Historia

Początek końca Rzeczypospolitej. Jak Polacy przebiegłością opóźnili ostateczną hańbę i klęskę

Negocjacje pokojowe po „Potopie rosyjskim”. A w tle dywersje, wywózki, szukanie słabych punktów, „pomarańczowe rewolucje”, pustki w budżecie i wojny plemienne.

Triepiet małogo pieried bolszim. Przed Imperium. / Które idzie i idzie na zachód, zbrojne w łuki, arkany, pepesze” – opisywał przed laty polską ponadczasową kondycję Czesław Miłosz. I rzeczywiście, w długim trwaniu, albo i biorąc w dwa palce kilkadziesiąt stron atlasu historycznego i zginając je tak, by w błyskawicznym tempie wyślizgiwały się kolejno, jak w pierwszych, eksperymentalnych animacjach klatkowych, nietrudno stwierdzić, że wschodnia granica Rzeczypospolitej cofa się od kilkuset lat. A dokładniej? Dokładniej to od 355: od 30 stycznia 1667, kiedy to w Andruszowie (w obwodzie smoleńskim, w rejonie monastyrszczinskim) zawarto rozejm z Moskwą.

Miał obowiązywać przez trzynaście lat, góra trzynaście i pół, do czerwca 1680, a niektóre, sporne ziemie miały być zwrócone Koronie już za dwa lata, na wiosnę 1669 roku! I tyle skorzystać na tym miała Rzeczpospolita: odzyskać miała wszelkie zagrabione przez Moskwę akta i biblioteki, zarówno świeckie, jak i kościelne. Jeńcy mieli wracać całymi sotniami, nie tylko szlachta, ale i mieszczanie, i Żydzi, i nawet Polacy, co już Moskwicinki za żony pojmali (jedynie Polki, które poślubiły Rosjan, pozostać miały po wschodniej stronie). I przeciw Tatarom zdradzieckim wspólnie miano występować, i do sojuszu przeciw Wysokiej Porcie, wspólnie z papieżem, Wenecją i Wiedniem się zobowiązano, i do wiecznej przyjaźni.

Nic więc dziwnego, że nastrój panował radosny: jak pisał prof. Zbigniew Wójcik w monografii poświęconej rozejmowi, „oddano honorowe salwy z działek, żołnierze z rosyjskiej asysty strzelali z broni ręcznej, duchowni zaś prawosławni odprawili uroczyste modły i śpiewy”. W ciemności dusznych namiotów Jerzy Hlebowicz, negocjator ze strony W. Ks. Litewskiego i Stefan Ledóchowski, koroniarz, podkomorzy krzemieniecki w rozpaczy szarpali brody, pili na umór: zdawali sobie sprawę, że to śpiewy triumfalne. I że tylko swoją przebiegłością (którą można by nazwać pokerową, gdyby gry tej nie wynaleziono w półtora roku później) opóźnili ostateczną hańbę i klęskę.

Potop rosyjski

Trwające od lata 1664 rokowania miały zamknąć kilkanaście lat wojny – choć termin „kilkanaście” ma sens tylko, jeśli brać od uwagę jej ostatni akord, który rozpoczął się w 1658. Przedtem był nietrwały rozejm zawarty w podwileńskiej Niemieży w listopadzie 1656 roku, a przedtem – spazmy potopu, Chowański brodzący w zgliszczach Wilna, wsparcie Moskwy dla rebelii Chmielnickiego. De facto można więc w przypadku rozejmu andruszowskiego mówić o domykaniu czy wygasaniu rywalizacji, która rozpoczęła się wraz z moskiewską Wielką Smutą i epoką kolejnych samozwańców u progu XVII wieku; rywalizacji, którą Rzeczpospolita na chwilę, jak się okazuje, wygrała, zawierając pokój w Polanowie w 1634.
Mapa Rzeczypospolitej, rok 1667. Kolorem ciemnozielonym oznaczono tereny utracone na mocy rozejmu andruszowskiego. Fot. Wikimedia/ Mathiasrex Maciej Szczepańczyk, based on layers of User:Halibutt - Praca własna, CC BY-SA 3.0
Po Polanowie jednak, jak po dawnym Wilnie, już dawno zostały tylko popioły. Wojna polsko-rosyjska trwała de facto od 1654 roku i w historiografii określana była mianem „rosyjskiego Potopu”: termin, popularny w II RP, w PRL wyrugowano ze względów cenzuralnych i już się nie odrodził, a powinien. Inwazja Moskwy nie ustępowała najazdowi szwedzkiemu ani zasięgiem, ani rozmachem działań. Jesienią 1654 roku w rękach rosyjskich był nie tylko Mińsk, Witebsk i Wilno, lecz także Grodno i Kowno, car Aleksy Romanow ogłaszał się Wielkim Księciem Litwy, Białej Rusi, Wołynia i Podola, a zagony kozackie Wyhowskiego zajęły Puławy i Kazimierz, docierając na odcinku 50 kilometrów do linii Wisły: pociągiem Kolei Mazowieckich dałoby się dojechać do moskiewskich linii…

