Historia

Był solą w oku Cata. Wojna redaktorów

Pewnego dnia do kawiarni wszedł Hulewicz, podszedł do pewnego pana i zapytał: — Przepraszam, czy pan Dangel? — Tak. To on zdjął rękawiczki i tymi rękawiczkami trzepnął go kilka razy po twarzy i wyszedł. Dangel oczywiście natychmiast posłał po sekundantów, Hulewicz odmówił pojedynku, wyjaśniając, że pan Dangel nie jest członkiem Związku Oficerów Rezerwy, więc nie jest człowiekiem, który może korzystać z przepisów honorowych.

Śledzono każdy jej krok, nagrywano każdą rozmowę, opisywano każdy list. Totalna inwigilacja

Czy żyliśmy w Ubekistanie? Nasza rodzina na pewno.

zobacz więcej
Fragmenty biografii Witolda Rudzińskiego „W rytmie Polski” drukujemy dzięki uprzejmości Polskiego Wydawnictwa Muzycznego.

W tym czasie, kiedy Witold Rudziński zaczął zajmować się muzyką, czyli w roku 1928, gdy miał 15 lat, radio było w Wilnie jedynym źródłem kultury muzycznej.

Radio wileńskie powstało nieco wcześniej. Nie działała wówczas opera, była zamknięta, bardzo rzadko odbywały się koncerty, nie było stałej orkiestry. To była pustynia. Zmieniło się dopiero przed samą wojną.

Radio przyniosło ze sobą wspaniałe koncerty, wszystko było nadawane na żywo. Gdy w późniejszych latach Witold brał udział w rozmaitych audycjach radiowych, widział to z bliska. Opowiadał, że było to przeżycie takie, jakie ma artysta na estradzie. Próby mogły się odbywać, ile się chciało, ale emisja szła na żywo, ze wszystkimi kiksami, ze wszystkimi możliwymi poślizgami lub jak w jakimś natchnieniu. Programy były znakomite, muzyki więc uczył się Witold dzięki radiu. Brał partytury, nuty, słuchał utworów według programu, który trzymał w ręku.

Stypendia dla Gałczyńskiego i Miłosza

Na kierownika artystycznego i dyrektora programowego przyszedł do Wilna Witold Hulewicz (ur. 1895 w Kościankach, literat, krytyk, tłumacz i wydawca. Podczas I wojny światowej był w wojsku niemieckim na froncie we Francji, powstaniec wielkopolski. Właściciel księgarni w Warszawie (1921–1924), potem w Wilnie (1924–1938), kierownik programowy Rozgłośni Wileńskiej Polskiego Radia – piątej w Polsce; 1927–1935. Redaktor „Tygodnika Wileńskiego”, kierownik Teatru „Reduta”. Po konflikcie ze Stanisławem Catem-Mackiewiczem wyjechał w 1935 do Warszawy. Aresztowany przez Niemców w 1940, torturowany na Pawiaku, 12 czerwca 1941 rozstrzelany w Palmirach – przyp. red.)

Sam poeta, przyjaciel Rilkego, autor książki o Beethovenie, wydawanej kilkakrotnie również po wojnie — Przybłęda Boży. Nie był z Wilna, był „Galileuszem z Kongresówy”. Okazał się wspaniałym, pełnym polotu organizatorem, nadał radiu w Wilnie bardzo wysoki poziom. Skupił wszystkich, którzy się wtedy liczyli — muzyków, poetów, publicystów. Częściowo jako pracowników, częściowo jako autorów, byli tam także aktorzy.

A oprócz tego zapraszał na stypendia twórcze wybitne czy wybijające się dopiero osobowości, finansował je nawet przez kilka lat. W ten sposób przez dwa lata stypendystą był Gałczyński, był Miłosz, był także Zygmunt Mycielski, Andrzej Fejgin (żadna rodzina tamtego powojennego zbrodniarza).
Błyszczał w tym towarzystwie Szeligowski. Ojciec mój przypominał anegdotę z udziałem Miłosza — Hulewicz posłał go do Gałczyńskiego, bo ten po wzięciu zaliczki nie wyliczył się z obowiązków. Wtedy powstało powiedzonko: „Pisz i zarabiaj, lecz nie bierz zaliczek!”, bo zaliczki wiecznie wisiały. Ojciec skwitował to zdaniem, że to „odwrotnie niż dziś, gdy na pewno wypłacą tylko zaliczkę”.

