Rozmowy

Rolnik, który własnymi rękami zbudował sobie most

Nikt nie wierzył, że można taką przepaść zapchać kamieniami. Każda z osób, którą prosił o pomoc, wymawiała się więc brakiem czasu. Padło grubiańskie zdanie: „Prędzej zdechnie, jak ten most zbuduje”. Były nawet zakłady sąsiedzkie, ile jego organizm zdoła wytrzymać, jeśli będzie harował w takim tempie. Największy optymista we wsi obstawiał, że maksymalnie rok – mówi Jacek Turek, sołtys Znamirowic i autor książki „Jan Stach. Twórca największego kamiennego mostu. Historia prawdziwa”.

TYGODNIK TVP: W tym roku mija 50 lat od budowy rękami jednego człowieka naprawdę sporej przeprawy z kamieni w małopolskiej wsi Znamirowice. Jan Stach postawił tę konstrukcję w latach 1968-1971, by umożliwić dojazd do swojego domu z drogi głównej. Wcześniejszy przejazd został zalany przez wody budowanego Zalewu Rożnowskiego i rolnik mógł dotrzeć do siebie tylko przez drogę sąsiada, ten jednak zabronił mu z niej korzystać. Brzmi niezwykle, ale co dla pana jest najbardziej wyjątkowego w tej historii, że postanowił ją pan upamiętnić?

JACEK TUREK:
Przede wszystkim upór i samozaparcie prostego, skromnego rolnika. Wielu wciąż nie dowierza, że jeden człowiek mógł coś takiego dokonać. Jan Stach wznosił konstrukcję własnymi rękami przez trzy lata, a potem jeszcze przez kilka lat ją wykańczał. Nie znalazłem informacji, żeby ktoś tak duży most własnoręcznie postawił w tak krótkim czasie. Zatem to jest niewiarygodna budowla.

W jej kontekście nasuwa mi się przesłanie błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki: „Zło dobrem zwyciężaj”. Jan Stach nie kłócił się z sąsiadem, nie chodził po sądach, aby mieć dostęp do przejazdu, tylko robił swoje. Pokazał nam wszystkim, że nie można się poddawać, tylko uparcie dążyć do celu. Ilu z nas podejmuje różne wyzwania a gdy się pojawia jakaś przeszkoda, to z niego rezygnuje? Stach pokazał, że siłą woli i ciężką pracą można w życiu wiele osiągnąć, że nie ma rzeczy niemożliwych do zrealizowania.

Dlatego obiecaliśmy sobie z ojcem, że pamięć o Stachu nie może zginąć. Tata żartował, że przy moście napiszemy: „Waligóra i wyrwidąb”. Ostatecznie w 2011 roku, po śmierci Jana Stacha, w skałę obok przeprawy wmurowana została tablica pamiątkowa. Czytamy na niej: „Własnoręcznie… dzień pod dniu... miesiąc po miesiącu.. kamień po kamieniu... jeden człowiek...”. Widnieje tam też motto: „Wielkość człowieka nie zależy od sławy i pieniędzy, ale od tego, co po sobie pozostawił”. To jest przesłanie dla potomnych, turystów, którzy odwiedzają to miejsce.
Jan Stach nie ukończył żadnej szkoły budowlanej. Był precyzyjny, kamienie są solidnie ułożone i od strony technicznej to majstersztyk. Most ma 13 metrów wysokości, 20 m długości oraz 7,5 metra szerokości. Przetrwał dziesiątki lat w nienaruszonym stanie. Fot. Jacek Turek
Co ciekawe, ogromny głaz, na którym jest umieszczona owa tablica, rolnik pozostawił 40 lat temu obok wznoszonego mostu. Trudno powiedzieć, dlaczego nie został wykorzystany jako budulec. Jan Stach nie przewidział więc, jakie będzie jego finalnie przeznaczenie. My wykonaliśmy podstawę betonową, na której spoczął kamień, a granitowa tablica została wmurowana i ufundowana przez przedsiębiorcę z Tęgoborzy. 1 maja 2012 roku budowla uzyskała oficjalną nazwę: „Most im. Jana Stacha”.

