Felietony

„Morale” nie ma nic wspólnego z „muralami”. Jak mówić i pisać o wojnie

Mówimy przecież „w Wielkopolsce”, „w Toskanii”, „w Andaluzji”, za to „na Węgrzech” i „na Łotwie”. Węgrom i Łotwie z pewnością to nie uwłacza. Ukrainie forma „na Ukrainie” także nie.

Wojna na Ukrainie nie jest „wojną Putina”, choć tak jest nazywana w mediach. To tylko łatwa, efektowna i przemawiająca do wyobraźni zbitka, która odpowiada prawdzie, ale jednocześnie ją zniekształca. Nic w tym złego, że komentator czy polityk użyje czasem takiego, dość przecież efektownego określenia. Nadużywane staje się nie tylko banalne, ale zaciemnia też prawdę. To wojna Rosji. Nawet jeśli to Władimir Putin wydał rozkaz jej rozpoczęcia, a teraz z oddali – może z Kremla, może z bunkra na Uralu – nią kieruje.

Dlaczego jest to wojna Rosji? Przez ponad dwadzieścia lat ktoś Putina akceptował, ktoś go wybierał. Tym „kimś” byli obywatele Rosji. Większość z nich widzi w Putinie swego przywódcę i wojna wcale tego nie zmieniła. Z badań opinii publicznej wynika, że Putin nadal cieszy się wysokim poparciem, na poziomie 60-70 proc. Rzetelność rosyjskich sondaży budzi wprawdzie wątpliwości, ale nie brakuje faktów, które jasno pokazują stan ducha społeczeństwa rosyjskiego (pisaliśmy o tym w Tygodniku TVP >>> ).

Wojna Rosji czy wojna Putina? Czy car jest emanacją życzeń narodu?

Rosjanie uważają, że sankcje są nakładane przez wrogi Zachód, który chce dokuczyć ich państwu.

zobacz więcej
Cóż z tego, że są w Rosji ludzie, którzy mają odwagę wyjść na ulice, by manifestować sprzeciw wobec wojny? Widać, że uczestników takich manifestacji są setki, może nawet tysiące, ale na pewno nie miliony. W dodatku wielu Rosjan, o czym wiadomo z licznych relacji, nie wierzy, by wojsko rosyjskie poczynało sobie na Ukrainie tak, jak wojsko rosyjskie zwykło sobie poczynać. Zbyt wielu z nich jest przekonanych, że żołnierz rosyjski nie strzela do cywilów i nigdy nikomu nie robi krzywdy, a zresztą walczy z nowym wcieleniem Hitlera i cały świat powinien być za to wdzięczny.

Określenie „wojna Putina” zdejmuje więc po trosze odpowiedzialność z narodu rosyjskiego, tak jak słowo „naziści” zdejmuje je z Niemiec. Naziści z NSDAP, owszem, rządzili, a Adolf Hitler, ich Führer do wojny dążył i w końcu ją rozpętał. Ale wojnę prowadziło państwo niemieckie. Ci, którzy mówią o winie nazistów, nazbyt łatwo – może celowo? – puszczają w niepamięć winy Niemiec. Z Putinem i Rosją jest dokładnie tak samo i sympatia – czy może raczej pewna doza zrozumienia – dla losu zwykłych Rosjan niczego tu nie zmienia.

Mniej znaczy więcej

Choć każdą wojnę bardziej sugestywnie niż słowa opisują obrazy, od słów nie da się uciec. Jak zatem mówić i pisać o wojnie ukraińskiej? Jasno, prosto, rzeczowo, zrozumiale, trafnie i bez egzaltacji. Doskonale wiemy, że Rosjanie to najeźdźcy, ale powtarzanie tego w co drugim zdaniu relacji telewizyjnych pachnie banałem i właśnie egzaltacją – a to tylko osłabia wymowę wydarzeń. Epatowanie słowami szkodzi. Nie tylko w architekturze sprawdza się idea twórców z Bauhausu: „Mniej znaczy więcej”.


