Cywilizacja

Dwujęzyczność. Jak się jej uczymy i co z tego wynika?

Teoretycznie każdy z nas mógłby być wielojęzyczny i nie byłoby to dla niego złe, niebezpieczne czy bez znaczenia. Miałby szansę być sobą, ale jednocześnie trochę superbohaterem wyposażonym w ekstra moce, jak np. zintegrowana tożsamość, szybkość uczenia się nowych języków czy otwartość na innych.

Dwu- i wielojęzyczność jest dziś powszechna na świecie – większość ludzkości mówi więcej niż jednym językiem. A istnieje od zawsze, czyli czasu, gdy „pomieszał im języki” i się rozeszli spod niedokończonej wieży Babel. Są na Ziemi takie miejsca, jak Polinezja, gdzie mówionych języków jest 800. W Stanach Zjednoczonych, które są krajem nielicznych autochtonów, mówiących spokrewnionymi językami plemiennymi i większości imigranckiej, mówiącej literalnie każdym językiem świata ze wszystkich grup językowych, około 60 milionów ludności posługuje się dwoma lub więcej językami.

Choć większość żywych istot rozwija jakieś systemy komunikacji, język w mowie i piśmie jest właściwy jedynie Homo sapiens sapiens. Gdy pojawia się więcej niż jeden język, zaczyna istnieć możliwość posługiwania się co najmniej dwoma biegle. Jednak mechanizmy neurologiczne wykorzystywane do rozumienia i tworzenia w jednym mózgu więcej niż jednego języka są nadal tajemnicze. Choć jest dość jasne, w jaki sposób interpretujemy na poziomie ośrodkowego układu nerwowego nieskończoną liczbę wyrażeń w jednym języku.

Na czym polega wielojęzyczność, dlaczego jest to zagadnienie dla psychologii i dla neuronauk zapytałam dr Faustynę Mounis – psycholog kliniczną, badającą problematykę dwujęzyczności i dwukulturowości. Jest wykładowcą uniwersytecką i ekspertem Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli Stowarzyszenia Wspólnota Polska oraz matką czwórki dwujęzycznych chłopców. Według dr Mounis, syntetycznie patrząc uczonych różnych specjalności interesuje, jak nabywamy wielu języków, jak się ich uczymy, dlaczego czasem mamy z tym trudności. Dla psychologa klinicznego – uczonego od badania funkcjonowania człowieka, zwłaszcza w relacjach z innymi ludźmi – najbardziej interesujący może być wnoszony tu przez wielojęzyczność aspekt wielokulturowości. To nieoddzielne rzeczywistości, dlatego dwujęzyczność wiąże się najczęściej z życiem w dwóch kulturach i dwóch kodach kulturowych.

Polski – język ojczysty poza granicami kraju

Oczywiście wielojęzyczność – i stąd jej zaskakująco wysoka częstość – wynika globalnie z kwestii historycznych: kolonializm, wojny, przesunięcia granic i arbitralne ich wyznaczanie bez liczenia się z etnicznym/językowym obrazem lokalnych społeczności, wielkie i mniejsze migracje. Może jednak wynikać z wyboru. Taki wybór stoi z pewnością przed migrantami oraz małżeństwami mieszanymi, ale nie tylko przed nimi.
My Polacy jesteśmy do naszego języka przywiązani tożsamościowo ze względów historycznych –przyczyniły się do tego mocno zabory, bo wtedy, mimo braku państwa przez ponad wiek, przetrwaliśmy w języku i z niego to państwo niejako odbudowywaliśmy. Według dr Mounis, Polska jest jednym z nielicznych państw, które tak mocno wspierają naukę języka ojczystego dla dzieci poza granicami kraju. Dobrze jest rozwinięty system szkół oraz system wspierania nauczycieli. Istnieją tego typu szkoły społeczne, afiliowane często przy Stowarzyszeniu Wspólnota Polska, a także oddziały w ramach szkolnictwa publicznego innych krajów, np. tzw. szkół międzynarodowych, pod patronatem Ośrodka Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą (ORPEG), znajdującego się pod kuratelą MEN. Są też szkoły internetowe, jak np. Libratus, opierające się o zasady rządzące w Polsce edukacją domową.

