Historia

Szkoły nie tylko dla szlachty, opera nie tylko dla króla

Pierwszą w Polsce szkołę żeńską zorganizowała w latach 1621–1627, w swoim domu przy ulicy Szpitalnej 18 w Krakowie, Zofia Czeska, z domu Maciejowska, pochodząca z wielodzietnej rodziny drobnej szlachty małopolskiej. Ta szkoła jako pierwsza udostępniała możliwość nauki młodym kobietom, niezależnie od ich pochodzenia społecznego i majątkowego statusu.

Fragment piątego tomu „Dziejów Polski” drukujemy dzięki uprzejmości krakowskiego wydawnictwa Biały Kruk.

Co dodały do polskiej kultury prace i twórczość ludzi przełomu wieku XVI i XVII? Zacznijmy ten krótki, końcowy już przegląd dziejowego dorobku, jaki próbujemy zamknąć w ramach tego tomu, od instytucji, które służą twórczości, a przynajmniej jej upowszechnianiu. Najpierw oczywiście szkoły.

Mówiliśmy już o znaczeniu Uniwersytetu Wileńskiego, który od chwili założenia przez Stefana Batorego trwał i swoją tradycją wpłynie, 240 lat później, na takich choćby uczniów jak Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki. A to nie jest mała zasługa dla polskiego imperium. Ogromne znaczenie dla szlacheckiej kultury miały także inne jezuickie kolegia, które do rangi uniwersyteckiej nie awansowały, ale pokryły swą edukacyjną siecią ogromne obszary Rzeczypospolitej.

W 1648 roku było już 35 takich kolegiów, kształcących jednocześnie kilka tysięcy uczniów. Czy tylko z pogardą można się do tej edukacji odnosić z perspektywy XXI-wiecznych uprzedzeń? Współczesna historiografia zdecydowanie dowartościowuje znaczenie i jakość tego jezuickiego kształcenia.

Kordelaszek i stypendium

Ja pozwolę sobie, zamiast wchodzić w głąb jej argumentacji, wskazać na jeden aspekt wpływów dominującego przez ponad dwa wieki szkolnictwa średniego ojców jezuitów: to właśnie owe kolegia nauczyły sześć czy siedem pokoleń odbiorców, ale również amatorskich reżyserów, scenografów i aktorów, co może dać przeżycie teatralne.

Jakkolwiek zdziwieni mogą być tą konstatacją twórcy dzisiejszego teatru – to kolegiom jezuickim zawdzięcza Polska kulturę teatralną. W kilkudziesięciu takich teatrach „kolegialnych” (najbardziej znane działały w Poznaniu – od 1572 roku, potem m.in. w Warszawie i Wilnie) wystawiano nie tylko sztuki o tematyce biblijnej, ale i repertuar, który można nazwać klasycznym (nawiązujący do greckiego i rzymskiego antyku), nowe komedie Moliera, tragedie Racine’a, a w końcu świetnych polskich autorów, jak Franciszek Bohomolec czy Wacław Rzewuski.

Niezwykle ważną i zasłużoną w dziejach naszej kultury i nauki szkołę powołała do życia fundacja bohatera, którego już tutaj przedstawialiśmy: kawalera Bartłomieja Nowodworskiego. Możemy go zapamiętać jako rzeczywiście bohaterskiego „sapera”, podkładającego skuteczną minę pod wały Smoleńska, a potem – już nieskuteczną (ale nie z jego winy) pod mury Moskwy. Choć po szturmie stolicy państwa moskiewskiego w 1618 roku dobiegał siedemdziesiątki i nie władał ciężko ranną prawicą, rwał się jeszcze do obrony Rzeczypospolitej po klęsce cecorskiej, ale kontuzja nie pozwoliła mu dołączyć do towarzyszy w Chocimiu. Pragnął więc służyć inaczej. I tą drugą, edukacyjną służbą zarobił chyba na jeszcze większą wdzięczność pokoleń niż „kordelaszek wysadzany dyjamentami”, jaki za odwagę pod Moskwą podarował mu król Zygmunt.
Edukacja
Już w 1611 roku Nowodworski przedstawił na sejmie projekt fundacji, która miała zorganizować rodzaj systemu stypendialnego dla zdolnej młodzieży szlacheckiej, którą wysyłano by za granicę po naukę najnowocześniejszej sztuki wojennej. To miała być kadra świetnych oficerów dla przyszłych potrzeb Rzeczypospolitej. Poparcia ten projekt nie znalazł.

