Cywilizacja

Dziecko i propaganda. Tak uśmiech, jak i ból służą do manipulacji

Prawdziwa może być buzia dziecka, łzy, jego przerażone zdziwione oczy. Prawdziwe mogą być białoruskie bagna i las, ciemności i koczowisko w głuszy. A mimo to wszystko to razem może być kłamstwem.

To zdjęcie z września 2015 roku jest ikoną. Na brzegu morza leży ubrany w czerwoną koszulkę i krótkie spodenki chłopczyk. Twarz ma wciśniętą w piasek, fale zalewają mu główkę. Nie żyje. Utonął. To 3-letni Aylan Kurdi (de facto jego rodowe nazwisko brzmi Alan Shenu; „Kurdi” używany w Turcji ze względu na pochodzenie etniczne rodziny), którego ojciec zabrał na łódź, by przeprawić się z tureckiego wybrzeża na grecką wyspę Kos, do Unii Europejskiej, do lepszego świata. Martwy chłopczyk stał się symbolem tych wszystkich nieszczęsnych irackich i syryjskich dzieci, które uciekają przed wojną z własnego kraju. Zdjęcie ilustrowało los uchodźców i otwierało serca Europejczyków na ich przyjęcie.

Potem okazało się, że ilustruje też zupełnie inną historię i jest symbolem kłamstw, manipulacji, propagandowych sztuczek. Tragedia była prawdziwa. Tego dnia na Morzu Śródziemnym na dno poszły 2 łodzie z 23 pasażerami. Utonęło 12 osób, w tym Aylan i jego 5-letni braciszek. Dzieci na niebezpieczną wyprawę zabrał ojciec. Nie byli jednak uchodźcami w tragicznej sytuacji – uciekli od wojny domowej i osiedlili się w bezpiecznej dla nich Turcji. Liczyli co prawda na dołączenie do rodziny w Vancouver, ale władze kanadyjskie odrzuciły ich wniosek o azyl. Ojciec zorganizował więc nielegalny wyjazd na Kos (niektórzy świadkowie twierdzili, że kierował przepełnioną łodzią), by poprawić byt rodzinie i... wstawić sobie zęby – jak mówił, wybite podczas torturowania go przez rebeliantów w Kobe. Usłyszał, że w bogatej Europie robią implanty uchodźcom za darmo, bo funduje im się pełną opiekę medyczną. W podróż zabrał swych dwóch synków. Tylko on przeżył.

Zdjęcie było też inscenizowane. Ciało Aylana wypłynęło na brzeg w zupełnie innym miejscu. Przeniesiono je i ułożono dla bardziej wstrząsającego efektu. Potem tysiące razy powielono w mediach społecznościowych, opatrując hasztagiem #KiyiyaVuranInsanlik – „człowieczeństwo wyrzucone na brzeg”. Najstarszy brytyjski magazyn, wydawany od 1828 roku konserwatywny „Spectator”, nazwał zdjęcie i rozpętaną wokół niego propagandową akcję moralną pornografią.
Czuwanie ku pamięci Aylana Kurdiego, 7 września 2015 r. w Melbourne. Tysiące ludzi protestowało wówczas przeciwko polityce australijskiego rządu wobec uchodźców. Fot. Chris Hopkins/Getty Images
Dzieci od dawna wykorzystywane są w celach propagandowych. Uosabiając niewinność, wewnętrzną harmonię, piękno, czystość, bezbronność służyły do ocieplania wizerunku przywódców politycznych czy władców, ale mają też poruszać sumienia, skłaniać do przyjęcia określonej postawy, podjęcia oczekiwanych działań.

Ojcowie narodu

Teolog, biskup i były rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Łodzi Adam Lepa pisał, iż „w manipulacji chodzi z reguły o coś, co zasadniczo istnieje poza człowiekiem i jego rzeczywistym dobrem, a czemu podporządkowane jest zdobywanie człowieka, zawładnięcie nim i dowolne dysponowanie”. Takim zawładnięciem może być uwielbienie dla władcy, podporządkowanie się mu. Nigdzie więc nie wykorzystywano tak bardzo dzieci do przedstawiania wodza, co w Związku Radzieckim.

