Cywilizacja

Ile butelek zmieści się w walizce? Niebezpieczne zabawy na Downing Street

Boris Johnson odzyskał pamięć i w końcu przyznał się do udziału w imprezie z 20 maja 2020 roku, przepraszając i wyrażając należną skruchę. Podczas godziny pytań w Izbie Gmin, 19 stycznia, zaznaczył jednak, że nie był świadom, iż postępuje niewłaściwie, nikt mu bowiem nie powiedział, że tak nie wolno.

Ile butelek wina da się przenieść w walizce? Na tak postawione pytanie od paru dni szukają odpowiedzi brytyjskie media. Butelki wina mają wielkość zbliżoną, ale walizki nie, a niestety nie wiadomo, jak duży był inkryminowany sakwojaż. Ostatecznie wyliczono, że w średniej walizce mieści się ok. 30 butelek, chyba że zostaną czymś przedzielone, żeby się nie potłukły. Wtedy będzie ich mniej.

Te fundamentalne rozważania to pokłosie imprezy, jaką w kwietniu ubiegłego roku zorganizowano na Downing Street 10, w budynku, który jest siedzibą rządu i zarazem rezydencją premiera. Wina zabrakło, wysłano więc umyślnych w celu uzupełnienia zapasów. Nie byłoby w tym niczego zdrożnego, bo wychylenie kieliszka nawet w miejscu pracy nie jest w Wielkiej Brytanii zabronione, gdyby nie dwa obciążające aspekty.

Po pierwsze, złamane zostały restrykcje antycovidowe, w owym czasie zakazujące spotkań towarzyskich w przestrzeni zamkniętej i zezwalające jedynie na kontakty w ramach wspólnego gospodarstwa domowego. Po drugie – i chyba nawet gorsze – spotkanie odbyło się 16 kwietnia, w przeddzień pogrzebu księcia Filipa, gdy obowiązywała żałoba narodowa.

„Prawdziwy obraz lockdownu to widok królowej, która, w żałobie po odejściu męża, siedzi samotnie (podczas nabożeństwa żałobnego – red.). Królowa pogrążona była w bólu, a na Downing Street w najlepsze trwała zabawa” – mówił Ed Davey, lider Liberalnych Demokratów.

W owym party, zorganizowanym na pożegnanie szefa sekcji ds. kontaktów i komunikacji, premier Boris Johnson nie brał udziału, podobnie jak w drugim, które równolegle odbywało się w innej części budynku. Obie imprezy się połączyły, zabawa trwała jeszcze dobrze po północy, była głośna muzyka i podobno nawet tańce – czego jednak rzeczniczka Downing Street nie chciała potwierdzić.
„Królowa pogrążona była w bólu, a na Downing Street w najlepsze trwała zabawa” – oskarżał premiera Ed Davey, lider Liberalnych Demokratów. Na zdjęciu Elżbieta II podczas uroczystości pogrzebowych księcia Filipa. Fot. POOL / Reuters / Forum
Boris Johnson przyznał natomiast, że uczestniczył w ogrodowej imprezie rok wcześniej, 20 maja 2020 roku, mimo obowiązującego wówczas lockdownu. Przez długi czas jednak zaprzeczał doniesieniom medialnym na ten temat, czyli, mówiąc brutalnie, okłamywał parlament i naród.

Opozycja – Partia Pracy, Liberalni Demokraci, Szkocka Partia Narodowa – żąda, by Boris Johnson ustąpił ze stanowiska. Domaga się tego również część konserwatystów. Ilu – nie wiadomo. A od tego zależy, czy żądania będą skuteczne.

„Proszę odejść, w imię Boże”

„Partygate”, bo tak oczywiście ochrzczono całą aferę, rozwija się w zawrotnym tempie, niemalże z dnia na dzień, zgodnie z regułami gatunku. Każdy dzień przynosi nowe szczegóły, zaskakujące wyjaśnienia i niespodziewane zwroty akcji.

Boris Johnson odzyskał na przykład pamięć i, jako się rzekło, przyznał się do udziału w imprezie z 20 maja, przepraszając i wyrażając należną skruchę. Podczas godziny pytań w Izbie Gmin, 19 stycznia, zaznaczył jednak, że nie był świadom, iż postępuje niewłaściwie, nikt mu bowiem nie powiedział, że tak nie wolno. Jak gdyby to nie jego rząd formułował antycovidowe zarządzenia i wprowadzał restrykcje!

Po stronie premiera zdecydowanie stają ministrowie. – Popieram go w stu procentach – mówi Liz Truss, od niedawna minister spraw zagranicznych. Poparcie wyraża Brandon Lewis, minister ds. Irlandii Północnej. – Absolutnie mu ufam – dodaje Nadine Dorries, minister kultury. Kanclerz skarbu Rishi Sunak chwali Johnsona za to, że zdobył się na przeprosiny. A minister edukacji Nadhim Zahawi podkreśla, że popełniać błędy jest rzeczą ludzką.

