Felietony

Gen sarmatów wiecznie żywy

Radykalne feministki gardłują za prawem do aborcji, argumentując, że każdej kobiecie wolno robić ze swoim brzuchem to, co uważa za właściwe. Z kolei konserwatywni libertarianie za cel ataku obrali maseczki i szczepionki, a antypandemiczne inicjatywy państwa przedstawiają jako dybanie na swobody obywatelskie.

Pandemia COVID-19 to istny polityczny gamechanger. Stała się źródłem nowego podziału w skali globalnej. Rola państw narodowych, imigracje, elgiebetyzacja kultury, ekologia i inne tematy zeszły na bok. Pojawiła się kwestia, która rozpala masowo emocje: jak walczyć z koronawirusowym kataklizmem.

Wokół niej toczą bój dwa obozy: jeden jako swój priorytet wskazuje zdrowie publiczne, drugi – wolność. Oba przerzucają się wzajemnie epitetami: a to ktoś słyszy, że jest „sanitarystą”, a to ktoś inny – że „foliarzem”.

Oczywiście mamy to do czynienia z obrazem uproszczonym – nie są to przecież jednolite wewnętrznie obozy. Postawy wobec walki z pandemią bywają często złożone. Na przykład ktoś może być przeciwnikiem obowiązku szczepień przeciw COVID-19, a zarazem – zwolennikiem wprowadzenia takich przepisów prawnych, które do przyjęcia szczepionek będą motywować.

W Polsce spór polityczny dotyczący walki z pandemią odsłonił przy okazji podział będący o co najmniej kilka stuleci starszy niż zaraza z Wuhan. Chodzi o to, kto jakie stanowisko zajmuje wobec „złotej wolności” szlacheckiej, a więc naczelnej wartości sarmatyzmu – zjawiska, które w istotny sposób ukształtowało polską polityczność.

To zresztą nie jest nowa sytuacja w III Rzeczypospolitej, gdy ujawnia się dziedzictwo XVI- i XVII-wiecznej przeszłości. Daje ono o sobie znać niezależnie od panującego w Polsce ustroju.

Antypaństwowe wzmożenie salonowców

W 2011 roku na łamach dwumiesięcznika „Polonia Christiana” ukazał się tekst Ryszarda Legutki „Sarmaci wczoraj i dziś”. Autor postawił w nim tezę, że spadkobiercami sarmatyzmu w III RP nie są bynajmniej konserwatywni intelektualiści wychwalający dawny polski republikanizm, lecz… bywalcy lewicowo-liberalnych salonów, którzy bądź co bądź nie opiewają folwarków pańszczyźnianych.

Jak przypomniał Legutko, wolni i równi obywatele Rzeczypospolitej Obojga Narodów – a więc szlachta – upatrywali swojego głównego wroga w monarchii. Król aspirował do posiadania silnej władzy. Natomiast szlachta interpretowała to jako absolutystyczne zakusy ograniczające jej „złotą wolność”.

Zdaniem filozofa, Rzeczpospolita Obojga Narodów – wbrew swojej nazwie i pokutującym opiniom – okazała się podmiotem głęboko antyrepublikańskim. Charakter funkcjonującego w nim modelu politycznego oddaje zaś termin „demokracja szlachecka”. Państwo to bowiem nie stało na straży dobra wspólnego, lecz faworyzowało elitę społeczeństwa (to do niej ograniczony był demos). Wolność i równość były przywilejami warstw wyższych, a nie prawami ogółu.

Sarmackie wzorce postaw i zachowań przetrwały do dziś. W III RP obrońcami „złotej wolności” są tworzący establishment politycy, prawnicy, biznesmeni, intelektualiści, artyści. Spajają ich przyziemne interesy, a zarazem lewicowo-liberalne – czyli w mniemaniu tych ludzi jedynie słuszne – poglądy. Stanowią oni klasę społeczną, do której można odnieść następujące słowa Legutki: „Grupa ta podobnie jak jej poprzedniczki, zaciekle broni dostępu do siebie, podobnie jest przekonana o swojej wyższości, o zbawiennym wpływie na wszystko”.

Warto dostrzec sytuacje, w których w III RP sarmacka spuścizna daje o sobie znać szczególnie.
W III RP obrońcami „złotej wolności” są tworzący establishment politycy, prawnicy, biznesmeni, intelektualiści, artyści – pisze autor. Na zdjęciu: marsz Komitetu Obrony Demokracji w 2018 roku. Fot. PAP/Radek Pietruszka
To choćby konflikt o reformę sądownictwa. Sędziowie kontestujący „upolitycznienie” trzeciej władzy, pod pretekstem obrony jej niezawisłości, zachowują się jak szlachta zrywająca sejm. To nic, że występując przeciw jednej opcji politycznej (tej będącej u steru państwa), popierają inną (opozycję). Liczy się pozowanie na obrońców praworządności pod hasłem „Wolne sądy!”.