Wobec tego smoleński bohater użył własnych środków i w 1617 roku podarował Uniwersytetowi Krakowskiemu 8 tysięcy złotych na opłacenie trzech profesorów dla tzw. szkół prywatnych oraz stypendialne wsparcie czterech studentów (w tym jednego plebejusza) z powiatu tucholskiego, rodzinnej ziemi kawalera. Dodał do tego dwa lata później kolejną fundację – 7 tysięcy złotych, które miały przynosić dochód na wydawanie pożytecznych dla nauki książek.

Z owych „prywatnych szkół”, którym początek dała hojność Nowodworskiego, wyrosła szkoła średnia, działająca przy Uniwersytecie Krakowskim przez wieki aż do dzisiaj. A wyszli z niej, duchowo wzbogaceni, m.in.: Wespazjan Kochowski – jeden z największych poetów naszego baroku, Jan III Sobieski (król za swoje listy do Marysieńki zasługuje na wieczne miejsce w dziejach polskiej kultury), Wojciech Bogusławski – twórca teatru narodowego Polaków, oraz cyniczny mistrz klasycyzmu – Stanisław Trembecki, dalej – Józio Korzeniowski, znany bardziej jako Joseph Conrad (choć dla niego ważniejsza może okaże się morska szkoła życia), Jan Matejko i jego historyczny mistrz – Józef Szujski, potem Stanisław Wyspiański, Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Karol Hubert Rostworowski, a w końcu, w tłumie już „plebejskich” dzieci – choćby Stefan Banach, największy polski matematyk, i Sławomir Mrożek… I to chyba nie jest mało/…/

Panny do książek

Odsiecz wiedeńska była głupotą. A Jan Chryzostom Pasek draniem

Sarmatyzm to tradycja, z której wyrastają wolność, demokracja i ruch Solidarności.

zobacz więcej
Niewiele później powstała w tym samym Krakowie pierwsza w Polsce szkoła żeńska. Zorganizowała ją w latach 1621–1627, w swoim domu przy ulicy Szpitalnej 18, Zofia Czeska, z domu Maciejowska, pochodząca z wielodzietnej rodziny drobnej szlachty małopolskiej.

Ponieważ prababka mojej matki była Maciejowska z domu, a jej ojciec, Andrzej, jest już odnotowany jako mieszkaniec Krakowa na początku XIX wieku, lubię czasem roić o tym, jak się krew Maciejowskich, Wiszów i Nowaków miesza w tej rodowej historii, ale przecież także – podobnie, choć nie identycznie – łączą się geny chłopów, karczmarzy, miejskich „plebejów”, drobnej i wielkiej szlachty w tylu milionach innych indywidualnych historii rodzinnych Polaków. Czy mają się te różne składniki burzyć przeciw sobie, prowadzić wojnę domową, klasową walkę? Ale zostawmy te niewczesne rozważania i wróćmy do początków edukacji kobiet.

Otóż już jako osiemastolatka włączyła się pani Czeska w pracę dobroczynną powołanego przez księdza Skargę Arcybractwa Miłosierdzia. Owdowiawszy prędko, postanowiła wykorzystać ten majątek, jaki miała, oraz swoją pracę dla opieki nad ubogimi, osieroconymi dziewczętami. Stworzony przez nią zakład wychowawczy, nazwany Domem Panieńskim Ofiarowania Najświętszej Marii Panny, zatwierdził w 1627 roku biskup krakowski, Marcin Szyszkowski.

