Kultura

Sodoma w przededniu zagłady

50 lat po premierze, filmowy musical o złudzeniach młodości i upadku demokracji nadal może się podobać. A przecież „Kabaret” jest genialnym oszustwem, zwycięstwem fikcji nad rzeczywistością. Sally tak naprawdę była komunistką, Brian przyjechał do Berlina na seksualne safari, zaś Niemcy wcale nie potrzebowali Hitlera, by znielubić artystów - skandalistów.

Komercyjny i artystyczny sukces rzadko idą w parze. Tymczasem musical Boba Fosse’a, który premierę miał 13 lutego 1972 roku, połączył w zachwycie krytyków oraz profanów. Smithsonian Institution uznał go za jeden z ośmiu filmów wartych zachowania dla przyszłych pokoleń.

„Kabaret”, bardziej niż setki historycznych książek, ukształtował wyobrażenie, jakie mamy o agonii republiki weimarskiej i dojściu nazistów do władzy. Mało tego, stał się źródłem natchnienia dla innych. W czasach zimnej wojny dekadencka legenda rozjaśniała wizerunek miasta nad Sprewą, wabiąc cudzoziemców, szukających mocnych wrażeń lub tylko miejsc „z klimatem”. Dziś z powodzeniem eksploatuje ją serial „Babylon Berlin” (tytuł wymyślił jeszcze w latach 30. XX wieku Stefan Zweig).

Na markę „metropolii Fausta” pracowało wielu ludzi. Fundamenty położyli emigranci z III Rzeszy: Niemcy i ekspatrianci z nostalgią wspominający raj utracony. Wielu z nich trafiło za ocean, przyczyniając się do jakościowego skoku amerykańskiego przemysłu rozrywkowego. Z tej perspektywy „Kabaret” jest hołdem i rewanżem. Jak na Hollywood przystało – w stylu glamour. Berlińskie przybytki lekkiej muzy na tle filmowego Kit Kat Klubu prezentowały się siermiężnie.

Ojcowie i matki sukcesu

W show biznesie o wielu sprawach decyduje przypadek. Fosse był dopiero siódmym kandydatem do reżyserowania. Starzy wyjadacze Gene Kelly i Billy Wilder odmówili tego zaszczytu, przekonani (słusznie zresztą), że złota epoka musicalu dobiegła końca. Producenci mieli prawo liczyć na choreograficzne umiejętności tancerza z Broadwayu, jednak jako filmowiec Fosse nie rokował najlepiej. Jego debiut z 1969 roku – „Słodka Charity” – przyniósł wytwórni dotkliwe straty finansowe.
Brytyjski aktor Michael York pije toast z amerykańską piosenkarką i aktorką Lizą Minnelli w filmowym musicalu „Kabaret”, którego akcja rozgrywa się w międzywojennym Berlinie. Fot. Mondadori via Getty Images
Tym razem dostał budżet cztery razy mniejszy. Zaoszczędzono na honorariach: w obsadzie nie było żadnej wielkiej gwiazdy. 25-letnia Liza Minnelli, gwiazda wschodząca, miała głos jak dzwon i wyraźną predylekcję do ról ekscentryczek. Ojciec wybił jej z głowy pomysł naśladowania Marlene Dietrich, wskazując lepszy wzorzec: Louise Brooks. Liza pożyczyła od niej fryzurę i styl wampa niemego kina. Jej ekranowy partner, Michael York, wygrał casting, w którym brało udział 20 brytyjskich aktorów. Mistrza ceremonii Fosse chciał zagrać sam, lecz producenci postawili stanowcze weto. Dla większego autentyzmu film kręcono w zachodnim Berlinie, Lubece i Bawarii.

Jeśli chodzi o fabułę, „Kabaret” jest kompilacją. Scenarzystka Jay Allen przepisała całe fragmenty spektaklu „I Am a Camera” Johna Van Drutena z 1951 roku. Cztery lata później ekranizował go Henry Cornelius, lecz brytyjska cenzura zgłosiła szereg zastrzeżeń. Chcąc uniknąć przyznania filmowi kategorii X (dozwolone od lat 16), twórcy skapitulowali. Na ekrany trafiła wersja ugrzeczniona, okraszona ociekającym hipokryzją happy endem. Wtajemniczeni mieli niezłą zabawę, tropiąc aluzje do prawdziwych erotycznych upodobań bohaterów. Rozwiązłą Sally grała jasnowłosa gwiazda Broadwayu Julie Harris, kinomanom znana z występów w „Nawiedzonym domu” i „Na wschód od Edenu”.

