Cywilizacja

Zabetonowany system: we Francji wygra Macron. Albo macronizm

Wyobraźmy sobie, że jakimś cudem – rozjechanie na pasach po pijaku imama w ciąży – Macron przegrywa i prezydentem zostaje kandydat patriotyczny. Czy coś by to zmieniło? Czy Marine Le Pen albo Eric Zemmour mogliby realizować swój program? Nic z tych rzeczy. Kasta sędziowska z góry i jawnie zapowiada sabotaż prawny, jeżeli przyszły lokator Pałacu Elizejskiego im się nie spodoba.

Na mniej niż trzy miesiące przed pierwszą turą wyborów prezydenckich we Francji (10 kwietnia 2022 roku) Emmanuel Macron pozostaje faworytem we wszystkich badaniach opinii publicznej. Posiada on silny elektorat złożony z ok. jednej czwartej wyborców, a według ostatniego sondażu Ifop, przeprowadzonego już po rozpoczęciu wojny na Ukrainie, na głowę państwa zamierza zagłosować w pierwszej turze nawet 28% wyborców.

W ciągu swojej kadencji Emmanuel Macron pokazał wielokrotnie, że nie ma cech męża stanu i nie jest w stanie stawić czoła kryzysom, jak np. podczas rewolty „żółtych kamizelek”. Prezydent Francji zachowuje jednak polityczną finezję i jest zręcznym graczem, który dobrze wie, że w dzisiejszej epoce wygrywa wizerunek, a nie treść. Nawet jeśli jego program i dorobek zostaną odrzucone przez większość Francuzów, to w nowoczesnej demokracji nie oznacza to przegranej.

Wiemy, co się ludziom podoba. Charyzmę można stworzyć

Francuski filozof Jean-Claude Monod: Mówi się, że wizerunek Macrona był w dużym stopniu medialnym wytworem agencji PR-owych.

zobacz więcej
Macron wie, że masowe poparcie społeczne nie jest już niezbędne do zwycięstwa przy urnach wyborczych. Bazując się na twardym elektoracie złożonym m. in. z kawiorowej lewicy i boomero-emerytów, wdzięcznych za restrykcje sanitarne postrzegane jako ochronę tej grupy, Macron nie tylko może wygrać nadchodzące wybory, ale wręcz ma zwycięstwo w kieszeni.

Również w oczach Francuzów jest on kandydatem, który ma największe szanse na zwycięstwo. Niemal co drugi Francuz (48% wg sondażu Elabe) uważa, że lokator Pałacu Elizejskiego nie będzie musiał się wyprowadzać. Tylko 14% respondentów stawia na zwycięstwo Valérie Pécresse, kandydatki centroprawicowych Republikanów, tyle samo, ilu na sukces Marine Le Pen, kandydatki Zjednoczenia Narodowego. Jeszcze mniej szans w oczach Francuzów mają kandydaci bardziej wyraziści, jak kontrowersyjny patriotyczny polemista Eric Zemmour, na którego stawia raptem 6%, czy skrajnie lewicowy trybun Jean-Luc Mélenchon z prawdopodobieństwem 5%.

To kryterium sondażowe jest o wiele ciekawsze niż ograne pytanie: „Na kogo będą Państwo głosować?”, bo obrazuje stan swego rodzaju demokratycznej rezygnacji, by nie powiedzieć apatii społeczeństwa. Wychodzi na to, że nawet skrajni antymacroniści i antysystemowcy są pozbawieni złudzeń: wynik kwietniowych wyborów jest przesądzony. Rozdźwięk między prognozami wyniku a deklarowanymi intencjami oddania głosu jest wyrazem nie tyle rozkładu sympatii politycznych, który jest we Francji dobrze znany i nie podlega zbyt agresywnym korektom, ile raczej realistycznego podejścia do demokracji nad Sekwaną.

