Rozmowy

Mikrofon, pióro i SB

Gdy zbliżał się odkryty samochód ze stojącym towarzyszem Breżniewem moja córka wraz ze swoją koleżanką głośno krzyknęły: „Niech żyje Słoń Trąbalski!”, po czym zamachały chorągiewkami – wspomina Jarosław Abramow-Newerly.

TYGODNIK TVP: Narracja wydanej właśnie pańskiej prozy wspomnieniowej pt. „Piórem i pazurem” obejmuje ponad 6 dekad!

JAROSŁAW ABRAMOW-NEWERLY: Zaczyna się w prima aprilis, 1 kwietnia roku 1960. Właśnie wtedy zostałem pracownikiem redakcji literackiej Polskiego Radia przy ulicy Myśliwieckiej 3/5/7 w Warszawie. Pokój dzieliłem z Włodzimierzem Odojewskim, zatrudnionym tego samego dnia.

Pod koniec życia autora „Zasypie, wszystko zawieje”, bezwzględnie jednej z najważniejszych powieści polskich drugiej połowy ubiegłego stulecia, wyszła na jaw jego współpraca ze Służbę Bezpieczeństwa. Wiedział pan o tym wcześniej?

Nie tylko wiedziałem, bo Włodek zwierzył mi się, iż jest nagabywany przez SB, lecz miałem możność obserwowania jednego z takowych spotkań. Miały one miejsce w pewnej warszawskiej kawiarni. Usiadłem przy stoliku w drugim końcu sali podpatrując sytuację.

Odojewski streszczał mi potem treść tych rozmów, w których nakłaniano go do omawiania stosunków w środowisku pisarskim oraz radiowym. Wykręcał się od tego jako mógł, ale, niestety, nie potrafił zerwać tych kontaktów. Nie trwały one długo, najwyraźniej esbecja nie miała z niego pożytku.

Joanna Siedlecka w książce pt. „Kryptonim Liryka” wyraża opinię odmienną, powołując się na archiwalia Instytutu Pamięci Narodowej.

Nie wierzę, by swoim postępowaniem kogokolwiek skrzywdził. Miał pecha, ze natknął się na wyjątkowo utalentowanego i perfidnego oficera operacyjnego Krzysztofa Majchrowskiego, późniejszego generała Milicji Obywatelskiej, który umiejętnie wydobywał od niego strzępki wiadomości, po czym równie fachowo je preparował. Odojewski nie tylko mnie zdradził swoje uwikłanie – agent z prawdziwego zdarzenia tak się nie zachowuje. Pisarz znany był przecież ze swej niepokornej postawy wobec Polski Ludowej. Pierwszy w peerelowskiej beletrystyce poruszył sprawę Katynia oraz – upraszczając – „rzezi wołyńskiej”. Potem miał niemałe zasługi kierując redakcją kultury w sekcji polskiej Radia Wolna Europa.

Zgoda, ale mógł wcześniej przyznać się do tych, powiedzmy, chwil słabości. Choćby kiedy u progu III Rzeczpospolitej powrócił do Warszawy, gdzie odzyskał – z pomocą mecenas Jolanty Zabarnik-Nowakowskiej – mieszkanie przy placu Inwalidów, zagarnięte przez władzę ludową w 1971 roku, po wybraniu przez Odojewskiego wolności...

Gdy ukazała się praca Siedleckiej próbował tłumaczyć motywy, którymi się kierował i wyjaśniać jak było – na przykład udzielając obszernego wywiadu red. Krzysztofowi Masłoniowi. Zarzuty wyraźnie jednak Włodka przytłoczyły, zamknął się w sobie, podupadł na zdrowiu, nie mógł pogodzić się z oskarżeniem i pewnym ostracyzmem. Dla mnie pozostał człowiekiem prawym.