Jeszcze więcej film Fosse’a zawdzięcza musicalowi Joe Masteroffa „Kabaret” z 1966 roku. To był wielki hit: utrzymał się na afiszu przez trzy lata. Dopiero w tej wersji pojawił się konferansjer – w mistrzowskim wykonaniu Joela Greya. Jill Haworth, wcielająca się w Sally, recenzje miała gorsze niż Judi Dench, występująca w Londynie. Wielkim atutem spektaklu były piosenki spółki John Kander/ Fred Ebb. Na użytek filmu panowie stworzyli dodatkowo kilka nowych, w tym przebój „Money, Money”.

Anglik w Berlinie

Człowiek, który zapoczątkował reakcję łańcuchową, zakończoną eksplozją „Kabaretu”, nazywał się Christopher Isherwood. Urodzony w Anglii, postanowił zostać sławnym pisarzem, jak jego kuzyn Graham Green. Z Cambridge wyleciał po dwóch latach, zapału do studiowania medycyny w Londynie starczyło mu na sześć miesięcy. W marcu 1929 roku w ślad za swoim mentorem i kochankiem, poetą W.H. Audenem, przyjechał do stolicy Niemiec. W listopadzie osiedlił się tam na stałe, wbrew radom wuja, brytyjskiego konsula w Bremie.

Dlaczego Niemcy czczą Bismarcka, a nienawidzą Hitlera? Bo Führer okazał się nieskuteczny

W Berlinie bez wstydu wysławia się imperialnych pruskich przywódców, bezwzględnych wrogów Polaków i polskości.

zobacz więcej
„Berliński bulion kipiał bezrobociem, niedożywieniem, paniką giełdową, nienawiścią do traktatu wersalskiego i innymi pikantnymi składnikami” – wspominał po latach. Christopher obracał się w towarzystwie sobie podobnych ekspatriantów, ale przystojnych, młodych Niemców z łóżka nie wyrzucał. Żył chwilą i prowadził szczegółowy dziennik, w którym notował własne przygody i zasłyszane historie. Zapiski miały być podstawą wielowątkowego dzieła pod tytułem „Zagubieni”, lecz autor przeliczył się z siłami. Przed wyrzuceniem notesów na śmietnik, wykroił z nich na wpół biograficzną powieść „Pan Norris się przesiada” i sześć opowiadań, wydanych pod wspólnym tytułem „Pożegnanie z Berlinem”.

Bohaterką najlepszego z nich jest humorzasta i wulgarna, lecz na swój sposób fascynująca 19-latka, śpiewająca w podrzędnym, pseudoparyskim klubie. Sally Bowles przechwala się bogatymi kochankami, sama będąc bez grosza. Chris – w filmie Brian – alter ego autora, zaprzyjaźnia się z nią, mieszkają pod jednym dachem i marzą. Ona o karierze aktorskiej, on o literackiej. W opowiadaniu pojawia się polski oszust (późniejsi adaptatorzy pominęli ten wątek), koszmarni berlińscy mieszczanie i amerykański milioner, dla kaprysu karmiący naszą parę kawiorem i szampanem. W filmie zamienił się w niemieckiego barona, który nie jest aż tak bezinteresowny.

Gdy stało się jasne, że republika kona i ster państwa przejmą naziści albo komuniści, Auden z przyjaciółmi spakowali manatki. Isherwood zwlekał, zdążył jeszcze być świadkiem palenia książek na Unter Den Linden. Wyjechał w maju 1933 roku, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. „Słońce świeci, a panem miasta jest Hitler”.

Wybuch wojny zastał go w Ameryce. Już jako obywatel USA wywołał obyczajowy skandal, wiążąc się z mężczyzną młodszym o 30 lat. Na szczęście dla pisarza, romans rozkwitł w liberalnej Kalifornii. Wzorcowa para gejów (chłopak wyrósł na cenionego malarza – portrecistę) stała się obiektem adoracji miejscowych elit. W 2007 roku o ich miłości nakręcono film dokumentalny „Chris & Don”. Narratorem był Michael York, a Liza Minnelli też nie przegapiła okazji, by poprzeć ideę małżeństw jednopłciowych.