Z jego budową wiąże się nie tylko konflikt sąsiedzki, ale też ludzka bezradność i desperacja.

Jan Stach prowadził z żoną kilkuhektarowe gospodarstwo. Głównym źródłem ich utrzymania była plantacja pomidorów, które później sprzedawali na targu w Nowym Sączu. Trzeba było je tam przewieźć wozem. Niestety, dojazd z gospodarstwa rolnika do drogi główniej został zalany przez wody budowanego w tym czasie Zalewu Rożnowskiego. I tak rolnik został odcięty od świata.

Początkowo prosił sąsiada o pozwolenie na korzystanie z przejazdu przez jego teren. Chwilowo było to możliwe, ale sąsiad nie był do Jana przyjaźnie nastawiony. Jan nie dawał się sprowokować, ale konflikt z czasem narastał. Sąsiad zaorał kawałek terenu, a pewnego dnia jego zacietrzewiona żona rzuciła się na drogę, wprost pod koła, gdy rolnik jechał jak zwykle na targ z pomidorami wozem ciągniętym przez krowy. Wspominał później, że musiał bardzo szybko wyhamować i bał się, że wyłamie karki zwierzętom. Zaproponował kobiecie, że zapłaci za dostęp do przejazdu, ale nie chciała o tym słyszeć.

Finalnie nie udało się dogadać z sąsiadem. Mimo, że Jan miał szansę wygrać sprawę na drodze sądowej, to nie chciał się jej podjąć – wiadomo, mogło to trwać latami. Próbował więc znaleźć inne rozwiązanie.

W tym czasie tylko jeden człowiek na wsi miał łódkę. Jan poprosił go o pomoc w przewożeniu warzyw na drugą stronę jeziora. Ten się zgodził. I tak rolnik zanosił skrzynki nad wodę. Po załadunku towar był transportowany na drugi brzeg zbiornika. Tam Jan Stach czekał na drodze na autobus ratowniczy, który zabierał go na targ.

Na dłuższą metę było to jednak dość uciążliwe. I tak dojrzała w nim decyzja do budowy mostu od strony południowej gospodarstwa, gdzie znajdowała się przepaść. Otaczające ją strome zbocza sięgały głębokością około 25 metrów. Jednak było to jedynie miejsce, które umożliwiłoby mu dostęp do drogi głównej.

Uważali go za głupka. Samotny gruźlik, żebrak bez domu, analfabeta. Jeden z najwybitniejszych prymitywistów świata

Nikifor kochał Łemkowszczyznę. Przesiedlano go trzy razy na Ziemie odzyskane, a on za każdym razem wracał pieszo do swoich rodzinnych stron. Był wpisany w krynicki krajobraz.

zobacz więcej
Początkowo Jan poprosił o pomoc Radę Gromadzką. Liczył, że gmina pomoże mu w wybudowaniu przeprawy w tym miejscu. Rada wysłała tam komisję składającą się z kilku inżynierów, którzy stwierdzili, że nie ma szans na wzniesienie mostu nad jarem.

Zdeterminowany rolnik postanowił, że zrobi to sam. Musiał się jednak dogadać z innym sąsiadem, który był właścicielem drugiej części stromego urwiska i dalszego pola, stanowiącego wąską drogę. Zabrał ze sobą mocny trunek i poszedł na rozmowę. Po kilku godzinach udało się mu osiągnąć kompromis. Sąsiad, po otrzymaniu pewnej kwoty pieniędzy, zgodził się na warunki Stacha, choć nie wierzył w powodzenie przedsięwzięcia. Jan nie zważał na to, tylko kupił strome zbocze. A z drogi sąsiada miał korzystać w zamian za jej poszerzenie i utwardzenie.