Były wcześniej szkoły, czy raczej jakby pensje, dla małych grupek panien z najbogatszych domów szlacheckich. Nowa instytucja była jednak rzeczywiście pierwszą szkołą udostępniającą możliwość nauki młodym kobietom, niezależnie od ich pochodzenia społecznego i majątkowego statusu. Dziś kontynuują to dzieło szkoły sióstr prezentek, bo ten zakon (zwany tak od słowa Praesentatio w łacińskiej nazwie oznaczającego Ofiarowanie – Najświętszej Marii Panny) wyrósł z intencji Zofii Czeskiej, już po jej śmierci. Matka Czeska została zaliczona przez papieża Benedykta XVI w poczet błogosławionych Kościoła katolickiego, a licea prezentek działają nadal w Krakowie i Rzeszowie.
Obraz beatyfikacyjny matki Zofii Czeskiej, założycielki zakonu i szkoły prezentek. Fot. PAP/Michał Walczak
Odnowiła swoją edukacyjną misję Akademia Lubrańskiego w Poznaniu, po kryzysie spowodowanym rywalizacją z jezuitami, którzy chcieli swoim kolegium zdominować nauczanie nad Wartą. Kapituła poznańska pomogła jednak dźwignąć się zasłużonej szkole, łącząc ją ściślej z Uniwersytetem Krakowskim – katedry na „Lubrance” były od 1619 roku obsadzane profesorami z uczelni krakowskiej.

Ta ostatnia wszakże też przeżywała, trzeba przyznać, poważne problemy w starciu z ambicjami jezuitów, którzy również w Krakowie chcieli swoją konkurencją wyprzeć starą „perłę nauk”. Przyblakł mocno jej blask, ale nie zgasł zupełnie. Nadal przybywali tu zdobywać wykształcenie szlacheccy, i nie tylko – jak przed chwilą wspomnieliśmy – synowie. Dobre imię uczelni podtrzymywali tacy profesorowie jak Sebastian Petrycy z Pilzna czy Jan Brożek z Kurzelowa, obaj mieszczańskiego pochodzenia.

Sebastian Petrycy (1554–1626) zarabiał na życie przede wszystkim jako medyk (doktorat w tej dziedzinie uzyskał na uniwersytecie padewskim), filozofię ukończył w Krakowie. Wykładał literaturę starożytną, filozofię przyrody według Arystotelesa, a także logikę, politykę i astronomię./…/. Zostawił kilka bardzo interesujących traktatów z zakresu medycyny praktycznej, w tym instruktaż na czas epidemii: Jak się sprawować czasu moru (1613). Najgłębsze swe myśli zawarł w „przydatkach” czyli obszernych komentarzach do swoich tłumaczeń Polityki, Etyki oraz Ekonomii Arystotelesa/../

Jesteśmy wolni – pisał – ale wolność wtedy tylko dobrze wykorzystujemy, kiedy potrafimy zapanować nad tym, co nas niewoli, nad naszą „bydlęcą” naturą, kiedy przez wolność stajemy się doskonalsi. Obserwacja ta prowadzi Petrycego do zdań, które trafiają w bolesne punkty rzeczywistości społecznej początku XVII wieku, ale też mówią tym, co czują się dzisiejszymi elitami, coś ważnego: „Obaczmyż tu nasze wolności, jeśli to wolność jest najechać sąsiada, wziąć żonę, dziewkę abo co inszego uczynić nieprzystojnego; jeśli to według wolności prawej konstytucyja chłopa zabić, a dać zań dziesięć grzywien, nie pojmać złoczyńcę, jedno prawem przekonanego. […] Najdują się na świecie i między nami bydlęcy ludzie, a niewłaściwi ludzie, którzy pod płaszczykiem szlachectwa, pod płaszczykiem wolności przodków swoich, za ich poczciwe sprawy i zasługi przeciwko [czyli: dla] Rzeczypospolitej dane, swej wolej się chwytają, nie wiedząc, na czym wolność szlachecka zależy. Czynią, co im się podoba, nie co przystoi; żądzej zmysłowej z bydlęty zażywają, nie wolej abo wolności prawej, która początek ma od rozumu; i przełożonych duchownych i świeckich nie chcą nad sobą mieć…”.

Sarmackie Ateny

Król się żeni z Habsburżanką. Polski komiks sprzed 400 lat

To istny tasiemiec – mierzy ponad 15 metrów długości i ledwie 27 centymetrów szerokości.

zobacz więcej
Z kolei młodszy od Petrycego o pokolenie Brożek (1585–1652) okazał się najznakomitszym bodaj matematykiem w całej historii Rzeczypospolitej przedrozbiorowej. Twórca pierwszej katedry geodezji, kontynuator teorii Kopernika i jeden z pierwszych jego biografów, wydawał podręczniki arytmetyki, geometrii i astronomii, zajmował się teorią liczb „doskonałych” i „zaprzyjaźnionych”, rozwiązując z pasją nawet takie zagadnienia, jak geometryczny sens budowania komórek plastrów pszczelich w formie sześciokątów.