Wieczorki w celi Konrada

Radio bardzo mocno pchnęło naprzód kulturalne życie Wilna. Oprócz tego Hulewicz zorganizował instytucję, która nazywała się Rada Wileńskich Zrzeszeń Artystycznych. Wynalazł też miejsce, gdzie miała się znajdować cela Konrada, znana z Dziadów Mickiewicza, i tam organizował bardzo interesujące imprezy artystyczne.

Hulewicz zaprosił również Zygmunta Mycielskiego (ur. 1907 w Przeworsku, zm. 1987 w Warszawie — kompozytor, pisarz działacz muzyczny. Uczeń Paula Dukasa i Nadii Boulanger w École Normale de Musique w Paryżu, w latach 1934–1936 prezes Stowarzyszenia Młodych Muzyków Polaków w Paryżu. Współredagował „Ruch Muzyczny”, również „Res Facta”, „Rocznik Chopinowski” i „Chopin Studies”. Jeden z najwybitniejszych polskich publicystów muzycznych. W 1978 współtworzył struktury niezależnego nauczania w środowisku studenckim – przyp. red.) jako doradcę muzycznego.

Wspominał go mój Ojciec:
„Siedem lat starszy ode mnie. Był po studiach muzycznych w Paryżu, a mieszkał w Krakowie, wygodnie było mu przenieść się do Wilna, miał tam jakieś historie z panami. Od czasu do czasu robił w radiu audycję poetycką, muzyczną. Kiedyś była bardzo wczesna wiosna, w Wilnie było tak gorąco, że w kwietniu kąpaliśmy się w Wilii, Zygmunt też z nami był. Ale ja interesowałem się zawsze tylko dziewczętami. Bardzo się przyjaźniliśmy. Po wykonaniu mojej Sonatiny na flet i skrzypce Mycielski zrobił notatki, uwagi o tym wykonaniu. Napisał mi wtedy list polecający do Szymanowskiego, do Krakowa. A ja do niego nie pojechałem, bo właśnie wybierałem się do Warszawy. Strasznie trudno było mi tyle jeździć, bilety na kolej były bardzo drogie”.

Ancymon i cierpiętnik. Dwa pakty z diabłem

Przykłady Stanisława Cata-Mackiewicza i Aleksandra Wata pokazują, że w XX wieku światopoglądowe wolty mogły być wywołane zarówno doświadczeniem totalitaryzmu, jak i słabością charakteru.

zobacz więcej
Działalność Hulewicza była solą w oku Cata-Mackiewicza, który był świetnym publicystą i znakomitym organizatorem, umiał znajdować ludzi pióra, ale musieli oni być mu całkowicie oddani. Cat miał w redakcji „Słowa” rysownika, nazywał się Feliks Dangel. „Ten rysownik wpadł na pomysł umieszczania karykatur z życia sądowego, to bardzo ożywiało pismo”.

Sędzia podobny do świni

Oto jak opisał Witold Rudziński „ożywianie” pisma za pomocą tych karykatur:
„Mackiewicz był pełen pomysłów redaktorskich. Wzorował się na żywo redagowanym organie francuskich monarchistów «L’Action Française» (Maurras, Daudet i inni). Nie wahał się przed żadnym skandalem czy sensacją, obrażał przeciwników, potem pojedynkował się z nimi (przeważnie na szable). Pewnego razu nad kolejnym sprawozdaniem sądowym ukazała się karykatura tłustego pana o kilku podbródkach z podpisem: sędzia XY. Tą karykaturą wystartował — właśnie zwerbowany przez Mackiewicza — Dangel, zręczny, choć nie zawsze w najlepszym guście grafik. Już to samo było sensacją w skali wileńskiej. Karykatura tak poważnej postaci, jak sędzia, zdawała się rzeczą nie do pomyślenia.

Po paru dniach na tym samym miejscu czytelnicy ujrzeli tę samą karykaturę z dopiskiem: «Sędzia XY poczuł się obrażony naszą karykaturą, na której rzekomo jest podobny do świni. Czytelnicy z pewnością wezmą nas w obronę, bo zarzut jest bezpodstawny». Dalej nastąpił gruntowny wywód o roli karykatury w polityce, że jest to wprawdzie zawsze portret przesadzony («drużeskaja szarża», tłumaczył Jerzy Wyszomirski, który lubił cytować rosyjskie bon moty), ale we Francji, która ma ogromne tradycje, politycy przekupują karykaturzystów, żeby tylko mieć charakterystyczny portrecik, bo to niezawodny sposób zdobycia popularności.