Londyn szykuje się do brexitu jak do wojny. Gromadzi miliardy funtów oszczędności i zapasy lekarstw

Premier Boris Johnson nie ma zamiaru prowadzić żadnych rozmów z unijnymi partnerami, póki nie zgodzą się oni na ponowne omówienie kwestii granicy wewnątrzirlandzkiej.

zobacz więcej
Ale część backbenchers, czyli szeregowych deputowanych, zaczyna się wahać. – Postępowania premiera nie da się obronić – uważa William Wragg, wiceprzewodniczący Komitetu 1922, w którego gestii leżą sprawy związane z wyłanianiem lidera partii (o czym dalej). – Przez to, że nie potrafi respektować ograniczeń, do których stosują się inni, szkodzi całej Partii Konserwatywnej – mówi Caroline Nokes, w swoim czasie członkini gabinetu Theresy May. Inni zauważają, że postępowanie Johnsona to policzek dla ludzi, którzy podczas pandemii wiele wycierpieli.

W najbardziej jednak wymowny sposób, bo sięgając po deklarację o wymiarze historycznym, zwrócił się do premiera David Davis, eks-minister ds. brexitu. – W imię Boże wzywam pana: proszę odejść – powiedział podczas posiedzenia Izby Gmin. Tymi dokładnie słowy 7 maja 1940 roku Leo Amery, minister w rządach torysów i zdeklarowany przeciwnik polityki appeasementu, zakończył przemówienie, w którym apelował do Neville’a Chamberlaina o ustąpienie ze stanowiska. Dzień później na czele rządu stanął Winston Churchill.

Gdyby Boris Johnson miał podzielić los Chamberlaina (istna złośliwość losu, bo za wzór w polityce stawia on sobie Churchilla i nawet napisał jego biografię), nie stałoby się to z pewnością w tak błyskawicznym tempie. Nie brak zresztą opinii, że cała sprawa powoli ucichnie, nawet jeśli dzisiaj można odnieść wrażenie, że raczej nabiera rozpędu.

Skandale i afery – komentował publicysta tygodnika „Spectator” – poruszają wprawdzie opinię publiczną, ale nie powodują upadku rządów. Rządy upadają, gdy pogarsza się sytuacja gospodarcza, a koszty utrzymania rosną. Tu właśnie, a nie w aferach, kryje się, jego zdaniem, realne zagrożenie dla Borisa Johnsona.

Przewrót pałacowy po raz drugi

Autor ma rację, ale tylko częściowo. Społeczeństwa istotnie są skłonne najmocniej karać władze za pogorszenie warunków życia, ale robią to wtedy, gdy mają taką możliwość – czyli w wyborach powszechnych. Gdyby Brytyjczycy chcieli z niej skorzystać i dać wyraz niezadowoleniu z rządów torysów i ich premiera, musieliby uzbroić się w cierpliwość. Kadencja parlamentu kończy się dopiero w grudniu 2024 roku, a obecny rząd dysponuje bezpieczną większością. Nie w tym więc kryje się problem.

Realne zagrożenie dla Johnsona stanowią więc nie wyborcy, lecz koledzy partyjni, którzy mogą podjąć próbę usunięcia go ze stanowiska lidera Partii Konserwatywnej, a tym samym szefa rządu.
Margaret Thatcher 22 października 1990 roku pożegnała się z Downing Street 10. Fot. Peter Macdiarmid/Getty Images
Czy zanosi się zatem na przewrót pałacowy, na wzór tego, którego ofiarą jesienią 1990 roku padła Margaret Thatcher? Nie można tego wykluczać, choć trudno również przesądzać. Mechanizm jest prosty i wypróbowany, punkt wyjścia zaś taki sam: trzeba pozbyć się lidera, który szkodzi partii, pogarszając jej notowania i szanse wyborcze.

W wypadku Margaret Thatcher gwoździem do politycznej trumny stała się próba wprowadzenia poll-taxu, czyli pogłównego, podatku od osób. Projekt przyjęto źle, jak Wielka Brytania długa i szeroka, wszędzie też dochodziło do gwałtownych protestów. Nieszczęsny pomysł przyćmił wcześniejsze dokonania rządów pani premier – reformy gospodarcze, niezależną politykę wobec EWG, wygraną w wojnie o Falklandy – w partii zaś zrodził przeświadczenie, że po trzech z rzędu zwycięstwach wyborczych kolejne wybory na pewno przegra (co skądinąd się nie stało). Bunt kolegów partyjnych doprowadził do odejścia pani Thatcher, której miejsce na czele partii i rządu zajął John Major.

