Kultura

„Moja śmierć na pięć”. Dwadzieścia lat temu odszedł Grzegorz Ciechowski

Wyznaczał muzyczne trendy, żeby przywołać choć pierwszy album Republiki z 1983 roku „Nowe sytuacje” (nowe rockowe brzmienie i teksty inspirowane dziełami George’a Orwella) czy płytę Grzegorza z Ciechowa „OjDADana” (w 1996 łączyła nowoczesne rytmy z folkiem). Krytycznie patrzył na świat, system, środowisko muzyczne, czemu dał upust w „Mamonie”. Tuż przed nagłą śmiercią 22 grudnia 2001 roku napisał utwór, który można uznać za jego testament. Zdążył zaśpiewać: „Moja śmierć na pięć”. Przedstawiamy pięć ważnych piosenek Grzegorza Ciechowskiego.

Do założonej przez Jana Castora grupy Res Publica, która rok później zmieniła nazwę na Republika, dołączył w 1979 roku mając 22 lata i szybko stał się jej liderem. Wcześniej muzycznych sił próbował jako flecista i pianista w zespołach Nocy Pociąg i Jazz Formation.

Republika inspirowała się nową falą i post-punkiem, zespołami takimi jak The Stranglers i Talking Heads a także rockiem progresywnym, w szczególności formacją Jethro Tull. Ciechowski, który poza tym, że był klawiszowcem i wokalistą, a niektóre z kompozycji ubarwiał partiami granymi na flecie, był autorem większości tekstów. To właśnie one – poza nowym brzmieniem i wizualnymi aspektami występów scenicznych, jak mocne światła skierowane na członków zespołu, czy brak kontaktu z widownią – sprawiały, że Republika zaczęła piąć się w górę na listach przebojów, gromadzić wokół siebie tłumy zagorzałych fanów, a krytycy muzyczni nie szczędzili jej słów uznania.

– Nie wierzę w natchnienie. Ono czasem mnie odwiedza, ale po tygodniach pracy. Zawsze najpierw rezerwuję terminy i studia, potem zaczynam grać. To samo jest z tekstami. Zdarza się, że piszę je dosłownie na dzień przed nagraniem – opisywał Ciechowski swój proces twórczy w rozmowie z Marcinem Kydryńskim w 1988 roku.
Republika. Narodziny legendy
Nie wierzył w natchnienie, za to był przywiązany do dyscypliny i przekonywał, że ona pozwala mu skomponować dość szybko płytę „akurat taką, na wydaniu której mu zależy”.

– W przypadku „Tak, tak” (album z 1988 roku, drugi wydany pod pseudonimem artystycznym Obywatel G.C., którego Ciechowski używał po zawieszeniu działalności Republiki w 1986 – przyp. red.) wiedziałem, że w grudniu wchodzę do studia. Chociaż ostatecznie nastąpiło to gdzieś około marca, to już od września musiałem naprawdę pracować. Każdego dnia poświęcałem wiele godzin na komponowanie. Tylko z tego mogą się rodzić pomysły. Trzeba zebrać ich garść i powoli wyciosywać kolejne utwory – tłumaczył.

Jak pisał Ciechowski? Mówił, że najpierw decyduje, jaki utwór ma mieć charakter i napięcie emocjonalne. Nigdy nie wiedział dokładnie, o czym piosenka ma być. A żeby ułatwić sobie łączenie muzyki z tekstem, doprowadzał utwór „do skończonej drobiazgowej aranżacji”. – Nigdy nie naginam tekstu do muzyki. On sam musi się do niej dopasować. Tak było w „Nie pytaj mnie o Polskę”. Wiedziałem, że w refrenie ma brzmieć: „Nie pytaj mnie”, ale nie wiedziałem kto, o co i dlaczego właściwie ma mnie nie pytać” – wyjaśniał.

