Felietony

Straszni mieszczanie w endeckim raju

Czy zwycięstwo Piłsudskiego w wojnie trumien okazało się pozorne i tak naprawdę wygrał ją Dmowski?

Tegoroczne Narodowe Święto Niepodległości znowu skłoniło do pytań o to, który z polityków jest najbardziej znaczącą postacią w polskim zbiorowym imaginarium. W drugiej połowie XX wieku redaktor naczelny paryskiej „Kultury” Jerzy Giedroyc sformułował tezę że Polską rządzą dwie trumny – Romana Dmowskiego i Józefa Piłsudskiego. Czy jednak tak jest rzeczywiście, można mieć wątpliwości.

Jak to jest z tą wojną

Zacznijmy od rzucenia okiem na pewien plakat. Chodzi o krążącą w mediach społecznościowych grafikę – autorstwa Wojciecha Korkucia – która była zaproszeniem na Marsz Niepodległości w roku bieżącym. Na pierwszym planie widzimy Dmowskiego, na drugim – Piłsudskiego. Przywódca Narodowej Demokracji został znacząco wyeksponowany – oczywiście kosztem Marszałka. Wrażenie jest takie, że to Dmowski jest patronem marszu, Piłsudski zaś pojawił się na doczepkę.

Tym samym ludzie, którzy twierdzą, że odbywająca się corocznie 11 listopada manifestacja w Warszawie stanowi w gruncie rzeczy wydarzenie jednego politycznego środowiska – tego odwołującego się do dziedzictwa endecji – dostali do ręki mocny argument.
Autorem plakatu jest Wojciech Korkuć
Tyle że można z nim polemizować. Wystarczy samemu pójść na marsz, by się przekonać, że owszem, uczestniczą w nim osoby o prawicowych poglądach, niemniej chodzi w tym przypadku o prawicowość szeroko pojętą (przede wszystkim ponadpartyjnie!), nie ograniczającą się bynajmniej do odrestaurowanej endeckiej tożsamości ideowej w jej rozmaitych wersjach.

Natomiast trzeba przyznać, że plakat Korkucia mówi dużo o tym, jak to naprawdę jest w III Rzeczypospolitej z tą wojną trumien.

Jeśli mielibyśmy się zastanowić nad tym, czy w Polsce po upadku realnego socjalizmu ów konflikt został rozstrzygnięty, to nasunąłby się wniosek, że tak i jako zwycięzcę należałoby wskazać Piłsudskiego. Owszem, w głównym nurcie debaty publicznej od ponad 30 lat nie brak wypominania Marszałkowi dyktatorskich form sprawowania władzy od roku 1926, ale zarzuty takie bledną wobec składanych mu hołdów.

W dominującym przekazie Piłsudski jawi się jako rycerz, który w walce o polską niepodległość postawił się zarówno zaborcom, jak i bolszewikom. Do tego dochodzi patriotyzm Marszałka – w założeniach przyjazny zamieszkującym II Rzeczpospolitą mniejszościom etnicznym, a więc wolny od demonów, którymi zaczęto Polaków straszyć po roku 1989.

Guru salonów III RP Adam Michnik, choć nieraz przyznawał się do tego, że ceni pewne aspekty myśli Dmowskiego, to jednak zadeklarował, że zdecydowanie bliżej mu do dziedzictwa Piłsudskiego (z wyjątkiem okresu od zamachu majowego). W swojej publicystyce wielokrotnie dawał wyraz temu, jak ważny jest dla niego polski romantyzm – kojarzony przecież z Marszałkiem nurt mający swoje korzenie na Kresach Wschodnich.

Trzeba też wspomnieć o znaczeniu doktryny Giedroycia, która od krachu Związku Sowieckiego w roku 1991 przez kilkanaście lat nadawała kierunek polskiej polityce wschodniej. Oznaczało to budowanie bliskich relacji z nowo powstałymi na gruzach ZSRR państwami: Ukrainą, Białorusią i Litwą.

Inaczej ma się rzecz z pozycją Dmowskiego w III RP. Narodowa Demokracja przez wielu politycznych trendsetterów długo była przedstawiana jako przerażający potwór. Jej lidera wyzywano nawet od hitlerowców. Zaważyła na tym czarna legenda Dmowskiego. Chodzi przede wszystkim o jego antysemityzm. Fakt, polityk ten upatrywał w Żydach żywioł wrogi Polakom (głównie na polu rywalizacji ekonomicznej), lecz bynajmniej nie optował za działaniami eksterminacyjnymi wobec ludności żydowskiej – takimi jakie podjęto w III Rzeszy. Co tu dużo mówić – Dmowski był po prostu ideologiem polskiego nacjonalizmu. A to w czasach, w których ogłoszono „koniec historii” pod sztandarami liberalnej demokracji, stanowiło poważny grzech.

