Historia

Wymiar niesprawiedliwości. „Konstytucja konstytucją, a jak władza nie pozwala, to nie wolno”

Sądy – obok ludowego Wojska Polskiego, Służby Bezpieczeństwa oraz Milicji Obywatelskiej – stanowiły jeden z filarów stanu wojennego. I nadal czekają na uczciwe rozliczenie.

„Nie można patrzeć na orzeczenia z punktu widzenia fachowca, specjalisty od prawa karnego – każdy wyrok przedstawiany jest społeczeństwu jako oręż walki. Wyroki łagodne traktowane są jako bojkot władzy” – stwierdzał w październiku 1982 r. na międzywojewódzkiej naradzie sędziów orzekających w sprawach karnych minister sprawiedliwości Sylwester Zawadzki. Kilka miesięcy wcześniej pełnomocnik komisarz Komitetu Obrony Kraju w Ministerstwie Sprawiedliwości Henryk Kostrzewa – tym razem podczas narady prezesów sądów wojewódzkich – instruował: „Toczy się ostra walka polityczna. Sądy są organem państwa i władzy. 3 lata to powinien być wyjątek, a nie reguła”.

Nic zatem dziwnego, że – o czym później – zapadło wiele kuriozalnych wyroków, zaś prokuratorzy oskarżali, a sędziowie skazywali na podstawie prawa, którego nie było. Wynikało to oczywiście z wytycznych peerelowskich władz. Biuro Polityczne Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej już w dniu 13 grudnia 1981 r. nakazywało: „Utrzymać psychozę stanu wojennego. Reagować zdecydowanie na przypadki łamania postanowień dekretów i zarządzeń stanu wojennego”.

A I sekretarz KC PZPR, premier i szef WRON Wojciech Jaruzelski – jak zapisał w swych dziennikach pod datą 17 grudnia jeden z jego najbliższych współpracowników, wicepremier Mieczysław Rakowski: „każdego dnia naciska, żeby wreszcie zaczęły sypać się wyroki”…

Usunięto element niepewny

W związku z wprowadzeniem stanu wojennego doszło do szeregu zmian w funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości. Wprowadzono m.in. postępowanie doraźne przed sądami wojskowymi i powszechnymi – najniższa przewidziana w nim kara zasadnicza wynosiła 3 lata pozbawienia wolności, a sprawa była rozpatrywana ekspresowo, w ciągu 5 dni od daty złożenia aktu oskarżenia. Oprócz tego novum było postępowanie przyspieszone z karą pozbawienia wolności do 2 lat.

Główny ciężar „walki z kontrrewolucją” spadł na prokuratury i sądy wojskowe, których kompetencje znacznie rozszerzono. Jurysdykcji wojskowej poddane zostały „najgroźniejsze” przestępstwa, np. przypadki rozpowszechnianie wiadomości mogących osłabić obronność kraju. W efekcie do chwili formalnego zakończenia stanu wojennego (w dniu 22 lipca 1983 r.) sądy wojskowe skazały z powodów politycznych 10 191 osób. W tym samym czasie sądy powszechne za „przestępstwa polityczne” orzekły wyroki „jedynie” w stosunku do 1685 osób.

W realizacji wytycznych władz PRL pomogło oczywiście oczyszczenie wymiaru sprawiedliwości z osób uznanych za element niepewny. Z powodu zaangażowania w działalność związkową na wniosek ministra sprawiedliwości Rada Państwa do końca 1982 r. odwołała – według danych Komitetu Helsińskiego – około 40 sędziów. Zawadzki zwolnił również kilku asesorów sądowych i przyjął rezygnację 13 sędziów.
Sąd Wojewódzki we Wrocławiu, rok 1982. Proces przewodniczącego zarządu Regionu Dolny Śląsk NSZZ "Solidarność" Władysława Frasyniuka , który kierował Regionalnym Komitetem Strajkowym na Dolnym Śląsku. Frasyniuk w trybie doraźnym został skazany na 6 lat więzienia i 4 lata pozbawienia praw obywatelskich. Na zdjęciu obrońcy mec. Henryk Rossa (z lewej) i mec. Stanisław Afenda, z tyłu Władysław Frasyniuk. Fot. PAP/Adam Hawałej
W tym samym czasie odwołanych zostało z powodu – jak to określano – „złego wywiązywania się z obowiązków” 4 prezesów i 5 wiceprezesów z sądów wojewódzkich i rejonowych. Ponadto grupa, co najmniej kilkunastu sędziów po przeprowadzonych z nimi rozmowach sama zrezygnowała z zajmowanych stanowisk.