Wyznał, że początkowo inspirował się literaturą i dziełami George’a Orwella czy Kena Keseya. A z czasem pomysły zaczął czerpać z krótkich artykułów czy notek w gazetach. – Tylko to, co dzieje się wokół mnie lub dzisiaj na świecie jest w stanie wywołać we mnie zamieszanie wewnętrzne, które czasem owocuje tekstem. Kilka lat temu istotnie czerpałem pomysły z literatury pięknej. Ale bez plagiatów. Chociaż, jak twierdzi Joyce: w XX wieku nie ma pisarzy oryginalnych. Są tylko, jeśli piszą dobrze, genialni plagiatorzy. Sam się do nich zaliczał – mówił Ciechowski.

„Plagiator” niezwykle uzdolniony, który wyznaczał nowe trendy w polskiej muzyce. Przypominamy kilka jego piosenek – ważnych dla branży i dla życia.

1.
Moja krew co chyłkiem płynie w głębi ciała
Które kryje się po ciemnych korytarzach
W alkoholu w ustach kobiet krew
Podskórne życie me mierzone w litrach
I płynące wspólną rzeką w morze krwi
Moja krew moja krew




Piosenka ta nie znalazła się na żadnym studyjnym albumie grupy, ale na stronie B singla zatytułowanego „Sam na linie/Moja krew”, wydanego w marcu 1986 roku. Republika planowała wówczas dwa kolejne albumy i muzycy mieli obawy, że te dwa utwory nie mieszczą się w koncepcji owych płyt. Dlatego postanowili wydać je właśnie w formie singla. Zespół na równi cenił obydwa utwory, ale Ciechowski w jednym z wywiadów przyznał, że „Moja krew” była mu bliższa. Fani Republiki najwyraźniej mieli podobne odczucia, bowiem właśnie tą piosenkę wielu z nich uważa za najważniejsze dzieło zespołu.

Można śmiało powiedzieć, że „Moja krew” to charakterystyczny dla Republiki nowofalowy chłód i oszczędność formy. Transowa melodia klawiszy, którą od czasu do czasu urozmaica wokaliza, przechodzi finalnie w psychodeliczną ścianę dźwięku, w której wybija się gra saksofonu i strzępki słów. O ile na początku Ciechowski śpiewa, a właściwie krzyczy samotnie, pod koniec towarzyszą mu już głosy wszystkich muzyków. Tekst „Mojej krwi” jest bardzo wymowny: skarga człowieka, jednostki żyjącej w świecie pozbawionym uczyć, w którym jest wykorzystywana przez tzw. system i ucieka w chwilowe przyjemności.

Choć Ciechowski pisał teksty bardzo długo, to „Moja krew” powstała w niecały kwadrans. To też jeden z nielicznych przypadków, gdy najpierw stworzył słowa, a dopiero po nich muzykę. Zazwyczaj lider Republiki pisał je do gotowej już ścieżki dźwiękowej, tym razem przyniósł tekst na próbę, zaczął grać i do tego, co grał, zaczął wykrzykiwać: „Moja krew!”. Cały zespół stwierdził, że inne instrumenty są w tym utworze zbędne i wraz z Ciechowskim zaczęli wykrzykiwać napisane przez niego słowa. Dopiero pod koniec zdecydowali się dodać „burzę” instrumentów oraz dźwięki dzwonów i maszerującego wojska, które jeszcze bardziej podkreślają apokaliptyczną wizję świata w tej piosence.

Reaktywacja Republiki? „To była niebezpieczna zabawa”

Leszek Biolik, basista legendarnego zespołu i współautor projektu „Nowe Sytuacje”, wspomina Grzegorza Ciechowskiego oraz tłumaczy, dlaczego i z kim powtarza debiutancką płytę Republiki.

zobacz więcej
Z utworem „Moja krew” wiąże się jeszcze jedna anegdota. W 1984 roku zespół został zaproszony do Jarocina, na największy festiwal muzyki młodzieżowej w państwach Bloku Wschodniego, ale nie dojechał. Udało się to dopiero rok później. Niestety punkowa publiczność nie była z tego zbytnio zadowolona, bo po pierwsze była urażona, że grupa nie pojawiła się rok wcześniej, a po drugie uznała Republikę za zespół „systemowy”. Ich piosenki grano bowiem w czasach komunizmu w ogólnopolskich stacjach radiowych, wiele zespołów punkowych zaś nie. Co gorsza, członków Republiki skojarzono z pogardzaną przez punków subkulturą popersów, a więc uczestników dyskotek, którzy nosili długie tlenione grzywki – taką samą miał wówczas sam Ciechowski.