Po przegnaniu zaś Szwedów, Brandenburczyków i ludzi Franciszka Rakoczego rozpoczyna się wojna na niezmierzonych obszarach nizinnych, rozciągających się między Morzem Białym a Czarnym: zagony lisowczyków i ludzi Chowańskiego zapuszczają się na kilkaset kilometrów w głąb terytorium nieprzyjaciela, potężne twierdze, od Lachowicz po Smoleńsk, wytrzymują i dwuletnie oblężenia, hetman Czarniecki po bitwie pod Cudnowem (1660) przywozi do Warszawy osiem wozów sztandarów, a w mroźne przedwiośnie 1664 przednie zagony wojsk Jana Kazimierza są zaledwie kilkanaście mil od Moskwy.

Obu stronom, Moskwie i Rzeczypospolitej, brakuje jednak sił do ostatecznego zwycięstwa. Tym bardziej, że nie jest to przecież rywalizacja dwóch tylko obozów. Stronami w tym sporze są również Szwecja na północy, na południu – Chanat Krymski i Wysoka Porta, a na południowym wschodzie – Kozacczyzna i Zaporoże. Szwecja i Porta są gotowe do zmieniania sojuszy w trosce o równowagę w Europie Wschodniej, niesłowność Chanatu jest przysłowiowa, a Zaporoże? Na Zaporożu trwa bezustanna rywalizacja, polityczna, zakulisowa, a chwilami zbrojna, stronników Korony i Moskwy, a wśród czerni stale tli się bunt, którym manipulować mogą zarówno lokalni przywódcy, jak agenci Warszawy i Moskwy, jak biskupi…

Dyplomacja niet

Wiosną 1666 Moskwa i Warszawa siadają więc do rozmów. Siadają – to za duże zresztą słowo: poszczególne konferencje, których w sumie będzie aż 31, oddzielają kilkunastotygodniowe przerwy. Po długich preliminariach (koroniarze stali w Borysowie, Moskwicini w Smoleńsku) stanęło na rozpoczęciu rozmów we wsi Andruszów (dziś nazywanej Andruszowo). Komisarze polscy zakwaterowali się w Kadzinie, rosyjscy w Mihnowicach, ustalono prawo wolnego przejazdu poczt. Przydało się, bo posłowie musieli wszak galopować po instrukcje do stolic, odległych jednak o kilkaset, druga o blisko tysiąc kilometrów. Jeśli przedarli się przez lokalne oddziały i niepodległych nikomu maruderów, zawsze jeszcze skosić ich mogła zaraza – lub, w przypadku Warszawy, groźniejsza od niej dymisja: rywalizacja między dworem Jana Kazimierza a skupiającą się wokół Jerzego Lubomirskiego frondą nabierała rozmachu.

