądała kampania na rzecz Crown w USA i tak też dzieje się obecnie w Wielkiej Brytanii, gdzie akcja dopiero się rozkręca.

– Odsyłano mnie nieraz ze szkoły do domu, bo moje włosy nie były zgodne ze szkolnymi zasadami, które nakazywały, by „włosy w stylu afro miały rozsądną długość i rozmiary”. Mówiono mi, że jest ich za dużo, że rozpraszam innych uczniów i że zasłaniam im tablicę – opowiadała BBC 19-letnia Ruby Williams, która dziś bierze udział w kampanii przeciwko dyskryminacji z powodu włosów. Włączyły się w nią dwie deputowane do Izby Gmin, bo – jak powiedziała jedna z nich, Kim Johnson z Partii Pracy – „nazbyt często ludzie padają ofiarą nienawiści rasowej z powodu swego wyglądu. A przecież ważne jest, by mogli być sobą”.

Problem dyskryminacji z powodu włosów odnotowywany jest także we Francji i Belgii, również mających znaczący odsetek kolorowych mniejszości. We Francji jednak da się go podciągnąć pod obowiązujące przepisy, które zakazują dyskryminacji z powodu wyglądu, poza wyjątkami uzasadnionymi charakterem pracy.

Francuskiego autorstwa jest za to pewien pomysł z kategorii konceptów primaaprilisowych. Oto Sandrine Rousseau z partii Zielonych sugeruje, by uchylanie się od równego podziału obowiązków domowych uznać za przestępstwo! Kobiety, przypomina, są obciążone o wiele bardziej niż mężczyźni, a to przecież narusza świętą zasadę równości.

Panie i panowie na ringu, stadionie i torze. A co z transseksualistami?

Organizm mężczyzny, bez względu na to kim się on czuje, i jakie wybrał sobie imię, będzie produkował określone dawki testosteronu.

zobacz więcej
Pani Rousseau jest w czołówce działaczy swej partii, starała się nawet o jej nominację w wyborach prezydenckich, przegrała jednak z Yannickiem Jadotem. Gdyby nie to, jej nowatorski pomysł mógłby stać się elementem programu i wytyczyć nowe drogi w pojmowaniu równości. Jako deputowana może oczywiście swą ideę lansować, ale, sądząc po braku oddźwięku, szanse na powodzenie są nikłe.

Godzina policyjna dla kota

Czarny kot siedzi na parapecie. Jaką ma minę, nie widać, ale nietrudno sobie ją wyobrazić, za oknem bowiem dziarsko maszeruje mysia orkiestra. Bęben, talerze, trąbka – w pustej, śnieżnej scenerii, z górami na horyzoncie, rozbrzmiewa głośna muzyka. Myszy mają powód do radości: kot nic im nie może zrobić. Może tylko bezsilnie się przyglądać.

Myszy bezpiecznie harcują, tyle że, odwrotnie niż w popularnym porzekadle, nie dlatego, że kota nie ma w domu, ale dlatego właśnie, że kot w domu jest. Bo, jak wyjaśnia podpis pod rysunkiem, jaki zamieścił islandzki dziennik „Morgunbladid”, „miasto Akureyri zabrania kotom wychodzenia z domu”. Koty mają być trzymane pod kluczem, a na dwór mogą wychodzić tylko na smyczy. Ale czy kot na smyczy cokolwiek zdziała?

Przepisy ograniczające swobodę poruszania się kotów przyjęła na początku listopada ubiegłego roku rada miejska Akureyri, drugiego co do wielkości miasta Islandii. Rada kieruje się dobrem środowiska: koty polują na ptaki i małe zwierzątka, a że trudno wyperswadować im złe nawyki, należy po prostu trzymać je w domu.

Przepisy mają obowiązywać dopiero od stycznia 2025 roku, być może bowiem w międzyczasie zwycięży rozsądek i restrykcje – co zresztą proponują stowarzyszenia weterynarzy – zostaną ograniczone do okresu lęgowego ptaków. Nadzieja, że przez trzy lata koty dadzą się wychować w pożądanym duchu, jest równie realna jak założenie, że zechcą się przestawić na karmę wegańską. Za to w uchwale rady jest wyraźna luka, która dotyczy kotów wolno żyjących. Jak je zdyscyplinować? Jakie sankcje zastosować, jeśli, niepomne na zakazy, będą swobodnie włóczyć się po mieście?

Radni z Akureyri temat myszy pominęli milczeniem, zapewne zakładając, że problem nie istnieje lub że sam się jakoś rozwiąże (kotów o zdanie nie pytano). Gdyby mieli w pamięci doświadczenia z antypodów, może spojrzeliby na to inaczej.
Akureyri z daleka wygląda uroczo, choć pewnie miejscowe koty mają na ten temat inne zdanie. Fot. Arnold Drapkin / Zuma Press / Forum
Latem ubiegłego roku media całego świata obiegły relacje i zdjęcia z australijskiego stanu Nowa Południowa Walia, nawiedzonego przez iście apokaliptyczną plagę myszy. Są najdosłowniej wszędzie, opowiadali zrozpaczeni mieszkańcy: nie tylko w budynkach gospodarczych, w spichlerzach i magazynach, ale także w domach – w szafach, szafkach, szufladach, łóżkach. Gdzie człowiek stanie, tam natyka się na mysz.

