Felietony

Kto jest światowym liderem w nauce? Chiny wyprzedzają USA

Uniwersytety twierdzą, że rząd zaangażował się w nieuczciwe profilowanie rasowe naukowców chińskiego pochodzenia, porównywane do „polowania na czarownice”. A jest na kogo polować, bo dziś uczeni z doktoratem urodzeni w USA stanowią większość (ponad 70 proc.) jedynie na kierunkach związanych z naukami społecznymi i humanistycznymi. Wśród inżynierów, informatyków i matematyków wyraźnie dominują ci, pochodzący „zza morza” – jak to się ujmuje w USA.

Co się stało, stać się musiało. Najnowszy raport National Science Foundation (NSF) potwierdza, że Chiny wyprzedziły Stany Zjednoczone jako światowy lider w kilku kluczowych wskaźnikach naukowych, w tym w ogólnej liczbie opublikowanych artykułów i przyznanych patentów. Umarł król, niech żyje król. Czy może raczej: w mieście jest już nowy szeryf.

Miałam swego czasu przyjemność współpracować z francuskim uczonym, który dopiero co dostał Nagrodę Nobla z fizjologii i medycyny, starszym już mocno człowiekiem. Od co najmniej kilku lat nie prowadził już żadnych badań eksperymentalnych, raczej wykładał, zarządzał „z oddali” pewną częścią naukowej instytucji, która też najlepsze lata, jakie doprowadziły do owego Nobla, miała już za sobą. Oczywiście owo światowe wyróżnienie, także finansowe, przyspieszyło pewne procesy na miejscu: władza sypnęła dodatkowym groszem na nowe insektarium i laboratoria klasy L2 i L3 dla gmachu, który pamiętał jeszcze końcówkę Charlesa de Guelle’a, pojawiły się nawet pieniądze na funkcjonowanie tych kilkuset ekstra metrów kwadratowych – bo mury się same nie zapełnią uczonymi, czy w tym wypadku przynajmniej kilkoma technikami i doktorantami.


Upłynął rok, wypełniony dla tego nobliwego starszego pana wykładami na całym świecie, z przyznaną mu przez władzę na ten czas osobistą sekretarką. Jednak gdy wrócił z tournée, wcale nie zasiadł w swoim dawnym, niewielkim gabinecie, w starym budynku w mieście zwanym „stolicą Europy”. A przynajmniej nie tylko tam. Bo niemalże natychmiast wokół pojawili się oni. Nazwijmy ich „chińską delegacją partyjno-państwową”. Na jej czele stał dyrektor właśnie wybudowanego instytutu naukowego w mieście, którego nazwy nie pamiętam, choć było wielkości Paryża, a który to powstał przez rok, nosił imię naszego drogiego noblisty i miał wielkość całego naszego kampusu. Trzech innych mężczyzn przedstawiono nam jako uczonych z owego instytutu. Powołanego do autentycznego życia (mury, ściany, sprzęt, niższa kadra naukowo-techniczna w liczbie kilkuset osób po doktoracie i kolejnego tysiąca bez tego tytułu przed nazwiskiem), pieniędzy na badania, odczynniki, wszelkie dalsze niezbędne zakupy – niech ten noblista tylko przyjedzie i „zrobi cud”.

Wtedy, a było to równo dekadę temu, szukano raczej pomysłu na „spuszczenie ich po brzytwie”. Aczkolwiek… Udało się dogadać ostatecznie dlatego, że oni mieli wszystko poza naukowym pomysłem, co z tym wszystkim zrobić. No i nazwiskiem, które można powiesić na szyldzie, takim, aby świat je znał. I chciał współpracować. „Win-win situation” to się nazywa w biznesie. Dziś te negocjacje wyglądałyby już zupełnie inaczej.
China Tower of Computing Town w mieście Hangzhou w prowinicji Zhejiang Province. Dąży przy tym do przekształcenia się w centrum aplikacji mocy obliczeniowej w delcie rzeki Jangcy i światowej klasy strefę innowacji dla energetyki obliczeniowej, poprzez integrację instytutów branżowych, uniwersyteckich i badawczych oraz przedsiębiorstw superkomputerowych. Na razie koncentruje się na sztucznej inteligencji, Big Data, informacjach kwantowych i innych najnowocześniejszych technologiach. Fot. Long Wei / Costfoto
Nikt by już się nie ważył myśleć o spuszczaniu po brzytwie, a „petent” straciłby sporo swej pokory, to pewna. Być może nikt by już nie przyjechał, tylko po prostu wysłał list z zaproszeniem, albo i to nie? Bo 10 lat w nauce to epoka. W biznesie zresztą też. Z tamtego spotkania mam nadal pudełko, w którym znajduje się pokryta pięknie zdobioną masą porcelanową bezprzewodowa mysz i pen-drive. Nigdy nie odważyłam się użyć tych upominków, podarowanych dokładnie wszystkim obecnym: od noblisty po senior-postdocków. Czy byłam zatem wyładowana przesądami, czy stosownie ostrożna?