W wypadku Borisa Johnsona problemem nie jest jednak polityka. Przez dwa i pół roku swych rządów musiał on w gruncie rzeczy zmierzyć się z dwoma tylko, choć arcypoważnymi problemami: brexitem i pandemią. Brexit, zgodnie z obietnicami, doprowadził do końca. A pandemia? Wielka Brytania, mimo wysokiej liczby zakażeń i żalów pod adresem służby zdrowia, od początku radziła sobie lepiej niż wiele innych krajów. Restrykcje antycovidowe nie budziły tu szczególnego oporu, choć, jak wszędzie przecież, kwestionowano je i krytykowano. Nie doszło jednak do protestów na skalę taką jak we Francji czy Holandii, a akcja szczepień dała lepsze skutki niż gdzie indziej.

Ponad prawem

O co zatem chodzi, skoro nie o prowadzoną politykę? O respektowanie zasad, które premiera i jego współpracowników powinny dotyczyć tak samo jak wszystkich. A przecież już miesiąc po wprowadzeniu lockdownu okazało się, że ten i ów stoi ponad prawem, a pierwsza związana z tym afera była naprawdę spektakularna. Jej niechlubnym bohaterem stał się bowiem Dominic Cummings, nie tylko najbliższy doradca premiera, ale – a raczej przede wszystkim – autor strategii i kampanii, która doprowadziła do brexitu.

Mimo obowiązujących zakazów, Cummings udał się w podróż do Durham, na północ Anglii, a gdy wyszło to na jaw, tłumaczył, że ,,przedsięwziął ją w sprawach rodzinnych, bo musiał”. Premier nie miał wyboru i afera skończyła się dymisją Cummingsa, który na kilkanaście miesięcy zniknął z życia publicznego.

Czy to przypadek, że teraz nie tylko wrócił, ale też chętnie udziela mediom informacji o imprezach? Cummings nie wierzy na przykład w uczciwość zapewnień premiera, który mówi, iż spotkanie z 20 maja traktował jako robocze. „Spotkanie robocze, na które uczestników formalnie zapraszano? – napisał na Twitterze. – Przecież jest jasne, że była to impreza towarzyska”.
Boris Johnson mierzy się z krytyką podczas godziny pytań w Izbie Gmin, 19 stycznia. Fot. UK PARLIAMENT/JESSICA TAYLOR / Reuters / Forum
Tymczasem Boris Johnson, gdy już zdecydował się opowiedzieć o wszystkim narodowi, z trybuny parlamentarnej solennie zapewniał, iż „na spotkaniu był zaledwie 25 minut, i tylko po to, by podziękować współpracownikom za ich ciężką pracę”. Nawet gdyby było to prawdą, jest oczywiste, że zasady zostały drastycznie naruszone. W czasie, gdy obowiązywał lockdown, w ogrodzie na tyłach Downing Street spotkało się około 30 osób spośród zaproszonych stu, choć rygorystyczne zalecenia z pierwszego okresu walki z pandemią mówiły o możliwości spotkania poza domem z jedną tylko osobą.

Na razie widomym skutkiem afery jest utrata jednego deputowanego - Christiana Wakeforda, który przeszedł do Partii Pracy. Od tej pory zatem Partia Konserwatywna ma w Izbie Gmin 358 mandatów na łączną liczbę 650. To większość na tyle bezpieczna, że konserwatyści nie muszą się niczego obawiać. Chyba że Wakeford znajdzie naśladowców.

Próg 54

Co innego, gdyby wybory miały odbyć się teraz. Partia Konserwatywna przegrałaby je z kretesem. Ostatni sondaż, przeprowadzony przez instytut YouGov na zlecenie dziennika „The Times”, daje Partii Pracy aż 10-punktową przewagę nad PK, najwyższą od 2013 roku. Na labourzystów głosowałoby 38 proc. wyborców, podczas gdy na torysów tylko 28 proc., dramatycznie poniżej znakomitych wyników z grudnia 2019 roku, gdy otrzymali 43,6 proc. głosów. To najlepiej pokazuje rozmiary rozczarowania opinii publicznej do partii i premiera, który – w najlepszym wypadku – przymykał oko na to, co robi jego sztab.

Z podsumowania, jakie sporządziło BBC, wynika, że na przestrzeni roku, od początku pandemii do 16 kwietnia 2021 roku, na Downing Street aż dziewięć razy spotkano się towarzysko w niedozwolonym liczebnie gronie; były też dwa spotkania poza siedzibą rządu – w ministerstwie edukacji i w budynku parlamentu. Jak jednak twierdzi Boris Johnson, „spotykano się w pracy, by rozmawiać o pracy”.

