Historia

Nożem, poduszką, tabakierą. Jak zabija się cara

Europejskie „królobójstwa polityczne” w przeważającej mierze dokonywane były jawnie. Sprawca chlubił się swą zbrodnią lub odprawiał pokutę, czasem dożywał swych dni, częściej sam ginął z ręki mściciela. Zawsze jednak był nazwany po imieniu – i sprawca, i akt zabójstwa.

Ten temat wisi w powietrzu, niczym słowo „sznur” w domu powieszonego. Ludzie kulturalni zadowalają się aluzjami: erudyci najpierw wspominali o Idach Marcowych (15 marca), potem zaś zaczęli się pocieszać, że „w kalendarzu prawosławnym to wypada o dwa tygodnie później”. Z Izraela słychać było żarciki, że „w tym roku można by nareszcie uczcić Purym, jak się należy” (jak wiadomo święto to, obchodzone w tym roku w nocy z 16 na 17 marca, odwołuje się zgładzenia perskiego ciemiężyciela narodu żydowskiego Hamana, jak to opisane zostało w Księdze Estery). Prości obserwatorzy i kibice polityczni mnożą memy, dziennikarze pytają wprost: czy są szanse na odsunięcie od władzy Władimira Putina, w mniej lub bardziej brutalny sposób, w wyniku „pałacowego” zamachu stanu?

Szans pewnie dużych nie ma (analitycy zwracają uwagę, że brak sygnałów o nielojalności lub rozłamie w strukturach siłowych, które odpowiadają za bezpieczeństwo prezydenta Rosji), a same pytania są pewnie pochodną bezradności: skoro strona rosyjska kontynuuje zbrodniczą wojnę przeciw Ukrainie, niezrażona ani stratami, ani sankcjami – co, prócz eliminacji najważniejszej osoby w państwie, mogłoby ją powstrzymać?

Te pytania pojawiają się jednak również z innego powodu: świadomości tego, jak często w Rosji panującego mordowało jego najbliższe otoczenie – przy czym akt ten był nie tyle wynikiem osobistej zemsty czy rywalizacji, lecz narzędziem stabilizacji lub korekty systemu władzy.

Podkreślam te okoliczności, bo dopiero one pozwalają należycie rozróżnić doświadczenie rosyjskie od historii Europy, w której też przecież zdarzyły się setki królobójstw. Zaczęło się od Juliusza Cezara (choć tak naprawdę dużo wcześniej), potem zaś – błyskały sztylety, miecze i ostrza gilotyn, od których, jak śpiewał Jacek Kaczmarski opłakując Ludwika XVI, „chrupały karki w bieliźnie”.

Na koronowane głowy podnosili rękę zamachowcy (poczytalni i niepoczytalni), anarchiści i dominikanie, likwidowano ich w wyniku procesu politycznego (Karol II), padali z ręki plutonu egzekucyjnego – od Bizancjum po Londyn, od zameczków wczesnofrankońskich władców (szacuje się, że do czasów względnej stabilizacji za Karolingów na obszarze od Pirenejów po Ren śmierć z ręki rywala poniosło ok. 40 koronowanych głów) po polską Gąsawę, gdzie w 1227 roku zginął książę Leszek Biały.

Nieznani sprawcy

Nawet jednak, jeśli odsiać zgony z ręki szaleńca, jawnego wroga lub zazdrosnej małżonki – europejskie „królobójstwa polityczne” w przeważającej mierze dokonywane były jawnie. Sprawca chlubił się swą zbrodnią lub odprawiał pokutę, czasem dożywał swych dni, częściej sam ginął z ręki mściciela. Zawsze jednak był nazwany po imieniu – i sprawca, i akt zabójstwa. Oczywiście, mogło się zdarzyć, że, jak w „Hamlecie”, brat wlewał bratu truciznę do ucha, pozorując zgon naturalny – i że niektórych takich czynów po dziś dzień nie jesteśmy świadomi. Inaczej z czego by żyli autorzy kolejnych sensacyjnych książek historycznych?

Regułą jednak (którą tłumaczyć można zarówno europejskim umiłowaniem prawdy, jak i permanentnym rozdrobnieniem politycznym kontynentu, jego nieuleczalnym pluralizmem) było ujawnianie mocodawców, sprawców i okoliczności zamachu. Co innego w Rosji. Jeszcze księcia Andrieja Bogolubskiego rozsiekali w 1174 r. bojarzy, zgodnie z owoczesnym obyczajem. Ale później – później już tylko sekret owinięty w zagadkę i schowany pod tajemnicą, wyrwane języki, świadkowie zesłani na katorgę i żadnych nocnych rozmów rodaków.