Z punktu widzenia neurolingwistyki i psychologii rozwoju, jak podkreśla dr Mounis, jest to działanie mądre – języka najłatwiej się nauczyć, podobnie dwóch czy więcej języków, w wieku jak najwcześniejszym. Łatwiej tego typu wyzwanie podjąć zarówno młodemu, bardzo plastycznemu mózgowi, jak i aparatowi artykulacyjnemu. Im wcześniejsza dwujęzyczność, tym bardziej bez naleciałości obcego akcentu są oba te języki, tym są czystsze, o ile były prawidłowo przekazywane. Decyzję o dwujęzyczności trzeba podjąć jak najwcześniej. Najlepiej przed poczęciem dziecka, ustalając czy w zaistniałej sytuacji, np. emigracji, mieszanego narodowościowo związku, potomstwo ma być wielo- czy jednojęzyczne. Natomiast od samego początku, jeszcze w okresie prenatalnym, trzeba konsekwentnie wdrażać dwujęzyczność.

Oczywiście w wieku dorosłym wiele rzeczy daje się nadal doskonale nauczyć i takie zakończone sukcesem powroty do języka polskiego, języka przodków, się zdarzają. Nie ma niestety szeroko zakrojonej akcji dającej szansę uczenia się języka polskiego osobom dorosłym. Jakiegoś Instytutu Reya, który niczym Instytut Goethego uczyłby polskiego na całym świecie z materiałów świetnej jakości, pomagając Polonii podtrzymać dwujęzyczność poza wiekiem szkolnym. Nie ma pomysłu na ekspansję języka polskiego za granicę.

Ciężko jest jednak ustalić na przykład, jaki realnie jest odsetek dzieci pochodzenia polskiego przebywających poza granicami kraju (a tej polskiej diaspory jest 20 mln, zatem za granicą żyje jedna trzecia wszystkich Polaków, aczkolwiek nie jest to wyłącznie pierwsze pokolenie, są to częstokroć pokolenia kolejne: wnuki i prawnuki). Co brać pod uwagę? Dzieci posiadające PESEL? Czasowo za granicą? Urodzone za granicą? Grube szacunki mówią, że nie więcej niż 10 proc. polskich dzieci uczestniczy w polskiej edukacji za granicą, a sytuacja pandemii tylko te wskaźniki pogorszyła. Poza tym, choć język ten określamy jako ojczysty, nośnikiem jego dla dziecka w większości przypadków jest matka. Choć obywatelstwo krwi, jakie mamy w Polsce, jest na dziecko przenoszone przez każdego z rodziców, o ile wyrażą taka wolę.

Jestem mamą dwujęzycznego sześciolatka. Ponieważ wyszłam za mąż za mężczyznę innego języka, zamieszkałam w jego kraju, sprawa była istotna od samego początku – zdecydowaliśmy się na dwujęzyczność, gdy było jasne, że pragniemy dziecka w naszym życiu. I że któregoś dnia to dziecko pójdzie do szkoły, która prawdopodobnie nie będzie dwujęzyczna, w dodatku w kraju, który niespecjalnie wspiera czy nawet akceptuje dwujęzyczność dzieci. Tak bywa, choć nie musi. Są w Europie kraje przyjazne dwujęzyczności, np. skandynawskie. Są też utrudniające, jak Francja (z wyjątkiem terytorium Alzacji, gdzie jednak nie uczy się w szkołach publicznych w wariancie dwujęzycznym alzackiego, a niemieckiego).

Kiedy dziecko czerpie korzyść z wielojęzyczności?

Polacy żyją w Anglii jak w srebrnych klatkach: jest im tu dobrze, ale czują się obco

Po decyzji o brexicie padały do nas ostre słowa: „My was nie chcemy”. Były pobicia, prześladowania w szkole. Emocje opadły, ale panuje niepewność – opowiada polski nauczyciel o życiu rodaków w Wielkiej Brytanii.

zobacz więcej
Psychologia rozwoju wielokrotnie potwierdziła błogosławiony wpływ wielojęzyczności na rozwój intelektualny dziecka. Korzyści z nią związane pojawiają się jednak dopiero wtedy, gdy ma miejsce równomierny rozwój owych języków. Nie jest natomiast bardzo istotne, jak bardzo te języki będą do siebie podobne pod względem grupy językowej czy systemu zapisu. Co zatem znaczy „dwujęzyczność wyrównana”? Gdy posługujemy się oboma językami na co dzień i znamy je dobrze w mowie i w piśmie, gdy nieobce nam są oba sposoby myślenia i kultury owych języków. Przy dwujęzyczności niewyrównanej, korzyści obserwuje się znacznie mniej, ale nie ma strat – dziecko nie funkcjonuje gorzej, niż rówieśnicy jednojęzyczni.