Jak napisał pan w swoje książce, nikt z sąsiadów nie pomagał Stachowi w budowie. Wielu obojętnie i bezczynnie przyglądało się jego wysiłkowi. Niektórzy nawet z niego kpili.

Kiedy Jan postanowił sam zbudować most, ludzie myśleli, że postradał zmysły. Nikt nie wierzył, że można taką przepaść zapchać kamieniami. Każda z osób, którą prosił o pomoc, wymawiała się więc brakiem czasu. Sceptycznie patrzono na jego poczynania. Padło też dość nieprzyjemne, grubiańskie zdanie: „Prędzej zdechnie, jak ten most zbuduje” . Były nawet zakłady sąsiedzkie, ile jego organizm zdoła wytrzymać, jeśli będzie harował w takim tempie. Największy optymista we wsi obstawiał, że maksymalnie rok.

Jan Stach nie brał drwin sąsiadów do siebie, tylko postanowił robić swoje. Zabrał się więc do pracy. Zdecydował się wykorzystać do budowy skalne kamienie, których nad urwiskiem nie brakowało. Aby je transportować na miejsce, zrobił specjalną pakę z desek w kształcie kwadratu. Miała uchwyt z przodu, aby można było do niej zapiąć krowy. Zabrał ze sobą kilof, młot, taczki i łopatę, dla zwierząt siano i dwa wiadra zboża oraz dwa puste wiadra, które miały służyć do czerpania wody.

Jego determinacja była ogromna. W pierwszej kolejności musiał obrobić kamienie, które trzeba było wydobyć z twardej skały. Używał do tego młota. Nie było to takie proste, ponieważ trzeba było wiedzieć , w które miejsce uderzyć, by kamienie łatwo odchodziły. Do umieszczenia na samym dole jaru przygotowywał ogromne głazy, przewoził je krowami i staczał po stromym zboczu na dno przepaści. Potem schodził na dół i tam je układał. Szczególnie solidnie musiał zrobić przepust, bo mały potoczek przy ulewnych deszczach zamieniał się w rwącą rzekę.
W trakcie budowy Stach konsultował się z fachowcami jedynie w sprawie murowania sklepienia kolebkowego. Przepust, przez który pod mostem płynie potok do Jeziora Rożnowskiego, ma 7,5 metra długości, a wysokość około 3 m. Fot. Jacek Turek
Pracował przez cały dzień. Bez względu na to, czy świeciło słońce, czy padał deszcz. Żeby nie tracić czasu, niekiedy nie wracał do domu na odpoczynek, tylko spał na prowizorycznym posłaniu koło urwiska. Pracował też czasem w nocy. Miał latarkę, którą mocował na uprzęży krów, by oświetlała drogę. Wracał do domu głównie po to, by żona wydoiła krowy i zabierał na dół kolejną parę zwierząt. Często wspominał, że chyba nie było we wsi tak pracowitych i silnych krów, jak te, które posiadał. Jak się zmęczyły, to je zmieniał. Niestety, jego nie miał kto zastąpić.

Skupiał się też na tworzeniu piachu, składnika potrzebnego do zaprawy cementowej. Małe kamyki kruszył drobno za pomocą młota. Kupował też gotowy cement za pieniądze ze sprzedaży truskawek, ale w tamtych czasach takiego materiału nie było zbyt wiele na stanie. Udało mu się kupić dwie tony cementu, czyli 40 pięćdziesięciokilowych worków. Dzięki temu mógł zrobić zaprawę i spoić pierwsze kamienie.

Jan nie zwalniał tempa nawet zimą. Pługiem odgarniał śnieg w kierunku urwiska, z kolei łopatą i miotłą zrobioną z gałęzi brzozy odśnieżał kamienną górę. Mróz uniemożliwiał mu prace murarskie, lecz nie przeszkadzał w łupaniu kamieni i kruszeniu z nich piasku. I tak na ciężkiej pracy upływały godziny, dni, tygodnie, lata – konstrukcja powoli wznosiła się do góry.