A zaczęło to się wszystko od carewicza Dymitra.

Śliczne to było pacholę i niewinne, przechadzające się w brzezinie w gronostajowym płaszczu, jasnowłose i jasnookie (przynajmniej na sentymentalizującym obrazie Michaiła Niestierowa z 1899, bo wedle relacji jednego z pierwszych angielskich podróżników po Moskowii tamtego czasu, Johna Fletchera, wrodził się raczej w tatusia, Iwana Groźnego: „powiadają, że osobliwie lubi przyglądać się, gdy owcom podcina się gardła i że sam okłada z radością kijem gęsi i kury, aż te padną” – donosi Fletcher w traktacie „O państwie moskiewskim”.
Carewicz Dymitr. Obraz Michaiła Nesterowa, 1899 rok. Fot. http://www.art-catalog.ru/picture.php?id_picture=12982; http://art-nesterov.ru/painting/52.php, Общественное достояние, Wikimedia Commons
Wykapany tatuś! – ale trochę z nieprawego łoża, bo narodził się, by tak rzec, z konkubentki zmarłego cara, nie pierwszej w dodatku. A zarazem – konkurent do tronu. Gdy tylko więc rządy w Moskwie objął po śmierci Iwana Groźnego jego syn Fiodor I, jego pierwszą decyzją było odprawienie dwuletniego wówczas brata przyrodniego, wraz z matką, mamkami, służbą i silną strażą do Uglicza nad Wołgą, o 250 wiorst od stolicy.

Pechowe pikuty

A w Ugliczu – sielanka: brzezina, owieczki, gęsi, kury – tylko zatrudnione do próbowania potraw służące małego Dymitra często zapadały na nieuleczalną niedyspozycję żołądkową. Nic jednak nie mąciło sielanki, nic nie zapowiadało nieszczęścia, nikt nie dawał wiary pogłoskom, że małe pacholę stoi ością w gardle zarówno carowi Fiodorowi (który nie może się doczekać męskiego potomka), jak i frakcji bojarów, niechętnych silnemu władcy. Aż do owego nieszczęsnego dnia, 15 maja 1591 roku, kiedy to dziewięcioletni car pod czujnym okiem mamki i dwóch służących jął się, wraz z czwórką ich młodszych odeń dzieci, grać w staroruską odmianę pikutów, zwaną „tyczki”: wszyscy stajemy na narysowanej linii i dawaj rzucać nożem – kto najdalej, tak, żeby wbił się w ziemię?

Rzucali, rzucali (Dymitr oczywiście najdalej) – i nagle, wedle relacji mamki, chłopiec dostał ataku „czarnej niemocy”, jak wówczas określano epilepsję. Oczy uciekły mu w tył głowy, zaczął się trząść w drgawkach – a tak nieszczęśliwie, że trafił trzymanym w ręku nożem akuratnie w lewą tętnicę szyjną. Chwila – i po carewiczu.

Neurolog zauważyłby cierpko, że podczas ataku epileptycznego następuje zwiotczenie większości mięśni, nie sposób więc utrzymać niczego w dłoni, a już na pewno z profesjonalną precyzją przeciąć sobie z boku szyi aż po rdzeń kręgowy. Czy to mieszkańcy Uglicza dysponowali podobną wiedzą, czy tkwiło w nich jakieś ziarno nieufności – dość, że na dźwięk zawiadamiającego o nieszczęściu dzwonu nadbiegli i rozszarpali na strzępy większość z obecnych na miejscu wypadku dorosłych. A był to dopiero początek niejasności.

Cztery dni później z Moskwy przybyła specjalna komisja śledcza, w skład której, prócz metropolity Galazjusza i kilku diaków, wchodził Wasyl Szujski – przyszły car, wówczas jedna z postaci bojarskiej „frakcji”.

Całą rodzinę rozstrzelano. Wciąż żyjących dorżnięto bagnetami. Ciała rozebrano, oblano kwasem i poćwiartowano

Angielski król mógł ich uratować, a nie kiwnął palcem – oskarżył kuzyna wielki książę Dymitr Pawłowicz Romanow. Od zabójstwa minęło 100 lat.

zobacz więcej
Śledztwo trwało dwa miesiące, przesłuchano około 150 świadków, ba! – zachował się nawet czystopis opisu wypadków, przedłożonego Dumie dwa miesiące po tragedii. Werdykt był jednoznaczny: carewicz Dymitr padł ofiarą nieszczęśliwego wypadku. By dobitniej okazać swoje oburzenie wobec oszczerców i łowców sensacji Wasyl Szujski polecił, by w dzwonie, w który bito na trwogę po śmierci dziecka, odrąbać serce („tak, jak odcina się język oszczercy”), sam zaś oniemiały dzwon zesłać, wraz ze sprawcami samosądu, do twierdzy Pełym za Uralem, na krańcach ówczesnego świata.

