Rozmowy

Dlaczego rząd Olszewskiego nie przetrwał? Mętne interesy Wałęsy, chora struktura Sejmu, atmosfera histerii

Już w czasach rządu Tadeusza Mazowieckiego sprawnie wykorzystywano teczki do rozgrywek politycznych – twierdzi Piotr Semka, dziennikarz, publicysta, współautor książki „Lewy czerwcowy”.

23 grudnia o godz 17:05 TVP Historia wyemituje dokument Włodzimierza Kuligowskiego „Sidła strachu” opowiadający historię rządu Jana Olszewskiego

TYGODNIK TVP: W czwartek 23 grudnia przypada 30. rocznica powołania rządu Jana Olszewskiego. Choć funkcjonował bardzo krótko, to polska prawica do dzis się odwołuje do jego mitu, przypominając trudne warunki jego działania.

PIOTR SEMKA:
Rząd Jana Olszewskiego powstał, gdy w wielu państwach Europy Środkowo-Wschodniej nastąpił już upadek komunizmu. W grudniu 1989 roku w Czechosłowacji prezydentem został Václav Havel, w 1990 roku odbyły się wolne wybory na Węgrzech i w NRD – tymczasem w Polsce Tadeusz Mazowiecki od 1989 roku utrzymywał układ okrągłostołowy, nie mając ochoty na demokratyczne wybory. Panował dogmat, że reforma Leszka Balcerowicza jest tak poważna, iż nie można wprowadzać działań, które mogłyby wywołać konflikt polityczny.

Sytuację zastoju w polskiej polityce wykorzystał Lech Wałęsa. Dotychczas czuł, że jest spychany na boczny tor. Od premiera Tadeusza Mazowieckiego, szefa OKP Bronisława Geremka czy Adama Michnika, słyszał: „Lechu, byłeś fajny w czasie walki, ale teraz siedź grzecznie na czele Solidarności i wspieraj reformy rządu”.

Ale Wałęsa miał własne ambicje i dobry słuch społeczny. Dostrzegał, że sprawujący władzę „dobrzy i światli” przedstawiciele lewicy solidarnościowej głoszący, że „wprowadzą gospodarkę rynkową”, a także „dobrzy i światli” pezetpeerowcy, którzy „poprowadzą Polskę ku reformom”, nie brali pod uwagę, że Balcerowicz skazał wielu Polaków na gwałtowną pauperyzację. I że komuniści bezkarnie się uwłaszczyli. Prawdopodobnie już wtedy – w okresie trwania rządu Tadeusza Mazowieckiego – sprawnie wykorzystywano teczki do rozgrywek politycznych.

Lech Wałęsa, który wszedł w sojusz z braćmi Kaczyńskimi pod koniec 1990 roku wygrał wybory prezydenckie. Ale gdy dostał się do Belwederu, to wówczas… stracił jakąkolwiek ochotę na reformowanie kraju. Chciał być wielki jako głowa państwa, zaś parlament kontraktowy, w którym Solidarność była bardzo słaba, w ogóle mu nie przeszkadzał. A przecież obóz solidarnościowy mógłby zdobyć większość, gdyby tylko Wałęsa – tuż po wygranych wyborach prezydenckich – zarządził wybory parlamentarne.

Tak się jednak nie stało.

Lech Wałęsa po zwycięstwie w wyborach przestał być miłośnikiem jakichkolwiek zmian. Do tego szybko zaczął zwalczać Jarosława Kaczyńskiego, prowadzącego jego kancelarię, który nie dawał się sterować. Wiele krytycyzmu prezydent miał wobec ZChN. A także wobec całego szeregu drobnych partii prawicowych, które były bardzo słabe. Choćby dlatego, że nie miały swoich mediów i nie potrafiły przebić się z własnymi postulatami.

Na premiera Lech Wałęsa powołał Jana Krzysztofa Bieleckiego, lidera grupy liberałów gdańskich. Prezydent szybko ułożył się z Unią Demokratyczną i postkomunistami. I nie był zainteresowany szybkimi wyborami.