„Dziękujemy partii, dziękujemy drogiemu Stalinowi za szczęśliwe dzieciństwo” – głosi hasło z plakatu autorstwa Dmitrija Grinieca z 1937 roku. Koba tuli jedną ręka trzymającego samolot chłopca i słucha grającego na skrzypcach. Obejmuje go dziewczynka, pochodząca pewnie z którejś z azjatyckich republik ZSRR. Na innym plakacie dziecięce twarzyczki wyobrażone są jako kwiatki, które swym ciepłem z Kremla ogrzewa Stalin. Tysiące takich dzieł, z których wiele przeszło do klasyki socrealizmu, zdobiło szkoły, przedszkola, świetlice, domy kultury, wykuwając socjalistyczne duszyczki.

W Polsce z dziećmi uwielbiał uwieczniać się Bolesław Bierut. To w ich otoczeniu fotografował się obchodząc w 1951 roku swe 59. urodziny. Na fotografiach pokazujących w PRL świętowanie 1 Maja nie mogło zabraknąć widoku dziecka podtykanego ukochanemu przywódcy z kwiatami albo do całowania przez funkcjonariusza Biura Ochrony Rządu. Obraz ojca narodu.

Oczywiście w propagandzie Zachodu także pokazywano liderów w otoczeniu dzieci. Wymowa była jednak nieco inna. Tu mniej chodzi o pokazanie ojca narodu, przywódcy czuwającego nad szczęściem wszystkich obywateli, a bardziej o autopromocję na potrzeby kolejnych, czasami już tylko rytualnych wyborów. Politycy budują więc domowy wizerunek, bo rodzina, własne dzieci nadają rys ciepłego, podzielającego nasze troski, ale też nadzieje człowieka.
Propagandowy plakat sowiecki ze Stalinem z 1937 roku oraz towarzysz Bierut przyjmujący kwiaty od dziewczynki w stroju krakowskim podczas pochodu 1-majowego w Warszawie w 1952 r. Fot. back-in-ussr.com oraz PAP/CAF
Jak w swej rozprawie „Manipulacja obrazem dziecka we współczesnym dyskursie medialnym” wskazuje dr Anetta Strawińska, dziecko jest „rekwizytem kompetencji”, ucieleśniającym takie wartości jak: życie, miłość, wolność, udane życie rodzinne, bezpieczeństwo, altruizm. „Manipulacja wizerunkiem dziecka w jednostkowych działaniach autoprezentacyjnych przejawia się głównie w zawoalowanych działaniach, które służą przedstawianiu konkretnej osoby znanej/rozpoznawalnej w jak najlepszym świetle na jego tle” – pisze.

„Archetyp rodziny pojawia się w autopromocji polityków z tego powodu, iż przywołuje uniwersalne wartości. Odnosi się do potrzeb. Jest symbolem bezpieczeństwa i wielu pozytywnych uczuć. (…) Dom oraz rodzina to komponent społeczny wizerunku. W myśl reguły lubienia Roberta Cialdiniego, jeśli wyborcy odnajdą w politykach symptomy podobieństwa do siebie samych, będą skłonni w większym stopniu ich poprzeć” – dodaje Strawińska.

Wojenne dziewczynki

Wiek XX w kulturze Zachodu nadał dziecku szczególne miejsce w społeczeństwie i wykorzystywał je nie tylko do wielkich manipulacji, ale także do znaczącego przekazu, choćby o okrucieństwie wojny. Zdjęcie z 1972 roku 9-letniej poparzonej Kim Phuc, uciekającej drogą po napalmowym ataku, stało się symbolem okropieństw konfliktu w Wietnamie. Znana jako „Dziewczynka i napalm” fotografia Nicka Uta zdobyła wtedy główną nagrodę World Press Photo.