Całkiem krakowska uczelnia jeszcze wtedy nie upadła. Wielu świetnych i światłych absolwentów przysporzyły w ostatnich dekadach wieku XVI i pierwszych XVII gimnazja mieszczańskie – luterańskie, zwłaszcza w Gdańsku i Toruniu, ewangelicko-reformowane (kalwińskie) gimnazja szlacheckie m.in. w Pińczowie, Słucku, Kiejdanach czy wreszcie może najsłynniejsze, ariańskie, w Rakowie.

Ta ostatnia szkoła, nazywana niekiedy sarmackimi Atenami, kwitła w czasie panowania Zygmunta III. Gromadziła do tysiąca nawet uczniów, nie tylko braci polskich, ale również ewangelików reformowanych, a nawet katolików/…/. I stąd wyjdą absolwenci w rozmaity sposób zasłużeni, jak Samuel Przypkowski czy Andrzej Wiszowaty, poeci i namiętni polemiści ariańscy, Jerzy Niemirycz – główny twórca unii hadziackiej z Ukrainą, czy wreszcie Stanisław Lubieniecki, znakomity później astronom, autor najbardziej wnikliwego studium o kometach w XVII stuleciu.

Krócej działała tzw. Akademia Ostrogska, ambitna próba podniesienia edukacji prawosławnych obywateli Rzeczypospolitej, pod patronatem kniazia Konstantego; podupadła po śmierci fundatora.

O tym, że życie umysłowe i literackie w Rzeczypospolitej nie zamarło bynajmniej, świadczyć może również ilość czynnych drukarni. Kraków pozostawał w tej dziedzinie niekwestionowaną stolicą. W pierwszych dekadach XVII wieku tłoczyło tu książki aż 19 impresorów. Działało kilkanaście takich zakładów na Litwie, w tym protestancka drukarnia w Nieświeżu i oczywiście katolicka – Uniwersytetu w Wilnie, wydawały książki bractwa prawosławne i jezuickie kolegia; dopiero zaczynało raczkować drukarstwo w Warszawie.

Głosy chórów

Nowa siedziba króla stała się za to głównym ośrodkiem muzyki, o ogromnym na przyszłość znaczeniu. Dwór Zygmunta III podtrzymał tradycję wcześniejszych dwóch Zygmuntów jako patronów kapeli rorantystów na Wawelu. Wzbogacił nowymi wpływami włoskimi muzykowanie na najwyższym poziomie.
Wysłannicy króla sprowadzili w 1595 roku z Rzymu, ówczesnej stolicy europejskiej muzyki, grupę 20 instrumentalistów i chórzystów. Stanął na ich czele najpierw jeden z mistrzów późnorenesansowego madrygału, Luca Marenzio, uświetniając występami swojego zespołu nie tylko dworskie bankiety, ale i obrady sejmowe. Już w Polsce stworzył m.in. trzychórowe Te Deum i piękną mszę Super Iniquos .

Król lubił pompę muzyki łączącej siły i głosy wielu chórów, cieszył więc uszy Zygmuntowe takimi kompozycjami następny kapelmistrz, wcześniej służący w tej roli w samej Bazylice św. Piotra w Rzymie, Asprillio Pacelli z Umbrii. Skomponował w Krakowie, Warszawie i Wilnie kilkanaście dedykowanych monarsze polichóralnych motetów, a także m.in. wspaniałą pieśń ku czci świętego Stanisława do słów księdza Stanisława Grochowskiego.

Ostatnim wybitnym kompozytorem italskiej szkoły (w tym przypadku: weneckiej) był na dworze Zygmunta Tarquinio Merula z Cremony, twórca zarówno arcydzieł muzyki instrumentalnej, jak i chóralnej. Proszę posłuchać dostępnych na YouTube nagrań choćby uroczej La Lusignuoli tego autora (polecam wykonanie zespołu Sirena).