Tu trzeba wreszcie jasno powiedzieć, jak nauka definiuje dwujęzyczność. W latach 30. XX wieku amerykański językoznawca Leonard Bloomfield powiedział, że jest to równorzędna i identyczna znajomość dwóch języków. Dopiero wiele dekad później zakwestionował to współczesny psycholingwista François Grosjean, uznając, że aby być dwujęzycznym według definicji Bloomfielda, musielibyśmy przeżywać wszystkie sytuacje poznawcze i społeczne równocześnie w dwóch językach, co jest niewykonalne. Dziś zatem przyjmuje się za tym francuskim uczonym, że jest to po prostu codzienne posługiwanie się dwoma językami. Eva Hoffman zaś w swoim „Lost in translation: A life in a new language” definiuje dwujęzyczność podobnie, jak ja, aczkolwiek pięknie i opisowo: gdy zaczęłam mieć sny także po angielsku, uznałam, że jestem dwujęzyczna. Choć uczyłam się tego języka późno – intensywnie i w kraju anglojęzycznym już jako 19-latka, a nie dziecko.

Według dwudziestoletnich obserwacji dr Mounis, dwujęzyczność zawsze jest zasobem dla człowieka, ale też wyzwaniem i nie przychodzi bez wysiłku ze strony rodziców. Trzeba bowiem realnie dostarczyć dziecku sytuacji wspomagających rozwój języka „mniejszościowego”, czyli np. ojczystego w warunkach emigracji i szkolnictwa w języku kraju zamieszkania. Prosto rzekłszy, trzeba do dziecka mówić i z nim rozmawiać, trzeba się z nim w tym języku bawić, jeść, dbać o higienę, uprawiać sport i rekreację, przeżywać choroby. I to nie okazjonalnie – bo jak tłumaczy dr Mounis, badania wykazały, żeby dwujęzyczność była wyrównana, takich okazji do aktywnego używania drugiego języka musi być w środowisku dziecka 20-30 proc. codziennie, czyli 2-3 godziny. Nie załatwi tego biernie oglądana bajka czy inny film albo już zupełnie przeciwskuteczne gadające zabawki czy ekrany, bo wartościowa jest jedynie aktywna sytuacja komunikacyjna. Oczywiście sprzyjający kontekst edukacyjny (np. stosunek instytucji kraju zamieszkania do kultury i języka imigrantów, który nie naciska na szybką asymilację) dużo ułatwia. Jednak – i to trzeba podkreślić – wyzwanie nie oznacza: obciążenie, problem albo dramat.

Poza wzmacniającym wpływem na procesy poznawcze (także pamięć i kreatywność), dwujęzyczność poprawia też procesy lingwistyczne. Ułatwia znacznie uczenie się kolejnych języków, podnoszą się bowiem tzw. zdolności metajęzykowe: rozpoznawania i rozdzielania języków, identyfikacji części mowy i zdania, generowania konstruktów językowych i słowotwórstwa. Jak wyjaśnia dr Mounis, umiemy wtedy nie tylko mówić językiem, ale i myśleć o języku. Nie bez kozery jest również wsparcie procesów zwanych w psychologii identyfikacyjnymi – samookreślenia człowieka.
Sposób na dwujęzyczność od najmłodszych lat
Dwujęzyczność, czy szerzej – dwukulturowość nie przeszkadza w prawidłowej samoidentyfikacji, odnalezieniu własnej tożsamości – ona ją często dzieciom ze związków mieszanych czy imigranckich w ogóle umożliwia. Język jest narzędziem jej budowania. I znów – im wcześniej to zostanie dziecku przekazane, tym dla jego rozwoju lepiej. Dwujęzyczność, wyrównana i dobrze przeżyta, wspomaga także aspekty relacyjne w człowieku. Osoby takie we wszelkich badaniach sytuują się jako bardziej otwarte, tolerancyjne wobec inności i ciekawe świata, a nie lękające się go. Jest to sposób funkcjonowania, w którym inność jest oswojona, a zdolności adaptacyjne są bardzo wysokie. To są zaś cechy czy zdolności wysoko cenione tak we współczesnych społeczeństwach, jak i na rynku pracy. „To brak dwujęzyczności może być w pewnych sytuacjach niekorzystny dla funkcjonowania osoby” – jak to ujęła w rozmowie ze mną dr Mounis.