Analogiczną weryfikację przeprowadzono w prokuraturze, funkcjonującej niezależnie od Ministerstwa Sprawiedliwości (jej naczelnym organem zarządzającym był Prokurator Generalny PRL). Wedle oficjalnych danych z pracy zostało zwolnionych 28 zweryfikowanych negatywnie prokuratorów (w tym 15 członków NSZZ „Solidarność”, którzy odmówili złożenia deklaracji lojalności wobec państwa). Dane te są jednak zaniżone. Jak wynika z ustaleń samych związkowców za przynależność do NSZZ „Solidarność” zwolniono co najmniej 20 pracowników prokuratorskich (prokuratorów, asesorów i aplikantów), 1 pracownika administracyjnego i 9 pracowników Instytutu Problematyki Przestępczości w Warszawie. Z kolei kolejnych 12 prokuratorów zostało wyrzuconych zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego za odmowę wykonania poleceń służbowych lub złożenie legitymacji partyjnych.

W ciągu 1982 r. – według danych władz – rozwiązano stosunek pracy jeszcze z kilkunastoma prokuraturami. Były to dwie grupy. Do pierwszej należało kilku, którzy odmówili stosowania „wojennego” prawa, a do drugiej 11 prokuratorów z województwa opolskiego, którzy po wprowadzeniu stanu wojennego złożyli legitymacje partyjne, co uznano – zresztą całkiem słusznie – za demonstrację polityczną.

Zaocznie skazani na karę śmierci

Owa weryfikacja spowodowała, że „wymiar sprawiedliwości” stał się po 13 grudnia 1981 r. ważnym orężem walki z niepokorną częścią społeczeństwa. Prawo stanu wojennego było drakońskie – w trybie doraźnym groził potencjalnie wyrok 25 lat więzienia, a nawet kara śmierci, a na dodatek wyrok stawał się prawomocny z chwilą jego wydania. I kary śmierci – na szczęście zaoczne, wobec osób, które przebywały za granicą – zapadły. Zostały orzeczone wobec trzech „zdrajców” ze Służby Bezpieczeństwa i Wojskowej Służby Wewnętrznej oraz dwóch ambasadorów PRL (Zdzisława Rurarza i Romualda Spasowskiego), którzy „zdezerterowali” po 13 grudnia 1981 r. i poprosili o azyl na Zachodzie. Na śmierć skazano też Zdzisława Najdera – działacza opozycji (m.in. współzałożyciela Polskiego Porozumienia Niepodległościowego), który w 1982 r. został dyrektorem Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa.

Natomiast najwyższy wymiar kary wobec osoby przebywającej w kraju to 10 lat więzienia orzeczone przez Sąd Marynarki Wojennej w Gdyni wobec Ewy Kubasiewicz. Zapadł on w procesie pracowników Wyższej Szkoły Morskiej, którzy zorganizowali na tej (zmilitaryzowanej) uczelni 14 grudnia 1981 strajk, a dzień później go dobrowolnie zakończyli. Tak na marginesie wyrok ten był wyższy niż kara, której domagał się prokurator…

„Ekstremistki” niczego nie żałują

Dziewczyny z mniejszych miejscowości były szykanowane i upadlane, również po wyjściu z internowania. Płaciły ogromną cenę – mówi dawna opozycjonistka Ewa Józefowicz.