Jak było naprawdę – po 400 latach nie sposób stwierdzić, i nawet sekcja zwłok carewicza (o czym za chwilę) niewiele by dała. Decydujące jest jednak co innego: ogromna plastyczność, tak to nazwijmy, relacji i ustaleń, pochodzących od władz.

… A wy zawsze w komisjach

W 1591 roku bojar Wasyl Szujski potwierdził swym podpisem wynik śledztwa, które orzekło o nieszczęśliwym wypadku carewicza. Czternaście lat później, w roku 1605, kiedy na tronie moskiewskim zasiadł Dymitr Samozwaniec, Łże-Dymitr, cudownie jakoby ocalały w Ugliczu młodzian (historię jego mniemanej i prawdopodobnej drogi na tron musimy tu pominąć, choć jest fascynująca) – Wasyl Szujski wraz z tysiącami wzruszonych poddanych rozpoznał w nim syna Iwana Groźnego, prawomocnego następcę tronu po uzurpatorze Godunowie.

I wreszcie, kiedy 10 miesięcy później, w maju 1606 roku, wybuchł w Moskwie (z poduszczenia Szujskiego) bunt przeciw Łże-Dymitrowi i na kremlowskim tronie zasiadł, po uroczystej koronacji w Soborze Uspieńskim, car Wszechrusi Wasyl Szujski – jedną z pierwszych jego decyzji było… powołanie komisji, która miała na celu potwierdzenie śmierci carewicza Dymitra w Ugliczu przed 15 laty!

Cel powołania tej komisji był przynajmniej oczywisty: chodziło o to, by zapobiec pojawianiu się na Rusi kolejnych samozwańców, którzy mnożyli się niczym głowy odcinanego smoka. Ale i wynik był imponujący.

Wizytatorzy, na czele z metropolitą Filaretem z nabierającego znaczenia rodu Romanowów, udali się do Uglicza, gdzie po otwarciu grobu, jak można się było tego spodziewać, po cerkwi rozeszła się słodka woń, z sarkofagu zaś wydobyto nietknięte ciało chłopca dziewięcioletniego, z garścią orzechów w dłoni. Procesji, która ruszyła w stronę Moskwy, wyszedł na spotkanie car Szujski – i, zoczywszy ją we wsi Tainskoje, natychmiast rozpoznał nieszczęsnego syna Iwana Groźnego.

Podobnie zresztą uczyniła jego matka, Marta (przed rokiem rwała zasłonę karocy, by wziąć w ramiona cudem ocalałego Samozwańca!) i lud Moskwy. Ofiarę skrytobójców Borysa Godunowa czym prędzej wyniesiono na ołtarze – i tylko dzwon wisiał na wchód od Uralu aż do końca XIX wieku.

Polityka, seks i szpiedzy w sypialni – historia Katarzyny Wielkiej

Caryca dla kochanków była bardzo szczodra, Stanisława Augusta Poniatowskiego nagrodziła tronem Polski.

zobacz więcej
Losy pamięci o carewiczu Dymitrze były wyjątkowo burzliwe – stały się jednak matrycą dla późniejszego rozstrzygania złożonych kwestii dynastycznych. Piotr III, nieszczęsny małżonek Katarzyny II, przedwcześnie wyłysiały po ataku ospy i znienawidzony przez lud za zbytnie przywiązanie do niemieckiej musztry?

Atak kolki i obłudy

Obalono go w rezultacie przewrotu wojskowego 2 lipca 1762 roku i odprawiono pod strażą do pałacu Ropsza pod St. Petersburgiem. A tam? Niby atak, jak zaświadczyło dwóch lejb-medyków, kolki hemoroidalnej, normalna rzecz – lecz przecież mnożą się wątpliwości. A w przeddzień śmierci widziano dwóch dworskich anatomów, przybywających karocą z piłą używaną do sekcji, zbyt długą, by zmieściła się w sakwojażu. A to odprawiono nagle zaufanych służących cara. Nadzorujący zaś więźnia stanu Aleksiej Orłow, ówczesny kochanek Imperatorowej, pisał do niej w te słowa:

„Mateńko Wszechrosji, nie masz go na świecie, ale nikt tego nie planował; i jakże nam podnieść rękę na Gosudarja? Ale, pani, zdarzyło się nieszczęście: byliśmy pijani, on też, w pewnym momencie wdał się w bójkę z kniaziem Fiodorem [Barjatyńskim]: nie zdołaliśmy ich rozłączyć – i już go nie było wśród żywych…”.