To nie dwujęzyczność jest winna! Fakty i mity

Oczywiście nie da się wielojęzyczności wyabstrahować z kontekstu stresów związanych z emigracją, albo napięciami w związku rodziców czy w sytuacji rówieśniczej lub edukacyjnej, które mogą mieć zupełnie inne podłoże niż językowe czy kulturowe, bo będą np. ekonomiczne, zdrowotne etc. I często problemy owe są poważne, a dwujęzyczność stanowi idealnego kozła ofiarnego, na którego karb się je wszystkie składa i wypędza na pustynię, ufając naiwnie, że problemy znikną. Tak często postępują nauczyciele czy szkoły w krajach zamieszkania, wręcz nakazując rezygnację z języka ojczystego. Cóż, łatwiej zakazać języka ojczystego, niż zdiagnozować i zacząć ogarniać na przykład dysleksję takiego dziecka. Nic pozytywnego nie nastąpi, ale system ma wrażenie, że podjął słuszną interwencję i zrobił, co mógł i musiał „dla dobra dziecka”.

Dlatego dwujęzyczność to nie jest wcale taki częsty wybór za granicą w sytuacji mieszanych małżeństw czy całych migrujących polskich rodzin, nawet gdy źródłem języka i kultury polskiej jest matka dzieci. Wokoło mnóstwo jest również mitów na temat dwujęzyczności i pseudonaukowych opinii, typu: „Ooo, ma trzy lata i nie mówi ani słowa? To nic takiego, skoro jest dwujęzyczny. TAKIE dzieci nie mówią nawet do piątego roku życia”. Gdybym uwierzyła swego czasu w takie brednie, sprzeczne całkowicie w z wiedzą z zakresu psychologii rozwoju, choć padające z ust polskich i niepolskich pediatrów i nauczycieli, miałabym dziś do opanowania 6-latka z dysleksją i „dobrą radą” z lokalnej szkoły, aby absolutnie zrezygnować z dwujęzyczności, bo dziecko nie radzi sobie z nauką czytania w obowiązkowej w kraju naszego zamieszkania zerówce. Miałabym także dziecko niezdolne porozumieć się z własnymi dziadkami i to podczas wielomiesięcznej izolacji z powodu pandemii.

To mit, że dwujęzyczność jest źródłem jakichś problemów poznawczych, emocjonalnych czy zaburzeń psychicznych. Choć jest to pseudonauka ciesząca się dużą popularnością w środowiskach opiniotwórczych, np. celebrytów polskich żyjących zagranicą, czy wręcz autorytetów medycznych albo edukacyjnych. Koniecznym jest zatem pojęcie i przyjęcie, że dzieci wielojęzyczne, tak jak jednojęzyczne, mogą sprawiać problemy rozwojowe, neurorozwojowe czy emocjonalne. I to nie ma nic wspólnego z ilością języków, którymi do nich mówimy. Niczego im zatem nie ułatwimy ani nie przyspieszymy, rezygnując z języka jednego z rodziców w komunikacji z dzieckiem. Skąd się ta masa mitów przeciwnych dwujęzyczności bierze?

Rzuciła Wall Street, żeby robić ser w Tyliczu. Amerykanka za granicą mówi, że jest Polką

Jestem samotna, żyję w obcym kraju i jakimś cudem sobie radzę – mówi Beth Macatee.

zobacz więcej
Dr Mounis uważa, że po pierwsze wynika to z braku zapoznania się owych specjalistów z rzetelną informacją naukową na temat dwujęzyczności. Zagadnienia te często nie są – niestety – przedmiotem podstawowych kursów w zakresie studiów psychologii, językoznawstwa, logopedii, pedagogiki czy medycyny. Trzeba dopiero specjalizować się w określonych kierunkach (np. neurolingwistyka etc.), aby się z nimi w ramach studiów zapoznać. Nie brak w Polsce wielkiej klasy specjalistów, jednak wiedza ta słabo „przesiąka pod strzechy” instytucji kształcących nauczycieli i lekarzy, zwłaszcza ustawicznie. Nie da się również wykluczyć, że nie posiłkujemy się dostępnymi w końcu informacjami naukowymi, gdyż jest w nas lęk przed innością. Z niego zaś może wynikać to, że choć jesteśmy nauczycielem i mamy w klasie dzieci dwujęzyczne, nie zadamy sobie trudu poszukania informacji.