Pekin ma własne „Noble”

Jak dotąd trzech na niemal półtora miliarda obywateli (obecnie) Chińskiej Republiki Ludowej ma Nagrodę Nobla i tylko jeden z nich, dla Tu Youyou, to Nobel z nauk, a nie literacki czy pokojowy. O sprawie tego Nobla, za pochodzącą z tradycyjnej medycyny chińskiej artemisynę leczącą malarię, już pisałam na tych łamach. Tak skromne (jak dotąd) efekty noblowskie nie muszą się jednak utrzymać.

Chińczycy mają od 2016 roku nawet swoje własne „Noble” – jakże proroczo nazwane Future Science Prizes. Sfinansowane przez środowiska uczonych i przemysłowców, a nie rząd centralny w Pekinie, tym się różnią od medalu Lenina, że to nie tylko sława, ale i konkretny pieniądz w coraz lepiej stojącym juanie (nadal w anglojęzycznych pismach chińskich, jak „Globaltimes”, przeliczanych na dolary). Zatem nagroda przyznawana jest w trzech dziedzinach – nauk przyrodniczych, nauk fizycznych oraz matematyki i informatyki – i dysponuje… 1 milionem dolarów na każdą kategorię.

Ale pieniądze to nie wszystko. Dzisiaj najciekawsze na świecie projekty naukowe zaczyna się robić w sposób gwarantujący sukces – bo są wielkie sławy, które Chiny ściągnęły metodą „brain drain”, jak naszego francuskiego noblistę, zresztą niejednego (nota bene kiedyś naukowców ściągano na Zachód z Państwa Środka, zatem kolejne 4 Noble z fizyki dla Chińczyków są właśnie dla takich poszukiwaczy lepszego życia w wolnym świecie). Ponadto w Pekinie są na to pieniądze. I „man power”, czyli jest kim orać w laboratorium. Nie brak techników, doktorantów, magistrantów – całego tego niewolniczo przykutego do stołu personelu laboratoryjnego, co będzie robił 24h/7 dni. I liczył na swoją szansę. Na swoją fantastyczną publikację w renomowanym czasopiśmie naukowym. Żadne z tych najbardziej prestiżowych nie jest jeszcze chińskie, ale…

Od dwóch dekad też Stany Zjednoczone podążały za Chinami ze swoim udziałem we wzroście globalnych wydatków na badania naukowe i wdrożenia. Dziś różnica ta wynosi już 6 proc. (23 do 29, następna jest Unia Europejska z 17 proc. i Korea Południowa łącznie z Japonią – 9 proc.).

Niektórzy nie ocenią nawet, czy dobrze wydano im resztę. Matematyka uczy myśleć, tylko źle jej uczymy

Matematyka nie jest dla dziewczynek? Stereotypy mają wyraźny wpływ na umiejętności dzieci.

zobacz więcej
Dlatego – jak już wcześniej opowiadałam na tych łamach – to w Chinach powstają najnowocześniejsze pomysły na komputery kwantowe, to tu zrobiono największy moim zdaniem naukowy cud ubiegłego roku, czyli syntetyczną skrobię bez fotosyntezy. Uczeni chińscy również, także ci pracujący poza Chinami, stają na głowie, aby z tradycji chińskiej medycyny wyciągnąć wszystko, co się stamtąd da naukowo „wyczesać”. Stąd prace nad biologią systemów w poszukiwaniu sposobów, w jakie działają chińskie zioła czy wreszcie badania neurofizjologiczne i genetyczne służące konfirmacji skuteczności akupunktury w terapii stanów zapalnych.

Oddech Azji na karku świata

Ameryka czuła już od dawna chiński oddech na swym karku. Już gdy byłam tam na studiach podoktoranckich, w pierwszych latach XXI wieku, było widoczne, że doktoranci i postdocy z Chin (a także Indii) tworzą trzon laboratoriów biomedycznych i bioinformatycznych. Od tamtego czasu zaszła zmiana pokoleniowa – dziś dodatkowo nimi często kierują. Coraz mniej Amerykanów jest bowiem zainteresowanych pracą naukową dla stanowych uniwersytetów, doktorat z perspektywą pozostania na uniwersytecie jest finansowo zupełnie nieatrakcyjny, gdy porównać go z pracą dla start-upów biotechnologicznych czy sektora Big Pharma.