Czyli: jakże nam podnieść rękę – ale ktoś jednak podniósł. Nie planowaliśmy – ale stało się tak, jak przewidywano. Odpowiedzialność się rozmyła: po pierwsze było nas dużo, po wtóre – pijani… A wszystko – dwuznaczne, niczym w „Śmierci Aecjusza” Parnickiego: te same słowa znaczą niby jedno, ale w gruncie rzeczy – drugie, można je i tak, i tak odczytać. Na dwa dni przed śmiercią imperatora tenże Orłow pisał (ale cytujemy to wedle odpisów, sporządzonych w połowie XIX w. przez księcia Rastopczyna – czy nic tam nie dodał? Czy nikt tego nie redagował?):

„Nasz potwór i dziwak zaniemógł, i straszna kolka go dopadła, i boję się teraz, by nie zmarł tej nocy, a bardziej jeszcze boję się – by nie ożył. Boję się gniewu Waszej Wysokości, by nie raczyła powziąć względem nas jakichś bezzasadnych podejrzeń, i byśmy się mimowolnie nie stali przyczyną śmierci tego, co tylu krzywd przyczynił Waszej Wysokości…”.
J.-Ch. Thibault de Laveaux. Historia Piotra III. 1799. Tom I. Fot. Znatok76 – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=72953146
Honor oficerski w połowie XVIII wieku był w cenie. Orłow i inni oficerowie mogli planować zamach stanu i zabójstwo byłego cara, ale nie uchodziło im fizycznie podnieść na niego ręki; było to rodzajem zmazy, skoro wcześniej przysięgało mu się wiernych. Trzeba było znaleźć kilku cywilów, którzy wdaliby się w burdę, zachęceni przez ludzi w mundurach. Powinni być jednak pijani – na tyle, by mieć zapalczywość w ruchach i by tłumaczyć się później niepamięcią czynów, ale nie na tyle, by potykać się o własne nogi. I dobrze by było, by możliwie prędko zniknęli z dworu: i rzeczywiście, większość z nich zginęła w kilka lat później, podczas tłumienia buntu Pugaczowa.

Pretendent z wozu, imperatorowej lżej

Końce w wodę… Iwan VI, urodzony w 1740 z jednej z córek Piotra I, panował zaledwie przez rok i miesiąc: zdjęty z tronu jeszcze przed ząbkowaniem przez carycę Elżbietę, resztę życia spędził najpierw w chłodnej izbie syberyjskiego klasztoru, a następnie w twierdzy Szlisselburskiej. Już za panowania Katarzyny ta wydała rozkazy strażom, by strzelać doń nie tylko w przypadku próby ucieczki, lecz nawet – uwolnienia za okazaniem jej dekretu, a następnie – zainspirowała jednego z poruczników, Wasilija Mirowicza, by ten ujął się za nieszczęsnym monarchą.

Podczas próby buntu w Szlisselburgu zasztyletowano Iwana VI, Mirowicz skończył poćwiartowany na jednym z petersburskich placów za zdradę stanu. Pretendent z wozu, imperatorowej lżej… Iwan VI był „wymazany z pamięci” niemal do końca panowania Romanowów. Już w miesiąc po obaleniu carowa Elżbieta kazała wycofać monety z jego wizerunkiem, po dwóch latach posiadanie ich zostało uznane za czyn antypaństwowy – i dziś należą do najcenniejszych: za byle miedziaka sto tysięcy złotych jak nic.