Kiedy więc w 1985 roku Republika pojawiła się na jarocińskiej scenie, oprócz gwizdów poleciały w ich stronę maślanki i pomidory. Atmosfera była napięta, ale zespół postanowił grać do końca. – Chcieliśmy pokazać, że nie jesteśmy chłopaczkami, których można przepłoszyć jednym tupnięciem – wspominał Ciechowski. I to się udało: z piosenki na piosenkę tłum się uspokajał, był coraz bardziej zasłuchany, a na końcu nagrodził grupę gromkimi brawami. Zaśpiewano „Sto lat” i domagano się bisu. Jego jednak nie było. – Teraz mnie kochacie? Taka publika nie zasługuje na bis – powiedział Ciechowski i zszedł ze sceny.

W jednym z wywiadów podsumował tamto zdarzenie: – W Polsce trzeba cały czas robić karierę i przekonywać ludzi. Musieliśmy ich przekonywać, że dla nas pieniądze były czymś robionym mimochodem. Przecież gdybym chciał naprawdę zarabiać, to wiem, jak to robić. Najgorsze, że takie opinie strażników rockowej cnoty powodują, że trzeba na siłę przekonywać do siebie ludzi i odbywają się takie siłowe koncerty. Ja już mam tego dosyć. Już więcej w Jarocinie nie wystąpię. Nie dlatego, że się obraziłem. Dlatego, że to niehigieniczne.

2.
Piejo kury, piejo!
Nie mają koguta;
Piejo kury, piejo!
Nie mają koguta

Oj ładna, to jest ładna biłgorajsko nuta!




Choć piosenkę „Piejo kury, piejo” Ciechowski wykonywał nie jako lider Republiki, ale pod pseudonimem Grzegorz z Ciechowa, towarzyszyli mu koledzy z zespołu. Sam projekt przeszedł do historii, bowiem jako jeden z pierwszych łączył polski folklor z muzyką rozrywkową, co wówczas było dość szokujące. Była potwierdzeniem muzycznego wizjonerstwa Ciechowskiego.

Płyta „OjDADana”, z której pochodzi ta piosenka, powstała w 1996 roku. W czasach, gdy rodzima muzyka rozrywkowa przeżywała rozkwit, ale wciąż wstydziliśmy się naszej ludowości. Modna obecnie scena folkowa dopiero raczkowała, a podobna muzyka światowa była zachodnią nowinką, którą fani odmiennych brzmień zachwycali się, ale nie potrafili wciąż połączyć z naszymi rodzimymi rytmami z Podhala czy mazurkami. Folklor chowaliśmy więc głęboko w szafie, a dokładniej w etnograficznych archiwach. I to właśnie z tych czeluści zapomnienia wydobył go Ciechowski.

– Kiedyś przypadkowo kupiłem nagrania ludowych śpiewaków, którymi się zachwyciłem, a zwłaszcza sposobem frazowania, melodyjką i niekonwencjonalnym myśleniem o dźwięku. Postanowiłem te głosy wykorzystać, umiejętnie włączyć, skorelować z moimi kompozycjami. Wymaga to olbrzymiej cierpliwości i pracy, obróbki komputerowej każdego z głosów, przestrojenia, opracowania tempa. Ale efekty są ciekawe – mówił w rozmowie dla „Magazynu Muzycznego” w 1996 roku.