Tajne służby skasowały kandydata

Jak zawsze, gdy zbliżają się wybory, przysłowiowy francuski sceptycyzm wobec ustroju i instytucji wyraża się wzrostem popularności np. w postaci graffiti, dwu popularnych bon motów: „Dyktatura to «stul pysk», demokracja to «gadaj zdrów»” oraz „Gdyby wybory miały cokolwiek zmienić, już dawno zostałyby zakazane”. Oba te cytaty zwykło się przypisywać popularnemu w latach 80. ubiegłego wieku komikowi o pseudonimie Coluche. Zawarta w nich implicite teza o fasadowości systemu demokratycznego we Francji ociera się o teorie spiskowe, ale paradoksalnie to właśnie Coluche i jego osobista przygoda z polityką stanowią intrygującą ilustrację tego, jak kabaretowy skecz ze sceny może powiedzieć więcej o rzeczywistym życiu politycznym niż podręczniki politologii.
Komik o pseudonimie Coluche (Michel Colucci) wystartował pod hasłem „Wszyscy razem, żeby im nakopać”. Fot. J. Cuinieres/Roger Viollet via Getty Images
Coluche miał bowiem zamiar startować w wyborach prezydenckich w 1981 r. Wcielający się w postać typowego Francuza, wiecznie narzekającego i niezadowolonego, krytykującego wszystkich polityków niezależnie od opcji, Coluche stanowił wybuchowy koktajl złożony w równych proporcjach ze skłonności anarchistycznych i z zamiłowania do alkoholu, dwóch elementów francuskiego charakteru narodowego.

Jego populizm rodem z bistro antycypował późniejsze o kilkadziesiąt lat kandydatury nietypowe jak Włocha Beppe Grillo czy nawet naszego Pawła Kukiza. Kandydatura komika startującego pod hasłem „Wszyscy razem, żeby im nakopać”, skierowana przeciw klasie politycznej jako takiej, początkowo postrzegana jako żart, w ciągu trzech miesięcy doszła do 16% poparcia.

W apogeum popularności, kiedy bliska już była perspektywa obecności w drugiej turze i przełamania dupolu lewica/prawica, antysystemowy kandydat nagle zrezygnował na dwa miesiące przed wyborami. Dlaczego? Ujawniony niedawno list komika do jego szefa sztabu stawia sprawę jasno: szykany i groźby śmierci ze strony tajnych służb. Tezę potwierdzają ujawnione dokumenty.

Mimo że Coluche wycofał się i wezwał do głosowania na François Mitterranda, dzięki czemu lewica zdobyła we Francji władze i mogła rozpocząć rewolucję kulturalną, to pozostawał pod nadzorem służb do końca życia, kiedy to 5 lat później zginął w wypadku motocyklowym.

We wzmiankowanym liście Coluche pisze prosto z mostu: „Rezygnuję. Już nie kandyduję, przede wszystkim dlatego, że prawdopodobnie nie będę miał (lub nie będę miał) 500 podpisów... Wszystko szlag trafił.”

500 ojców chrzestnych

Paryż wrze. Bunt przeciwko elitom

Prezydent twierdzi, że to Marine Le Pen ponosi odpowiedzialność za przemoc, bo zwołała ludzi w okolice Pól Elizejskich. Sęk w tym, że „żółte kamizelki” z jej partią nie mają wiele wspólnego.

zobacz więcej
Wymienione 500 podpisów to jedna z ciekawostek francuskiej ordynacji wyborczej, rówieśnica V Republiki. Niektórzy politolodzy twierdzą nawet, że francuskie wybory prezydenckie odbywają się nie w dwu, ale w trzech turach, z których zebranie 500 podpisów stanowi pierwszą.

Stworzona w 1958 r. procedura zwana „sponsorowaniem” („parrainage”, „parrain” to po francusku ojciec chrzestny) wymaga od kandydatów na prezydenta uzyskania wystarczającej liczby podpisów, pierwotnie 100, a od 1976 r. 500. Sponsorami mogą być posłowie, senatorowie, europosłowie, radni regionalni (odpowiednik sejmików) i merowie, ale nie radni miejscy ani gminni. W sumie cennym głosem dysponuje ok. 42 tys. osób, zazwyczaj nie apolitycznych, ale zaangażowanych w strukturach jednej z głównych partii. Każdy z nich może zasponsorować tylko jednego kandydata, a jego wybór jest ostateczny, nawet jeśli kandydat się wycofa się z wyścigu do Pałacu Elizejskiego.

