Felietony

Ręce precz od kalifornijskiego Fortu Ross! Nowa doktryna polityczna Moskwy

Krew rosyjskiego żołnierza naznaczyła hawajską ziemię. I jeśli ktoś myśli, że nie jest to wystarczający argument, by kompanie desantowe w bluzkach w biało-niebieskie paski ćwiczyły lądowanie na plażach z wykorzystaniem opancerzonych desek do surfowania – bardzo się myli…

W powodzi newsów, którymi, nomen omen, bombardowany jest w tych dniach świat w związku z kolejną fazą rosyjskiej agresji na Ukrainę, ten jeden wzbudził raczej zdumienie niż niepokój: stanowcze démarche rosyjskiej ambasady w Kopenhadze. Moskwa nie zgadza się na perspektywę choćby stacjonowania na wyspie Bornholm amerykańskich jednostek wojskowych, rozważaną w obecnej sytuacji przez Danię. Powołuje się przy tym na korespondencję z lutego 1946 roku między Wiaczesławem Mołotowem a duńskim ambasadorem w ZSRS Thomasem Døssingiem – i na fakt, że na Bornholmie stacjonowały w tym czasie od blisko roku wojska sowieckie, które 9 maja 1945, po nalotach dywanowych na miasteczka Rønne i Nexø, zajęły wyspę. W kurtuazyjnych listach, wymienionych między Døssingiem a Mołotowem, mowa jest o opuszczeniu gościnnego Bornholmu przez wyzwolicieli z Sachalina – i o nadziei, że „nigdy już żadne obce wojska nie zagoszczą na wyspie”. Ten dość ezopowy przekaz został najwyraźniej wzięty przez współczesnych rosyjskich dyplomatów dość dosłownie.

Sceptycy (by nie rzec – rusofobi) zaczęli natychmiast szukać dziury w całym, zwracając uwagę na dość wątłą rangę wspomnianej korespondencji oraz na kontekst całej sytuacji: w lutym 1946 r. Armia Czerwona spędzała czas na wyspie w charakterystyczny dla siebie sposób. Relacje o tym kilkumiesięcznym korowodzie, zebrane przed kilku lat przez dziennikarza Jespera Gaarskjaera, który uzyskał dostęp do miejscowych archiwów policyjnych, obfitują w podobną ilość wspomnień o wyrwanych rowerach, wybebeszonych mieszkaniach oraz wybrykach, o których nie sposób pisać lekkim tonem, jak te zbierane wśród mieszkańców Berlina, Pragi, Warszawy i innych miast, do których dotarły wojska sowieckie w ostatnią wiosnę wojny. Prof. Bent Jensen, autor pracy traktującej o „Długim wyzwoleniu Bornholmu w latach 1945-1946” zwraca z kolei uwagę, na znaczenie utrzymania przyczółku na zachodnim Bałtyku: warto było przeciągać tam obecność Armii Czerwonej nawet, gdy ze strony III Rzeszy nic już nie groziło.

Można spojrzeć jako na kopenhaską inicjatywę podwładnych min. Siergieja Ławrowa jako na prapremierę nowej doktryny rosyjskiej polityki zagranicznej. Założenie, że „Rosja ma prawo do decydowania o losach każdej piędzi ziemi, na której kiedykolwiek postawił nogę żołnierz lub urzędnik rosyjski” może wprawdzie wydawać zbyt śmiałe, ale jak skutecznie porządkuje świat. W miejsce zgiełku opinii, niekończących się sporów granicznych, wymachiwania zwilgłymi pergaminami i powoływania na sprzeczne świadectwa otrzymujemy spójną i porządkującą zasadę. Był żołnierz? Czyli ziemie są rosyjskie. A, jak uczy nas ludowa mądrość, jeśli coś wydaje się głupie, ale działa – nie jest głupie.
Żołnierze sowieccy okupowali duńską wyspę Bornholm w latach 1945-46 i nie zostawili po sobie miłych wspomnień. Fot. Ortuma / Interfoto / Forum
Spójrzmy na trzy przykładowe miejsca, w których w nieodległej lub odległej przeszłości obecne były rosyjskie wojska lub korpus urzędniczy – i zastanówmy się, jak uznanie praw Moskwy do kontroli nad tymi ziemiami znakomicie uporządkowałoby zbyt skomplikowaną sytuację międzynarodową lub wewnętrzną. Co prawda władze na Kremlu nie występowały dotąd z podobnymi wnioskami – zbytnia skromność jednak, jeśli uniemożliwia zapanowanie nad chaosem, jest gorsza od zbrodni. Czas na działanie.