Na płycie „OjDADAna” Ciechowski połączył nagrania ludowych przyśpiewek i tekstów we własnej aranżacji, wykorzystując do tego programowaną perkusję i współczesne możliwości techniczne przetwarzania dźwięku. Znalazło się na niej 10 utworów opartych na samplach w – jak na tamte czasy – mocno rockowo-klubowych aranżacjach. Wykorzystane przez Ciechowskiego motywy muzyczne pochodzą w głównej mierze ze wschodniej Lubelszczyzny, z okolic Biłgoraju. Jest na tej płycie także materiał spod Łowicza i Skierniewic, a celowo pominięto Podhale oraz góralszczyznę. – Chciałem pokazać inne barwy – tłumaczył Ciechowski.
1996 rok. Grzegorz Ciechowski podczas promocji płyty „OjDADAna” . Fot. Andrzej Swietlik / Forum
Nie obyło się bez krytyki. Przeciwko takiemu wykorzystaniu ludowych przyśpiewek protestowali zarówno etnografowie, jak i znawcy muzyki rozrywkowej. Pojawiły się pogłoski, że rodzina artystki ludowej ma zamiar pozwać Ciechowskiego do sądu. Plotki te w reportażu o kłopotach z płytą „OjDADAna”, który ukazał się w „Gazecie Wyborczej”, dementowała wnuczka Anny Malec. – To nieprawda. Ale przykro, że nikt nie przyjechał, nie powiadomił – mówiła. Co prawda wnuk Malcowej wyznał, że babcia takiej elektronicznej muzyki nie znosiła, wolała Annę German czy Mieczysława Fogga, bo takie to było pokolenie. – Ale dla mnie może być. Dobrze, że to Ciechowski, bo ktoś inny mógł zrobić kicz – stwierdził Zbigniew Nowak.

Tymczasem płyta rozchodziła się jak ciepłe bułeczki. Ludowych przebojów z płyty Ciechowskiego domagano się na dyskotekach na wsiach, jak i w miastach, a także na zabawach, na których grała orkiestra na żywo.

Sam lider Republiki tłumaczył się z domniemanych nadużyć. Jak mówił, chciał być w porządku i odwiedzał osoby, które kiedyś brały udział w nagraniach pieśni ludowych, jakie wykorzystał. – Niestety, te osoby już nie żyły. Załatwiałem jednak sprawy nabycia praw wykonawczych z ich spadkobiercami – wyjaśniał.

Chętnie tłumaczył też swój zachwyt nad tą muzyką. W rozmowie dla magazynu „Machina” porównał emocje rządzące polskim śpiewaniem ludowym do tych, które można poczuć w ludowej muzyce afrykańskiej. Jak ocenił, są identyczne: – Gdy wtłoczyć głosy śpiewaczek spod Biłgoraja w pulsujący podkład rytmiczny, brzmią tak samo jak rdzenne Afrykanki. Okazuje się, że one od wielu wieków swingują.

– Robiąc tę płytę czułem się, jakbym zasypiał w rozwalonej, starej chałupie. Kiedy powstawały te piosenki, funkcjonowały zupełnie inaczej. Towarzyszyły życiu. Nie ma ani jednego zajęcia w całorocznym rytuale życia wsi, które nie zostało opisane pieśnią – mówił.

Dzięki niemu pod strzechy trafiła nowa wersja ludowości. Świadczyć o tym może fakt, że przez następnych kilkanaście lat na polskim rynku tryumfy święciły zespoły wykorzystujące muzykę folkową bardzo popowo, jak Brathanki, GolecUorkiestra, Zakopower, Żywioła, czy Kapela ze Wsi Warszawa.

3.
Chodź tu
Jedyna którą muszę (kochać)
Przez całe życie tak (..)

Oto ty
Oto my
Skąd się wzięłaś to proste
Jesteś cała z miłości
Chodź

Weroniko Weroniko
– Jest też piosenka, która jest dla mnie szczególnie ważna, „Piosenka dla Weroniki”. Słuchając jej, myślę sobie: jakie to cudowne, że mam taką pamiątkę na całe życie. Pierwszą jej wersję śpiewała Kayah z tatą, ale potem tata pomyślał, że ta piosenka musi być zaśpiewana przez rodziców, więc przeprowadził prawdziwą musztrę mojej mamie i udało się jej ją zaśpiewać – mówi w książce „My lunatycy. Rzecz o Republice” Weronika Ciechowska-Weiss, córka muzyka.