Wywody «Słowa» nie trafiły do przekonania sędziemu XY, ale teraz karykatura ukazywała się co kilka dni wraz z informacją, że XY grozi procesem, że właśnie oddaje sprawę do sądu, że rozprawa odbędzie się w Warszawie, a «Słowa» będzie bronić adwokat Terlikowski, znakomity znawca tematu. Wreszcie zapadł wyrok uniewinniający i karykatura ukazała się po raz ostatni, jak zawsze z dopiskiem: karykatura sędziego XY, na której jest on rzekomo podobny do świni. Czytelnicy rechotali z uciechy; oczywiście, że był podobny!

Jeszcze parę słów o tym sędzi. Wraz ze swym przyjacielem, sędzią YX, uczestniczył w sądach doraźnych, działających wówczas na Kresach Wschodnich. Opowiadał mi proboszcz (a może wikary?) w Kołtynianach niedaleko Ignalina, Litwin, że jako tłumacz uczestniczył w rozprawie w Święcianach, gdzie sędzia XY srożył się w jakiejś sprawie kryminalnej dotyczącej morderstwa. Po rozprawie, zaproszony przez księdza na kolację irytował się, że dał tej staruszce, co nie doniosła o morderstwie — tylko pięć lat więzienia. «Powinienem był dać dziesięć». «Niech się pan sędzia nie martwi — odparł ksiądz — ona i tych pięciu nie przetrzyma». «To mnie ksiądz dobrodziej pocieszył»”.

Gęś z głową Hulewicza

Mackiewicz zaprzągł Dangla do zwalczania Hulewicza. Z zapartym tchem publiczność wileńska obserwowała rozwój wypadków, a karykatury były coraz agresywniejsze. Wreszcie ukazała się taka karykatura: gęś z głową Hulewicza, z podpisem „szara gęś”. Wilno następnego dnia zastanawiało się, czym to się skończy.
W 1927 roku Witold Hulewicz przyszedł do Wilna na kierownika artystycznego i dyrektora programowego rozgłośni. Fot. Jan Bułhak/IKC/NAC
Ojciec opowiadał mi: „Była tam, na innej pierzei placu Katedralnego, bo wszystko to rozgrywało się dookoła tego placu, kawiarnia Rudnickiego, gdzie o godzinie 12.00 zbierała się śmietanka — sąsiednie redakcje, reporterzy, redaktorzy, pisarze, muzycy. Przychodził też dyrygent operetki, która znajdowała się tuż obok, Mieczysław Kochanowski-Kagan. Pewnego dnia do tej kawiarni wszedł Hulewicz, podszedł do pewnego pana i zapytał:
— Przepraszam, czy pan Dangel?
— Tak.

To on zdjął rękawiczki i tymi rękawiczkami trzepnął go kilka razy po twarzy i wyszedł. Dangel oczywiście natychmiast posłał sekundantów, Hulewicz odmówił pojedynku, wyjaśniając, że pan Dangel nie jest członkiem Związku Oficerów Rezerwy, więc nie jest człowiekiem, który może korzystać z przepisów honorowych.

W parę dni później, w tej samej scenerii, o 12.00, wchodzi pewna dama, podchodzi do Hulewicza i pyta:
— Przepraszam, czy pan Hulewicz?
— Tak.
— A ja jestem Danglowa — i parasolką plach go, plach! plach! wysmarowała w twarz Hulewicza.

Mija parę dni i znowu w tej samej porze i scenerii przychodzi Mieczysław Kochanowski, od rana ma próbę w operetce, teraz półgodzinna przerwa, dość czasu, żeby spokojnie wypić swoją kawkę i wrócić na dalszą część próby. Wchodzi, biegają kelnerzy, on zatrzymuje któregoś:
— Panie Stefanie, jak zawsze, pan wie, kawka i ciastko.
— Tak, tak, panie dyrektorze! — i pędzi dalej.

I to się powtarza parę dni z rzędu. Aż pewnego dnia Kochanowski złapał kelnera za frak i zawołał:
U was to łatwiej dostać w mordę niż pół czarnej!”.