Alpy, czyli Szwajcaria i okolice

Rosyjskie wojska po raz pierwszy (ale zapewne nie ostatni) pojawiły się w granitowym masywie za sprawą znanego humanitarysty w mundurze, feldmarszałka Aleksandra Suworowa, w roku 1799. Zmagania Drugiej Koalicji z Napoleonem toczyły się w najlepsze, Suworow umocnił się w północnych Włoszech, ale przebiegli stratedzy Albionu nie życzyli sobie zbyt silnej rosyjskiej obecności nad Morzem Śródziemnym. Rozkazy, idące z Londynu via Petersburg, pchnęły 65-letniego feldmarszałka w śniegi wczesnej jesieni: podchodząc gen. André Massénę, ścigając go i odstępując, wojska Suworowa przeszły w poprzek Alpy, co szczególnie duże znaczenie miało dla malarstwa realistycznego końca XIX wieku: Iwan Ajwazowski z niezrównanym kunsztem odmalowywał oceany, za to inny mistrz pędzla, Aleksander Kotzebue, skupił się na śniegach i przepaściach kampanii alpejskiej.
Kampania toczyła się ze zmiennym szczęściem, zawodzili sojusznicy (Austriacy poskąpili mułów, o przebiegłości Anglików była już mowa) i pogoda, nie obeszło się bez tradycyjnych nadludzkich dokonań: szturm przełęczy St-Gothard w zacinającym śniegu (24 września 1799), w dzień później – walka o Czarci Most, gdzie heroizm sięgnął szczytów: jak zaświadczają świadkowie, oficerowie wiązali zerwanymi z siebie szarfami orderowymi deski kładek lub osuwali się w przepaść z okrzykiem „Nie zapomnijcie o mnie w raporcie!”; feldmarszałek śledził te dokonania z konia, wzgardliwie strącając z ramion płaszcz, którym okrywał go adiutant.

Ten lodowy marsz doczekał się, jak wspomnieliśmy, całej galerii malarskiej oraz upamiętniającego żołnierzy pomnika: czy jednak dla tej ofiary przysłowiowa neutralność szwajcarska nie jest policzkiem? Pewne próby restytuowania rosyjskich wpływów w Szwajcarii podjęli wprawdzie w ostatnich latach oligarchowie, szczególnie Michaił Prochorow, król niklu, który w 2007 założył był w Courchevel – o, paradoksie! – prywatny dom publiczny dla siebie i przyjaciół. Takie przybytki są oczywiście, jak uczy historia, ważne dla dobrostanu armii, ale czy nie czas pomyśleć o rozwoju rosyjskiej infrastruktury wojskowej w Szwajcarii? Na początku może, w oparciu o miejscową tradycję Czerwonego Krzyża, jakiś szpital polowy, a potem lotnisko, koszary, może jakieś krążowniki na Jeziorze Bodeńskim?

Rosyjski równik

Ukraiński Zielony Klin, czyli sporne z Rosją ziemie nad… Oceanem Spokojnym

Po przejęciu kontroli, Moskwa zarzuciła Ukraińcom „próbę oderwania Dalekiego Wschodu od ZSRS”.

zobacz więcej
Zachodnioeuropejskie potęgi imperialne przez wieki nie dopuszczały Rosjan do Afryki: Francja i Wielka Brytania ustąpiły piędzi Czarnego Lądu Włochom, Niemcom, ba! – Belgom, ale dla rosyjskiego rolnika i kupca nie miały wyrozumiałości, a dynastia Romanowów nie potrafiła, niestety, uderzyć pięścią w stół, łudząc się, że syberyjskie renifery mogą zastąpić żyrafy.

Sytuację tę usiłował naprawić na własną rękę mieszczanin o sercu konkwistadora Nikołaj Iwanowicz Aszinow, któremu – jak tysiącom rówieśników, chłonących relacje z Czarnego Lądu – za ciasno było w rodzinnej Penzie. Zafascynowała go Abisynia, jedyne w tym czasie niepodległe i w dodatku chrześcijańskie państwo w Afryce: po raz pierwszy udał się tam w roku 1885, podając się – z nieco samozwańczym rozmachem – za przedstawiciela dyplomatycznego Petersburga. Pokręciwszy się po okolicy i wydawszy nad Newą pierwszy słownik abisyńsko-rosyjski, w roku 1888 postanowił – na czele oddziału wolnych Kozaków – wykroić dla Rosji skrawek ziemi. Pierwotnie marzył mu się jedynie przyczółek na wschodnim brzegu Afryki, gdzie rosyjskie parowce mogłyby uzupełniać zapasy wody nie zdając się na łaskę Albionu, ale wiadomo: nad rzeką Hudson też pierwotnie wzniesiono tylko prostą faktorię.