Utwór ten powstał w 1992 roku i znalazł się na płycie Obywatela G.C. zatytułowanej „Obywatel świata”. Rzeczywiście, w pierwotnej wersji Ciechowski śpiewa go z Kayah, w drugiej zaś z byłą już wówczas partnerką Małgorzatą Potocką. – Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to wszystko tak się skończy – mówiła w radiowej Jedynce Potocka.

Chwilę po nagraniu tego utworu rozstali się, po prawie 10 latach wspólnego życia. Lider Republiki w 1994 roku ożenił się z Anną Wędrowską (potem Ciechowską), jedną ze swoich fanek i opiekunką jego córki Weroniki, kiedy ta miała 7 lat. Potocka długo nie zdawała sobie sprawy z romansu, który zaczął się w jej domu, pod jej bokiem.

Można by rzecz, że historia lubi się powtarzać. Gdy bowiem Ciechowski poznał Potocką, wtedy już obsypaną nagrodami aktorkę, był żonaty – Jolanta Muchlińska to jedyna jego „sakramentalna” żona. Małżeństwo zawarte w latach 70. przetrwało 6 lat i skończyło się, gdy w 1985 roku muzyk wdał się w płomienny romans z Potocką. Ona również była w tamtym czasie żoną innego mężczyzny, artysty Józefa Robakowskiego, z którym też miała córkę, wtedy 7-letnią. O ile mąż aktorki pozwolił jej odejść bez problemu, o tyle żona Ciechowskiego bardzo tę zdradę przeżyła. Pewnego dnia zadzwoniła nawet do Potockiej i krzyczała, by ta zostawiła jej męża.

Potocka przy Ciechowskim była postrzegana jako „polska Yoko Ono”. Zarzucano jej, że to ona była przyczyną rozpadu Republiki i za bardzo chciała nim kierować. – Przy większości piosenek byłam, wymądrzałam się, wciskałam swoje pięć groszy. Bardzo mnie tolerował. Zawsze ci najbliżsi ludzie potrafią doprowadzić do skrajnego szału. Tworzenie piosenek i muzyki, jak scenariusza filmu, każdej sceny jest bardzo fabularne – opowiadała aktorka w Polskim Radiu o pracy twórczej Ciechowskiego. Dodała, że był zawsze osobą spełnioną, introwertykiem, ale nie miał siły przebicia, którą miała ona. – Nie był snobem, bufonem, myślę, że dziś wiele rzeczy by go drażniło – stwierdziła.

Aktorka przyznawała po latach, że przeoczyła moment kryzysu w ich związku. – Nie zauważyłam, że on potrzebuje wyciszenia. Może byłam za mało czuła – zastanawiała się.

Gdy Ciechowski związał się z opiekunką ich córki i okazało się, że Anna spodziewa się ich dziecka, wyprowadził się z domu. Wyszedł tak, jak stał. Zostawił wszystko – sprzęt, nagrania. O rozstaniu z Potocką mówił bardzo niewiele. W rozmowie z „Playboyem” w 1993 roku, poproszony o dokończenie zdania: „Małgorzata Potocka to…”, odpowiedział, że „zamknięty rozdział”. Dodał jednak, że „w te drzwi swoją drobną stopkę wkłada ich córka Weronika i dlatego nigdy nie będą zamknięte do końca”. Przyznał przy tym, że na wszelkie gromy, jakie spadły na niego po zakończeniu tej relacji, ani na oceny, które brały głównie stronę Potockiej, po prostu nie ma odpowiedzi.
– Oboje byliśmy chyba zbyt zajęci, zbyt rozbujali ambicjonalnie, by stworzyć stabilny związek. Ale nie chcę o tym mówić. To naprawdę nie było proste, proszę mi wierzyć. Przeszedłem gehennę, ale dziś jestem szczęśliwy – wyznał.