Rzeczpospolita Trojga Narodów. Niespełnione nadzieje Kozaków

Nieokiełznanie buntowniczy, ich żywiołem były wyprawy łupieżcze i wojna.

zobacz więcej
Po stronie moskiewskiej zaś – zgoda, dyscyplina, pełne posłuszeństwo dyspozycjom cara, Polskij Prikaz, godny poprzednik dzisiejszego resortu min. Ławrowa, wszystkie pergaminy i roszczenia ma we wzorowym porządku. To zresztą się nie zmieniło: w wykazie źródeł bibliograficznych do swej fundamentalnej pracy z roku 1959 prof. Wójcik, w latach wojny żołnierz AK, pisze w te słowa: „Materiały z Moskiewskiego Archiwum Akt Dawnych otrzymałem dzięki uprzejmości Głównego Zarządu Archiwalnego ZSRR, do którego w tej sprawie zwróciła się Naczelna Dyrekcja Archiwów Państwowych…”.

Obszarów negocjacyjnych było kilkanaście: od morza do morza. Strona moskiewska zgłaszała pretensje do ziem w Inflantach, do województw Wielkiego Księstwa (smoleńskiego, połockiego i witebskiego) oraz do twierdz Dorohobuż i Biała, Newel, Siebież i Wieliż, do Kijowa i otaczającego go koronnego województwa (ćwierć miliona kilometrów kwadratowych!), do Czernihowszczyzny i prymatu na Zaporożu; do odszkodowań, łupów, bibliotek, jeńców i kandydatury carskiego syna na tron Rzeczypospolitej po najdłuższym panowaniu Jana Kazimierza. Warszawie pozostawało (choć mniej skutecznie niż w XX wieku szefowi sowieckiego MSZ Andriejowi Gromyce) uprawiać „dyplomację niet”: żadnych Inflantów, żadnego Kijowa, przywracamy traktat polanowski, a prócz tego wracają do nas książki, wota i jeńcy (co do Smoleńszczyzny, od początku wiadomo było, że przyjdzie coś ustąpić). A jest jeszcze kwestia obrony praw katolików na ziemiach pod jurysdykcją Moskwy i – vice versa – wyznawców prawosławia w Polsce.

Stefan Ledóchowski nie miał jednak szans zasłużyć sobie na podobny do Gromyki przydomek „bojarin Niet”: negocjacje w takim stylu można prowadzić, jeśli nie ma się za plecami wojny domowej, najpierw angażującej, potem zaś dziesiątkującej armię.

Posłowie Rzeczypospolitej próbowali grać na zwłokę: najpierw długo weryfikowali carskie pełnomocnictwa, potem uzgodnili plan gry: najpierw zabiegają o rozejm na czas rokowań, potem podejmują możliwie długotrwałe rozmowy na temat tzw. pokoju wiecznego („pokój wieczny”, dodajmy, był ulubioną mrzonką nowożytnej dyplomacji europejskiej; pomiędzy wzięciem Konstantynopola a upadkiem Napoleona zawarto coś ze dwie kopy „pokojów wiecznych”, ze średnim czasem trwania nie przekraczającym czterech lat). Gdyby zaś pokój wieczny okazał się niemożliwy do osiągnięcia – pozostaje rozejm.