Rekrutację przeprowadził Aszinow wśród zawsze chętnych do walki Kozaków znad Tereku, którym ckniło się po podboju Kaukazu. Duchową opiekę nad oddziałem sprawować miał mnich Pajsij, Aszinow wziął na siebie kwestie strategiczne, aprowizacyjne i dyplomatyczne. Jesienią 1888 roku 150 ochotników zaokrętowało się (jako osoby prywatnej) na żaglowiec „Korniłow”, którym dopłynęli z Odessy do Aleksandrii. Stamtąd rosyjskim parostatkiem do Port Saidu (stu pięćdziesięciu badaczy natury z długimi brodami, wyposażonych w jednakowe siatki na motyle, nie wzbudziło żadnego zdumienia kapitanów ani władz portowych), tam zaś za ciułane od dziecka 36 tys. franków Aszinow wynajął statek austriacki, który dowiózł ochotników do Zatoki Tadżura, niewielkiej odnogi Zatoki Adeńskiej. Tam czekało już kilku ludzi, pozostawionych na miejscu przez kupca podczas poprzedniej wyprawy oraz duchowni kościoła etiopskiego, liczący na wsparcie duszpasterskie ze strony ojca Pajsija.

Na to ostatnie przyszło jeszcze poczekać: na razie Aszinow i jego ludzie wyszukali opuszczony fort w głębi lądu (dziś nie da się stwierdzić, czy z czasów ekspansji otomańskiej, czy dawniejszy) i zajęli go w połowie stycznia 1889. 28 stycznia na pustyni załopotała rosyjska flaga, fort uroczyście ogłoszono „Nową Rosją”, zaś Aszynow zadeklarował, że odtąd na sto wiorst w głąb pustyni i na pięćdziesiąt na północ i południe wzdłuż brzegu rozciąga się Rosja.
Rosyjscy konkwistadorzy Afryki pod wodzą Nikołaja Iwanowicza Aszinowa w roku 1889 roku zatrzymali się w opuszczonym abisyńskim Forcie Sagallo. Fot. Wikimedia/ Getty Images, CC BY-SA 4.0
Według niektórych relacji, kolonię czekało życie kwitnące niczym na „Tajemniczej wyspie” Verne’a: osadnicy przywieźli ze sobą sadzonki oliwek, drzewek cytrynowych i bliskich kozackim sercom wiśni oraz czereśni, na zboczach krzewiły się krymskie szczepy winorośli, a w pobliżu fortu partole odkryły pokłady soli, rudy żelaza i węgla kamiennego. Nie wiadomo co prawda, kiedy się z tym uwinęły, bo już 5 lutego na horyzoncie pojawiła się kanonierka francuska. Najpierw doręczono ultimatum, po czym, wobec braku odpowiedzi (nie znający francuskiego Aszinow był przekonany, że chodzi o listy gratulacyjne od mocarstwa, z którym Rosję łączyło wszak przymierze) rozpoczęto ostrzegawczy ostrzał, w którym zginęło sześcioro osadników.

Cała grupa została deportowana do Rosji na pokładzie rosyjskiego parostatku „Czichacziow”, incydent załagodzono, Aszinow zaś do śmierci w 1902 nie przestawał bombardować dworu memoriałami, w których przekonywał o potrzebie afrykańskiej ekspansji (to z nich zapewne pochodzą opisy bielejących wiśniowych sadów na etiopskiej ziemi). Przez ponad stulecie spoczywały w archiwach, ale dokonania Grupy Wagnera w Afryce pokazują, że wreszcie ktoś wziął sobie do serca projekty penzeńskiego wizjonera.