Przerywał budowę jedynie na prace polne, jak choćby sianokosy czy żniwa. Musiał bowiem godzić obowiązki gospodarskie z prowadzonym przedsięwzięciem. Żona Helena opiekowała się w tym czasie gospodarstwem i dwoma dorastającymi synami. Starszy, 12-latek, miał za zadanie przynosić tacie obiad nad urwisko.

Czy żona Stacha nie robiła mu czasem wyrzutów, że podjął się tak karkołomnego i niebezpiecznego wyzwania?

Helena zawsze podchodziła do męża z wyrozumiałością i szacunkiem. Zwracała się do niego czule: „Jasiu”. Wspierała męża ciepłym słowem, co motywowało go do pracy, miał więc dużo siły, aby to przetrzymać. Nie mógł liczyć na jej wsparcie fizyczne, ponieważ była bardzo chorowitą osobą. Jako młoda dziewczyna chorowała na gruźlicę, jej rodziców nie było stać na kosztowne leczenie. Kiedy poznała Jana, powiedziała mu, że nie zamierza wychodzić za mąż, bo po co komu chora żona. Ale miłość Jana do Heleny była mocniejsza. Poprosił ją o rękę i obiecał sfinansować jej leczenie. Kilka miesięcy później się pobrali. Miesiąc po ślubie Helena wyjechała na półroczne leczenie do kliniki w Warszawie. Hospitalizacja przyniosła niezwykły efekt – kobieta żyła potem 73 lata, choć lekarze nie dawali jej wielkiej nadziei na przeżycie w ogóle. Zdołała też urodzić dwoje dzieci. Ale nadal nie mogła się podejmować ciężkich prac.

„Nikt nie jęczał i nie płakał”. O bosonogiej dziewczynce, która została gwiazdą

Znała gwarę góralską. W powstaniu była łączniczką, nosząc córkę w plecaku.

zobacz więcej
Jak mawiają starsi, śmierć i żona jest przez Boga przeznaczona. Bóg stawia na drodze rolnika chorą kobietę i wielu by się mogło wydawać, że niewiele można z taką osobą dokonać w życiu. Jan udowodnił, że można bardzo dużo. Później, po zakończeniu budowy mawiał, że most powstał też również dzięki jego żonie, bo dzielnie opiekowała się gospodarstwem i rodziną. Jak dwoje ludzi się wspiera, to choroba nie jest żadną przeszkodą w osiągnięciu celu. Miłość potrafi zdziałać cuda. A budowa tak skomplikowanej konstrukcji, która przetrwała tyle lat, jest tego dowodem.

To, co szczególnie może zadziwiać, to że człowiek bez wykształcenia budowlanego, inżynieryjnego potrafił wznieść samodzielnie kamienny most.

Jan Stach rzeczywiście nie ukończył żadnej szkoły budowlanej. W pracy kierował się przede wszystkim swoją inteligencją, wyobraźnią i wizją. I to wystarczyło. Był precyzyjny, przywiązywał wagę do szczegółów. Jak widzimy, kamienie są solidnie ułożone. Jest piękna łukowa konstrukcja. Od strony technicznej to majstersztyk. Most potrafił przetrwać dziesiątki lat w nienaruszonym stanie.

W trakcie budowy Stach postanowił skonsultować się jedynie w sprawie murowania sklepienia. Nie chciał ryzykować, wolał to wykonać pod okiem fachowców, aby budowla była w pełni bezpieczna. Poprosił więc mojego dziadka Władysława Gronia oraz jego kolegę po fachu Tadeusza o pomoc. Wspomnę tylko, że dziadek budował piwnice, a jak wiadomo, tam sklepienie musiało być solidnie zrobione. Panowie doradzali więc rolnikowi jak to prawidłowo zrobić, ale fizycznie mu nie pomagali, bo byli już w dość podeszłym wieku. Położyli pierwszy kamień i pokazali, ile stopni ma być odchylony od ściany spojonych już kamieni. I tak po dwóch tygodniach Janowi udało się zakończyć prace związane z zamknięciem tunelu od góry. Ostatni kamień, który został wmurowany w pozycji pochyłej, zamknął sklepienie ogromnego przepustu. Przepust ma siedem i pół metra długości, a wysokość około trzech metrów.