Gdy prezydent Richard Nixon 12 czerwca 1972 roku zobaczył to zdjęcie opublikowane na pierwszej stronie „New York Times”, wątpił w jego autentyczność. Obraz dziewczynki był tak wstrząsający, że nie chciał uznać go za prawdziwy. Mylił się. Wszystko na zdjęciu było prawdą. Mała Kim Phuc spędziła w szpitalach 14 miesięcy i przeszła 17 operacji, a komunistyczny reżim w Wietnamie przez lata wykorzystywał ją, także już jako dorosłą kobietę do swych propagandowych celów. Zdjęcie „Dziewczynka i napalm” miało jednoznacznie pacyfistyczną wymowę. Niezależnie od intencji fotoreportera, to przekonywało Amerykanów do wycofania się z wojny w Wietnamie.

Zupełnie odwrotny był cel dużo wcześniejszej fotografii, przedstawiającej 3-letnią Eileen Dunne – miała wprost nakłaniać Amerykanów, by do wojny przystąpili. Intencje były jasne i stał za nimi sam Winston Churchill. Oto na okładce magazynu „Life” z 23 września 1940 roku widzimy małą dziewczynkę. Ma obwiązaną bandażem główkę, leży w szpitalnym łózko, tuli misia i patrzy na nas nie rozumiejąc świata, który jej to uczynił. To właśnie Eileen, ofiara niemieckich bombardowań Londynu. Zdjęcie zrobił fotografujący na co dzień rodzinę królewską Cecil Beaton. Do uwieczniania niemieckich zbrodni zagonił go właśnie sam premier Wielkiej Brytanii.
Trzyletnia Eileen Dunne, ofiara londyńskiego nalotu, w szpitalu w 1940 r. Zdjęcie Cecila Beatona (1904-1980). Fot. Universal History Archive/Universal Images Group via Getty Images
Redakcja „New York Times” długo wahała się czy opublikować zdjęcie, poparzonej napalmem wietnamskiej dziewczynki. Dziś już nikt nie ma takich rozterek. Temat „wojna i dziecko” sprzedaje się znakomicie, więc fotoreporterzy, a za nimi politycy niczym sępy krążą w poszukiwaniu obrazów, którymi jedni zdobędą nagrody, a drudzy też serca odbiorcy/wyborcy. Prawdziwy sęp, a nie taki w przenośni, był zresztą elementem jednego z najsłynniejszych zdjęć z dzieckiem.

Kevin Carter, fotoreporter z RPA dokumentował klęskę głodu w Sudanie. Na jego fotografii widzimy skrajnie wychudzoną, wyczerpaną dziewczynkę. Za nią przysiadło ptaszysko, które czeka na zdobycz, na moment, by zaatakować. Fotoreporter wspominał, że po zrobieniu zdjęcia przegonił sępa, usiadł pod drzewem, płakał i modlił się. W 1994 roku zdobył Nagrodę Pulitzera. W dziele Cartera wszystko było prawdziwe, tak jak zapewne on sam. Kilka miesięcy po otrzymaniu nagrody, pogrążony w depresji, popełnił samobójstwo. Miał 33 lata.

Oczy zalane łzami

Stałym poligonem robienia zdjęć dzieciom – i prawdziwie fotoreporterskich, i takich, których celem jest manipulowanie odbiorcą – stał się Bliski Wschód ze wszystkimi toczącymi się tam, właściwie niekończącymi się konfliktami. Inscenizowanie planu do odpowiedniego kadru stało się tam powszechne, a świat gubi się, próbując odróżnić prawdę od fałszu. Zwłaszcza, że wiele autentycznych obrazów podkłada się pod zdarzenia z innych miejsc, innego czasu i okoliczności.

Manipulacjom i zwykłym kłamstwom sprzyja powszechny dostęp do mediów społecznościowych. Wiele osób zamieszcza w nich komentarze i zdjęcia, by dzielić się swym cierpieniem, szukać pociechy, a czasami tylko się pochwalić albo popisać, czy wręcz wyżyć, zadrwić. Wykorzystują to tzw. trolle i manipulatorzy. Tak było ze zdjęciem kilkuletniej Malek, która miała zginąć w Strefie Gazy w izraelskim ataku rakietowym. W rzeczywistości ona żyje, ma na imię Zosia i jest… Rosjanką. Portret pięknej, wielkookiej dziewczynki został sobie przez kogoś przywłaszczony i wykorzystany.