Pierwsze po II wojnie światowej wolne wybory parlamentarne przeprowadzono jesienią 1991 roku, gdy już dłużej nie dało się ich odwlekać. Ale ordynacja wyborcza, która nie miała wymaganych progów 5 proc. dla partii i komitetów wyborczych oraz 8 proc. dla koalicji, obowiązujących dzisiaj, spowodowała, że do parlamentu weszły aż 24 ugrupowania.
Lech Wałęsa w Sejmie 4 czerwca 1992 w dniu obalenia rządu Olszewskiego. Z tyłu za fotelem prezydenta z lewej Mieczysław Wachowski, z prawej Andrzej Drzycimski. Fot. Krzysztof Wojcik / Forum
Początkowo Jarosław popierał Lecha Wałęsę, kierując się wizją zbudowania silnego państwa. Ale z czasem z przerażeniem przyglądał się temu, co dzieje się w kancelarii i zaczął protestować. „Gazeta Wyborcza” wtedy wsparła Lecha Wałęsę. Gdy jawił się on jako ktoś, kto dąży do gruntownych zmian, to na łamach jednej z gazet porównano pośrednio Wałęsę do Mussoliniego, ale gdy tylko zaczął się układać z Unią Demokratyczną i postkomunistami, to przedstawiono go już jako „naszego kochanego prezydenta, którego chce obalić straszna ekipa politycznych psychopatów pod rządami Jana Olszewskiego”.

Z czego jeszcze zapamiętał pan ten rząd?

Jan Olszewski rozumiał, że nie można skutecznie przeprowadzić reform bez zatroszczenia się o los społeczeństwa. Dlatego też, nie odchodząc od gospodarki rynkowej, próbował łagodzić skutki programu Balcerowicza, naprawić polską gospodarkę.

Nieprzypadkowo Adam Glapiński, ówczesny minister współpracy gospodarczej z zagranicą, był mocno atakowany. Wielu dziennikarzy ekonomicznych było zorientowanych na środowiska biznesowe, w których dominowali postkomuniści.

Nie należy też zapominać o próbach odbudowy armii i zlikwidowania WSI. A także o prowadzeniu rozmów przez gabinet Jana Olszewskiego w sprawie wyprowadzenia wojska sowieckiego z terytorium naszego kraju, czy o podjęciu działań mających na celu wejście Polski do NATO. W tym ostatnim przypadku, oczywiście natychmiast rozpoczęła się kontrakcja ze strony Unii Demokratycznej. Pomysł wejścia do NATO bardzo krytykował m.in. były minister obrony narodowej Janusz Onyszkiewicz.

Zwolennicy Olszewskiego przypominają zazwyczaj o procederze tworzenia spółek polsko-rosyjskich w miejscu byłych sowieckich baz wojskowych w Polsce, które miały powstać na mocy – negocjowanego przez prezydenta Wałęsę – traktatu polsko-rosyjskiego. To legenda, czy fakty?

To był właśnie przykład tego, jak mętne interesy Wałęsy przekładały się na kwestie niezwykle groźne dla kraju. Pomysł, by na terenie byłych sowieckich baz powstały eksterytorialne spółki polsko-rosyjskie, nad którymi państwo polskie by nie panowało, było pomysłem szatańskim. Tylko dzięki odwadze Jana Olszewskiego ten plan storpedowano.

Czy rząd Olszewskiego mógł liczyć na wsparcie mediów?

Do pewnego stopnia mógł liczyć na media publiczne, w których ścierały się różne koncepcje. Prezesem Radiokomitetu był Janusz Zaorski, który był człowiekiem Lecha Wałęsy. Gwiazdą TVP był Tomasz Lis, który wyraźnie trzymał z Mieczysławem Wachowskim. Ale była też grupa młodych reporterów, starających się realizować przekaz medialny w sposób stonowany. Zostali oni ściągnięci do TVP przez Roberta Terentiewa – pierwszego szefa Telewizyjnej Agencji Informacyjnej, który próbował ograniczyć wszechwładzę ludzi takich, jak Milan Subotić, który był wprawdzie tylko wydawcą, ale miał kluczowy wpływ na ekipę „Wiadomości”.

Przypomnę też magazyn „Refleks”, który prowadziłem razem z Jackiem Kurskim, czy niskonakładowy dziennik ogólnopolski „Nowy Świat” Piotra Wierzbickiego. Z kolei „Tygodnik Solidarność” – miejsce wykrystalizowania się Porozumienia Centrum – po 1991 roku raczej był bardziej związkowy. To wciąż było mało. Przewaga mediów nieprzychylnych rządowi Jana Olszewskiego była ogromna.

Księży Niedzielaka, Suchowolca i Zycha zabiły sowieckie służby? Hipoteza Jana Olszewskiego

Ostatnia rozmowa z byłym premierem.

zobacz więcej
W mediach tworzono wrażenie, że Polska znalazła się w rękach szaleńców. Na temat rządu wypowiadały się tzw. autorytety. Pojawiały się alarmistyczne teksty w „Gazecie Wyborczej” i „Polityce”, wrogich wobec rządu Jana Olszewskiego. Swoje trzy grosze dorzuciło środowisko „Res Publiki”. Pewien dystans zachowywała „Rzeczpospolita”, choć raczej była niechętna wobec rządu.