zobacz więcej
Generalnie najsurowsze wyroki były ferowane w stosunku do osób, które po wprowadzeniu stanu wojennego nie zaprzestały działalności związkowej, organizowały strajki i akcje protestacyjne na terenie wielkich zakładów pracy. „Najłagodniej” byli traktowani szeregowi członkowie „Solidarności”, których aktywność ograniczała się do niezorganizowanej, krótkotrwałej działalności przeciw władzy ludowej np. próby zwołania zebrania czy wywieszenia flagi państwowej. I tak np. przewodniczący komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” w Białostockich Zakładach Owocowo-Warzywnych Zdzisław Cieniewicz został skazany przez Sąd Wojewódzki w Białymstoku na karą 1,5 roku więzienia za… ukrycie związkowego sztandaru i dokumentów.

Oczywiście normą było, że wyroki nie miały nic wspólnego ze sprawiedliwością. Ich uzasadnienia bywały niekiedy wręcz kuriozalnego.

I tak np. uzasadniając karę śmierci dla Najdera za rzekome szpiegostwo na rzez Stanów Zjednoczonych Sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego stwierdzał „Obiektywnie stwierdzić należy, że nie ma dowodów na to, że osk[arżony] Najder współpracował z wywiadem amerykańskim od 25 lat, choć praktycznie nie jest to wykluczone”.

Z kolei Patrycjusz Kosmowski – przewodniczący Regionu Podbeskidzie i członek Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” – otrzymał wyrok 6 lat więzienia, gdyż sędziowie Sądu Wojewódzkiego w Białymstoku uznali, że „nieprawdopodobnym jest by oskarżony (...) w jednej chwili [czyli po wprowadzeniu stanu wojennego – GM] zdecydował, że należy zaniechać wszelkiej działalności związkowej”.

Więcej szczęścia miał Edward Antończyk, który został skazany „jedynie” na karę 4 lat więzienia za „sporządzanie, przechowywanie i rozpowszechnianie fałszywych wiadomości mogących wyrządzić poważną szkodę interesom PRL” w trakcie jego internowania w Rzeszowie - Załężu. Sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego ukarał go tak za wiersz pt. „Nędznicy” (część II, III, IV), odezwę - list „Drodzy przyjaciele” oraz napis - rymowankę na stronie tytułowej książki wypożyczonej z biblioteki aresztu śledczego, które przekazał dwóm osobom Barbarze Antończyk i Ewie Madetko.

Posłuszni i tchórzliwi

Takie przykłady można by było mnożyć. Tym bardziej, że niekiedy sędziowie nawet nie próbowali udawać, że nie realizują zamówienia politycznego. I tak np. jak informował Komitet Helsiński w raporcie z pierwszego roku stanu wojennego Sąd Najwyższy ogłaszając wyrok w sprawie Jana Blicharza i Stanisława Urbana, dwóch organizatorów strajku w Krakowskich Zakładach Armatur, stwierdzał: „Sprawa jest polityczna i jako taka musi być rozpatrywana w aspekcie politycznym, a dopiero na drugim miejscu – prawnym. Oskarżeni powinni być szczęśliwi, że nie są sądzeni przed Trybunałem Ameryki Południowej [?!]. Tacy ludzie jako oni doprowadzili do konieczności wprowadzenia stanu wojennego”.
Grudziądz, rok 1983. Proces Anny Walentynowicz oskarżonej o organizowanie strajku w grudniu 1981 r. Walentynowicz skazano na 1,5 roku więzienia w zawieszeniu. Na pierwszym planie obrońca mecenas Jacek Taylor. Fot. PAP/Stanisław Moroz
Z kolei sędzia Sądu Wojewódzkiego we Wrocławiu Marian Mizio podczas procesu Solidarności Dolnośląskiej mówił: „Nie będziemy się bawić w ceregiele – nie te czasy. Konstytucja konstytucją, a jak władza nie pozwala, to nie wolno”. Władze doceniały taką postawę – w marcu 1983 r. Mizio został sędzią Sądu Najwyższego.