Nie-boska dekadencja

Bowles, nazwisko wampa z „Kabaretu”, też wzięło się z męskiej przyjaźni. Paul Bowles, przyszły autor „Pod osłoną nieba”, należał do gejowskiego kręgu Audena, jednak lepiej niż w Niemczech czuł się w Maroku.
Pierwowzorem Sally była Jean Ross, zbuntowana dziewczyna z dobrego, angielskiego domu. Wyleciała ze szkoły, bo powiedziała koleżankom, że spodziewa się dziecka. W Berlinie naprawdę zaszła w ciążę, zaś Isherwood chcąc pomóc przyjaciółce, przyznał się do ojcostwa (Ross dokonała aborcji). Prawdziwy tatuś – pianista Peter van Eyck – zrobił karierę w Hollywood. Zasłynął z występu w „Cenie strachu”, ale najczęściej grywał aroganckich, hitlerowskich oficerów.

Chris trochę kpił z Jean. Twierdził, że ostro piła, puszczała się na lewo i prawo, paliła jak smok, a w dodatku nie umiała śpiewać. Czy miał rację, trudno stwierdzić, ale przynajmniej w jednym Ross na pewno różniła się od apolitycznej Sally. Była komunistką i być może agentką Kominternu. Jako korespondent wojenny w Hiszpanii wykazała się odwagą, jako krytyk filmowy pisma „Daily Worker”, ozdobionego czerwoną gwiazdą, bezkompromisowością. Uwielbiała kino radzieckie.

Ross umarła rok po premierze „Kabaretu”, przekonana, że nie traktowano poważnie jej pisarstwa i aktywności politycznej z winy Isherwooda, który zrobił z niej idiotkę, żalącą się, iż dla pieniędzy musi spać z obleśnym, starym Żydem. W sumie pozostawiła po sobie trzy ślady w kulturze popularnej. Truman Capote, zafascynowany postacią Sally Bowles, nadał jej cechy bohaterce „Śniadania u Tiffany’ego”. Eric Maschwitz upamiętnił Jean w tekście piosenki „These Foolish Things (Remind Me of You)” – jednym z najpopularniejszych jazzowych standardów XX wieku. Śpiewali go Bing Crosby, Ella Fitzgerald i Louis Armstrong, Billie Holiday, Yves Montand, Bob Dylan, Cassandra Wilson, Rod Stewart i Bryan Ferry. Muzycznie nie pasuje do „Kabaretu”, lecz można zaryzykować tezę, że ze wszystkich młodzieńczych romansów Angielki, ten z Maschwitzem miał najwięcej sensu.

Wielkim nieobecnym „Pożegnania z Berlinem” i późniejszych adaptacji prozy Isherwooda jest biseksualny poeta Stephen Spender. Panowie mieszkali wspólnie, razem włóczyli się po mieście i biedowali (z krótką przerwą, gdy sponsorował ich amerykański bogacz John Bloomshield). Obejrzawszy „Kabaret” Spender oświadczył, że w filmie „nie ma ani jednego posiłku, ani klubu, na który Chris i ja mogliśmy sobie wtedy pozwolić”. To on poznał przyjaciela z oczytaną i cnotliwą Natalią Landauer, która naprawdę nazywała się Gisa Solweitschick i była 18-letnią córką litewskiego bankiera. Jej kuzyn – Bernhardt – wzorowany na Wilfridzie B. Israelu wcale nie stracił życia w hitlerowskim więzieniu. Wręcz przeciwnie – zorganizował transport dziesięciu tysięcy dzieci żydowskich do Wielkiej Brytanii.

Boski Lenny – gwiazdor z szerokim gestem, który stworzył „West Side Story”

Żywiołowy pan orkiestry, po tej stronie Atlantyku niekiedy może się wydawać zbyt amerykański.

zobacz więcej
Dziesięć marek i kufel piwa

Honoré de Balzac nazwał Berlin stolicą nudy. Róża Luksemburg narzekała na bezguście i nijakość miasta nad Sprewą. „Nienawidzę Berlina i Niemców tak bardzo, że mogłabym ich zabić”. Po jej śmierci stało się coś dziwnego. Przegrany i upokorzony naród zachłysnął się nowoczesnością, zaś jego stolica przepoczwarzyła się w kosmopolityczną metropolię. W latach 20. i 30. XX wieku znaczną część ludności Berlina stanowili imigranci ze środkowej i wschodniej Europy. Dużo ożywienia wnieśli rozbitkowie z monarchii Habsburgów i przybysze z białej, a potem czerwonej Rosji.