Nie bez kozery i racji, ale i demonstrując niepokój, a to przy pokerze o tak dużą stawkę nie popłaca, członkowie Kongresu USA i federalne agencje bezpieczeństwa oskarżyli Chiny o budowanie potencjału badawczego poprzez zachęcanie amerykańskich naukowców do dzielenia się swoimi odkryciami. Niektórzy obwiniają administratorów amerykańskich uniwersytetów o brak egzekwowania przepisów, które wymagają od badaczy ujawniania zagranicznych funduszy i wzywają do ściślejszego nadzoru.

Uniwersytety nie poparły stanowiska władz twierdząc, że funkcjonariusze organów ścigania często ukrywają informacje o potencjalnych zagrożeniach na konkretnych kampusach, a rządowa 3-letnia inicjatywa zaangażowała się w nieuczciwe profilowanie rasowe naukowców chińskiego pochodzenia, porównywane do „polowania na czarownice”. A jest na kogo, bo dziś uczeni z doktoratem urodzeni w USA stanowią zdecydowaną większość (ponad 70 proc.) jedynie na kierunkach związanych z naukami społecznymi i humanistycznymi. Niewielką zaś większość mają w dziedzinie fizyki i nauk o ziemi (astronomia, geologia etc.). Biologia i rolnictwo – tu rodowitych Amerykanów jest połowa. Wśród inżynierów, informatyków i matematyków wyraźnie dominują ci, pochodzący „zza morza” – jak to się ujmuje w USA.

Nie tylko USA zaczyna mieć problem z chińskim wpływem na uniwersytety. Jak donosi portal „Politico”, w wyniku dochodzenia przeprowadzonego w drugiej połowie stycznia przez holenderskiego nadawcę NOS, Wolny Uniwersytet w Amsterdamie, czwarty co do wielkości w kraju, zwraca dotację przyznaną Międzykulturowemu Centrum Praw Człowieka (CCHRC), niezależnemu instytutowi badawczemu działającemu pod auspicjami tego uniwersytetu, ze względu na jego finansowe powiązania z Komunistyczną Partią Chin. A że metoda „płacę, wiec wymagam” jest stara jak świat, strona internetowa centrum przytacza poglądy popierające chińską politykę w kwestii praw człowieka.
Ogłoszenie wyników badań akademickich w dziedzinie obliczeń kwantowych – nadprzewodzącego chipa kwantowego – w Hangzhou Science i Innovation Center Uniwersytetu Zhejiang, 17 grudnia 2021 r. Fot. Long Wei / Costfoto / Future Publishing via Getty Images
Decyzja dużego holenderskiego uniwersytetu na nowo rozgrzała debatę na temat metod stosowanych przez Pekin, aby sterować dyskusjami na temat praw człowieka. Aczkolwiek, przecież nie tylko o to chodzi. Kto stosuje intelektualne przekupstwo raz, będzie je stosował i w innych przypadkach. Czyż nie przypomina nam to wpływu na Światową Organizację Zdrowia, włączającą „tradycyjną medycynę chińską” do systemu medycyny opartej na faktach, gdzie doprawdy nadal nie jest jej miejsce. Ewidentnie „duży może więcej”.

Przerażające przedmioty ścisłe

Czynnik finansowy i czynnik ludzki, a nawet domniemane i udowadniane szpiegostwo intelektualne i ewidentny chiński „brain drain” z ostatnich lat to jednak nie wszystko. Do wielkiego marszu w nauce, który Chiny podjęły i jak widać – już skutecznie, trzeba było wielkich przygotowań. A tu dotykamy edukacji. Nie będę się użalać nad poziomem matematyki, fizyki czy biologii w szkolnictwie podstawowym i średnim tzw. zachodniego świata, bo myślenie o tym hoduje mi co najmniej kilka nowotworów. Zaś gdy patrzę, w którą stronę idą zmiany, moje rosnące guzy się już unaczyniają. Jednak, gdy na łamach „Science” postanowiono omówić wspomniany na wstępie raport NSF, który ukazuje przejęcie pałeczki pierwszeństwa w wyścigu o dominację w cywilizacji nomen omen naukowo-technicznej, edukacja (czy raczej jej upadek i słabość) zajęła tu kluczowe miejsce.

W „Science” można przeczytać, że odpowiedź na te problemy Zachodu podsuwa biała księga NSF. Mówi się tam, że naród musi utrzymać doskonałość w badaniach podstawowych (czyli nie przynoszących żadnego natychmiastowego profitu: np. fizyka teoretyczna, badania genetyki pierwotniaków słodkowodnych). Trzeba też wspierać zróżnicowanie pod względem rasy, płci i lokalizacji geograficznej wśród naukowców. I wreszcie – choć to wydaje się i najważniejsze i najtrudniejsze, wspierać wysokiej jakości edukację przedszkolną w zakresie nauk ścisłych i matematyki. Stan nauczania przedmiotów ścisłych w USA określa się na łamach „Science” mianem „przerażającego”.