Warto wspomnieć, że w trakcie budowy nie obyło się bez niebezpiecznego incydentu. Kiedy most miał już siedem metrów wysokości, Stach wmurowywał kolejne kamienie w swoją budowlę, spajając je zaprawą. I właśnie ta zaprawa, która ulewała mu się z łopaty, doprowadziła do groźnej sytuacji. Kiedy rolnik chciał przymocować sporej wielkości kamień, wykonał krok w tył i jego prawa noga stanęła na śliskim podłożu. Stracił równowagę i spadł w dół. Na szczęście w ostatniej chwili złapał się gałęzi drzewa, które rosło w pobliżu. W ten sposób udało mu się uniknąć śmierci. Co ciekawe, było to jedyne drzewo, które rosło w pobliżu. Długo utrzymywał to wydarzenie w tajemnicy, dopiero kilka lat później podzielił się tym ze swoją żoną.
W 2011 roku, po śmierci Jana Stacha, w skałę obok przeprawy wmurowana została tablica pamiątkowa. Fot. Jacek Turek
To rzeczywiście niebezpieczny incydent. Wypadki zdarzają się niekiedy podczas samowoli budowlanej, a obecnie, w dobie biurokracji i pozwoleń, działania Jana Stacha mogłyby zostać za nią uznane...

Rzeczywiście, teraz niemal na każdy kamień trzeba mieć pozwolenie budowlane (śmiech).Wtedy nie było takich ostrych przepisów, wymogów. To nie była droga publiczna, tylko zwykła przepaść. Dlatego nie było żadnych przeciwwskazań, aby ją zagospodarować.

Być może były jakieś zastrzeżenia i wątpliwości, czy aby to jest do końca zgodne z prawem, ale ludzie byli bardzo ciekawi, czy się to w ogóle uda. Patrzyli na to, jak na pewne dziwactwo. Wspominałem, że nawet się zakładali, jak długo Jan wytrzyma. A on dał radę. Maksymalnie wywindował granice ludzkiej wytrzymałości.

Po trzech latach starań, powstała solidna i trwała konstrukcja, wykonana przez jednego człowieka własnym rękami. Wysoka na 13 metrów, szeroka w najwęższym punkcie na siedem i pół metra, a długa na 20 metrów. Upragniony cel, czyli łączność ze światem, został zrealizowany. Później trzeba było popracować nad drogą do mostu, bowiem wąska ścieżka była w opłakanym stanie. Głębokie koleiny były dość niebezpieczne. Kolejnym wyzwaniem rolnika było więc poszerzenie i utwardzenie około 300-metrowego odcinka. Było ciężko, ale się udało. Jan młotem pozyskiwał drobne kamienie na ten cel. Zrobił drewnianą ubijarkę, która pomagała mu ubić na drodze kamienie z piaskiem. Piasek klinuje kamienie i powierzchnia staje się twarda. Tak zrealizował kolejny cel.

Dzięki temu, że Jan postawił most, był dojazd do samego jeziora, więc turyści chętnie kupowali tam działki. Co ciekawe, rolnik nie chciał od nich żadnej złotówki za korzystanie z przejazdu. To niebywałe, że po takim trudzie, który musiał znosić przez tyle lat, było go stać na taki gest. Ale zawsze powtarzał, że most stawiał nie tylko dla siebie, lecz także dla innych.

Lata upływały i coraz więcej osób przyjeżdżało nad jezioro. Częstym gościem był tu pewien turysta z Krakowa. Jan zaproponował mu sprzedaż działki, która była nieopodal zbiornika. Początkowo mężczyzna nie był tym zainteresowany, ale rolnik złożył kolejną propozycję, ze wybuduje mu na tej działce domek letniskowy. Wtedy przystał na tę ofertę. Rolnik bez żadnego wykształcenia budowlanego przygotował profesjonalne plany budowy, które później zrealizował. Jan Stach kolejny raz zadziwił świat swoimi nieprzeciętnymi zdolnościami.