Dogorywa negotiatio

Ile jednak można się bawić w ten sposób, gdy w połowie maja nowo mianowany hetman wielki litewski Michał Pac ściągnie z rozciągającego się na 1200 km frontu moskiewskiego aż 8 tysięcy wojska, by trzymać w szachu oddziały Lubomirskiego? Na siódmej konferencji 8 czerwca 1666 podpisano wprawdzie układ o zawieszeniu broni – ale po polskiej stronie i wieszać nie bardzo już było czego. Jednak armistycjum (jak określano wówczas rozejm) odciążało granicę.
Napis na głazie w Andruszowie głosi: "Tu we wsi Andruszowo 30 stycznia 1667 roku została zawarta umowa o rozejmie między Rosją a Polską, na podstawie której Smoleńsk ostatecznie został zwrócony państwu rosyjskiemu. Warunki rozejmu andruszowskiego w 1686 roku zostały utrwalone jako «pokój wieczny»". Fot. Wikimedia/ Asvard - собственная работа, CC BY-SA 4.0
Rozejm był zresztą przemyślany i wieloelementowy, jeden jego passus dla urody języka warto przytoczyć. „A co się tknie wojsk chana JMci Krymskiego [cytuję za pracą prof. Wójcika – WS] tym wojskom tatarskim nie tylko żadna pomoc ze strony JKMci przeciwko Jego Car. Wieliczestwu przez ten czas armistitii dana nie będzie, ale też przez powagę Jego KrMci PNM-ciwego [Pana Naszego Miłościwego] starać się będziemy, żeby wojska chana Jmci państwom JCar. W-wa [Jego Carskiego Wieliczestwa], które pod władzą na ten czas Car. W-wa zostają przez ten czas uspokojenia naszego nie schodziły i owwszem życzymy i moc mamy wszystkie zachodzące z Chanem Imcią nieprzyjaźnie pomiarkować i do przyjaźni przywieść”.

Miodowy miesiąc trwa jednak – miesiąc: w lipcu, na wiadomość o rozpoczynającej się w Polsce wojnie domowej, Rosjanie usztywniają stanowisko tak bardzo, że posłowie żalą się kanclerzowi bp Prażmowskiemu: „Już dogorywa nasza negotatio, nullo, żal się Boże, effectu”. Effectus za to nastąpił na Kujawach: 13 lipca pod Mątwami doszło do klęski wojsk królewskich w walce z rokoszanami, w miesiąc później zaś zaczyna się, z prawidłowością typową dla zjawisk meteorologicznych raczej niż politycznych, wrzenie na Ukrainie. Rada Senatu Rzeczypospolitej widzi „impossibilitatem dalszego prowadzenia wojny” i w instrukcjach zakreśla horyzont ustępstw: postraszyć możliwym sojuszem z królem szwedzkim i nowym chanem krymskim, jeśli zaś to się nie uda – ustępować ze Smoleńszczyzny, Siewierszczyzny, a w końcu i z Ukrainy Zadnieprzańskiej. Na 10-12 lat, a później się odkujemy.
Ani na odkucie nie było widoków, ani nawet na utrzymanie tej linii ustępstw: nieopłacone wojsko królewskie grozi buntami, wszelkie demonstracje militarne skazane są na niepowodzenie. „Uważać bowiem potrzeba insufficientiam Respublicae et imipossibilitaltem dalszego wojowania tak w Koronie, jak i w W. Ks. Litewskim i to, że wojskami nader rozpuszczonymi kończyć tę wojnę niepodobna” – wzdycha Jan Kazimierz. A jeszcze dochodzi wiadomość (która to już analogia do późniejszych czasów), że Moskwa zaczyna wywozić polskie rodziny ze Smoleńszczyzny daleko na wschód, osadzając je 600 wiorst na wschód od Moskwy, niemal na stokach Uralu..

Być może wystarczyłoby jeszcze szczypta oporu? Nad Donem rozpoczynały się już wielkie bunty chłopskie. Ale gorzej działo się nad Dnieprem i nad Bosforem: Porta Ottomańska szykowała się właśnie do kolejnej walnej rozprawy z Europą, oczyszczając na razie przedpole. Podporządkowała sobie bez reszty Krym, podporządkowała (do czasu) Kozaków Doroszeńki. Do Warszawy docierają groźne pomruki ze Stambułu, pismo z otwartymi pogróżkami od hospodara mołdawskiego Aleksandra (rzecz dawniej nie do pomyślenia) oraz – ataku Tatarów i Kozaków na chorągwie koronne, zniesione w pył pod Ścianą i Brajłowem.

Państwo zabite przez równość i demokrację

Stanisław August Poniatowski górował nad słynnym Giacomo Casanovą, który w pamiętnikach przyznaje się do stu metres. Królowi Stasiowi historycy liczą mocno ponad trzysta.

zobacz więcej
Na Ukrainie nie było już czego szukać. Hetman polny Jan Sobieski mobilizował z Żółkwi wątłe siły polskie na wzór pospolitego ruszenia, Warszawa wysyłała posłów na Krym i do Stambułu. Trzeba było zapewnić pokój na Wschodzie, póki Moskwa nie dowiedziała się o kolejnej dywersji.