We wspomnianym raporcie Komitetu Helsińskiego do grona posłusznych, tchórzliwych i „symbolizujących wręcz sądy stanu wojennego” sędziów zaliczono: Helenę Gawlicką, Marię Pszczółkowską-Chłopecką, Helenę Kopytowską (z Sądu Wojewódzkiego w Warszawie), Bogusława Włóczewskiego i wspominanego Mariana Mizio (z Sądu Wojewódzkiego we Wrocławiu), Mieczysława Przybosia (z Sądu Warszawskiego Okręgu Wojskowego), Henryka Mroza (z Sądu Wojewódzkiego w Bydgoszczy), Andrzeja Grzybowskiego, Andrzeja Finke i Aleksandra Głowę (z Sądu Marynarki Wojennej w Gdyni).

Nie sposób w tym miejscu nie przypomnieć sprawy zabójstwa Grzegorza Przemyka, zakatowanego w maju 1983 r. na komisariacie przy ulicy Jezuickiej na warszawskiej Starówce. To typowa sprawa polityczna, z decyzjami na najwyższym szczeblu peerelowskich władz, w efekcie której nie skazano rzeczywistych sprawców (funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej), a niewinnych pracowników Pogotowia Ratunkowego. Zaangażowanych w nią było wiele organów państwa, a – co ciekawe – problemy rządzącym sprawiała prokuratura.

Początkowo śledztwo powierzono Prokuraturze Rejonowej Warszawa Śródmieście, a nadzór nad nim sprawował sam zastępca prokuratora generalnego. Prokuratura rejonowa okazała się wyjątkowo oporna i zamierzała postawić zarzuty milicjantom. Władze PRL były jednak czujne i w lipcu 1983 r. prowadzenie sprawy przejęła Prokuratura Wojewódzka w Warszawie – zaangażowała się w nią Wiesława Bardonowa, należąca do grupy najbardziej dyspozycyjnych prokuratorów. Śledztwo zaczęto sterować w kierunku zrzucenia odpowiedzialności z funkcjonariuszy. Jednak i ona początkowo oskarżała milicjantów.

W końcu naciski polityczne poskutkowały i w styczniu 1984 r. Sąd Wojewódzki w Warszawie nie przyjął aktu oskarżenia i zwrócił go do „uzupełnienia” do prokuratury. Niedługo później usunięto ze stanowiska prokuratora generalnego Franciszka Ruska, który – o dziwo – sprzeciwiał się tak bezczelnemu manipulowaniu śledztwem.

W efekcie w maju 1984 r. powstał nowy akt oskarżenia, w głównymi oskarżonymi byli już sanitariusze, a nie milicjanci. I to właśnie ich skazał sąd.

Tak na marginesie z władzami nie tylko gorliwie współpracowała prokuratura – jej ustalenia na bieżąco otrzymywał m.in. minister spraw wewnętrznych – ale również Sąd Wojewódzki w Warszawie. A przebieg procesu, jego podział na odpowiednie części z prezesem tego sądu ustalał rzecznik prasowy rządu Jerzy Urban. W tym przypadku chodziło o wyciszenie w mediach zachodnich wątków niewygodnych dla rządzących, kiedy je omawiano, na salę nie wpuszczano korespondentów z państw kapitalistycznych.

Władza chciała „wziąć w kamasze” Lecha Kaczyńskiego i Donalda Tuska

Zastrzeleni, pobici, aresztowani, zwalniani z pracy. Ofiary stanu wojennego.

zobacz więcej
Na podstawie nieistniejącego prawa

Oddzielną kwestią było karanie osób za działalność w pierwszych dniach stanu wojennego (w okresie 13-17 grudnia 1981 r.), kiedy to jego prawodawstwo nie było jeszcze ani gotowe, ani tym bardziej opublikowane, czyli nie mogło po prostu obowiązywać. Dzisiaj oskarżających na podstawie nieistniejącego prawa prokuratorów oraz skazujących w oparciu o nie sędziów bronią ich koledzy twierdząc, że ci rzekomo nie posiadali oni takiej wiedzy. To kłamstwo.