Co wystrugał przy krowach, trafiało do Genewy czy kolekcji Wajdy

Zaczęło się od głuchoniemego pastucha analfabety, a za nim poszli inni. Setka rzeźbiarzy i malujących na szkle wśród zaledwie 1,5 tysiąca mieszkańców wsi. Fenomen paszyński, który z ubogich, schorowanych i poniżanych zrobił twórców światowej sławy.

zobacz więcej
Oprócz zdolności budowlanych, Jan Stach dał się poznać jako radiesteta, czyli wykrywacz żył wodnych.

Miałem okazję kilka razy podpatrywać jego poszukiwania. Gdy Jan natrafiał na żyłę wodną, widełki zrobione przez niego z gałęzi drzewa wyłamywały mu się w zaciśniętych rękach. Raz sobie zażartowałem, że to niemożliwe, by tak się działo. Jan, lekko zirytowany moimi wątpliwościami, kazał mi z całych sił ścisnąć jego ręce. I rzeczywiście poczułem z jak ogromną siłą te drewniane widełki się wyginają. Moje samodzielne próby nie przynosiły takiego efektu. Kiedy Jan położył swoje dłonie w okolicy moich nadgarstków, poczułem przypływ energii, która sprawiła, że widełki zaczęły mnie ciągnąć w kierunku ziemi. To było niesamowite uczucie.

O jego zdolnościach szybko rozeszły się wieści po okolicy. Z dalekich stron ludzie przyjeżdżali do niego, by pomógł im znaleźć wodę. W górach była ona i jest nadal na wagę złota. Jan nie tylko znajdował źródło, ale też kopał studnię. Za pomocą wiadra przymocowanego do haka wyciągał wykopaną ziemię, dopóki woda nie wytrysła. Otwór zabezpieczał wokół kamieniami. Można powiedzieć, że towarzyszyły rolnikowi przez całe życie.

Wykonywał też prace, które nazywał uziemieniem żył wodnych. Często powtarzał, że nie wolno na nich spać, bo są bardzo szkodliwe. Chodził więc z drewnianymi widełkami nad łóżkami w domach i sprawdzał, czy są obecne w tym miejscu. Gdy je zlokalizował, uziemiał je za pomocą dawnego przewodu antenowego, który przybijał gwoździami do podłogi.

Robił to wszystko bezinteresownie, nie chciał za to pieniędzy.

Jan Stach był częstym gościem w naszym domu. Pamiętam go jako życiowo mądrego człowieka. Często lubił rozmawiać na tematy polityczne i sam się nieraz dziwiłem, skąd w nim tyle rozeznania. Był też cichy, skromny i pomocny do końca swoich dni. Dożył sędziwego wieku. Umarł 25 grudnia 2011 roku w Boże Narodzenie w wieku 93 lat. Data jego śmierci jest dla mnie bardzo wymowna.

Most przetrwał 50 lat i myślę, że będzie służył następnym pokoleniom. To jest żywy pomnik Jana Stacha. Dla mnie to jest człowiek legenda.



Często tacy ludzie są doceniani dopiero po czasie…

O tym też mówi dokument z 1971 roku „Wznoszę Pomnik” Jerzego Jaraczewskiego. W trakcie budowy mostu reżyser przebywał w tym regionie na wczasach i zainteresował się sytuacją. W nakręconym przez niego filmie sąsiedzi wspominają, w jak ciężkich warunkach powstawał most. Jeden z nich mówił, że gdy wracał nocą z pracy, to zaobserwował, że ktoś rusza się w przepaści. Wydawało mu się, że jakieś zwierzę, bo ciężko było rozpoznać Jana, tak bardzo był ubrudzony i oblepiony przez materiały służące do budowy. Sąsiedzi podziwiali jego siłę i wytrwałość. Jan ze swoją żoną w milczeniu wysłuchiwał tych pochwał. Wspomnienia przerwał mój dziadek Władysław. Zaczął krzyczeć, że jak Jan potrzebował pomocy, to trzeba było mu pomóc, a nie tłumaczyć, że się nie da. Dodał, że teraz każdy chce jeździć po moście, ale robić się przy nim nikomu nie chciało. Na koniec dodał, że sama szlachta się zrobiła z ludzi. Miny biesiadników wtedy nieco zrzedły.