Wypadałoby też trzymać się zasad języka polskiego, a z tym bywa różnie. Weźmy nazwy miast i miejscowości. Kijów, Charków, Żytomierz czy Odessa nazywane są tak jak należy, dlaczego jednak Iwano-Frankowsk stał się Iwano-Frankiwskiem, a miasto Dniepr występuje jako Dnipro? Nie ma po temu żadnego powodu. Bardzo wiele ukraińskich miejscowości ma przecież polskie nazwy i, co więcej, dotyczy to nie tylko tych, które znajdowały się w granicach przedwojennej Polski – vide Zaporoże, Czernihów, Czerkasy czy Winnica. To także pokłosie historii.

Ogólna reguła nakazuje używanie nazw geograficznych w wersji polskiej wszędzie tam, gdzie polskie nazwy istnieją. Mówimy Mediolan, nie Milano, Akwizgran, nie Aachen, Sekwana, nie Seine, Walia, nie Wales. Posługiwanie się nazwami oryginalnymi byłoby i sztuczne, i często niezrozumiałe.

Obawiam się jednak, że jeżeli wojna, co nie daj Boże, w większym stopniu ogarnie zachodnią część Ukrainy, gdzie, z oczywistych przyczyn historycznych, polskich nazw jest w bród, będziemy mieli wysyp nowych nazw, które niekoniecznie będą czytelne.
Porady językowe jednego z portali. Fot. Print screen
Weźmy Wołodymyr, jak nazywa się dzisiaj Włodzimierz Wołyński, Żowkwę, czyli Żółkiew czy też Czerniwci – po prostu Czerniowce. A przecież miejsca, które, nazywane po ukraińsku, mogą się wydać nieznane, po polsku są nie tylko oczywiste, ale też łatwe do zlokalizowania. Gdy mowa jest na przykład o Iwano-Frankowsku, dobrze byłoby wspomnieć, że to przedwojenny Stanisławów, miasto ważne, bo wojewódzkie. Czy zrobił to któryś z prasowych wysłanników? Chyba nie.

Szewczenko kontra Khrushchev

Kolejna sprawa to pisownia nazwisk. Te najważniejsze – prezydenta Wołodymyra Zełenskiego czy ministra obrony Oleksija Reznikowa – pisane są jak należy, większość jednak media podają w transkrypcji angielskiej. Dotyczy to także zwykłych ludzi, którzy opowiadają o swych doświadczeniach. To nie tylko niepoprawne, ale w dodatku bez sensu.

Przykład? Mychajło Podolak, pojawiający się często, bo jest doradcą Wołodymyra Zełenskiego, z reguły występuje jako „Mykhailo Podolyak”. Nie wiedzieć czemu, chciałoby się napisać, gdyby nie to, że to akurat wiadomo: to skutek niewiedzy połączonej z niedbalstwem.

Robiący podpisy i tzw. paski nie zadają sobie trudu, by sprawdzić, jakie zasady obowiązują przy podawaniu obcojęzycznych nazwisk. A to nie wymaga specjalnego wysiłku, bo zasada jest prosta: wobec nazwisk pisanych innym niż łaciński alfabetem stosuje się transkrypcję fonetyczną (dotyczy to również nazwisk bułgarskich greckich, gruzińskich, arabskich i nie tylko). Piotr Czajkowski jest zatem Czajkowskim, a nie Tchaikovskym, Taras Szewczenko nie nazywa się Shevchenko, a nazwisko Michaiła Siergiejewicza Gorbaczowa nie jest zapisywane jako Mikhail Sergeyevich Gorbatchev. W transkrypcji angielskiej tak to właśnie wygląda.

Dlaczego jej stosowanie – poza paszportami – nie ma sensu? Zamiast wyjaśnienia odwołajmy się do wyobraźni czytelników, a za przykład niech posłuzy Nikita Chruszczow. W transkrypcji angielskiej to Nikita Khrushchev. Prawdziwie po polsku i czytelnie, prawda?