Ananasy w szampanie

Samo marzenie o ananasach przez wieki zaspokajane być mogło tylko przez kupców kolonialnych, o tym zaś, jak głęboko spoczywa na dnie rosyjskiej duszy, świadczyła jedynie fraza „Ananasy v szampan’skom”, najbardziej chyba znana z dorobku poety Srebrnego Wieku, Igora Siewierianina. A jednak, był czas, gdy były one na wyciągnięcie ręki od stołu prostego rosyjskiego szlachcica i chłopa. Gdyby nie zdrada Jankesów, gdyby nie nazbyt pokojowe usposobienie Aleksandra I…

Szanse na to pojawiły się w kilka lat po zakończeniu pierwszej rosyjskiej ekspedycji dookoła świata, podczas której wiosną 1804 roku żaglowce „Nadieżda” i „Newa” pod dowództwem późniejszego admirała Iwana Kruzenszterna dopłynęły na Hawaje. Odkryte przed ćwierć wiekiem (w 1778) przez ekspedycję Cooka Hawaje rządziły się jeszcze samodzielnie, choć zerkali już na nie ciekawym okiem kupcy amerykańscy i brytyjscy. Jednocześnie na wyspach trwała rywalizacja w obrębie elit władzy: król Kamehameha I (własc. Kalani Paiʻea Wohi o Kaleikini Kealiʻikui Kamehameha o ʻIolani i Kaiwikapu kaui Ka Liholiho Kūnuiākea) jednoczył właśnie twardą ręką archipelag, wasalizując lokalnych władców, w tym – króla Kaumualiʻi I, panującego nad wyspami Kauai i Niihau. Myśl o tym, by wesprzeć słuszną sprawę (czyt. rozłamowego władcę) nasuwała się sama i znalazła się w sprawozdaniach z wyprawy.

Czy Kijów jest w stanie obronić się przed Moskwą? Ukraiński Dawid, rosyjski Goliat

W czwartek nad ranem Rosja zaatakowała Ukrainę. Oceniamy potencjały wojskowe obu państw.

zobacz więcej
Trzeba było jednak dobrego pretekstu – no, i zakończenia zmagań w Europie. Gdy jednak jesienią roku 1815 pojawiła się konieczność wyjaśnienia losów żaglowca „Bering”, który zatonął i został rozszabrowany i brzegów jednej z wysp, okazja sama się nasunęła. Hrabia Aleksander Baranow, stojący w tym czasie na czele Kompanii Rosyjsko-Amerykańskiej i koordynujący eksploatację obszarów od Alaski po Kalifornię, czym prędzej wysłał tam swego zaufanego człowieka – saskiego lekarza w rosyjskiej służbie, Aloysiusa von Scheffera, zwanego w Petersburgu po prostu Jegorem Nikołajewiczem.

Jegor Nikołajewicz przybył na dwór Kamehamehy, zorientował się w sytuacji i popłynął na wyspę Kauai, gdzie spoczywały szczątki „Beringa” i gdzie Kaumualiʻi I rozpaczliwie wyglądał protektora. Sprawy nie mogły potoczyć się lepiej, obeszło się nawet bez zawiązywania jakiejś „konfederacji kauaickiej”, na wzór wcześniejszego o ćwierć wieku scenariusza wykorzystanego w Rzeczypospolitej. Kaumualiʻi oddał z nawiązką wszystkie dobra pozyskane na brzegu, 21 maja 1817 roku złożył zaś na ręce Jegora Nikołajewicza apel do rosyjskiego tronu, w którym prosił Aleksandra I o wzięcie jego ziem pod protekcję, oferując w zamian lojalność, monopol na handel drzewem sandałowym, prawo do wzniesienia nieograniczonej ilości faktorii – oraz trzech fortów.

Planowano również, jak to zwykle bywa, eksport wyposażenia wojskowego: Scheffer zobowiązał się kupić dla króla w USA uzbrojony w armatki okręt „Avon”, który całkowicie zmieniłby stosunek sił w Archipelagu Hawajskim. Na razie zafundował mu szkuner „Lidia”, w otrzymanym majątku przemianował potok Hanapepe na „Don” i – czym prędzej zajął się budową trzech fortów. O wiśniowych sadach mowy tym razem nie było, ale niemal równie pięknie kwitną przecież krzewy ananasów!