Wszystko to nie pozostało bez wpływu na zasoby żywności, bo myszy też przecież muszą coś jeść. Skąd jednak wzięły się w takiej masie? Nie wiadomo, za to bez większego ryzyka można prognozować, co może się dziać w tych australijskich miastach i miejscowościach, których władze postanowiły ograniczyć swobodę kotom.

Dzieje się to pod hasłem ratowania środowiska naturalnego i milionów małych zwierząt – ptaków, ssaków, torbaczy i gadów – na które koty polują bez żadnych oporów moralnych. Skoro zaś nie da się ich oduczyć, należy sięgnąć po inne sposoby: populację dzikich radykalnie zmniejszyć (drogą eksterminacji, niestety), a koty domowe trzymać w domu.

Kot jest dobry na wszystko: leczy ciało, uspokaja duszę, wygrywa wojny

Larry na Downing Street mieszka dłużej niż premierzy, poza panią Thatcher.

zobacz więcej
Przybiera to najczęściej formę godziny policyjnej, czyli zakazu wypuszczania kotów w nocy, ale w mieście Bendigo w stanie Victoria od niedawna obowiązuje całkowity zakaz wypuszczania kotów poza obręb posesji. Po czterech latach, gdy ma odbyć się weryfikacja rezultatów, okaże się, kto wyszedł z tego zwycięsko. Co będzie, gdy okaże się, że jednak myszy?

99 płci

Prawdziwą kopalnię idei i pomysłów, które jeszcze całkiem niedawno uznano by za przedni primaaprilisowy żart, stanowi sfera genderowa. Komu niegdyś mogłoby przyjść na myśl, że można całkiem serio rozważać, ile jest rodzajów płci? Dwie, powiedziałby każdy. Wtedy z pewnością by się nie mylił, ale teraz, w dobie cudownego rozmnożenia liczby możliwych płci, już tak. Nowy stan świadomości pozwala bowiem patrzeć na tę kwestię inaczej. Chociaż opornych nie brakuje. Badania, przeprowadzone w USA pod koniec ubiegłego roku przez instytut Rasmussen Reports, wykazały, że aż 75 proc. Amerykanów jest zdania, że istnieją tylko dwie płci. „Aż” czy może jednak ”tylko”?

Być może najbardziej primaaprilisowy aspekt kryje się w fakcie, że nawet najbardziej zagorzali wyznawcy idei genderowych nie zdołali uzgodnić, ile rodzajów płci naprawdę istnieje. Cztery, siedem, pięćdziesiąt dwie czy może pięćdziesiąt osiem? Brytyjski dziennik „Daily Telegraph” zastanawiał się kiedyś żartobliwie nad liczbą 99, za to magazyn „Women’s Health” zammieścił precyzyjne wyliczenie, z którego wynika, że rodzajów płci jest zaledwie dwanaście.

Dodajmy, gwoli wyjaśnienia, że tak było wiosną ubiegłego roku, gdy zestawienie opublikowano, bo na tak żywym polu wszystko szybko się zmienia i być może dzisiaj ta liczba jest już nieaktualna. Tak czy inaczej, rozbieżności są wielkie i tylko prawdziwy śmiałek miałby odwagę liczyć, ile płci jest dzisiaj, a ile czeka jeszcze na rozpoznanie.

Od tak ważnych spraw nie stroni także Amnesty International, która sumiennie i z pełną powagą prezentuje na swej stronie zwięzły poradnik dla słabo zorientowanych. Opatruje go czytelnym tytułem: „Tożsamość płciowa dla początkujących. Poradnik, jak dobrze wspierać ludzi transseksualnych”. Wiele można się z niego dowiedzieć. Na przykład, że ludzie aseksualni mieszczą się w kategorii trans, ale interseksualni już nie, a to dlatego, że mogą identyfikować się z płcią „assigned at birth”, czyli taką, jaką im przypisano po urodzeniu, ale mogą też wybrać sobie coś innego.

Trudno się w tym połapać, generalnie jednak pozostaje wrażenie, że przed człowiekiem zainteresowanym zabawą w gender otwiera się ogromny wachlarz możliwości.

Czyż to nie Prima aprilis w czystej postaci? Trudno uwierzyć, że współczesna Amnesty, pogrążona w tego rodzaju bredniach, to ta sama organizacja, która pół wieku temu, gdy upominała się o wolność i prawa ludzi prześladowanych, zyskała szacunek świata i nienawiść reżimów. Obecne dywagacje można najwyżej potraktować z uśmiechem – i z nutą zawodu.

– Teresa Stylińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Elizabeth Rabanal z Nowego Jorku (z tyłu), ekspetka od naturalnie kręconych włosów założyła Salon Kultury Kręconych Włosów. Fot. Alejandra Villa Loraca/Newsday RM via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jak działa Amnesty International?
Dlaczego obrońcy praw człowieka zaatakowali Ukrainę?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Gdy dusił, jedna z córek krzyczała: Tato, nie!
Żonę znaleziono w płytkim grobie, w wyniku pośmiertnego porodu poza jej ciałem leżał syn Nico.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Po prostu opoka. O. Jacek Salij
Ilu ludzi uchronił od nienawiści i ilu powstrzymał od chęci wymierzania zemsty?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Sport lokalny czy globalny
Spory: ręką czy nogą trwały długo, aż w końcu powstały odrębne przepisy dla rugby i piłki nożnej.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Słyszą, jak gdacze kura. Polacy pokochali wieś
Tylko w ubiegłym roku aż 50 tys. Polaków zdecydowało się na wyprowadzkę z dużych miast.