– Wydawało mi się, że tworzymy razem coś nierozerwalnego, żyjąc tym rockowym, szalonym życiem. Wiedziałam, że Grzegorz miał zawsze jakieś fascynacje kobietami, ale sądziłam, że to wynikało z tej jego chłopięcości, beztroski… – mówiła Potocka jednemu z kolorowych tygodników.

Jedno jest pewne. Gdyby dziś takie rozstanie miało miejsce, tabloidy i serwisy plotkarskie nie dawałaby za wygraną i rozkładały na czynniki pierwsze powody. No i śledziły nowy romans artysty. Wówczas, w latach 90. zeszłego wieku, tajemnice alkowy znanych osób opisywano jeszcze delikatnie.

Samą piosenkę dla córki Potocka wspominała jako wspaniałą: – To był majstersztyk nie tylko pod względem kompozytorskim i tekstowym, ale naszym osobistym. To było zwieńczenie bycia rodzicem, rodzicami. Niesamowita pamiątka i dla Werki, i dla nas. Ten wers „jesteś cała z miłości” to naprawdę kwintesencja związku dwojga ludzi, którym urodziło się dziecko, ale też Grzegorza jako ojca, który kolejnymi wersami tego tekstu tłumaczy córce świat. Myślę, że niewiele dzieci ma taki prezent.



O swej rodzinie, którą tworzył teraz z żoną Anną oraz dziećmi Heleną (ur. 1995) i Brunonem (1996) mówił, że jest w komplecie tylko wtedy, gdy jest z nimi Weronika. Po śmierci artysty na świat przyszła jeszcze jedna jego córka – Józefina (2002).

Ciechowski nie zdążył dokończyć piosenki, którą napisał tym razem dla swojego syna, bo to nowe doświadczenie wciąż przeżywał. – On rośnie i z czasem będzie wymagał coraz większego mojego udziału w jego wychowaniu. Będę się musiał wszystkiego uczyć na nowo, bo przecież inaczej postępuje się z chłopakami niż z dziewczynkami, inne bajki się im opowiada, inaczej z nimi bawi – mówił.

W utworze „Nie tak jak ja” Ciechowski wyraził pragnienie, by syn stał się lepszą wersją jego:

Obiecaj mi
że będziesz kochał raz
Obiecaj mi
nie powiesz Bogu: pa
Obiecaj mi
że wszystko co jest we mnie złe
ominie cię i będziesz
inny niż ja.


Bruno nie poszedł w ślady ojca, ale wspiera projekty, które go upamiętniają. Tak było przy pracy nad filmem „Obywatel miłość” (w którym jego mama Anna opowiada o związku z Ciechowskim, film zrealizował jej drugi mąż Wojciech Skrobiszewski), czy albumu ze zdjęciami muzyka, które zrobił Andrzej Świetlik.

– Za każdym razem, gdy wracam do tej piosenki, jestem wzruszony – przyznaje Bruno.

4.
Napisałem dziś piosenkę, już jest nieźle, już jest pięknie
Ale chcę, by było to wyłącznie dla mamony
Ani słowa o miłości, o podłości, polityce
I o niczym innym, nic, bez znaczeń dodatkowych




Album „Masakra” nagrany w 1998 roku, z którego pochodzi cytowana piosenka „Mamona”, pozwolił Republice wrócić na rockowy top. Utwór ten stał się hitem, który uznano za nieformalny hymn zespołu, podobnie jak „Białą flagę” czy „Nie pytaj o Polskę” – obydwa stworzone przed zawieszeniem działalności grupy, grały wszystkie rozgłośnie radiowe. „Mamona” była autoironiczna, mocno sarkastycznym tekstem, a fraza „ta piosenka jest pisana dla pieniędzy” weszła na stałe do potocznego języka. Piosenka miała trzy różne zakończenia. To, które znalazło się na płycie było wypadkową dwóch: jedna kończyła się wyciszeniem, a druga po słowach „ta piosenka jest…” ma cięcie.