Źródło: sirenarecorder/YouTube

Królewicz Władysław w czasie swej wielkiej podróży przez zachodnie stolice w latach 1624–1625 „złapał bakcyl” muzyki w stopniu jeszcze silniejszym niż ojciec. Przywiózł z tej podróży operę włoską, która jeszcze właściwie nigdzie poza Italią wtedy nie była znana.

W 1628 roku zainaugurował tradycję operową w Warszawie, pierwszym poza Italią wystawieniem opery włoskiej: Galatei (nieustalonego kompozytora), a w ślad za tym pierwszej opery w ogóle skomponowanej przez kobietę: Francescę Caccini – La liberazione di Ruggiero , napisanej specjalnie dla Władysława. Kiedy syn Zygmunta III zasiądzie na tronie ojca, uczyni Warszawę rzeczywiście stolicą europejskiej muzyki operowej.
Dobrze, ktoś może zapytać: ale co z tego miał chłop ze Świlczy czy z jakiejkolwiek innej wsi w Rzeczypospolitej, jak się to ma do budowania polskości ponadstanowej? Już spieszę wyjaśnić.


Dodajmy więc najpierw, że z tej włoskiej szkoły korzystali znakomicie rodzimi twórcy. Po śmierci Mikołaja Gomółki, którego wspominaliśmy wcześniej jako autora Melodii na psałterz polski Kochanowskiego, linię świetnych kompozytorów przedłużyli w czasach Zygmunta III m.in. Mikołaj Zieleński, Adam Jarzębski i Marcin Mielczewski. Gomółka podkreślał, że jego melodie „Są łacniuchno uczynione / Prostakom nie zatrudnione / Nie dla Włochów, [ale] dla Polaków / Dla naszych, prostych domaków”. Jego kontynuatorzy mieli ambicje tworzyć muzykę uniwersalną, ale od polskich korzeni się nie odcinali. Mikołaj Zieleński, stanu mieszczańskiego, wójt wsi Bocheń pod Łowiczem, był kapelmistrzem i organistą biskupa płockiego, a potem prymasa, Wojciecha Baranowskiego. /…/

Siła kolędy

Adam Jarzębski, z Warki, skrzypek i poeta (m.in. autor poematu Gościniec, abo krótkie opisanie Warszawy , swoistego pierwszego przewodnika po nowej stolicy), związany był z kapelą królewską od 1617 roku. Tworzył już barokowe w stylu koncerty i pieśni (Canzoni e concerti). Jak żywa to i porywająca muzyka, wystarczy posłuchać jego Tamburetty z 1627 roku, koniecznie w wykonaniu Polskiej Orkiestry Kameralnej pod dyrekcją Jerzego Maksymiuka.

Źródło: Narodowe Forum Muzyki/YouTube

Marcin Mielczewski, który w XVII wieku zdobył bodaj największą sławę (jego kompozycje wykonywane były od Danii, przez Berlin i Wrocław, aż do Moskwy), do kapeli królewskiej dołączył dopiero w 1632 roku. Najświetniejsze jego kompozycje przypadły już na czas panowania Władysława IV (czyli następnego tomu), tutaj więc tylko sygnalizujemy jego nazwisko jako zmiennika w dziejowej sztafecie muzyki polskiej, ściśle z europejską związanej i współtworzącej jej główne nurty coraz śmielej.

O to właśnie mi idzie, że to jest sztafeta. Zaczyna się w Rzymie albo w Wenecji, idzie następnie przez Wawel, Łowicz, Warszawę, Wilno, przez dwór Zygmunta III albo prymasa. Biegnie dalej, dochodzi nieprzerwanie do warszawskiej Szkoły Głównej Muzyki, która oszlifowała wyjątkowy talent Fryderyka Chopina do poziomu jego odegranych po raz pierwszy w Warszawie właśnie koncertów fortepianowych.

Pekin to miasto Chopina?