Jego gazety lekceważyły zasady ortografii, epatowały zbrodnią i seksem, kupowały tajne informacje od morderców

Przyjaźnił się z Kornelem Makuszyńskim i Janem Kiepurą. Finansował budowę „zakopianki” i Pomnik Nieznanego Żołnierza. Stworzył największe w Polsce imperium prasowe.

zobacz więcej
Gaudeamus raz na tydzień

Witold Rudziński współpracował z Rozgłośnią Wileńską Polskiego Radia od 1933 roku. W tym samym roku, w czerwcu, ukończył kurs języka angielskiego średniego stopnia. Podejmował zajęcia zarobkowe zgodne z kierunkiem nauki. Grywał w radiu na fortepianie. Pierwszy raz wystąpił w Kwadransie akademickim. Koledzy studenci także występowali.

Potem do każdej audycji raz na tydzień grał na żywo na antenie Gaudeamus igitur, jak mówił — z przyjemnością, a później „jeszcze coś małego”.

Pracowało tam wtedy wielu wspaniałych radiowców, m.in. Zbigniew Kopalko, później sławny reżyser, był tam spikerem. Ojciec się z nim przyjaźnił. Wspominał, że chyba byli tam też Trościanko i Trypućko. Latem 1936 roku otrzymał z radia propozycję nowego zajęcia, tzw. kontroli, które polegało na słuchaniu i omawianiu programu w comiesięcznej recenzji.

Po jakimś czasie dyrektor osobiście zaproponował mu to jako pracę na stałe. Witold tej propozycji nie mógł przyjąć, wyjeżdżał właśnie na stypendium do Paryża.

„Zaprzyjaźniłem się trochę z Andrzejem Fejginem — żadna rodzina tamtego zbrodniarza, ojciec tego dziennikarza, AKW. Bardzo życzliwie przyjmował moje utwory. Kiedyś napisałem Modlitwę do słów Lieberta. Napisał potem w recenzji, że gdy motywy religijne mają charakter autentycznego przeżycia, dają świetne efekty, czego mój utwór miał być przykładem. Po roku czy dwóch oskarżano go, mniej czy więcej słusznie, o lewicowość, a nawet komunizowanie; wtedy zaczęto też tępić ruch Dembińskiego. Czy on był z nimi związany, czy nie — tego nie wiem.

I wyrzucili go z Polskiego Radia. Zaraz po wojnie osiedliliśmy się na krótko w Łodzi. Przyszedłem kiedyś do kawiarni «Czytelnika» na kawę, patrzę, siedzi pan Andrzej. Bardzo serdecznie przywitaliśmy się, porozmawialiśmy o wojennych losach. Na pożegnanie wziął mój kalendarzyk z telefonami, otworzył na literze «F» i wpisał: Wróblewski Andrzej (Andrzej Wróblewski, właśc. Fejgin, ur. 1909 w Słupcy, zm. 1994 w Warszawie — teatrolog, działacz PPS. Pracował w Radiu Wileńskim w latach trzydziestych, usunięty z powodu podejrzeń o sympatie prokomunistyczne. Podczas wojny przybrał nazwisko Wróblewski, nazwisko sąsiadów ze Słupcy, którzy mieli siedmiu synów, podawał się za jednego z nich, dzięki czemu przetrwał wojnę. Po wojnie odmówił wstąpienia do PZPR, powstałego w 1948 po zjednoczeniu PPS i PPR, wskutek czego przez resztę życia miał kłopoty ze znalezieniem pracy. Pracował w miesięczniku „Teatr”, zwolniony po 1968, a także w teatrach w Krakowie i w Warszawie; w latach 60. kierownik literacki teatru w Gnieźnie i teatru im. Horzycy w Toruniu. Ojciec znanego dziennikarza Andrzeja Krzysztofa, zwanego AKW — przyp. red.). I numer telefonu. Jasne było, że zmienił nazwisko, i dobrze, że zmienił”.

A Hulewicz wkrótce wyjechał z Wilna. Radio nadal się trzymało, ale jego następcy to już nie były postaci, które zdaniem Ojca mogłyby nadać jakieś osobiste piętno temu programowi.

— Teresa Bochwic

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Tytuł i śródtytuły od redakcji, zdjęcie autorki PAP/Rafał Guz
„W rytmie Polski”, wyd. Polskie Wydawnictwo Muzyczne
O książce

Ogromne, z prawdziwie wileńską rozlewnością – kto miał ciotki znad Wilii, ten wie – napisane czy raczej opowiedziane dzieło życia kompozytora, pedagoga i popularyzatora muzyki Witolda Rudzińskiego (2013-2004) to najnowsza książka znanej publicystki Teresy Bochwic, córki bohatera.