Od początku zastosowaliśmy z mężem znaną ze swej skuteczności metodę: jeden rodzic – jeden język (tzw. OPOL) i byliśmy do bólu konsekwentni. Choć między sobą komunikowaliśmy się w jeszcze trzecim języku, do dziecka każde z nas mówiło wyłącznie w swoim języku pochodzenia. Walczyliśmy z dysleksją, na szczęście zdiagnozowaną tak wcześnie, jak się tylko dało, pracując tzw. metodą krakowską. Czytanie sylabami było u nas metodą terapeutyczną wspomagającą naukę mowy. Udało się, a poradzenie sobie z dysleksją po polsku sprawiło, że nie ma jej również po francusku. Tomek biegle mówi w dwóch językach, po polsku czyta i pisze, po francusku uczy się to robić teraz w szkole. No i rozumie angielski, którym posługujemy się z mężem między sobą. Nauczył się tego całkowicie z kontekstu.

Mamy wiele zabawnych sytuacji – bo czasem francuskie słowa mają polskie końcówki deklinacyjne i zamiast nitki pojawia się „fijetka”, a zamiast tarczy do lotek „sibla”. Cudownie bywa również, gdy Tomek tłumaczy tacie, co powiedział dziadek, albo jak różne francuskie słowa brzmią po polsku.

Oczywiście istnieje przesadna i w efekcie szkodliwa sytuacja tzw. parentyfikacji. Gdy ze względu na to, że dziecko jest jedynym w rodzinie imigranckiej znającym język otoczenia, musi wejść w rolę dorosłego. I stać się rodzicem swoich rodziców. Także pomagając im w kwestiach ekonomicznych czy związanych ze zdrowiem, ergo – trudnych i nierzadko intymnych, na co potomek nie ma emocjonalnego przygotowania. Rodzice muszą się postarać zbudować siebie samych w nowym otoczeniu, czyli m.in. nauczyć się nowego języka w jak największy, możliwy dla siebie sposób.

Położę kamień under the flower…

Gdy dwujęzyczne dziecko pojawia się ze swoimi rodzicami w towarzystwie jednojęzycznym, najbardziej zachwycające dla obserwatorów są interakcje, w których dziecko połowę zdania wypowiada do mamy w jej języku, a drugą do taty – w jego języku. Po prostu odwracając głowę i nie przerywając w pół zdania. Jak wyjaśnia dr Mounis, mamy tu do czynienia z bardzo częstym u dwóch rozmawiających ze sobą osób dwujęzycznych zjawiskiem przełączania kodów, które u dzieci jest zupełnie naturalne. To jest niesamowity obraz plastyczności mózgu i jego wyćwiczenia.

Dziś uczeni z Uniwersytetu Nowojorskiego wyjaśnili ten niezwykły dla otoczenia fenomen. Odkryli bowiem, że mózg wykorzystuje ten sam mechanizm łączenia słów, gdy „mówi” jednym językiem oraz do łączenia ich, gdy pochodzą z dwóch różnych znanych mu języków. Odkrycia te wskazują, że zmiana języka jest naturalna dla osób dwujęzycznych, ponieważ mózg ma mechanizm, który nie wykrywa zmiany języka, co pozwala na płynne przejście w rozumieniu więcej niż jednego języka naraz.
19.06.2017 | Dwujęzyczność
„Nasze mózgi potrafią posługiwać się wieloma językami tak samo, jak potrafią posługiwać się jednym” – wyjaśniła dla portalu „MedicalXpress” Sarah Phillips, doktorantka Uniwersytetu Nowojorskiego i pierwsza autorka artykułu, który ukazał się w czasopiśmie „eNeuro”. „Języki mogą różnić się dźwiękami, których używają i sposobem organizowania słów w zdania. Jednak wszystkie języki obejmują proces łączenia słów w celu wyrażenia złożonych myśli” – tłumaczy Phillips. „Dwujęzyczni pokazują fascynującą wersję tego procesu – ich mózgi z łatwością łączą ze sobą słowa z różnych języków, podobnie jak w przypadku łączenia słów z tego samego języka” – dodała Liina Pylkkänen, profesor na Wydziale Lingwistyki i Psychologii NYU kierująca tą grupą badawczą.