W takiej oto aurze rozpoczęło się szukanie pretekstu, żeby rząd Olszewskiego „wysadzić w powietrze”. I znaleziono pretekst, a właściwie dwa. Najpierw była nim awantura o Jana Parysa, szefa MON, który próbował zreformować wojsko i rozwiązać WSI. A następnie sprawa lustracji. „Gazeta Wyborcza” chętnie służyła Wałęsie w tym ataku.

A jednak to był rząd mniejszościowy.

Tak, ale czy to ma być zarzut? Gdyby nie propaganda większości mediów głównego nurtu III RP, to ten rząd byłby bardziej stabilny. Lech Wałęsa, Unia Demokratyczna i inni liberałowie – wszyscy wmawiali politykom prawicy, szczególnie tym z mniejszych partii, że rząd za chwilę się rozpadnie, co bardzo utrudniało poszerzenie koalicji. To była swego rodzaju samospełniająca się przepowiednia.

Jan Olszewski był człowiekiem prostolinijnym. Nie był mistrzem politycznej intrygi. Zakładał, że prawda się obroni. Tak jednak się nie stało.

Ale skoro Olszewski nie potrafił zbudować większościowej koalicji, to może jego rząd był po prostu skazany na upadek?

Przytoczę ulubioną śpiewkę „Gazety Wyborczej” i kontestatorów rządu Jana Olszewskiego na prawicy, choćby „Nowej Konfederacji” czy Rafała Ziemkiewicza. Brzmi ona mniej więcej tak: „Po co temu rządowi dorabiać pewne rysy heroizmu? Po prostu był to rząd słaby, nie mający podstawy parlamentarnej, więc prędzej czy później i tak by się wyłożył”. Otóż nie zgadzam się z tą opinią. Nawet jeżeli był to rząd słaby, to by przetrwał, gdyby był posłuszny wobec Lecha Wałęsy.

Przecież rząd Jerzego Buzka przetrwał cztery lata – właśnie dlatego, że wyrzekł się jakichkolwiek ambicji zadzierania z układem postkomunistycznym i środowiskiem Unii Wolności. Więc twierdzenie, że „rząd był słaby, zatem z góry można było założyć, iż upadnie” jest nieprawdziwa.

Oczywiście cała konstrukcja ówczesnej polityki była chora. Patologiczna była przede wszystkim prezydentura Lecha Wałęsy – oparta na postaciach spod ciemnej gwiazdy, których symbolem był Wachowski. Chora była struktura sejmowa, jako że w parlamencie było za dużo ugrupowań, przez co prawica była rozbita. W takich warunkach ten rząd siłą rzeczy był łatwy do rozgrywania, choćby przez środowisko „Gazety Wyborczej” – sugerujące, że jeżeli na prawicy ktoś chce przetrwać, to musi uciekać z tego, rzekomo skazanego na zatonięcie, okrętu. Nieprzypadkowo na przykład Artur Balazs, minister ds. kontaktów politycznych, wywodzący się ze Stronnictwa Ludowo-Chrześcijańskiego, opuścił ten rząd stosunkowo wcześnie.
Szef Urzędu Ochrony Państwa Piotr Naimski i minister spraw wewnętrznych Antoni Macierewicz 5 czerwca 1992 przed gmachem MSW, do którego nie zostali wpuszczeni po obaleniu rządu Jana Olszewskiego. Z prawej Piotr Semka. Fot. PAP/Jarosław Stachowicz
Dodajmy, że złym cieniem tego rządu był Jan Rokita, mający na jego punkcie obsesję. Cały czas kreował porozumienie Unii Demokratycznej z Lechem Wałęsą, by ten rząd obalić. A przecież musiał wiedzieć, jak bardzo zaplecze prezydenta jest zgniłe.

Upadek rządu przyspieszyło rozpoczęcie procesu lustracyjnego?

Tak, przypomnę, że na początku Lech Wałęsa przestraszył się i, w słynnej depeszy do Polskiej Agencji Prasowej, przyznał się do współpracy z SB. Tyle że po kilku godzinach Wachowski przekonał go do wycofania oświadczenia i do zmiany narracji. Wtedy w mediach głównego nurtu rozpoczął się obrzydliwy, kłamliwy seans pt. „Musimy stanąć za Lechem, bo grozi nam zamach stanu”. W krótkim czasie wykreowano atmosferę histerii, Wałęsę zaś przedstawiano jako człowieka, który ocali Polskę przed zapadnięciem w chaos.

Tamta sytuacja była pierwszą próbą zlikwidowania wszechwładzy postkomunistów, a przy tym słabości obozu prawicy. Zupełnie zapomniano, że miała powstać komisja wyjaśniająca przypadki współpracy z bezpieką, w tym przypadek marszałka Wiesława Chrzanowskiego i Leszka Moczulskiego. Ale do tego, by taka komisja mogła funkcjonować, potrzebna była odpowiednia atmosfera – chęć lustracji ze strony większości ugrupowań parlamentarnych. Nie było takiej woli.