Teoretycznie, system ten ma na celu wyeliminowanie rozmaitych błazeńskich kandydatur, takich jak kandydatura Coluche’a, ale de facto wymierzony on jest w kandydatów spoza „konsensusu republikańskiego”, tym bardziej, że od 2016 r. lista popierających poszczególnych kandydatów musi być publikowana w „Dzienniku oficjalnym”, co prowadzi do ostracyzmu, a nawet kampanii nienawiści wobec tych, którzy swoim podpisem poparli niepoprawnego bądź kontrowersyjnego kandydata. Wielu merów mniejszych miejscowości po prostu w ogóle nie popiera nikogo.

System jest w ten sposób zabetonowany: kandydaci establishmentowi z łatwością mogą uzyskać 500 podpisów, skoro samych tylko parlamentarzystów i radnych regionalnych z ich partii jest kilkuset, ale dla kandydatów nowych i antysystemowych, bez bazy ani zaplecza, może być to bariera nie do przeskoczenia.

Dla przykładu, w 2017 r. na 61 zdeklarowanych kandydatów w pierwszej turze znalazło się tylko 11. W 1981 r. z braku podpisów nie mógł wystartować Jean-Marie Le Pen. Po dziś dzień kłopoty z ich uzyskaniem mają kandydaci z deklarowanym poparciem rzędu 15-20%. Z drugiej strony w tajemniczy sposób za każdym razem podpisy uzyskują kandydaci trockistowskich mikropartyjek, którzy nie zdobywają nawet 1%. Może dlatego, że nie stanowią oni zagrożenia dla żadnego z głównych kandydatów systemu, ani dla urzędującego prezydenta?

Marine Le Pen powtarza stare błędy

W chwili, gdy czytają Państwo ten tekst, wiadomo już, ilu kandydatów owo poparcie uzyskało i kogo Rada Konstytucyjna dopuściła do zmierzenia się z ustępującym prezydentem. Wiedzą więc już Państwo, kto za miesiąc z Emmanuelem Macronem przegra.
Marine Le Pen, liderka Zjednoczenia Narodowego na wystawie rolniczej w Paryżu. Fot. JOHANNA GERON / Reuters / Forum
Bowiem Macron wygra, nie ulega to żadnej wątpliwości przy obecnym stanie sondaży. Pierwszy powód jest bardzo prosty: nie ma on na chwilę obecną żadnego poważnego przeciwnika. Można rozważać rozmaite konfiguracje drugiej tury, ale wedle wszelkich znaków na niebie, na ziemi i w instytutach sondaży z każdego pojedynku wychodzi on zwycięsko.

Teoretycznie o drugie miejsce w pierwszej turze rywalizuje troje kandydatów: narodowa Marine Le Pen, niezależny kandydat patriotyczny Eric Zemmour, popularny publicysta – oboje zaliczani przez komentatorów do skrajnej prawicy – oraz centroprawicowa Valérie Pécresse, przez dłuższy czas przedstawiania jako „jedyna która może pokonać Macrona”, zanim sondaże zadały kłam tej kalkulacji. Żadne z nich nie może nawet pomarzyć w pierwszej turze o 25% dawanych Macronowi, a bilet do drugiej tury będzie się zapewne sytuował w okolicach 17-18%.

Powiedzmy sobie od razu, że szanse kandydatów antysystemowych są nikłe. Marine Le Pen zaliczyła już poważny blamaż w drugiej turze wyborów w 2017, kiedy to została rozgromiona w debacie publicznej w telewizji przez swojego rywala.