Czy Ukraina stoi z Rzecząpospolitą

W pierwszych dniach stycznia 1667 Jan Kazimierz wysyła kolejne instrukcje, żądając, by negocjatorzy „bez wszelkiego skrupułu do exekucyjej [tj. zawarcia rozejmu] przywiedli, bo inaczej musiałaby ostatnia ojczyzny naszej nastąpić zguba…”. Moskwicini – co za szczęście! – jeszcze nie wiedzą o klęsce pod Brajłowem i proponują Rzeczypospolitej zwrot Inflant. Nie ma już co przeciągać struny: 13 stycznia 1667 posłowie Rzeczypospolitej z demonstracyjną niechęcią godzą się na wspomniane wyżej warunki – Inflanty dla Polski, reszta dla Moskwy – zastrzegając się, że trwać mają rozmowy o pokoju i przymierzu, Kijów zaś wrócić ma do Korony za dwa lata. Jednocześnie zaś cały czas lornetują obóz rosyjski: czy od Moskwy nie naciągnie jakiś kurier, przywożący wieści o pogarszającym się położeniu Polaków?

Nie nadciągnął. 30 stycznia podpisano rozejm, w ostatniej chwili jeszcze tworząc kolejny precedens: skoro Warszawa upomina się o katolików, Moskwa strzec będzie praw wyznawców prawosławia…

Zarówno dzieje tych negocjacji, jak ich wynik są dla entuzjastów analogii historycznych ich prawdziwą kopalnią. Mamy tu wszystko: dywersje, wywózki, szukanie słabych punktów, „pomarańczowe rewolucje”, pustki w budżecie i wojny plemienne. Tym, którzy rozpamiętują warunki pokoju ryskiego, przypomni się akapit o zwrocie zagrabionych podczas zaborów pomników i bibliotek (równie niewiele wróciło ich nad Wisłę i Niemen po 1921, co po 1667). Kto nie pogodził się z wywózkami roku 1940 – może dochodzić, ile rodzin pojechało etapem w okolice Uralu w 1666. Kto pamięta konfederację radomską, I rozbiór i Rosję z Prusami jako gwarantów praw innowierców – też ma się na co oglądać. I jak zwykle, decydująca jest sytuacja na Ukrainie: czy stoi ona razem z Rzecząpospolitą?

Bo jeśli nie – to jest jak u Miłosza:

Po lodzie i wpław, w dzień, w nocy, byle dalej,
Zostawiając nad rodzinną rzeką pancerz dziurawy i kufer z nadaniami króla,
Za Dniepr, potem za Niemen, za Bug, za Wisłę


– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Jan II Kazimierz Waza, portret autorstwa Daniela Schultza. Fot. Wikimedia
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Sfotografował Wielki Głód. I jest kłopot. Z autorem zdjęć
Za zarwanie kilku kłosów można było dostać karę śmierci.
Historia Najnowsze wydanie
XVII-wieczna zapowiedź trzeciego rozbioru – traktat w Radnot
Karol X Gustaw chciał z Bałtyku zrobić wewnętrzne morze szwedzkie. Polskim królem miał być książę Siedmiogrodu Jerzy II Rakoczy.
Historia Poprzednie wydanie
Nie taki złoty chłopiec
Sto lat temu brytyjski archeolog odkrył grobowiec Tutanchamona.
Historia wydanie 18.11.2022 – 25.11.2022
Od kurtyzany do celebrytki. Przez łóżko do towarzyskiej kariery
Legenda pięknej Greczynki jest nadal żywa. Na Ukrainie.
Historia wydanie 18.11.2022 – 25.11.2022
Swawolny Tadeuszek. Niełatwy bohater dialogu polsko-rosyjskiego
Jego nazwisko w Rosji było synonimem donosiciela, pyszałka i łajdaka.