Na miarę marzeń Dmowskiego

Roman Dmowski, ideolog polskiej lewicy. Z jego opiniami zgadzał się nawet Adam Michnik

Przeciwnicy prawicy straszą Polaków widmem endecji. A równocześnie sami formułują myśli bliźniaczo podobne do poglądów lidera Narodowej Demokracji.

zobacz więcej
Potępianie przywódcy endecji zarówno w III RP, jak i w PRL jednak nic nie dało. Mimo że Dmowski zmarł na dziewięć miesięcy przed wybuchem II wojny światowej, to duchowo pozostał w Polsce mocno obecny. Już PRL okazała się pod wieloma względami państwem na miarę marzeń tego polityka. Przy czym koniecznie należy poczynić zastrzeżenie, że chodzi rzecz jasna o coś innego niż władza komunistów, których Dmowski był wrogiem.

Lider Narodowej Demokracji chciał Polski jednolitej etnicznie. Ponadto szlachtę polską (a to z niej przecież wywodził się Piłsudski) uważał za warstwę szkodliwą – klasę próżniaczą, która w jego oczach wywoływała skazane na przegraną powstania narodowe oraz tumaniła Polaków romantyzmem i mesjanizmem. Cenił natomiast polski stan trzeci – w mieszczanach i chłopach upatrywał ludzi twardo stąpających po ziemi, a co za tym idzie umiejących także w polityce właściwie kalkulować.

Tymczasem w wyniku ustaleń, które w roku 1945 zapadły podczas konferencji jałtańskiej, granice państwa polskiego zostały przesunięte w stronę zachodnią. Zniknęły warstwy społeczne i grupy etniczne tworzące wielokulturowy pejzaż dawnej Rzeczypospolitej.

Stefan Kisielewski w swoim „Dzienniku” w roku 1970 zanotował z gorzką ironią: „Polska jednolita narodowo, bez Żydów, władająca Śląskiem, Pomorzem, Prusami, oparta na Odrze i Nysie – toć przecież istny raj endecki. Dmowski wprawdzie nie uznawał walki klas i wszystkich tych teorii profetyczno-społecznych, ale skoro klas już i tak nie ma, to o cóż się kłócić?”.

Ów PRL-owski stan rzeczy III RP przejęła w spadku. I w nowej neoliberalnej rzeczywistości prym zaczęły wieść osoby, których mentalność w jakimś stopniu jeszcze w okresie międzywojennym poetycko opisał Julian Tuwim w wierszu „Mieszkańcy”, określając ich mianem „strasznych mieszczan”. W Polsce wyłonionej z transformacji ustrojowej byli to ludzie uwiedzeni mitem indywidualnego sukcesu i traktujący etos Solidarności jako obciachowy anachronizm minionej epoki.

Znamienne było to, co się działo z polską inteligencją w latach 90. XX wieku. Wielu przedstawicieli nauk humanistycznych doświadczyło pauperyzacji. Natomiast w nowych warunkach dobrze sobie radzili inżynierowie i „ściślacy”.
Wystarczy samemu pójść na marsz, by się przekonać, że nie uczestniczą w nim wyłącznie pogrobowcy endecji. Na zdjęciu Marsz Niepodległości 2021. Fot. Aleksiej Witwicki/Forum
Z upływem czasu silne, choć niejawne, tendencje endeckie zaczęły dochodzić do głosu także w głównym nurcie polskiej polityki.

Można tu wspomnieć o dokonanym w roku 2008 zwrocie na odcinku wschodnim. Po wizycie ówczesnego premiera Donalda Tuska w Moskwie nastąpiło zbliżenie Polski z Rosją i poluzowanie stosunków z Ukrainą. Znany ukraiński historyk, współpracownik paryskiej „Kultury”, profesor Bohdan Osadczuk nie krył rozczarowania taką sytuacją. Jako patrona nowego kursu wskazywał Dmowskiego i obwieszczał odejście od doktryny Giedroycia.

Inne istotne świadectwo ukrytej endeckości wśród politycznych elit III RP to wywiad, którego Tusk udzielił „Gazecie Wyborczej” w roku 2013. W rozmowie tej powiedział między innymi: „Edmund Osmańczyk napisał pod koniec lat 70. w »Tygodniku Powszechnym«, że po historycznym przesunięciu granic na zachód potrzeba przesunięcia tych granic w emocjach i umysłach ludzi. Trzeba porzucić legendy i mity kresowe na rzecz myślenia wielkopolskiego, śląskiego, pomorskiego. To powinno formować nowoczesnego Polaka”.