Wszystkie chwyty dozwolone. Jak się broni elita

Cały establishment zorganizował się przeciwko Marine Le Pen, do czego publicznie wzywali nawet psycholodzy!

zobacz więcej
Trzeba powiedzieć, że nieopatrznie zrezygnowała wtedy z poruszania tematów, dzięki którym Front Narodowy (dziś RN) stał się pierwszą partią Francji, tzn. masowej imigracji i przestępczości. Próba skoncentrowania debaty na kwestiach ekonomicznych była delikatnie mówiąc nieprzemyślana, biorąc pod uwagę fakt, że w fotelu naprzeciwko siedział były bankier Rothschilda i niedawny minister gospodarki, który punkt po punkcie pokazywał, że propozycje ekonomiczne rywalki są co najmniej nieprzemyślane, jak np. wyjście z euro. Blamaż w debacie przełożył się na klęskę w drugiej turze, gdzie Macron zgarnął dwie trzecie głosów. Tak niskiego wyniku, jaki osiągnęła Marine Le Pen nie przewidział żaden z 350 sondaży – wszystkie były przeszacowane.

Problem polega na tym, że pięć lat później nic nie wskazuje, by Marine Le Pen dogłębnie zrewidowała swoją strategię „dediabolizacji” i sięgnięcia po elektorat centrum. Obecność niespodziewanego rywala w osobie Erica Zemmoura, skupiającego się w kampanii na tematach, które Marine Le Pen przesunęła na drugi plan (imigracja, islam, przestępczość…) zmusi ją oczywiście do zabrania głosu na ten temat, podobnie jak wszystkich innych kandydatów, ale nie pozwoli na pokonanie Macrona.

Najbardziej optymistyczne sondaże dają jej mocno przeszacowane 45% w drugiej turze. A w razie gdyby dawały więcej, to zawsze w odwodzie sztabu Macrona pozostaje strategia „Frontu Republikańskiego”, owego wzięcia wyborców lewicy i prawicy w moralny jasyr antyfaszyzmu. W 2002 r. nawet lewicowcy głosowali na Chiraca przeciw Le Penowi pod hasłem „Lepszy złodziej niż faszysta”. Wybrano złodzieja, wiec czemu nie bankstera?

Zemmour przeraża Francuzów

O ile Macron może sobie pogratulować strategii „w drugiej turze przeciw Marine”, o tyle ewentualność, że zmierzy się w niej z Erikiem Zemmourem powinna ucieszyć go jeszcze bardziej. Według sondaży zadziorny komentator, prawdziwy meteoryt na francuskiej scenie politycznej, nie może liczyć na więcej niż 39%, gdyby jakaś dziwaczna mechanika wyborcza pozwoliła mu na wejście do drugiej tury.
Wiec wyborczy Erica Zemmoura w Pontorson w Normandii. Fot. PASCAL ROSSIGNOL / Reuters / Forum
W razie ewentualnej debaty z nim, obecny prezydent nie musi się nawet silić na pozory merytoryczności, jak w wypadku wyśmiewania Marine Le Pen debatującej o ekonomii. Wystarczy, że pozwoli Zemmourowi mówić o masowej imigracji, francuskim samobójstwie, islamizacji i tym podobnych apokaliptycznych wizjach. Przestraszeni widzowie prowadzeni za rękę przez usłużne media sami dojdą do wniosku, że lepszy już bankster w Pałacu Elizejskim niż wojna domowa na ulicach.

A że Zemmour ma rację? Kto by się przejmował prawdą… Zwłaszcza, że status herolda nie przekłada się na zdolności mobilizacyjne. Zemmour może zagospodarować część elektoratu narodowego i część klasycznej centroprawicy, ale potencjału tego wystarczy na powołanie nowej formacji typu hiszpańskiej partii Vox czy włoskiej – Fratelli d’Italia, ale z pewnością nie na pokonanie kandydata zjednoczonego establishmentu.

Valérie Pécresse, czyli katastrofa

Valérie Pécresse prezentowana była jako jedyna, która jest w stanie zagrozić Macronowi. To nawet wydaje się logiczne: centroprawicowa polityk może wyszarpnąć obecnemu prezydentowi część centrowego elektoratu, powalczyć o głosy antymacronistów, a nawet liczyć na przerzucenie realistycznej części sympatyków obojga kandydatów patriotycznych, zdających sobie sprawę, że ani Le Pen, ani Zemmour nie wygrają, a ich głos zostanie zmarnowany. Podobny mechanizm mógł zadziałać w 2017, gdzie zwolennicy Frontu Narodowego byli skłonni zagłosować już w pierwszej turze na François Fillona, żeby nie przeszedł Macron.