Politycznie Berlin przechylał się na lewo, zaś modernizm podmywał fundamenty życia społecznego. Na wojnie zginęło całe pokolenie mężczyzn, kobiety musiały sobie radzić same. Otwarciu na kulturę masową i rozluźnieniu obyczajów sprzyjały nowe, demokratyczne media: radio i kino, które zastąpiło operę. Ludzie zaczęli pasjonować się sportem i turystyką. Współcześni uznali to za objawy amerykanizacji, zgodnie krytykowanej za „bezduszność” przez humanistów, komunistów i nacjonalistów.

Zagraniczne wynalazki: kabaret i rewia, wykreowały fałszywy obraz Berlińczyka – dowcipnego cwaniaka, dla którego nie ma żadnej świętości oraz wyuzdanej Berlinki. Striptiz i pląsy półnagich tancerek poprawiały frekwencję, lecz w branży rozrywkowej działali autorzy, którzy mieli cel ambitniejszy: chcieli nawrócić rodaków na pacyfizm, socjalizm i tolerancję. Cenzurze wyrwano zęby, więc ze sceny można było bez pardonu atakować państwo, religię, naród i jego świętości. Adolfa Hitlera przedstawiano z reguły jako nieszkodliwego głupka. Bronią było szyderstwo i prowokacja.

Kto przetrwał wojnę (tę prawdziwą, nie kulturową), chciał się bawić i korzystać z życia. Wilhelmiński gorset pękł, ukazując nagą duszę i ciało. Szokowanie burżuja stało się ulubioną rozrywką artystów. Nowa sztuka, nazwana przez nazistów „zdegenerowaną”, epatowała brzydotą, a czasem ocierała się o pornografię.

Tymczasem fama „najbardziej nowoczesnego miasta Europy”, oferującego jazz, awangardę, tani alkohol i takież prostytutki, zataczała coraz szersze kręgi. W ostatnich latach republiki nad Sprewę docierały ponad dwa miliony turystów rocznie. I nikt nie wyjeżdżał zawiedziony. Pisarz Alfred Döblin mówił o „Sodomie w przededniu zagłady”. Auden nazwał niemiecką stolicę „marzeniem pederasty”. Zwyczajowa stawka wynosiła dziesięć marek i kufel piwa. „W zaciemnionych barach można było widzieć sekretarzy stanu i wielkich finansistów, zabiegających o względy pijanych marynarzy” – zachwyca się Rory Maclean, autor książki „Berlin. Miasto wyobraźni”.
Skok w przepaść

Gdy Niemcy dopadł Wielki Kryzys, miasto liczyło sobie cztery miliony mieszkańców, co czyniło je trzecią metropolią świata. Mekka wizjonerów, pragnących zrewolucjonizować teatr, muzykę, architekturę, film i literaturę, gwałtownie zbiedniała. Rozkwitła za to przestępczość. „We wschodniej dzielnicy rezyduje występek, w centrum – oszustwo, w północnej – nędza, w zachodniej – nierząd, a nad wszystkimi czterema stronami wisi zagłada” – straszył literat i kabareciarz Erich Kästner.

Zachodzące słońce demokracji rzucało ostatnie blaski. Krótko przed przyjazdem Isherwooda, Bertold Brecht wystawił „Operę za trzy grosze” z muzyką Kurta Weilla. Od niemieckich znajomych Anglik mógł usłyszeć o nowej, poruszającej książce Döblina „Berlin Alexanderplatz”. W tym samym 1929 roku wielki sukces odniosła pacyfistyczna powieść „Na Zachodzie bez zmian” Ericha Marii Remarque’a. Spender wspominał, że razem z Isherwoodem, Ross i Audenem oglądali w kinie „Błękitnego anioła” z Marlene Dietrich. Można podejrzewać, że postać amoralnej piosenkarki, upokarzającej leciwego hipokrytę, przypadła im do gustu.