„Orzekaliśmy na podstawie nieobowiązującego prawa i to jest bardzo smutne. Nie ma co udawać, ani gdzie indziej szukać winnych. To prawda, że dekret o stanie wojennym wisiał w każdym miejscu, że prawo stanu wojennego było tak podane, iż wydawało się w sposób oczywisty obowiązujące. Tymczasem nie obowiązywało. Przy orzekaniu zabrakło rozsądku, odwagi, czasu na myślenie. Strach z tamtego okresu we mnie pozostał” – stwierdzał szczerze po latach sędzia Zbigniew Gwizdek.

To jednak postawa wyjątkowa. Podobnie jak wyrok Sądu Śląskiego Okręgu Wojskowego, pod przewodnictwem sędziego Józefa Medyka, uniewinniający osoby oskarżone o kierowanie strajkiem w kopalni „Piast” czy też wyrok sądu w Olsztynie, który na początku 1982 r. uniewinnił działacza „Solidarności”, powołując się w uzasadnieniu wyroku „na fakt, że Dziennik Ustaw nie mógł obowiązywać w pierwszych dniach stanu wojennego”.

Kwestię tę zresztą wielokrotnie – szczególnie w odniesieniu do 14 grudnia 1981 r. – podnosili obrońcy w procesach politycznych. I tak np. mecenas Władysław Siła-Nowicki, przemawiając w trakcie procesu przywódców strajku z Zakładach Mechanicznych „Ursus” w Warszawie (bronił Jerzego Kaniewskiego) argumentował: „Czynów dokonanych dnia 14 grudnia nie można sądzić na podstawie ustawy, która faktycznie ogłoszona została 18 bm. Jeszcze takich spraw nie mieliśmy w historii całego naszego nowoczesnego państwa, również w historii prawa, którą znamy jako prawnicy... mamy obecnie zjawisko niebywałe. Ogłasza się ów dekret, ogłasza się przepisy karne, ogłasza się je w cztery dni po tym, jak dokonali swoich czynów oskarżeni”.

Niektórzy adwokaci szli zresztą jeszcze dalej. Stanisław Afenda nie tylko próbował podważyć sformułowanie stwierdzające, że dekret o stanie wojennym wchodzi w życie „z dniem ogłoszenia z mocą od dnia uchwalenia”, co było niezgodne z podpisanym przez PRL Paktem Praw Obywatelskich I Politycznych, ale również samą kwestię legalności jego uchwalenia. Oczywiście bez skutku, jeśli nie liczyć represji wobec niego – minister sprawiedliwości zawiesił mu (oczywiście pod innym pretekstem) prawo do wykonywania zawodu.
Warszawa, rok1984. Proces w sprawie śmierci Grzegorza Przemyka, maturzysty pobitego przez funkcjonariuszy MO w komisariacie przy ul. Jezuickiej na Starym Mieście. Fot. PAP/Wojciech Frelek
Kiedy mówi się o „wymiarze sprawiedliwości” po 13 grudnia 1981 r. często zapomina się o sądach pracy, które również w wielu przypadkach nie odegrały chlubnej roli. Według adwokata Wiesława Jerzego Johanna, obrońcy represjonowanych po 13 grudnia 1981 r., zapisały one w okresie stanu wojennego „wyjątkowo brudną kartę”. Jak przy tym dodawał: „Tak jak w sądzie karnym mogłem czasami liczyć na sukces, na wydanie w miarę łagodnego wyroku z zawieszeniem wykonania kary, na zmianę kwalifikacji, tak w sądach pracy właściwie nie zdarzało się przywrócenie ludzi do pracy”.

W przypadkach zwolnienia z pracy w zakładzie zmilitaryzowanym, w których nie było zresztą trybu odwoławczego od tej decyzji, a pracownik mógł jedynie dochodzić odszkodowania za okres wypowiedzenia w przypadku, gdy nie było podstaw do niezwłocznego zwolnienia z winy pracownika. Do 31 grudnia 1982 r. do okręgowych sądów pracy i ubezpieczeń społecznych wpłynęło 1611 tego rodzaju spraw, z czego jedynie w 132 przypadkach zasądzono odszkodowanie.