Swoją drogą trzeba zwrócić uwagę na to, jak w III RP negatywnym znaczeniem został obarczony przymiotnik „polityczny”. Często jest on kojarzony z zawłaszczaniem prywatności. Konsekwencję tego jest powszechna wśród Polaków podejrzliwość wobec polityków.

Współczesny dyskurs sarmacki w wersji lewicowo-liberalnej zakłada, że zagrożeniem dla jednostki jest wyłącznie państwo, czyli władza polityczna, natomiast ponadnarodowe korporacje, globalne instytucje, organizacje pozarządowe i generalnie rozmaite potężne grupy interesów – już nie. A przecież mogą one anonimowo wpływać na sytuacje w poszczególnych krajach, mając do swojej dyspozycji „wolną” wymianę handlową, „społeczeństwo obywatelskie” czy właśnie „odpolitycznione” sądownictwo.

Polscy liberałowie przeglądają się w zwierciadle endecji

Polacy nieraz jawią się w książce jako dzika i nieokrzesana zbiorowość – wschodnia tłuszcza.

zobacz więcej
Tak więc za sloganem „Wolne sądy!” kryje się warcholstwo naszych czasów. Podobnie jest z hasłem „W…dalać!” skandowanym na demonstracjach Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, w trakcie których wysuwane są postulaty zniesienia jakichkolwiek barier prawnych w dostępie do aborcji. Znamienne, że polski radykalny feminizm w swoim antypaństwowym wzmożeniu może przywoływać na myśl właśnie sarmatyzm.

Prawicowy egoizm do kwadratu

Tyle że „złota wolność” nie jest świętością jednej strony barykady w wojnie polsko-polskiej. I do tego, żeby się o tym przekonać, przyczyniła się pandemia COVID-19. Okazało się bowiem, że to w obozie szeroko pojętej prawicy ujawniło się sarmackie podejście do ograniczeń nakładanych przez państwo na obywateli w związku z koniecznością odparcia koronawirusa.

Wprowadzanie obostrzeń antypandemicznych spotyka się z protestami w środowiskach, które można zdefiniować jako konserwatywno-libertariańskie. Ich polityczne znaczenie w Polsce w ubiegłej dekadzie znacząco wzrosło i oddziałują one na prawicę głównego nurtu.

Widać, że owoce przynosi to, z czym mamy do czynienia od ponad 30 lat. Oto kolejne pokolenia młodych Polaków nabierają się na ideologiczne ekstrawagancje w rodzaju sprzeciwu wobec obowiązkowi zapinania pasów w samochodzie – rzecz jasna w imię wolności („złotej wolności” – można byłoby doprecyzować).


Paradoksalnie pandemia pokazuje, jak dużo łączy konserwatywnych libertarian z radykalnymi feministkami. Chodzi tu zwłaszcza o posunięty do skrajności indywidualizm (a bardziej trafnie byłoby tę postawę określić po prostu jako egoizm).

Radykalne feministki gardłują za prawem do aborcji, argumentując, że każdej kobiecie wolno robić ze swoim brzuchem to, co uważa za właściwe. Nie obchodzi ich wiedza naukowa, z której wynika, że nowe życie ludzkie zaczyna się z chwilą poczęcia, więc usunięcie ciąży to uśmiercenie człowieka.

Z kolei konserwatywni libertarianie jako cel ataku obrali maseczki i szczepionki. Lansują na ich temat różne fake newsy, które mają przekonać Polaków, iż środki te w walce z pandemią nie pomagają, a nawet mogą szkodzić. Antypandemiczne inicjatywy państwa przedstawiają jako dybanie na swobody obywatelskie. Swoje stanowisko zaś próbują uzasadnić następująco: każdy człowiek jest panem swojego zdrowia i żadnym instytucjom nic do tego. Tyle że tym samym odrzucają założenie, iż indywidualna wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się zarażanie śmiertelną chorobą innych ludzi. Zaprzeczają temu, że społeczeństwo to zespół naczyń połączonych.

I znowu to „Liberum veto”

Przyglądając się wydarzeniom w świecie, widać wyraźnie, kto politycznie chcąc nie chcąc korzysta z pandemii COVID-19. Na prawicy krążą teorie spiskowe, które ją kompromitują, ale przede wszystkim poznawczo blokują, żeby zmierzyć się z wyzwaniami, jakie przyniosła światu chińska zaraza. Boleśnie się przekonał o tym Donald Trump, przegrywając wybory prezydenckie, choć jeszcze na początku 2020 roku się wydawało, że je zdecydowanie wygra. Padały głosy, że to właśnie jego dezorientacja, jeśli chodzi o koronawirusową katastrofę, doprowadziła do spadku poparcia społecznego dla niego.