Mury twierdz konstrukcji ziemno-skrzyniowej – Fortu Aleksandra, Fortu Elżbiety (miłościwie panującej carycy Jelizawiety) oraz Fortu Barclaya de Tolly, sławnego ministra wojny z roku 1812 wznosiły się szybko – ale równie szybko nadchodził kres obiecującego przedsięwzięcia. Najpierw tchórz obleciał Baranowa, który uznał, że zakup proto-pancernika w Stanach jest jednak decyzją strategiczną i zabronił Schefferowi dalszych kroków. Na wyspy dotarli w znacznej liczbie Jankesi, i widząc co się święci, wykupili na pniu zapasy drewna sandałowego, potem zaś – podjęli formalne działania wojenne! Anglosasi w służbie Jegora Nikołajewicza wymówili mu służbę, on sam zaś, po stracie trzech ludzi, zmuszony był opuścić staroruską, hawajską ziemię: przez Honolulu, Guangzhou i Syberię dotarł na dwór dopiero w rok później.
Schody na hawajskiej wyspie Kauaʻi, które niegdyś prowadziły do rosyjskiego Fort Elisabeth (Форт Елизаветы). Po wzniesionych przez Rosjan licznych budowlach (m.in. trzech twierdzach, cerkwii i kaplicy) do dziś pozostały tylko ruiny tego fortu. Fot. Wikimedia
Ostateczną, małostkową decyzję kanclerz Karl Nesselrode podjął dopiero w lutym 1818: powołując się na interesy natury globalnej (próby wciągnięcia USA w orbitę Świętego Przymierza i nakłonienia Wielkiej Brytanii do rezygnacji z zajmowania dawnych kolonii hiszpańskich) poinformował, że Jego Cesarska Mość raczył nie skorzystać z możliwości objęcia swym wysokim protektoratem ziem Kaumualiʻi I. Na próżno Jegor Nikołajewicz antyszambrował nad Newą, przedstawiając zalety wód, fortów, tańców i plantacji. Nawet podsuwanie damom dworu cocktailu Blue Nut (rum, likier blue Curaçao, sok ananasowy i dużo lodu, o który w Petersburgu przecież nietrudno) nic nie mogło poradzić na carski reskrypt. Rozczarowany, odpłynął do Brazylii, gdzie założył kolonię Frankenthal (i, tak, uprawiał ananasy).

Ale – krew rosyjskiego żołnierza naznaczyła hawajską ziemię. I jeśli ktoś myśli, że nie jest to wystarczający argument, by kompanie desantowe w bluzkach w biało-niebieskie paski ćwiczyły lądowanie na plażach z wykorzystaniem opancerzonych deskach do surfowania – grubo się myli.

Szwajcaria, Dżibuti, Hawaje – to ważne geopolitycznie lokalizacje. Ale przecież na tym historia rosyjskich dokonań zbrojnych i urzędowych się nie kończy. Przypomnijmy tylko Kozaków, pojących spragnione siwki w Sekwanie w roku 1815. Poselstwo, stukające do drzwi pałacu przy ulicy Farnej 1 w Szczecinie, gdzie spędzała lata dzieciństwa Zofia Fryderyka Augusta von Anhalt-Zerbst, szerzej znana jako Katarzyna II. Byłych oficerów Wrangla (W szeregach Legii Cudzoziemskiej? I co z tego!) tłumiących rewolty Tuaregów, Druzów i Kabylów od Gibraltaru po Syrię. Ekspedycję Nikołaja Mikłucho-Makłaja, który na pokładzie szkunera „Witiaz’” dopłynął wiosną 1879 do brzegów Nowej Gwinei (zginęło wówczas dwóch marynarzy!). Zbyt mało znaną wojnę rosyjsko-tlinglicką o brzegi Alaski, którą zakończyła dopiero sławetna bitwa pod Sitką w 1804. A gdyby tego było mało – kalifornijski Fort Ross (Форт-Росс lub Крепость Россъ), do 1841 najbardziej na południe wysunięty rosyjski posterunek w Ameryce, leżący w hrabstwie Sonoma, który od San Francisco dzieli godzina jazdy samochodem, a od Hollywood – siedem…

Wielka jest rosyjska ziemia. Ale zawsze może być jeszcze większa.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Rosyjski Fort Ross (założony w 1812 roku, nazwa pochodzi od słowa Rossija) na wybrzeżu Kalifornii miał w pierwszej połowie XIX wieku być wsparciem dla rosyjskiej kolonizacji Ameryki. Dziś jest w nim muzem, które finansują głównie rosyjskie firmy oraz Amerykanie pochodzenia rosyjskiego.Na fotografii francuska litografia z 1833 roku. Sarin Images / Granger History Collection / Forum
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Słońce
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
AI
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Dziedzictwo Maja’68 ma mroczne oblicze: obronę pedofilii
Pochwała seksu dorosłych z dziećmi to był trend kulturowy wśród elit Europy drugiej połowy XX wieku.
Felietony Najnowsze wydanie
Adres na wagę życia
Nie przez przypadek na Hożej 53 powstało pierwsze w stolicy Okno Życia.
Felietony Najnowsze wydanie
Czego milioner nie może
Blake Carrington wyglądał jak jeden wielki przeszczep.