Wyrok za przejazd traktorem w czapeczce

Nie można również zapominać o roli kolegiów ds. wykroczeń. To one po 13 grudnia 1981 r. miały „największy przerób”. Za wykroczenia z dekretu o stanie wojennym ukarały one 207 477osób (z tego prawie 80% za nieprzestrzeganie godziny milicyjnej), w przypadku kilku tysięcy osób orzekły karę aresztu (do 3 miesięcy). Jak stwierdzał Komitet Helsiński w ich przypadku: „Dla uznania winnym nie zawsze potrzebne były dowody, wielokroć wystarczały jedynie poszlaki, niekiedy zaś, szczególnie w praktyce kolegiów i one stawały się zbędne”.

Podobnie jak w przypadku sądów do rzadkości nie należały kuriozalne orzeczenia. I tak np. 21 grudnia 1982 r. kolegium w Skierniewicach ukarało byłego przewodniczącego Wojewódzkiego Komitetu Założycielskiego NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność” w Puszczy Mariańskiej Edwarda Małeckiego grzywną w wysokości 20 tys. zł. grzywny za to, że jechał przez wieś traktorem w czapeczce z napisem „Solidarność”, a 23 stycznia 1983 r. kolegium ds. wykroczeń w Końskich w przypadku Leszka Majchrzaka orzekło 3 tys. grzywny za to, że „4.08.[19]82 r. o godz. 7.25 w Radoszczycach na przedniej szybie samochodu Fiat 126 p posiadał naklejoną naklejkę, której używanie jest zabronione” – znajdował się na niej niebezpieczny napis: „Solidarność”.

Inna sprawa to tryb orzekania. Jak relacjonował np. jeden z zatrzymanych w Nowej Hucie w dniu 14 października 1982 r.: „Kolegium odbywa się mechanicznie. Jest koło trzech minut na osobę . Siedzi facet i jak katarynka wypluwa z siebie paragrafy. Trudno odróżnić słowa. Jako świadek występuje milicjant, który mnie katował. Mówi że zaatakowałem jego i kolegów. Dostaję 3 miesiące aresztu z możliwością zamiany na grzywnę, ale nie pozwalają mi wyjąć pieniędzy, które mam w depozycie”.

Wyczuwaliśmy mitomanów, efekciarzy i przesadnych ryzykantów. Byli przekleństwem konspiracji

Piotr Semka: Kiedy ogłaszaliśmy przerwę milczenia, uczestniczyło w niej około osiemdziesięciu procent wszystkich uczniów.

zobacz więcej
Nic zatem dziwnego, że jak stwierdzał w sprawozdaniu ze swojej działalności pełnomocnik – komisarz KOK w Ministerstwie Sprawiedliwości Henryk Kostrzewa: „podstawowa kadra sędziowska sprostała trudnym zadaniom jakie wiązały się ze stosowaniem prawa czasu wojennego. Należy jej z tego powodu złożyć wyrazy wysokiego uznania [...] Oceny tej w niczym nie zmienia fakt, iż pewna liczba sędziów zachowywała postawę biernej neutralności, a nawet w niektórych przypadkach czyniła starania o i nie uczestniczenie w orzekaniu w sprawach o podłożu politycznym”.

Nie był to jednak wielki problem. Jak stwierdzał po latach Wiesław Seklucki (prezes Sądu Wojewódzkiego w Białymstoku w okresie stanu wojennego) komentując delegowanie podwładnych do spraw politycznych: „Nie musiałem sędziom kazać tego robić. To wynikało z działalności wydziałów karnych. I nikt nie odmawiał, nie mógł odmówić. U nas w Białymstoku nie ma bojowników. No może jedna pani sędzia, która nie podpisała lojalki”.