Autorka opatrzyła ją tytułem „W rytmie Polski”, bo też Polska jest tu obecna w najróżniejszych odsłonach losu rodziny Rudzińskich i ich krewnych: w czasie I wojny ojciec kompozytora, lekarz, ucieka z carskiego wojska i przystępuje do oddziałów gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego; w odzyskanej Polsce Rudziński jako chłopiec chodzi do Państwowego Gimnazjum Męskiego im. Króla Zygmunta Augusta w Wilnie, wstępuje na Uniwersytet Stefana Batorego i to na dwa fakultety rozdarty między miłością do muzyki a pasją jezykoznawczą; zakłada szkole muzyczna w Święcianach, stamtąd jedzie na studia kompozytorskie do Paryża; a wszędzie sa koledzy, przyjaciele, nauczyciele warci zapamiętania, opisania: tu Stanisław Szpinalski, tam Czesław Miłosz, dwie siostry – a jedna „Polka”, druga „Lićwinka”, towarzystwo wielu narodów i wyznań; potem wojna, ucieczka z Wilna do Warszawy, PRL, poszukiwanie niemieckich fortepianów dla polskich studentów, intrygi bezpieki, wyjazd Andrzeja Panufnika, przygoda z „Mazowszem”, komplikacje osobiste, wir życia i życie w ciągłym wirze.

Kompozytor prowadzi dziennik – córka znajdzie go potem niemal cudem spokojnie zdeponowany w Związku Kompozytorów Polskich – co umożliwia rejestracje choćby niezliczonych wydarzeń, działań twórczych, spotkań z ludźmi wielkiej sztuki, premier i oklasków. Prawdziwa epopeja człowieka twórczego, zgodnie z podtytułem.

Książka ma znakomite źródła, rzetelny indeks (trudno w to uwierzyć, ale w tych komputerowych czasach zdarzają się książki bez indeksu!), wykaz dzieł kompozytora – muzycznych i publicystycznych, bibliografię i kalendarium życia bohatera. A do tego autorka, bez zbędnego dydaktyzmu, daje nam przykład, co robić z opowieściami ojców, matek, babć czy innych krewnych, którzy mają w głowie historie nie tylko rodzinne: „Ojciec przychodził do mnie koło południa na kawę na werandzie mojego wiejskiego domku, kiedy już popracował w swoim ogrodzie pod ukochaną gruszą. Zaczęliśmy jego wspomnienia nagrywać w 1995 roku. Nagrywaliśmy do lata 2003 (…) . Opowiadał z werwą, ze śladami charakterystycznej wileńskiej wymowy, głębokim męskim głosem, czasem z tłumionym śmiechem. Nieraz parodiował cudze wypowiedzi (…) niektóre wypowiedzi cytuję, większość opowiadam. W cytatach zachowuję też niektóre przejęzyczenia czy nawet błędy, bo tworzą one własną gramatykę, jedyną w swoim rodzaju (…). (Ojciec) co pewien czas prosił, żeby wyłączyć magnetofon i przyciszonym głosem wyjaśniał, na przykład, okoliczności cudzego romansu sprzed 80 lat. Dobrze wychowany polski inteligent. ”.

– Barbara Sułek-Kowalska


Zdjęcie główne: Lata 30. XX wieku. Rozgłośnia radiowa w Wilnie. Witold Hulewicz (pierwszy z prawej) z pracownikami rozgłośni. Fot. Żyliński Wacław/IKC/NAC
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Od Wańkowicza przez Najdera po Słaunikawą
W czasach PRL nie było większego wroga systemu niż Wolna Europa.
Historia Najnowsze wydanie
Bomby zamiast dzwonków
Kobiety udzielały Komunii św. Wszyscy przyjmowali Pana Jezusa na drogę, a może na śmierć jako wiatyk…
Historia Poprzednie wydanie
Prawdziwe okoliczności pierwszego rozbioru Polski
Spożyjemy hostię: Polskę – pisał król Prus. Manifest zaborców zaczynał się: „W imię Trójcy Przenajświętszej!”
Historia Poprzednie wydanie
Radio dla Warszawy
Stołeczna rozgłośnia była spóźniona o ponad 10 lat w stosunku do innych stacji regionalnych otwartych w Polsce.
Historia Poprzednie wydanie
Żydówka, święta Kościoła katolickiego, patronka Europy
Prosiła, by dołączyć do swej siostry w bydlęcym wagonie. Zginęła w Auschwitz.