Krytycy muzyczni od razu zauważyli, że Ciechowski tym tekstem wbija kij w mrowisko i atakuje kolegów z branży. On sam również tego nie ukrywał. – Rzeczywiście, jest tu taka pieczątkowa faktura republikańska. A ja chcę prowokować. Bo cały czas dostrzegam w naszym rockowym otoczeniu takie podejście: byłoby fajnie, żeby piosenka stała się wielkim hitem, ale żeby przy okazji udało się zachować pewien rys progresywno-undergroundowości. I właśnie dlatego jedną piosenkę złożyłem na ołtarzu nowego boga, którego mamy wszyscy od kilku lat i który ma na imię Mamona – mówił Ciechowski w magazynie „Tylko Rock”.

Zwracał jednak uwagę, że nie należy odbierać tego tekstu jedynie przez pryzmat refrenu, bo przeprowadzony jest w nim cały wywód: – Facet się ucieszył, że napisał piosenkę, ale chce zrobić tak, żeby to było wyłącznie dla pieniędzy. Nie chce używać tych wszystkich rzeczy, których się zazwyczaj używa, aby pozakrywać te wstydliwe części ciała. (…) Tyle razy słyszałem, jak ludzie śpiewali o miłości, a nie wierzyłem im, bo wiem, że robią to tylko dla pieniędzy…

W magazynie „XL” krytykował kolegów rockmanów mówiąc, że to nie pop zalał rynek rockowy, lecz „muzycy rockowi przestali mówić otwartym tekstem”. – Zauważyłem – szczególnie w ostatnich latach – że artyści lat 90. nauczyli się bardzo szybko jednej rzeczy – że ZAIKS działa – stwierdził, sugerując, że muzycy nastawiają się na produkowanie przebojów, bo od każdej emisji dostają tantiemy.

„Gdyby Ciechowski żył, na pewno nie miałby Facebooka”

– W latach 80. nie było tak prosto, jak dziś. Trzeba było farbować ubrania na czarno, a ja kupowałam je w zakładzie pogrzebowym – mówi Anna Sztuczka, współautorka książki o Grzegorzu Ciechowskim „My lunatycy. Rzecz o Republice”.

zobacz więcej
Zwracał uwagę, że „tekst nie musi być dobry, wystarczy żeby był”. – I to jest upadek. To jest fala popu, która nas zalewa. Tylko wtedy, kiedy omijamy prawdziwe tematy i poddajemy się wyłącznie zarabianiu, ginie coś, co łączy się z pasją, fanklubami, z tym, że ludzie szaleją za jakąś muzyką. Dziś wszystko jest zorganizowane i opłacone – wytykał.

Do „Mamony” powstał teledysk. Żartowano, że był to najdroższy teledysk w historii polskiej fonografii, bo same rekwizyty wynosiły 16 mln dolarów w banknotach. Rzecz jasna wszystkie były falsyfikatami, ale nawet one zgromadzone w takiej liczbie budziły ogromne emocje. – Cały czas trwały jakieś zabawy, płacono sobie nawzajem, oddawano stare długi, po prostu dobrze się przy tym bawiliśmy – wspominał Ciechowski.

5.
Jestem lżejszy od fotografii
Z których będziesz mnie teraz wycinać
Będę milczał i tak jestem martwy

Odchodząc zabierz mnie




Piosenka „Odchodząc” również znalazła się na płycie „Masakra” z 1998 roku. Uznawano ją za utwór, który bardziej przypadnie do gustu zwolennikom solowego Ciechowskiego, niż ortodoksyjnym fanom Republiki. Sam lider uważał go za jedną „z tych ostatecznych” piosenek. – Takich, które ogarniają nas, wciągają w siebie… Strasznie mnie ten tekst przytrzymał – mówił.