Badanie polegało na pomiarze aktywności nerwowej dwujęzycznych osób koreańsko-angielskich. Sprawdzano, czy interpretują oni wyrażenia w różnych językach przy użyciu tych samych mechanizmów, co przy pojmowaniu wyrażeń w jednym języku. A także, czy jeśli rozumieją te wyrażenia, to angażują mózg każdorazowo w wyjątkowy sposób. Badani oglądali na ekranie komputera serię kombinacji słów i obrazów. Następnie musieli wskazać, czy obraz pasuje do poprzednich słów. Słowa te albo tworzyły dwuwyrazowe zdanie, albo były po prostu parą wyrazów, które nie łączyły się ze sobą w sensowną frazę (np. „topienie sopli” vs. „roztopienie się skoku”). W niektórych przypadkach te dwa słowa pochodziły z jednego języka (angielskiego lub koreańskiego), podczas gdy w innych używano obu języków. Zauważmy, że języki te należą do zupełnie różnych rodzin językowych i są zapisywane różnymi alfabetami o całkowicie odmiennym charakterze.


Aby zmierzyć aktywność mózgu badanych podczas tych eksperymentów, naukowcy zastosowali magnetoencefalografię (MEG), technikę, która odwzorowuje aktywność nerwową poprzez rejestrowanie pól magnetycznych generowanych przez prąd elektryczny wytwarzany przez nasz mózg. Nagrania wykazały, że badane osoby dwujęzyczne w interpretacji wyrażeń w różnych językach wykorzystywały ten sam mechanizm neuronowy, co przy interpretacji wyrażeń jednojęzycznych. W szczególności lewy przedni płat skroniowy mózgu, obszar dobrze zbadany pod kątem jego roli w łączeniu znaczeń wielu słów, był niewrażliwy na to, czy słowa te pochodziły z tego samego czy z różnych języków. Region ten następnie łączył słowa w bardziej złożone znaczenia, o ile miało to sens.

Odkrycia te sugerują, że zmiana języka jest naturalna dla osób dwujęzycznych, ponieważ mózg ma mechanizm kombinacyjny, który nie odnotowuje, że język się zmienił. Troszeczkę się osobom wielojęzycznym obszary mózgu odpowiedzialne za język rozrastają, ale żaden „ośrodek wielojęzyczności” nie istnieje. Istnieją po prostu neuronowe sieci „języczności”, zdolne ogarnąć tak jeden, jak i wiele języków dokładnie tak samo.

Budowanie dwukulturowości, tak jak dwujęzyczności oznacza, że żadnej z tych kultur: ani kultury pochodzenia, ani kultury odniesienia (czyli edukacji i rówieśników) nie traktujemy po macoszemu, żadnej nie deprecjonujemy, nie ośmieszamy. To nie zawsze łatwe, bo z językami i kulturami wiążą się tak nasze wspomnienia, jak i sympatie i antypatie czy przesądy. „To się przenika: tożsamość, emocje, relacje i język” – jak to ujęła dr Mounis. Przenika się w mózgu, który – jak się okazuje – nie ma jakiejś specjalnej „struktury od dwujęzyczności”.

Teoretycznie każdy z nas mógłby być wielojęzyczny. I nie byłoby to dla niego złe, niebezpieczne czy bez znaczenia. Miałby szansę być sobą, ale jednocześnie trochę superbohaterem wyposażonym w ekstra moce, jak np. zintegrowana tożsamość, szybkość uczenia się nowych języków czy otwartość na innych. Na pewno warto dać taką szansę dzieciom.

– Magdalena Kawalec-Segond

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Proste sztuczki na dwujęzyczność. Trudne rozmowy o chorobach, odc. 180
Źródło: https://www.eneuro.org/content/8/6/ENEURO.0084-21.2021
Zdjęcie główne: Lekcje chińskiego dla maluchów w Berlinie. Fot. Brockdorff/Ullstein bild via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Nasze ulubione piosenki są „gimnastyką mózgu”
Muzyka dała początek… fizyce. Pomaga nawet w matematyce.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kobieta bez twarzy. Nie chciała być rozpoznana nawet po śmierci
Czy była szpiegiem? Albo należała do gangu i miała status świadka koronnego?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Pożyteczni idioci Putina
Deklaracje polityków i myślicieli związanych z zachodnią lewicą dotyczące rosyjskiej napaści na Ukrainę mogą zaskakiwać.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Wolność od rosyjskiego gazu
Niebawem Polska uzyska dostęp do złóż izraelskich i egipskich.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Identyczne bliźnięta nieidentyczne
Są od siebie genetycznie różne. Czy tylko jedno może mieć skłonność np. do raka?