Okazuje się jednak, że Valérie Pécresse zupełnie nie daje sobie rady. Po początkowych sukcesach w sondażach krzywa zaczyna jej spadać i niedługo może się okazać, że nadzieja centroprawicy już niedługo będzie walczyć nie o wejście do drugiej tury, ale o zaszczytne, choć nic nie dające trzecie miejsce, jeśli nie przeskoczy jej depczący jej po piętach lider skrajnej lewicy Jean-Luc Mélenchon.

Jej kampania jest tragiczna, w wywiadach wali babola za babolem, nie potrafi zabierać głosu publicznie, jej mityngi to prawdziwa katastrofa, powtarza z przekonaniem tezy mające przynieść jej głosy, jak o islamie czy imigracji, podczas gdy jeszcze kilka lat temu mówiła rzeczy dokładnie odwrotne, jak np. wspierała islamistów i promowała masową imigrację, podpisując listy otwarte w towarzystwie liderów nurtu dekolonialnego, czyli francuskiej odmiany woke.

Marine Le Pen może odsunąć niewygodne tematy czy pozbyć się kontrowersyjnych osobistości ze swego otoczenia, ale jak schować do szafy samego kandydata, który z definicji jest twarzą kampanii? Spin doctorzy Valérie Pécresse mają spory zgryz.
W czasie kampanii wystawę rolniczą w Paryżu odwiedziła też kandydatka Republikanów Valérie Pécresse. Fot. SARAH MEYSSONNIER / Reuters / Forum
Inna sprawa, to nawet jeśli kandydatka centroprawicy jakimś cudem zostanie wybrana, to będziemy mieli po prostu do czynienia z Macronem bis. Poważne media, jak dziennik ekonomiczny „Les Echos”, są zmuszone przedstawiać swoim czytelnikom artykuły typu „Trzy rzeczy, którym różnią się Macron i Pécresse”. I trzeba przyznać, że po drugim puncie (pierwszy jest ten, że Pécresse jest kobietą), redaktorom brakuje inwencji.

Filozof Michel Onfray twierdzi wręcz, że „z Pécresse będziemy mieli tę samą ideologię”, co za Macrona. Oboje reprezentują tę samą globalistyczną technokrację, mają te same korzenie ideowe. Valérie Pécresse, podobnie jak Emmanuel Macron, jest absolwentką ENA, Państwowej Szkoły Administracji, kuźni francuskich elit politycznych. Oboje uczestniczyli też w prestiżowym programie Young Leaders prowadzonym przez Fundację Francusko-Amerykańską, Pécresse w 2002 r., a Macron w 2012. Oboje przeszli przez Grupę Bilderberg: Macron w 2014 r., a Pécresse w 2012 r. Onfray zwraca uwagę, że Valérie Pécresse poparł „barometr Saint-Germain-des-Prés”, czyli ekonomista Alain Minc (taki Jacques Attali drugiego sortu).

Ich pokrewieństwo ideowe jest tak duże, że jeszcze w drugiej połowie 2021 r. Emmanuel Macron, który zwietrzył w swojej przyszłej rywalce potencjalne zagrożenie, proponował jej współpracę, może nawet jakąś tekę ministra lub szefowanie jednej z rozlicznych agencji rządowych, ale po kilku nieudanych spotkaniach do porozumienia nie doszło i oboje zmierzą się ze sobą w kwietniu.

Niezależnie od wyniku wyborów macronizm już wygrał, a nad Sekwaną będzie realizowana ta sama polityka ekonomiczna i społeczna: więcej Unii Europejskiej, więcej wielokulturowości, więcej globalizmu i postępu…

Nadzwyczajna kasta zapowiada bojkot

Wstrząsnął establishmentem. Czy teraz idzie po władzę?