Z drugiej strony nie można zapominać, że pośród generalnie nieprzyjaznych sądzonym prokuratorów i niechętnych im sędziów, zdarzały się także i odmienne postawy – odmowy sądzenia w sprawach politycznych i oskarżania na podstawie ustawodawstwa stanu wojennego (co groziło i zazwyczaj skutkowała utratą pracy), czy też dość częste dokonywanie zmiany znacznie surowszego trybu doraźnego na zwykły.

„Nadmierny liberalizm” był przyczyną wszczynania postępowań dyscyplinarnych wobec sędziów. Tak było np. w przypadku Mikołaja Kwiatkowskiego z Warszawy. Szerokim echem odbiła się we wrześniu 1982 r. sprawa odwołania Krzysztofa Kauby z Warszawy i list 40 warszawskich sędziów w jego obronie. Jedynym zresztą jego efektem były upomnienia dla sygnatariuszy listu i odwołanie przewodniczących wydziałów sądów warszawskich, którzy podpisali protest.

Adwokat we własnej sprawie

Prokuratorzy oskarżający z przyczyn politycznych i sędziowie skazujący z tych samych powodów po 13 grudnia 1981 r. robili kariery nie tylko do końca PRL, ale również po roku 1989. I niestety nadal pozostają pod ochroną środowiska.

Efektem takiego stanowiska była m.in. kuriozalna uchwała Sądu Najwyższego z 2007 r., praktycznie uniemożliwiająca postawienie przed sądem sędziów, którzy w pierwszych dniach po 13 grudnia 1981 r. skazywali na podstawie prawa, którego nie było. Kuriozalna z kilku powodów. Nie tylko akceptacji, iż sędziowie łamali fundamentalną zasadę, że prawo nie działa wstecz, ale też z powodu powielania przy okazji kłamstwa, że nie mieli oni świadomości, iż orzekają na podstawie prawa którego nie ma.
Warszawa, rok 1984. Proces działaczy Komitetu Samoobrony Społecznej Komitetu Obrony Robotników (KSS KOR) Adama Michnika, Jacka Kuronia (na zdjęciu), Zbigniewa Romaszewskiego i Henryka Wujca przed Sądem Warszawskiego Okręgu Wojskowego. Fot. PAP/Wojciech Kryński
Tymczasem przeczą temu nawet dokumenty samego Sądu Najwyższego. W 1982 r. Biuro Orzecznictwa SN przygotowało specjalną informację w tej sprawie. Warto przytoczyć jej fragmenty: „wyrażane są w niektórych środowiskach poglądy, że za czyny popełnione w dniu 13 grudnia sprawcy nie powinni ponosić odpowiedzialności karnej ponieważ […] prawo karne nie działa wstecz (art. 1 KK), wsteczne działania prawa jest zakazane przez Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych (art. 15), także w wypadku zawieszenia niektórych praw (art. 4), co PRL zobowiązała się stosować”.

I dalej: „Inni zwolennicy poglądów zmierzających do pozbawienia prawa wojennego niektórych istotnych treści twierdzą, że gdyby nawet dekrety obowiązywały w dniu 13 grudnia 1981 r., to mimo tego z uwagi na art. 24 KK, nie ponosi się odpowiedzialności za popełnione w tym dniu czyny «okresu stanu wojennego», ponieważ sprawcy tych czynów, podobnie jak ogół społeczeństwa, nie byli poinformowani o treści dekretów (dostępnych dopiero ok. 18 grudnia 1981 r.), a więc działali pod wpływem błędu”.