Powstało aż osiem wersji tekstu. Jak uważał Ciechowski, „jedna głupsza od drugiej”. – To są takie krótkie formy, w których musisz zawrzeć całą opowieść. Mało tego: jeszcze dołożyć w refrenie coś, co tę opowieść kwituje. Tak, że formalnie było to strasznie trudne. Myślałem, że zwariuję – opowiadał o tworzeniu tej piosenki.

Gdy „Odchodząc” powstało, było uważane głównie za rozliczanie się z miłosną przeszłością artysty. Rozstaniem z Małgorzatą Potocką i wejściem w nowy związek. Trzy lata później, wraz ze śmiercią Ciechowskiego, utwór nabrał zupełnie innego znaczenia.

Nie on jednak był muzycznym testamentem artysty. Można za niego uznać kompozycję „Śmierć na pięć”, która powstała w grudniu 2001 roku. Piosenka ta traktowała właśnie o nieuchronności odejścia z tego świata. – Z wiekiem zaczęłam słuchać więcej jego muzyki. Na początku było to dla mnie trudne. Na przykład piosenki „Śmierć na pięć” nigdy nie będę w stanie słuchać. Nie rozumiem, jak mógł to napisać. Ale pamiętam, że on sam nie wiedział, czemu napisał taki smutny utwór – mówiła córka Ciechowskiego.

Nagrywanie materiału na nową, nigdy niewydaną płytę Republiki zakończyło się w lipcu 2001 roku. Był spójny, ale – jak opowiadał Zbigniew Krzywański – Ciechowskiemu brakowało jakiegoś numeru w rytmie walczyka. – Rzutem na taśmę sam wymyślił sobie riff, usiadł i nagrał go – wspominał.

Przed śmiercią Ciechowski zdążył napisać trzy teksty. Pierwszy zadedykował synowi, drugi zatytułował „Żyć nie umierać” i był to manifest na temat wyłączenia się z wiru życia, a trzecim była właśnie „Śmierć na pięć” i to tylko ją zdążył zaśpiewać. W powstałym do piosenki animowanym teledysku Mariusza Wilczyńskiego bajkowe, starzejące się z każdym ujęciem postaci w rytmie katarynki przewijają się przez ekran, by na końcu skoczyć w przepaść.

Ciechowski śpiewa:

Skoczył kot
A za kotem pies
Za nim koń
A za koniem ja
Razy pięć
Skaczę razy pięć
Nie ma cię
Samobójczy pęd
Moja śmierć na pięć




Artysta zmarł w sobotę 22 grudnia 2001 roku w szpitalu, po przeprowadzonej w trybie nagłym operacji tętniaka serca. Po jego śmierci Republika zakończyła działalność.

– Anna Bartosińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Grzegorz Ciechowski, 1989 rok. Fot. Piotr Cieśla / RSW / Forum
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Kurz na telefonie… Wyciskał żółć jak cytrynę
Jest dla wielu guru. Jego losy mogłyby służyć za kanwę dla filmu o „artyście przeklętym”.
Kultura Najnowsze wydanie
Jego twarz miała w sobie ból, smutek, melancholię…
Był przewodnikiem prowadzącym nas słowem po narodowym piekle.
Kultura Najnowsze wydanie
Muzyczna wojenka zastępcza
Czy piosenka ukraińska była najlepsza niezależnie od okoliczności?
Kultura Poprzednie wydanie
Tamara Łempicka: podróż rajskiego ptaka
Była zbyt wyzywająco burżuazyjna, by w PRL przyciągnąć uwagę decydentów od kultury.
Kultura wydanie 29.04.2022 – 6.05.2022
Widzowie wciąż cenią bareizmy. Ależ Bareja by się zdziwił
Kazimierz Kutz spostponował twórczość dotychczasowego przyjaciela podczas spotkania przedstawicieli kinematografii z towarzyszami z PZPR.