Dezercja Christiana Wakeforda lepiej niż cokolwiek innego pokazuje, gdzie kryje się zagrożenie. Wakeford przetarł drogę nowym deputowanym, którzy w 2019 roku zdobyli mandaty w okręgach zwanych Red Wall (Czerwony mur), stanowiących bastion Partii Pracy. To około 40 osób. Wygrali minimalną na ogół przewagą (w wypadku Wakeforda było to zaledwie 0,8 punktu), mają więc podstawy, by sądzić, że wobec spadku popularności PK w kolejnych wyborach stracą mandaty. Jeżeli bardzo chcą zostać w parlamencie – a większość pewnie chce – drogą ratunku jest przejście do Partii Pracy.

Prominentni przedstawiciele PK, pytani o to, co będzie dalej, zasłaniają się czekaniem na wyniki dochodzenia, jakie w sprawie imprez prowadzi Sue Gray, minister w urzędzie premiera. Jej zadaniem jest jedynie ustalenie faktów. Gdyby wynikało z nich, iż przepisy sanitarne dotyczące lockdownu, zachowywania dystansu itp. były łamane, sprawę przejmie policja.

Dla przyszłości Borisa Johnsona raport Sue Gray ma oczywiście znaczenie, ale nie decydujące. Zadecydują bowiem partyjni koledzy. Formalnie wszystko zależy od tego, czy Komitet 1922, skupiający wszystkich posłów szeregowych, otrzyma na piśmie deklaracje 54 deputowanych, że stracili do lidera zaufanie. To oznacza uruchomienie procedury, której pierwszym etapem jest głosowanie nad partyjnym wotum nieufności, a ostatnim, jeśli zostanie ono uchwalone, wybór nowego szefa partii.

Nowa gwiazda

Do złożenia deklaracji nieufności przyznało się dotąd sześcioro posłów, ale, jeśli wierzyć doniesieniom medialnym, jest ich o wiele więcej – dziewiętnaście, może nawet czterdzieści osób. Akcji usuwania premiera przewodzą podobno nowi deputowani, ci z okręgów Red Wall, choć przecież – jak zauważa tygodnik „Spectator” – to oni najwięcej zawdzięczają Borisowi Johnsonowi i jego strategii wyborczej. Dzięki niej weszli na drogę kariery politycznej. Podobno około dwudziestu z nich wysłało listy do Komitetu 1922, pięciu zaś zamierza zmienić barwy partyjne.

Nieformalnym wyrazicielem ich dążeń stał się Christian Wakeford, autor prawdziwego show w Izbie Gmin, gdy, przy owacji labourzystów, przechodził z ław torysów na stronę zajmowaną przez Partię Pracy. Jeszcze parę dni temu był szeregowym deputowanym, mało znanym poza własnym okręgiem, dziś jest rozpoznawalny i cytowany. I rozpoczął krucjatę przeciwko rządem Johnsona.

Twierdzi mianowicie, że rzecznicy dyscypliny partyjnej w PK grożą, iż okręgi zbuntowanych posłów dotkliwie odczują ich poczynania, stracą bowiem fundusze państwowe. Wakeford utrzymuje, iż jego okręg South Bury miałby nie dostać pieniędzy na budowę szkoły.

Na razie jednak wszystko pozostaje w stanie zawieszenia. Graham Brady, przewodniczący komitetu, odznacza się wielką dyskrecją. Póki próg 54 nie zostanie osiągnięty, niczego nie zdradzi. Dla Borisa Johnsona to tykająca bomba – którą, mimo wszystko, być może uda się rozbroić.

– Teresa Stylińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: W lipcu 2019 roku nikt – Boris Johnson, wtedy jeszcze pretendent do roli premiera, też nie – nie przypuszczał, że rok później wszystkie bary zostaną zamknięte. Londyński bar Wetherspoons Metropolitan, w którym tak dobrze się bawiono, również. Fot. Henry Nicholls / PA Images / Forum
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Nasze ulubione piosenki są „gimnastyką mózgu”
Muzyka dała początek… fizyce. Pomaga nawet w matematyce.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kobieta bez twarzy. Nie chciała być rozpoznana nawet po śmierci
Czy była szpiegiem? Albo należała do gangu i miała status świadka koronnego?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Pożyteczni idioci Putina
Deklaracje polityków i myślicieli związanych z zachodnią lewicą dotyczące rosyjskiej napaści na Ukrainę mogą zaskakiwać.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Wolność od rosyjskiego gazu
Niebawem Polska uzyska dostęp do złóż izraelskich i egipskich.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Identyczne bliźnięta nieidentyczne
Są od siebie genetycznie różne. Czy tylko jedno może mieć skłonność np. do raka?