„W” albo „na”

Jak mówić, jak myśleć. Słownik wyrazów i zwrotów poprawnych politycznie

Każdej kobiecie – jak każdej rzeczy, według poety – można dziś dać odpowiednie słowo.

zobacz więcej
Wreszcie pytanie: „w Ukrainie” czy „na Ukrainie”? Tradycyjnie oczywiście to drugie. Wersja „w Ukrainie” zaczęła się pojawiać w części mediów już parę tygodni temu, na fali podkreślania państwowości Ukrainy. Wyglądało to na przejaw poprawności politycznej, tym bardziej, że przodowały w tym media takie jak Onet i Tok FM. Ale sytuacja zmieniła się tak bardzo, że dzisiaj formę „w Ukrainie”, która wyraźnie się upowszechniła, można raczej odbierać jako miły gest pod adresem Ukrainy i Ukraińców.

Nie jest on konieczny i w gruncie rzeczy nie ma zasadniczego znaczenia, ale skoro oddaje przyjazne nastawienie, zasługuje na akceptację.

Czy forma „na Ukrainie” akceptacji szkodzi? Oczywiście, że nie. Według słowników poprawnej polszczyzny przyimek „w” istotnie jest częściej łączony z nazwami państw, „na” zaś z nazwami regionów – a zatem „w Hiszpanii”, lecz „na Śląsku”. „Przyimek »w«  zdaje się lepiej podkreślać samoistność polityczną obszarów, gdyż łączymy go z nazwami większości państw (...). Przyimek »na« zaś zwykle łączymy z nazwami ziem czy regionów – w Polsce, ale »na Mazowszu«” – takie wyjaśnienie znajdziemy w poradniku językowym PWN.

Nie jest to jednak zasada stuprocentowa. Mówimy przecież „w Wielkopolsce”, „w Toskanii”, „w Andaluzji”, za to „na Węgrzech” i „na Łotwie”. Węgrom i Łotwie z pewnością to nie uwłacza. Ukrainie forma „na Ukrainie” także nie.

Morale jest!

Odnotujmy na koniec żenujący błąd, obecny, niestety, w zbyt wielu relacjach i programach o wojnie – w radiu, w telewizji (różnych stacjach, gwoli ścisłości) i na ich portalach. Mógłby się ujawnić przy innej okazji, bo dotyczy języka, a nie działań wojennych czy specyfiki Ukrainy. Skoro jednak dał o sobie znać właśnie teraz, a na domiar złego uparcie powraca – co oznacza, że nikt nie poprawia błądzących językowo – trudno, zrobimy to my.

Chodzi o morale. Gdy padają słowa uznania pod adresem dzielnych obrońców Ukrainy, dowiadujemy się, że „ich morale są wysokie”! Czyżbym się przesłyszała? – pomyślałam za pierwszym razem. Niestety nie. Panie i panowie, powinniście wiedzieć, że „morale” nie ma nic wspólnego z „muralami”. Nie ma też liczby mnogiej. MORALE JEST. Pod warunkiem, oczywiście, że jest.

– Teresa Stylińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: 9 marca 2022. Wsparcie dla wojny z Ukrainą Rosjanie wyrażają na różne sposoby. Także w czasie koncertu w moskiewskim klubie Sexton. Fot. Vyacheslav Prokofyev / TASS / Forum
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Za sowieckim komunizmem kryły się pogańskie żywioły. Czy to one...
Do Moskwy trafiła ziemia z Himalajów przeznaczona na grób „mahatmy Lenina”.
Felietony Najnowsze wydanie
Na zlecenie Odry
Czy rzeka może być osobą prawną?
Felietony Najnowsze wydanie
Gotów był poświęcić wolność (innych) dla stabilności świata
Stulatek, który doradzał Ukraińcom, aby oddali Krym i Donbas.
Felietony Najnowsze wydanie
Tęskno mi, Panie
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
A niebo pełne...
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.