Jak Jane Fonda znienawidziła własny kraj i pokochała Wietnam Północny

„To jest Berlin roku 1936, a my wszyscy jesteśmy Żydami” – mówiła o USA. „Amerykańscy jeńcy wojenni są traktowani z godnością, na jaką nie zasługują” – dodawała później.

zobacz więcej
Inne, zrobione przez Fadi Abdullaha w Strefie Gazy prawdziwe zdjęcie płaczącej dziewczynki stało się „dyżurnym obrazem” do ilustrowania kolejnych konfliktów izraelsko-palestyńskich, ale też wojen w innych częściach Azji. Krążyło jako ilustracja zamachu terrorystycznego w Kabulu, czy bombardowania syryjskiego Idlibu i historii dwóch sióstr.

W 2014 r. amerykańska stacja CNN nadała tytuł Dziennikarza Roku niemieckiemu reporterowi Claasowi Relotiusowi. Gwiazda mediów, dziennikarz „Der Spiegel”, laureat najbardziej prestiżowych nagród napisał wstrząsający reportaż o małej Syryjce. I kolejne o dzieciach z pogranicza Syrii i Turcji, o dzieciach porwanych przez ISIS. Za swe teksty Relotius dostał Europejską Nagrodę Prasową, a także laury od wielkiej niemieckiej organizacji charytatywnej Kindernotholfe, zajmującej się pomocą dzieciom. Na konto Relotiusa płynęły miliony euro na pomoc dla dzieci z objętego wojną Bliskiego Wschodu. Teksty okazały się zmyślone, podobnie jak co najmniej kilkanaście innych, pisanych przez niego także dla „Die Welt”, „Cicero”, „Die Tageszeitung”. Relotius okazał się być – po Konradzie Kujau, który sprzedał tygodnikowi „Stern” fałszywe dzienniki Adolfa Hitlera – największym oszustem, kłamcą i konfabulatorem w historii niemieckich mediów.

W 2016 roku świat wstrząsnęło zdjęcie „Chłopca z Aleppo”. W tym mieście toczyły się walki wszystkich ze wszystkimi: islamistami, rebeliantami, wojskami wspieranego przez Rosjan prezydenta Syrii Baszara al Assada. W kadrze widać, jak 5-letni Omran Daqneesh siedzi zakrwawiony w karetce. Obok, na pierwszym planie jego kilka lat starsza siostra. Czekają na pomoc. Zdjęcie opublikowało Aleppo Media Center. Walczący z Assadem wyjaśniali światu: „Rosjanie i Assad zbombardowali Aleppo, masakrując Bogu ducha winne dzieci. Zachód nie może więc pozostać obojętny i musi interweniować w obronie ludności cywilnej oraz powstańców islamskich, walczących przeciwko Assadowi”.
5-letni Omran Daqneesh z siostrą w karetce pogotowia po tym, jak zostali ranni podczas nalotu na Aleppo, 17 sierpnia 2016 r. Fot. Mahmud Rslan/Anadolu Agency/Getty Images
Na drugim końcu świata, mieszkający w Scardale w stanie Nowy Jork 6-letni Alex pisał do prezydenta USA Baracka Obamy: „Drogi Panie Prezydencie Obama. Czy pamięta pan chłopca, który został zabrany w Syrii przez karetkę? Czy mógłby go pan ściągnąć i przywieźć do nas… a my będziemy czekać na was z kwiatami, balonami. Stworzymy mu rodzinę. Będzie naszym bratem. Moja młodsza siostrzyczka Catherine będzie zbierać dla niego motylki i świetliki… Ponieważ nie ma zabawek i nie może ich zabrać, Catherine da mu swego dużego króliczka w białe i niebieskie paski. A ja będę dawał mu swój rower i nauczę go jeździć. Nauczę go dodawania i odejmowania z matematyki”.