Wniosek o przyjęcie uchwały lustracyjnej zgłosił na forum Sejmu nie związany z rządem poseł UPR Janusz Korwin-Mikke.

Gdyby nie on, zrobiłby to ktoś inny. Politycy, którzy chcieli tę sprawę rozstrzygnąć nie wzięli jednak pod uwagę, jak wielu ważnych graczy politycznych nie ma ochoty na lustrację, bo albo byli szantażowani, albo ulegali narracji obozu Wałęsy i „Gazety Wyborczej”: „Nie pozwolimy, by ktoś nam grzebał w życiorysach”. Była to metoda diabelska – niby wyrażająca szacunek do tych ludzi, ale zarazem wpychająca polityków takich, jak Leszek Moczulski czy Wiesław Chrzanowski do obozu przeciwników lustracji. A przecież obaj mogli wytłumaczyć, jakie były okoliczności ich współpracy z SB, na ile sami poszli na współpracę, a na ile zostali w nią uwikłani.
Takie stanowisko spotkało się również z przychylnością hierarchów kościelnych. Biskupi, którzy mieli kontakty z SB, kierowali się następującą logiką: „Skoro tyle wycierpieliśmy w czasach PRL-u, to nie będziemy cierpieć również teraz, będąc wystawionymi na procesy lustracyjne”. To było bardzo efektowne, ale i bardzo niemądre.

Czy historia rządu Jana Olszewskiego mówi nam coś tylko o rzeczywistości politycznej początku lat 90. XX w., czy również o latach późniejszych, może nawet obecnych?

Historia tego rządu pokazała, że w Polsce utrwaliły się dwie tradycje polityczne: pierwsza, reprezentowana przez szeroko rozumiane środowisko Unii Demokratycznej, a potem – po fuzji Unii Demokratycznej z Kongresem Liberalno-Demokratycznym – Unii Wolności, i następnie Platformę Obywatelską, wspieraną przez PSL i postkomunistów; i druga tradycja, niepodległościowa, reprezentowana przez Jana Olszewskiego i braci Kaczyńskich (niezależnie od tego, że Jan Olszewski i Jarosław Kaczyński ze sobą rywalizowali). Politycy, którzy przyłożyli rękę do obalenia rządu Olszewskiego dryfowali potem w kierunku pierwszej z wymienionych tradycji. Tak było na przykład z Leszkiem Moczulskim.

– rozmawiał Łukasz Lubański

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Piotr Semka jest publicystą tygodnika "Do Rzeczy". Wcześniej współpracował także z „Tygodnikiem Gdańskim”, „Tygodnikiem Solidarność”, „Rzeczpospolitą”, „Gazetą Polską”, „Życiem”, „Dziennikiem”, „Przewodnikiem Katolickim”, tygodnikami „Wprost” i „Uważam Rze” oraz kwartalnikiem „Christianitas". Był też dziennikarzem TVP: w latach 90. prowadził program „Refleks” i był wydawcą „Pulsu Dnia”. W styczniu 1993 opublikował, wraz z Jackiem Kurskim, książkę "Lewy czerwcowy", będącą zapisem rozmów z politykami związanymi z rządem Olszewskiego.
Jak nie wiadomo o co chodzi...
Zdjęcie główne: Premier Jan Olszewski w Sejmie w ławach rządowych 4 czerwca 1992. Fot. Krzysztof Wojcik / Forum
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Biblia obrazkowa dla ubogich i diabeł nie gorszy od świętych
Jest tu konfesjonał do „rodzinnych spowiedzi” i ławki, gdzie siedzi się jak w tanich liniach lotniczych.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Kogucik na torebkę, pudelek z włóczki na butelkę. Opakowania PRL
Z butelek wyskakiwały korki, puszki rybne były tłuste. Ale świat zachwycał się naszymi okładkami płyt, pudełkami czekoladek, etykietami…
Rozmowy Najnowsze wydanie
A w ogóle to po co to hospicjum?
Powiem szczerze, że nie nauczyłam się biegle mówić po litewsku – ujawnia s. Michaela Rak.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Kaczyński, który uczył Polaków kochać operę
Za Marią Callas powtarzał, że „sztuka nie znosi zdrady”. Nawet jeżeli go ktoś zafascynował, to pozostawał wierny muzyce, zwłaszcza głosu ludzkiego.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Przylatuje ich do nas 100 tysięcy. Odlatuje nawet pół miliona
Są mistrzami wykorzystywania energii, ale też mistrzami postu. Potrafią wytrzymać bez jedzenia nawet cztery tygodnie.