Tak na marginesie – w 2007 r. Sąd Najwyższy był adwokatem we własnej sprawie. I to nie tylko dlatego, że po 13 grudnia jego sędziowie wiernie służyli partii, a nie państwu (m.in. korygując zbyt niskie wyroki sądów niższej instancji), ale również dlatego, że w momencie wydawania wspomnianej uchwały co najmniej dwóch sędziów Izby Wojskowej SN – Wiesław Maciak i Jerzy Steckiewicz – mogło być osobiście zainteresowanych, aby sobie zapewnić bezkarność: obaj skazywali po 13 grudnia. Ten drugi w okresie stanu wojennego orzekał zresztą w co najmniej w 26 sprawach...
Nie przeszkadza to ich kolegom nie tylko w uniemożliwieniu ich sprawiedliwego osądzenia, ale również w ich publicznym wybielaniu. „Sędzia stanu wojennego to nie jest określenie pejoratywne. Trzeba raczej mówić o sędziach bohaterach i ich przeciwieństwach” – stwierdził kilka miesięcy temu Adam Strzembosz, były prezes SN, internowany po 13 grudnia 1981 r. Świadczył on na korzyść sędziego Józefa Iwulskiego, podczas przesłuchania przed Izbą Dyscyplinarną Sądu Najwyższego w sprawie uchylenia mu immunitetu kilka miesięcy temu. A co warto przypomnieć Iwulski (jako podporucznik) orzekał w co najmniej 7 procesach politycznych. Według Strzembosza „tylko nieliczni nie zdali egzaminu z przyzwoitości i byli sędziami «usługowymi»".

Przypodobać się władzy

Zupełnie inaczej zapamiętali to obrońcy polityczni w stanie wojennym. I tak np. Jerzy Kurcyusz o Sądzie Wojewódzkim w Katowicach, w którym bronił oskarżonych w pierwszych dniach stanu wojennego mówił po latach: „sędziowie wojewódzcy zachowywali się w sposób szczególnie arogancki, traktowali oskarżonych gorzej niż kryminalistów i chcąc się przypodobać władzy wydawali drakońsko surowe wyroki”.
Prawda jest brutalna – „wymiar sprawiedliwości” przez cały okres Polski Ludowej był wykorzystywany (z różnym nasileniem) do zwalczania osób niepokornych. Tak też było w stanie wojennym, kiedy posłużył do zastraszenia społeczeństwa. Z całą pewnością okres po 13 grudnia 1981 r. (mimo chlubnych wyjątków) stanowi najciemniejszą kartę w powojennych dziejach polskiego wymiaru sprawiedliwości po okresie stalinowskim.

Nie ulega też wątpliwości, że „wymiar sprawiedliwości” – wbrew temu co twierdzą dziś jego obrońcy – stanowił (obok ludowego Wojska Polskiego, Służby Bezpieczeństwa oraz Milicji Obywatelskiej) jeden z filarów stanu wojennego. I nadal czeka na uczciwe rozliczenie, nie tylko zresztą za okres po 13 grudnia.

– Grzegorz Majchrzak

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Autor jest pracownikiem Biura Badań Historycznych IPN
Zdjęcie główne: Warszawa, 1982. Rozprawa przed Sądem Wojskowym o wydawanie prasy niezależnej. Zdjecie wykonane z ukrycia, pomimo zakazu fotografowania. Fot. Jerzy Kosnik / Forum
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Prawdziwe okoliczności pierwszego rozbioru Polski
Spożyjemy hostię: Polskę – pisał król Prus. Manifest zaborców zaczynał się: „W imię Trójcy Przenajświętszej!”
Historia Najnowsze wydanie
Radio dla Warszawy
Stołeczna rozgłośnia była spóźniona o ponad 10 lat w stosunku do innych stacji regionalnych otwartych w Polsce.
Historia Najnowsze wydanie
Żydówka, święta Kościoła katolickiego, patronka Europy
Prosiła, by dołączyć do swej siostry w bydlęcym wagonie. Zginęła w Auschwitz.
Historia Poprzednie wydanie
Polska oaza nauk w carskiej Rosji. Liceum Krzemienieckie
Tylko się uczyć: w ogrodzie 12 tysięcy gatunków roślin, podręczniki z Londynu, instrumenta fizykalne z Paryża – wszystko opłacone zbożem Wołynia.
Historia Poprzednie wydanie
W obozie nie było dobrego człowieka
Podobno ktoś rozpoznał ją na sali sądowej podczas procesu jednego ze zbrodniarzy wojennych. Przyszła się mu przysłuchiwać.