Prezydent Obama był tak poruszony, że zaprosił Alexa do Białego Domu, a fragmenty listu odczytał w Organizacji Narodów Zjednoczonych. Biały Dom nagrał też filmik z chłopcem czytającym własny list. Na Facebooku rozesłano nagranie setki tysięcy razy. Obama wezwał do podwojenia liczby przyjmowanych uchodźców.

Zdjęcie „Chłopca z Aleppo” było jednak manipulacją. Ojciec małego Omrana przyznał, że fotografia była inscenizowana, a syn miał rankę na czole, został tylko opatrzony i wypisany ze szpitala. Jak mówił ojciec, zaoferowano mu pieniądze i mieszkanie za granicą jeśli powie, że chłopczyk był ofiarą ataków wojsk Assada lub Rosjan. List Alexa zaś wykorzystywano w wyborczej kampanii prezydenckiej w USA: Demokraci i Hillary Clinton byli tymi dobrymi, którzy chcieli przyjmować uchodźców, a Donald Trump i Republikanie to ci źli, nieczuli na ludzką tragedię, którzy pozwalają Assadowi i Rosjanom zabijać dzieci i nie chcą ich zabrać z piekła wojny.


Według Izraelczyków mistrzami w manipulacjach, inscenizacjach, w wykorzystywaniu nieszczęsnych dzieci są Palestyńczycy. Nad chwytającymi za serce obrazami ma pracować „Pallywood Productions”, jak strawestowano nazwę fabryki snów – Hollywood. W 2017 roku media społecznościowe obiegły fragmenty filmu pokazujące, jak profesjonalni charakteryzatorzy robią „ofiarom”, w tym małym dzieciom, krwawe makijaże. Izraelczycy twierdzą, że tak właśnie powstają owe wstrząsające obrazy ataków na Strefę Gazy, czy walk z Hamasem. Film jest autentyczny, ale Palestyńczycy zaprzeczają kontekstowi – jak mówią, powstał w trakcie kręcenia promocyjnych nagrań dla organizacji Lekarze bez Granic. Ot, pokazano kulisy robienia zwykłej reklamówki i nie ma w tym żadnej sensacji.

Anetta Strawińska cytuje w swej pracy Jolantę Antas, która w książce „O kłamstwie i kłamaniu” pisze tak: „Kłamca wcale nie musi uciekać się do wypowiadania twierdzeń ontologicznie fałszywych, aby kogoś wprowadzić w błąd. Może strategicznie posłużyć się sądami faktycznie prawdziwymi i mimo to oszukać”. Prawdziwa więc może być buzia dziecka, łzy, jego przerażone zdziwione oczy. Prawdziwe mogą być białoruskie bagna i las, ciemności i koczowisko w głuszy, a mimo to wszystko to razem może być kłamstwem.

– Dariusz Matuszak

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Kryzys migracyjny na granicy Białorusi z Polską, Litwą i Łotwą, listopad 2021. Opis zdjęcia w agencji: „Uchodźcy czekają na posiłek rozdawany przez administrację białoruską w siódmym dniu pobytu w Bruzgi Transport and Logistics Centre, około 1,5 km na północny wschód od przejścia granicznego z Polską w Kuźnicy Białostockiej. Fot. Sefa Karacan/Anadolu Agency via wem Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Nasze ulubione piosenki są „gimnastyką mózgu”
Muzyka dała początek… fizyce. Pomaga nawet w matematyce.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kobieta bez twarzy. Nie chciała być rozpoznana nawet po śmierci
Czy była szpiegiem? Albo należała do gangu i miała status świadka koronnego?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Pożyteczni idioci Putina
Deklaracje polityków i myślicieli związanych z zachodnią lewicą dotyczące rosyjskiej napaści na Ukrainę mogą zaskakiwać.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Wolność od rosyjskiego gazu
Niebawem Polska uzyska dostęp do złóż izraelskich i egipskich.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Identyczne bliźnięta nieidentyczne
Są od siebie genetycznie różne. Czy tylko jedno może mieć skłonność np. do raka?