Kukła i karzeł

Oczywiście w odróżnieniu od liberałów z polskiego politycznego establishmentu organizatorzy odbywającego się od 2010 roku Marszu Niepodległości odwołują się do dziedzictwa Dmowskiego jawnie i wprost. Dla nich nacjonalizm nie jest żadną wstydliwą kartą w dziejach Polski, lecz wyrazem dumy z przynależności do narodu polskiego i ideologią, która nabiera aktualności choćby podczas kryzysów migracyjnych w Europie. Wyeksponowanie lidera Narodowej Demokracji na plakacie Wojciecha Korkucia jest więc odzwierciedleniem tego, kogo uważają oni za swój główny autorytet.

Czy w takim razie to oznacza, że zwycięstwo Piłsudskiego w wojnie trumien okazało się pozorne i tak naprawdę wygrał ją Dmowski? Odpowiedź na to pytanie jest złożona. Żeby wyjaśnić dlaczego – można nawiązać do tego, co w eseju „O pojęciu historii” napisał żyjący w pierwszej połowie XX stulecia niemiecki filozof pochodzenia żydowskiego Walter Benjamin.

Co jest w trumnie Dmowskiego?

Lider endecji był politykiem rewolucyjnym. To łączyło go z Piłsudskim.

zobacz więcej
Myśliciel ten był nieortodoksyjnym marksistą, który inspirował się mistycznymi nurtami judaizmu. Za punkt wyjścia swoich rozważań dotyczących dziejów świata przyjął materializm historyczny. Ujmując rzecz w uproszczeniu – wedle tej teorii ludzkość zmierza ku świetlanej przyszłości, ponieważ koniecznością historyczną jest postęp społeczny.

Zdaniem Benjamina, owa konieczność to złudzenie. Filozof ucieka się do pewnej alegorii: materializm historyczny porównuje do grającego z człowiekiem w szachy automatu, który zawsze jest górą. To ubrana w turecki strój kukła. Ten, kto z nią prowadzi pojedynek jest przekonany, że ma naprzeciw siebie doskonale działający mechanizm. Okazuje się jednak, że za wygranymi kukły stoi żywy człowiek. Jest nim schowany w aparaturze karzeł, który nią porusza w trakcie gry.

Co zatem porównuje Benjamin do karła? Teologię. Jak na marksistę odpowiedź ta jest zatem przewrotna. Filozof bowiem odrzuca ortodoksyjnie marksistowskie przekonanie o nieubłaganych prawach dziejów i wskazuje eschatologię judaizmu – żydowską religijną koncepcję zbawienia – jako ten czynnik, który może w materializm historyczny tchnąć nowe życie.

Być może alegorię kukły i karła – choć zabrzmi to dla wielu Polaków obrazoburczo – można zastosować do Romana Dmowskiego i Józefa Piłsudskiego (plakat Wojciecha Korkucia nie pozostawia wątpliwości komu przypadłaby jaka rola).

Zimny, realistyczny nacjonalizm ma swoje walory, choćby uczy krytycznego, trzeźwego, pozbawionego rozmaitych tromtadracji (których skądinąd pełno na Marszach Niepodległości), patrzenia na świat. Ale zarazem zastawia na Polaków pułapkę – wtłacza ich coraz bardziej w schematy konsumentów „ciepłej wody w kranie”.

Żeby w to nie brnąć potrzeba na nowo odkryć siłę romantyzmu i mesjanizmu. Choć szlachecka kultura kresowa stanowi bezpowrotną przeszłość, to pozostaje bogatą skarbnicą, z której Polacy powinni czerpać, żeby nie być „strasznymi mieszczanami”. A wśród symbolizujących ową skarbnicę polityków czołową postacią jest właśnie Piłsudski.

– Filip Memches

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Pomniki Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego. Fot. PAP/Leszek Szymański i PAP/Piotr Nowak
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Dmowski, konsekwentny przeciwnik lewicy
Nie chciał wzmacniać rosyjskich komunistów i osłabiać obozu białych.
Felietony Najnowsze wydanie
Wino w dużych flachach, czyli o piciu w czasach kryzysu
To opowieść o ludziach, których niewiele interesuje ponad to, by codziennie obficie pociągnąć z galonowego gąsiorka.
Felietony Najnowsze wydanie
Książę
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Bullfighting
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Tyle nierozliczonych spraw
Dlaczego starzec jest chowany z honorami, skoro za Solidarności, został na jej żądanie pozbawiony wysokiej funkcji?