Konflikty o ziemię oraz ludzka zawiść i zazdrość są wciąż aktualne. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie walczył o trzy palce ziemi na miedzy, jak w filmie „Sami Swoi” w reżyserii Sylwestra Chęcińskiego. Może teraz w mniejszym stopniu, bo młodzi ludzie już tak nie zwracają uwagi na rolnictwo. Ale wciąż zdarzają się takie incydenty. Stawia się więc znaki „Zakaz przejazdu”, aby ktoś nie mógł skorzystać z danej drogi, czy nie naruszył czyjegoś gruntu.

Trud i wysiłek zmieniają człowieka na lepsze. Wzrasta w nim pokora i siła wewnętrzna.

A siły wewnętrznej akurat Janowi Stachowi nie brakowało.

Jan pokazał nam wszystkim, że warto walczyć do końca, jeśli chcemy osiągnąć coś wielkiego. Był dla mnie inspiracją. Jestem zwykłym budowlańcem, nie mam wykształcenia literackiego i pomysł napisania książki był dość szalony. Miałem chwile załamania, zwątpienia, ale się nie poddawałem. Kiedy przychodziły trudności, miałem przed oczami Jana i wtedy myślałem: jeśli on dał radę, to ja też dam.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Wydawnictwo Poligraf
Most Stacha, zwany też „Mostem Mocarza” znajduje się w Znamirowicach, w województwie małopolskim, nad Jeziorem Rożnowskim. Został wzniesiony z piaskowca typu „Siwiec”. Leży w pobliżu znakowanego szlaku turystycznego Tarnów – Wielki Rogacz. Aby go obejrzeć, należy udać się drogą biegnącą przez Znamirowice do przystanku autobusowego Znamirowice-Skała. Następnie przy przystanku należy skręcić w kierunku Jeziora Rożnowskiego, drogą biegnącą w dół, wzdłuż skraju lasu.
Zdjęcie główne: 1 maja 2012 roku budowla uzyskała oficjalną nazwę: „Most im. Jana Stacha”. Fot. Jacek Turek
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Kaczyński, który uczył Polaków kochać operę
Za Marią Callas powtarzał, że „sztuka nie znosi zdrady”. Nawet jeżeli go ktoś zafascynował, to pozostawał wierny muzyce, zwłaszcza głosu ludzkiego.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Przylatuje ich do nas 100 tysięcy. Odlatuje nawet pół miliona
Są mistrzami wykorzystywania energii, ale też mistrzami postu. Potrafią wytrzymać bez jedzenia nawet cztery tygodnie.
Rozmowy Poprzednie wydanie
W pustki na półkach rosyjskich sklepów proszę nie wierzyć – mówi...
Skwieciński: Poparcie Rosjan dla Władimira Putina jest tyle szerokie, co płytkie. Nie jest trwałe i może się widowiskowo posypać.
Rozmowy wydanie 29.04.2022 – 6.05.2022
Drugiej Jałty nie będzie. Zachód nie zostawi Ukrainy
Irena Lasota: Od końca PRL minęło już przeszło 30 lat, a w Polsce wciąż nie wyrobił się nawyk polemizowania.
Rozmowy wydanie 29.04.2022 – 6.05.2022
Polski wynalazek, który wyleczy cukrzycę: bioniczna trzustka 3D
Na koniec 2023 roku będziemy gotowi do wykonania pierwszej transplantacji organu u człowieka – mówi prof. Michał Wszoła.