Ówczesne Niemcy były potęgą filmową, rywalizującą z Hollywood. Większość oferty stanowiły jednak kiczowate melodramaty i horrory. Ambitniejsze produkcje nie miały wzięcia. „Metropolis” Fritza Langa, zapoznany klasyk światowego kina, omal nie doprowadził do bankructwa największej niemieckiej wytwórni UFA. W rewiach ze sceny też częściej słychać było obsceniczne dowcipy niż polityczną satyrę. Obsesje bohemy dramatycznie rozmijały się z rzeczywistością, z czego co bystrzejsi zdawali sobie sprawę. Kästner kpił z satyryka Kurta Tucholsky’ego, który „próbował powstrzymać katastrofę maszyną do pisania”. Dodajmy, że Tucholsky z uporem maniaka atakował republikę oraz demokrację, którą nazywał fasadą i oszustwem. Nic dziwnego, że mając takich przewodników, Niemcy dali posłuch radykałom. Polaryzacja jest dobra dla polityków, ale dla nikogo więcej.

Ekscesy modernistów uświadomiły masom, jakiej sztuki sobie nie życzą. Awangarda była w międzywojniu widoczna, lecz bynajmniej nie dominowała. Na Powszechnej Wystawie Sztuki w Monachium w roku 1930 reprezentowało ją 2% artystów i 5% eksponatów. Ludzie, którzy chcieli zmienić świat, nie zdołali zmienić gustu własnych ziomków. Otto Dix, malarz ze skłonnością do karykatury, wyklęty po dojściu Hitlera do władzy, spodobał się twórcom „Kabaretu”. Jego portrety berlińskich bywalców pojawiają się – w formie żywych obrazów – w pierwszych i ostatnich kadrach filmu.


Talent Fosse’a i spółki sprawił, że w krzywych lustrach Kit Kat Klubu widzowie dostrzegli prawdę o Niemcach. Ale na ekranie królują Anglosasi. Skąd pochodzi mistrz ceremonii, diabeł jeden wie. Zwykli Berlińczycy – wtedy i teraz – rzadko wysiadują w nocnych lokalach, muszą wstać wcześnie rano do pracy. Bezrobotni mają inne rozrywki. Wbrew legendzie, kabarety i rewie nie zniknęły w 1933 roku, zamknięto je dopiero po wybuchu wojny. Kultura masowa łatwo znalazła wspólny język z dyktaturą. A młodzieńcy, sprzedający się za dziesięć marek i kufel piwa? Zapadli się pod ziemię albo założyli mundury SA.

Na fasadzie domu przy Nollendorf Strasse, w którym Isherwood i Ross wynajmowali pokoje, wisi dziś tablica pamiątkowa. Przed wojną przy tej samej ulicy mieścił się pierwszy w świecie Instytut Seksuologii.

„Kabaret” ma się dobrze. W listopadzie zeszłego roku wrócił do West Endu, wystawia go teatr, przemianowany z tej okazji na Kit Kat Klub. W rolach głównych występują Anglik Eddie Redmayne i Jessie Buckley z Irlandii. Zainteresowanie jest spore, spektakl będzie grany co najmniej do października.

Wiesław Chełminiak

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Amerykańska aktora Liza Minnelli jako Sally Bowles z musicalu „Kabaret'” w reżyserii Boba Fosse’a, 1972 rok. Fot. Allied Artists /Hulton Archive/Getty Images
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Disney. LGBT+ dla dzieci i młodzieży
Amerykański komentator twierdzi, że firmą zarządzają seksualni degeneraci.
Kultura Poprzednie wydanie
Kurtyna, co przesłania niesłychane tajemnice! Cyrk odmieniony
Woltyżerowie, kuglarze, linoskoczkowie rozpalają wyobraźnię widzów, przełamując wszelkie bariery…
Kultura wydanie 17.06.2022 – 24.06.2022
Partyjny reżyser, którego filmy latami leżały na „półkach”
Nawet jak był po linii i na bazie to wypadało to jakoś niewyraźnie.
Kultura wydanie 17.06.2022 – 24.06.2022
Serial dziwniejszy niż wszystkie inne
Mitologia ósmej dekady XX w. i moda na gadżety noszące „ejtisowy” znak firmowy.
Kultura wydanie 17.06.2022 – 24.06.2022
Kończy 80 lat i żyje. Choć już po wydaniu „Abbey Road”...
Czy McCartney naprawdę nie umarł?