Analiza najnowszych wyników standaryzowanych testów zdawanych przez uczniów wskazuje na poważne i trwałe nierówności – głównie etniczne – w szkolnictwie podstawowym i średnim. W wielu szkołach publicznych – a im gorsza dzielnica czy okolica, tym bardziej – brak doświadczonych nauczycieli przedmiotów ścisłych i matematyki. We wspomnianym raporcie wzywa się również do nawiązania bliższych więzi między środowiskiem akademickim a przemysłem, utrzymania otwartych granic w celu promowania międzynarodowych partnerstw i etycznych praktyk badawczych.
Uczniowie oglądają pierwszy wykład na żywo „Tiangong Class”, wygłoszony dla nich przez chińskich astronautów misji Shenzhou-13 Zhai Zhiganga, Wang Yapinga i Ye Guangfu ze stacji kosmicznej Tiangong. Szkoła podstawowa w Hefei w prowincji Anhui w Chinach, 9 grudnia 2021 r. Fot. Ge Chuanhong / VCG via Getty Images
Gdy spojrzeć na dystrybucję geograficzną puli dolarów (o coraz słabszej sile nabywczej) na badania naukowe, NSF spędził dziesięciolecia majstrując przy procesie przyznawania dotacji, tak, że większość środków trafia do garstki najlepszych instytucji naukowych na wschodnim i zachodnim wybrzeżu kraju. Od 40 lat działa program Stymulacji Konkurencyjnych Badań, inwestujący w „amerykański pas biblijny” czy na Środkowym Zachodzie, ale… Patenty czy przepływ talentów między środowiskiem akademickim a sektorem prywatnym widać nadal głównie w Dolinie Krzemowej i w okolicach Bostonu, gdzie leży Harvard.

Mam wrażenie, że słyszę ten sam śpiew od kilku co najmniej dekad, a jego powtarzanie robi wrażenie domagania się jeszcze więcej lekarstwa, które zdaje się nie działać. Dajmy się jednak zaskoczyć.

Nauka nie pochodzi przecież jedynie z nieprzeliczonych środków na jej „robienie”, ani z tysięcy techników, którzy uzyskają miliardy danych. Ma swoje źródło w działaniu wolnego ludzkiego umysłu. Oszlifowanego przez edukację, ale w swej naturze wolnego, nieograniczonego „Okiem Wielkiego Brata”. Ten umysł nie znajduje wyników, jakie pasują szefowi laboratorium, ministrowi czy komukolwiek, a po prostu takie, jakie są. On podąża za tym, co dla niego samego ciekawe, a nie dlatego, że oto „takie są wicie rozumicie potrzeby”. Być może w Chinach zaszły zmiany, które to dziś umożliwiają, ale nikt mi na razie o takich właśnie zmianach nie doniósł. Choć innych istotnie nie brak i mają one swoje dalekosiężne skutki, które zaczynamy właśnie obserwować.

– Magdalena Kawalec-Segond

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Źródła:

https://www.science.org/content/article/u-s-science-no-longer-leads-world-here-s-how-top-advisers-say-nation-should-respond

https://www.globaltimes.cn/page/202109/1234039.shtml

https://www.politico.eu/article/dutch-university-amsterdam-scandal-taps-china-influence/
Zdjęcie główne: Premiera najnowszego filmu z amerykańskiej serii science fiction „Matrix Resurrections”, dystrybuowanej przez Warner Bros. Pictures, odbyła się tego samego dnia w kinach w USA i w Chinach (tu – w Hongkongu). Keanu Reevesem w roli Neo w „Zmartwychwstaniu” walczy nadal z inteligentnymi maszynami, które stworzyły sztuczny świat i rządzą ludźmi. Fot.: Budrul Chukrut / SOPA Images / LightRocket via Getty Images
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Upadek imperium
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Mundial
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Były najpewniejsze z pewnych, dziś są głęboko niedoceniane
Gdzie najlepiej ukryć żydowskie dziecko?
Felietony Najnowsze wydanie
Hejt na Sienkiewicza. Progresiści na tropie polskiego rasizmu
Publicysta „Gazety Wyborczej” jako dowód w sprawie wskazuje.... „W pustyni i w puszczy”.
Felietony Poprzednie wydanie
Kult futbolistów. Polska drużyna pojechała do Kataru jak na wojnę
Petrodolary czynią cuda.