Ogłosił, że wystartuje w wyborach prezydenckich we Francji w 2022 roku.

zobacz więcej
Wyobraźmy sobie jednak, że jakimś cudem – rozjechanie na pasach po pijaku imama w ciąży – Macron przegrywa i prezydentem zostaje kandydat patriotyczny. Le Pen w Pałacu Elizejskim? Zemmour przepasany trójkolorową szarfą? Puśćmy wodze fantazji… Niektórzy autorzy już to zrobili, pisząc książki w rodzaju „100 pierwszych dni”, w których opisują, jak nowy prezydent natychmiast przystępuje do realizacji programu i zaczyna ratować Francję. Czyli Macron i macronizm przegrywają, wbrew tezie niniejszego artykułu? Bynajmniej.

Prezydent we Francji może dużo, ale nie wszystko. Nowy prezydent spoza układu może po prostu nie mieć możliwości realizacji swojego projektu, jeśli tylko kij w szprychy wsadzą mu odpowiedni ludzie o odpowiednich kompetencjach. Laurent Fabius, były socjalistyczny premier i wielokrotny minister, a obecnie przewodniczący Rady Konstytucyjnej – najwyższej instytucji sądownictwa konstytucyjnego we Francji – zdradził niedawno garstce dziennikarzy swój plan: „Referendum z art. 11 nie może być wykorzystane do zmiany konstytucji. W tym celu należy skorzystać z artykułu 89”.

Spieszymy z wyjaśnieniem. Kandydaci zapowiadają reformę konstytucji w celu realizacji ich programu wyborczego. Np. Jean-Luc Mélenchon chce wprowadzić VI Republikę, a Marine Le Pen oraz Eric Zemmour chcą ograniczyć imigrację i znieść zasadę łączenia rodzin oraz automatycznego nabywania obywatelstwa. W tym celu, jak na „populistów” przystało, chcą się odwołać do głosu większości w postaci referendum. Decyduje lud, koniec, kropka, demokracja.

Francuska konstytucja przewiduje jednak dwa rodzaje referendum: dekretowane bezpośrednio przez prezydenta (art. 11) oraz wymagające akceptacji obu izb (art. 89). Okazuje się, ze sędziowie z Rady Konstytucyjnej zamykają arbitralnie przyszłemu prezydentowi Republiki możliwość odwołania się do referendum, co pozwoliłoby mu obejść parlament, który będzie z pewnością przeciwny reformom, złożony ze zwolenników imigracji i społeczeństwa wielokulturowego.

Nadzwyczajna kasta sędziowska wysyła czytelny sygnał, że żadne referendum kwestionujące „najbardziej wrażliwe elementy” francuskiego ustawodawstwa nie może być rozpisane bez zgody Zgromadzenia Narodowego i Senatu. Marine Le Pen i Eric Zemmour, nawet gdyby wygrali z Macronem, mogą zapomnieć o realizacji programu w sprawie imigracji, a także innych wrażliwych punktów w rodzaju stosunku do Unii Europejskiej, chyba że udałoby im się przekonać posłów i senatorów, co można włożyć między bajki. Kasta z góry i jawnie zapowiada sabotaż prawny, jeżeli przyszły lokator Pałacu Elizejskiego im się nie spodoba.

Po wyborach w kwietniu 2022 będzie więc rządził Macron. Albo macronizm.

– Adam Gwiazda

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Wszystko wskazuje na to, że Emmanuel Macron nie będzie musiał wyprowadzać się z Pałacu Elizejskiego. Fot. POOL / Reuters / Forum
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Po kubku do mordercy. Jak genealogia wyręczyła agentów FBI
Żaden z przestępców od lat unikających kary nie może już czuć się pewnie.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kosowo: kapiszonowiec na ścianie, mina w szufladzie
Sporna z Serbią strefa jest jak tlące się torfowisko – tym razem nie zapłonęło. A jutro?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Przyczajony Donald, walczący Trump
Tylko jednemu prezydentowi w historii USA udało się zdobyć drugą kadencję po przegranej reelekcji.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Innerspace, czyli nanoroboty w mózgu
Mierzące od 0,1 do kilku milimetrów urządzenia będą „żeglować” po ludzkiej głowie.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Polska – wróg numer jeden Łukaszenki
Państwowe media twierdzą, że nasz kraj szykuje się do ataku na Białoruś.