A Paweł I, syn nieszczęsnego Piotra III, przez Polaków zachowany w stosunkowo wdzięcznej pamięci, bo – zasiadłszy na tronie w listopadzie 1796, na złość cieniom znienawidzonej matki wypuścił z kazamatów Kościuszkę? Tuzin ludzi wdarł mu się do sypialni w noc z 23 na 24 marca 1802, punkt północ. Zgiełk, zapach potu i strachu, imperatora Wszechrusi wyciągają w koszuli nocnej zza zasłony, każą podpisywać akt abdykacji, ten się wzbrania, trwa pyskówka, niczym w bójce na boisku szkolnym, „ale ręce trzymaj przy sobie”, jedno pchnięcie, drugie, silniejsze, w końcu złotą, wysadzaną rubinami tabakierą wali go w skroń Płaton Zubow, ostatni kochanek Katarzyny II (to mi matczyna zemsta zza grobu!). Pijany kniaź gruziński Jaszwili sięga po szarfę orderową i zaczyna go dusić, a według innej relacji nie Jaszwili, lecz Tatarinow, komendant jednego z pułków. W sześciu rzucili się na niego, kłębowisko na podłodze, szampana pili już od kolacji o dziesiątej, i to pełnymi kielichami, kanclerz Benningsen, zniesmaczony, wyszedł do przedpokoju podziwiać rozwieszone tam weduty włoskie…
Zamach na cara Pawła I (rycina francuska, lata 80. XIX w.). Rycina Jeana-Jacquesa Outhwaite’a na podstawie oryginału autorstwa Philippoto. Fot. http://kprf.ru/images3/58597_6.jpg, Общественное достояние, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=10234640
Trochę stylizuję tę scenę, żeby wyglądała bardziej jak obrazy rozprawy nad Berią z głośnej komediodramy „Śmierć Stalina” Armando Iannucciego z 2017 – ale naprawdę, nie trzeba tu dużo ubarwiać. Ten sam jest przeskok, zrzucenie wszelkich form, jakby zrzucało się ubranie – w miejsce skrupulatnie, drażliwie przestrzeganych form, tytulatury i kolejności zabierania głosu jest już tylko kłębowisko mężczyzn w średnim wieku.

Ach, wszędzie się tu kryje zdrada!

Są zdyszane oddechy, przekleństwa, ciosy zadawane bez tej urody, jaka może być w pojedynku czy walce równego z równym. Nieumiejętne, brutalne ciosy, które okaleczają, zamiast zabić, ciosy zadawane przez ludzi, którzy przywykli do foteli i biurek, przerażonych, że miarowe kroki na korytarzu oznaczają odsiecz, a wtedy nie będzie dla nich litości. I dlatego potrzeba, już, w tej chwili, faktu dokonanego, choćby miał być dokonany tabakierą, popielniczką, nogą krzesła.

I te pyszne wersy Janusza Szpotańskiego z poematu „Caryca i zwierciadło” (1974), naprawdę, równie dobrze pasują do Piotra III, jak do Pawła I. Jak do Berii. Jak do Breżniewa. I jak do ich licznych następców.

Carycy straszne: „A! A!! A!!!”
zatrzęsło tak murami Kremla,
że zda się: wali się Moskwa,
że zda się: wokół pęka ziemla!
Już w pogotowiu stoją pułki,
już nabijają się armaty.
Marszały mają blade twarze,
korytarzami biegną straże,
trzymając w rękach automaty!
Padają jedne drzwi: trach! trach!
Padają drugie, trzecie, czwarte!
Ach, wszędzie się tu czai strach,
ach, wszędzie się tu kryje zdrada!

– Wojciech Stanisławski


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Wasilij Mirowicz nad ciałem Iwana VI w twierdzy Szlisselburg. Obraz Iwana Tworożnikowa (1848-1919). Fot. http://en.wikipedia.org/wiki/Image:Tvorozhnikov.jpg, Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=4223554
Zobacz więcej
Historia Poprzednie wydanie
II Rzeczpospolita przed Piłsudskim. Ostatnie Królestwo Polskie
Rada Regencyjna przeżyła zamach stanu, którego dokonał premier jej własnego rządu.
Historia Poprzednie wydanie
Wszyscy byli za kapitulacją, tylko nie Starzyński
Jakim cudem Niemcy tolerowali go na fotelu prezydenta miasta?
Historia wydanie 23.09.2022 – 30.09.2022
Czy Lenin grywał w szachy z Hitlerem? Pionki i polityka
Żydowski arcymistrz z Austrii w Paryżu przyjął polskie obywatelstwo.
Historia wydanie 23.09.2022 – 30.09.2022
Nieznane kulisy rozmowy braci Wałęsów, nagranej przez SB
Puszczono ją w dniu, w którym Norweski Komitet decydował o przyznaniu Nobla szefowi Solidarności.
Historia wydanie 23.09.2022 – 30.09.2022
Targi o Hongkong, czyli jak królowa ugłaskała Chińczyków
Elżbieta II musiała jakoś wymazać z publicznej pamięci katastrofalną wizytę Margaret Thatcher w Chinach.