Szkoda, że Warszawa nie skorzystała z przykładu Salzburga. Tam Mozart jest na każdym rogu.

zobacz więcej
A potem, wciąż dalej i dalej, zachwyca ludzi na całym świecie i przyciąga do polskiej nuty, często o ludowym pochodzeniu, do tych mazurów i mazurków, kujawiaków i oberków, poprzez nuty Henryka Wieniawskiego, Stanisława Moniuszki, Karola Szymanowskiego, aż po Witolda Lutosławskiego czy Wojciecha Kilara. I trafia w końcu, jakby z powrotem, do potomków tych kmieci ze wsi Bocheń czy mieszczan z Warki, by się spotkali we wspólnym zasłuchaniu – ot, choćby w kolejnej edycji Konkursu Chopinowskiego…

Bezpośrednio, już wtedy, w XVII wieku, tę więź tworzą słowa i muzyka polskich kolęd. Kilka z tych, jakie śpiewamy do dziś, zebrał w Symfonie anielskie Jan Żabczyc i wydał w 1630 roku. Pochodzący z chłopskiej albo mieszczańskiej rodziny, absolwent Uniwersytetu Krakowskiego, związany z dworem Mniszchów, wydał wcześniej sporo utworów upamiętniających doświadczenia i przygody moskiewskie. Wdzięczność pokoleń zaskarbił sobie jednak właśnie wydanymi w Krakowie Symfoniami .

W zbiorze tym zapisał 36 kolęd i pastorałek. Znajdziemy tam takie znane i lubiane do dziś, jak A wczoraj z wieczora…, Pastuszkowie mili czy – dodaną w nowym wydaniu z 1631 roku najpopularniejszą wciąż Przybieżeli do Betlejem … Nieco później, w połowie XVII wieku, pojawia się w kancjonałach, czyli zbiorach pieśni religijnych, zapis pierwszej zwrotki nie mniej popularnej kolędy Ach ubogi żłobie… Śpiewano już wcześniej Anioł pasterzom mówił.

Księdzu Piotrowi Skardze przypisuje się autorstwo słów kolędy W żłobie leży (pierwszy zapis nutowy pojawia się dopiero w 1707 roku).

Gdzieś między Skargą a początkiem wieku XVIII zaczyna być śpiewana ta kolęda, która jakoś szczególniej z polskością się kojarzy i wyraża ją najpiękniej: Lulajże, Jezuniu. Tekst, znany po raz pierwszy z zapisu w 1705 roku, a więc dobrze już utrwalony w wykonawczej, ludowej tradycji, w połączeniu z melodią stanie się znakiem wywoławczym wspomnienia o Polsce, tęsknoty za nią dla tych, którzy znaleźli się od niej daleko. Do muzyki światowej motyw z tej kolędy wprowadził Chopin w środkowej części swego scherza h-moll (skomponowanego już po wyjeździe z kraju, w Wiedniu, kiedy Fryderyk wiedział już o powstaniu w Warszawie). Zawsze chyba wywołuje w tym miejscu drżenie polskiej struny w naszej wyobraźni. Zacytuje ów kolędowy motyw także Jacek Kaczmarski w swojej Wigilii na Syberii.

Czy dość tych przykładów, byśmy poczuli jakąś więź z czasem i ludźmi, którzy to szczególne polskie imperium kultury budowali, składając je z nut wiejskich kościółków i przywiezionej z Italii opery?

Nobel dla Sarbiewskiego

A w literaturze – tylko regres? Nie było drugiego Kochanowskiego po Kochanowskim, to prawda, choć trzeba ją będzie za chwilę opatrzyć pewnym zastrzeżeniem. Dorobiła się jednak w okresie, który obejmujemy w tym tomie, drugiego literackiego „Nobla”.
Pomnik Klemensa Janickiego w Poznaniu. Fot. Dawid Tatarkiewicz / Forum
W pierwszej połowie wieku XVII, tak jak i w wieku XVI, odpowiednikiem takiego prestiżu był tytuł poety-laureata, uwieńczonego osobiście przez papieża. W 1540 roku zdobył ów tytuł chłopski syn, Klemens Janicki, za swe odnawiające tradycje Owidiusza elegie.

W 1623 roku wyróżniony został w ten sam sposób Maciej Kazimierz Sarbiewski (1595–1640). Młody poeta ze szlacheckiej rodziny spod Płońska, pieczętującej się herbem Prawdzic, błyskawicznie wspiął się na Parnas ówczesnej Europy. Doceniony został przez papieża-poetę Urbana VIII, podziwiany był m.in. przez Petera Paula Rubensa (który swoją ryciną ozdobił luksusowe wydanie poezji Sarbiewskiego) i Hugo Grocjusza, przywoływanego już tutaj odnowiciela prawa międzynarodowego. Czytany był z równym zachwytem przez katolików i protestantów. Swą edukację zawdzięczał ojcom jezuitom – w kolegiach w Pułtusku, Braniewie i, w końcu, na uniwersytecie w Wilnie.