Politycznymi beneficjentami pandemii okazują się zatem progresiści. Prawicę dzieli problem, którego wcześniej nie było. Gdy COVID-19 staje się głównym tematem debaty politycznej, może to skutkować rozstrzygnięciami korzystnymi dla frontu sił lewicowo-liberalnych. Te bowiem – w odróżnieniu od prawicy – są w sprawie metod walki z pandemią w miarę jednomyślne, więc mogą się konsolidować.
W czasie pandemii Covid-19 w obozie szeroko pojętej prawicy ujawniło się sarmackie podejście do ograniczeń nakładanych przez państwo – twierdzi autor. Na zdjęciu: rok 2020 protest w Toruniu przeciwko obowiązkowi noszeni maseczek. Fot. Piotr Lampkowski / Forum
Warto jednak zadać pytanie: skąd się wziął w wielu krajach flirt części konserwatystów z ruchami antyszczepionkowymi? Przyczyn tego stanu rzeczy trzeba upatrywać w utracie zaufania do nauki, jakie stało się udziałem mnóstwa ludzi mających w kwestiach kulturowych, obyczajowych, społecznych poglądy osadzone w paradygmacie chrześcijaństwa. Wyrażają oni obawy, że świat może się znaleźć pod rządami dyktatury scjentystów.

Z jednej strony medycyna przestała być wyłącznie dziedziną wiedzy, a stała się również biznesem, o czym świadczy mocna pozycja przemysłu farmaceutycznego. Dlatego wobec firm zajmujących się szczepionkami kierowane są podejrzenia o poświęcanie zdrowia klientów dla zysku. Z drugiej strony niemało lekarzy uległo wpływom lewicowych teorii dotyczących choćby ludzkiej seksualności. Trzeba tu wspomnieć na przykład o wykreśleniu współżycia seksualnego osób tej samej płci z klasyfikacji zaburzeń psychicznych (DSM) Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego w 1973 roku. Do dziś trwa dyskusja, czy stało się to w wyniku debaty naukowej, czy pod wpływem politycznych nacisków ze strony zorganizowanych środowisk osób homoseksualnych.

Rezultatem postrzegania lekarzy jako agentów pełzającej lewicowej rewolucji jest nieufność wobec wszelkich zdobyczy nauki, czyli także tych, które z żadną ideologią nie mają nic wspólnego. I tak właśnie jest ze szczepionkami przeciw COVID-19.

Przedrozbiorowa historia Polski zna wiele przypadków, w których rokosze szlachty prowadziły do kryzysu państwa polskiego. Słabość władzy królewskiej na rzecz „złotej wolności” szlacheckiej ostatecznie zgubiły Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Przed takim scenariuszem ostrzegał już na przełomie XVI i XVII stulecia nadworny kaznodzieja Zygmunta III Wazy, jezuita ksiądz Piotr Skarga.

Jednocześnie w dyskusjach o dziejach Polski nieraz pada termin „gen wolności”. Odnosi się on do cechującego polską zbiorową mentalność czynnika, który faktycznie sprawił, że Polacy – mimo rozmaitych koszmarnych doświadczeń historycznych (zabory, okupacje, komunizm) – przetrwali jako naród.

Szkopuł w tym, iż określenie to bywa używane bałamutnie. Może ono bowiem być alibi dla zwyczajnie nieodpowiedzialnych zachowań. Ich przykłady widać zwłaszcza wtedy, gdy na przeszkodzie państwu polskiemu usiłują stanąć – w imię „złotej wolności” – różni współcześni rokoszanie. Swoim „Liberum veto” popychają oni Polskę ku przepaści.

– Filip Memches

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Fragment ryciny Jana Piotra Norblina (1740-1830) „Grupa opozycji na sejmiku”. Fot. Wikimedia
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Lekcja
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Polska-Ukraina: o jakiej integracji mówimy?
Mamy wspólny interes, żeby liczyć się w Europie i świecie jako osiemdziesięciomilionowy podmiot.
Felietony Najnowsze wydanie
Kto rozplącze watykańskie kłębowisko węzłów
Przez dziesięciolecia Watykan lekceważył oskarżenia o korupcję finansową.
Felietony Najnowsze wydanie
Sztuka społeczeństwa otwartego, czyli realizm Sorosa
Sztuka jest bronią potężną, zwłaszcza gdy trzeba pozyskać wybredne elity intelektualne.
Felietony Poprzednie wydanie
Czy Polska i Ukraina powinny być jednym państwem?
Nie ma powodu, aby dziś uruchamiać integrację naszych krajów.