– Andrzej Nowak

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


O książce

Długo oczekiwany piąty tom „Dziejów Polski” krakowskiego historyka profesora Andrzeja Nowaka nosi podtytuł „Imperium Rzeczypospolitej”. Bo i rzeczywiście, był to okres budowy imperialnej potęgi Najjaśniejszej Rzeczypospolitej: zwycięskie wyprawy Stefana Batorego na armię Iwana Groźnego, zwycięstwo hetmana Chodkiewicza pod Kircholmem czy Żółkiewskiego pod Kłuszynem.

Ale – wyjaśniał prof. Nowak w przemowie wygłoszonej na promocji piątego tomu – był to również czas dramatycznych wyborów między dobrem Rzeczypospolitej a dobrem własnym, które nie zawsze jest zgodne z dobrem wspólnym. Był to czas formowania się wielkiej opozycji wobec króla, opozycji totalnej – prof. Nowak nie waha się przed tym sformułowanie – której twórcą stał się, skądinąd światły i zasłużony w wielu dziedzinach, hetman wielki koronny i kanclerz wielki koronny Jan Zamoyski.

Profesor Andrzej Nowak nie ukrywa zaskoczenia, jakie przeżył, studiując olbrzymią korespondencję Zamoyskiego z jego politycznymi klientami. Rozprawia się też w tym tomie z mitem bezwzględności „polskich panów” wobec ukraińskiego czy białoruskiego chłopa, bo największe polskie latyfundia leżały na peryferiach Rzeczypospolitej i należały do ruskich, prawosławnych książąt czy litewskich magnatów, którzy zapisali się do ewangelicko-reformowanych zborów.
Publikacja wydana nakładem domu wydawniczego Biały Kruk
Jeśli istota imperium – mówił krakowski historyk – polega na tym, że centrum wyzyskuje peryferie, to Rzeczpospolita, choć wielka, silna i zasobna, imperium nie była. Chyba, że za prawdziwe imperium uznamy jej kulturę, to wielkie dziedzictwo, które zostawili nam nasi przodkowie. Jej oddziaływanie – pisze w piątym tomie „Dziejów Polski” prof. Nowak – „jest może najważniejszym, najskuteczniejszym polskim imperium – czyli rozkazem, nakazem (bo to, przypomnijmy, oznacza łaciński źródłosłów tego pojęcia). To jest imperium liberum oczywiście. Można to, co jest w polskiej kulturze, odrzucić. Można od tego nakazu, by się to bogactwo nie zmarnowało, by z niego korzystać, by je dalej rozwijać – można od tego wszystkiego zdezerterować. To dzisiaj wiemy. Ale przez wieki owo szczególne imperium brało kolejne pokolenia i kolejne stany pod swoją władzę. I o tym jest ta książka”.

– Barbara Sułek-Kowalska
Zdjęcie główne: Fragment obrazu Jana Matejki „ Założenie Akademii Lubrańskiego w Poznaniu. Fot. www.mnp.art.pl
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Wybrać wolność MiGiem
Polscy piloci uciekali z PRL wojskowymi samolotami.
Historia Poprzednie wydanie
Tylko tu nauczycielki obowiązywał celibat. Śląska autonomia
W niemieckiej części regionu nie miały zastosowania przepisy antyżydowskie III Rzeszy.
Historia wydanie 6.05.2022 – 13.05.2022
Prawosławny król. Koronowany przez katolickiego papieża
Gdyby Amerykanie nakręcili o tym film, zdobyłby dwa Oscary i miliard dolarów wpływów.
Historia wydanie 6.05.2022 – 13.05.2022
Atmosfera nagonki, oskarżeń i dyskryminacji. Co się stało z...
W niewoli generałowie „Bór” i „Monter” przestali się do siebie odzywać.
Historia wydanie 6.05.2022 – 13.05.2022
Kanibalizm pozostał tematem sensacyjnych plotek. Jedzenie i...
O głodzie wspominało się w PRL w sposób zakamuflowany.