Prawość zachował bez wątpienia inny pański kolega po piórze, Marek Nowakowski. Był pan świadkiem jego aresztowania.
Jarosław Abramow-Newerly, „Piórem i pazurem”, wyd. PIW 2021
Wiosną 1984 roku zachorował na grypę i poprosił, żebym go odwiedził przynosząc jakieś książki dla zabicia czasu. Przezornie nie zabrałem żadnych drugoobiegowych, ani emigracyjnych. Pojechałem do niego, mieszkał wtedy w bloku przy ulicy Długiej, nieopodal Ogrodu Krasińskich. Drzwi mieszkania otworzył nieznajomy, stanowczo nakazując mi wejście do wnętrza. W środku roiło się od tajniaków. Pojąłem, iż wpadłem w tak zwany „kocioł”, znany mi z licznych wspomnień okupacyjnych.

Zostałem przeszukany. Gospodarz leżał w łóżku, obok stała jego małżonka. W lokum znajdował się też przyjaciel właścicieli, magazynier z piwnic Pałacu Kultury i Nauki. Na kanwie jego opowieści powstało głośne opowiadanie Nowakowskiego pt. „Hades”. Esbeków było bodaj pięciu. Jeden przeglądał korespondencję pisarza usiłując wciągnąć w dialog Jolę, która kategorycznie ucinała owe podchody, toteż zagroził, że jak tak dalej pójdzie, spotka ją los mecenasa Macieja Bednarkiewicza.

Ten zasłużony w procesach politycznych stanu wojennego adwokat trafił wtedy za kratki.

Inny z tajniaków wertował książki z domowej biblioteki, zarekwirowane egzemplarze rzucając na podłogę. Znalazł się pomiędzy nimi zbiorek wierszy Zbigniewa Herberta. Upadł obok mnie, więc Jola dyskretnie zasygnalizowała, bym kopnął tomik pod fotel. Niestety me wysiłki zauważył funkcjonariusz i podniósł książkę z dywanu.
W pewnej chwili skrupulatną rewizję przerwał dzwonek do drzwi. Po chwili wprowadzono do pokoju Marka Edelmana, ostatniego żyjącego przywódcę powstania w getcie warszawskim. Ponieważ wszedł w szyderczą wymianą zdań z esbekami ich szef nakazał, by zabrać gościa do izby wytrzeźwień. I tak się stało! Mocno przeziębionego Nowakowskiego aresztowano, zaś mnie po kilku godzinach, już późną nocą, wypuszczono, wręczając wezwanie do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

W monumentalnym gmaszysku przy ulicy Rakowieckiej pojawiłem się rankiem. Oficer SB wnikliwie indagował mnie w kwestii twórczości zatrzymanego, po czym sporządził raport dając mi go do podpisu. Już w III RP Marek przejrzał w Instytucie Pamięci Narodowej zawartość swej teczki – opisał to zresztą w książce pt. „Kryptonim «Nowy»” – i natknął się na stenogram mego przesłuchania. Stwierdził, że bardzo dobrze wypadłem.

Galeria postaci pańskiej najnowszej prozy jest bardzo bogata.

Starałem się wydobyć z zakamarków pamięci kolegów „po piórze i mikrofonie”: Janusza Krasińskiego, Jerzego Krzysztonia, Władysława Lecha Terleckiego, Ireneusza Iredyńskiego, Jerzego Stanisława Sitę, Kazimierza Orłosia, Jerzego Janickiego, Witolda Zadrowskiego, Andrzeja Mularczyka...

To tuzy naszego piśmiennictwa.

Podobnie jak ja współpracowali z Teatrem Polskiego Radia kierowanym przez Janusz Warneckiego, ogromnie przestrzegającym hierarchii. Na jej szczycie figurował reżyser, niżej plasowali się jego asystenci i realizator dźwięku. Reżyser musiał legitymować się wykształceniem teatralnym. Taka była zasada Warneckiego, pośród asystentów którego znajdowali się późniejsi cenieni radiowcy: Juliusz Owidzki, Edward Płaczek, Wiesław Opałek.

Wyrywali kotom zęby obcęgami, katowali ludzi na ulicach. Sprzeciw wobec zła. O Marku Nowakowskim pięć lat po jego śmierci

Opisywał przestępczy świat pełen ludzi brutalnych i sponiewieranych, upadłych kobiet i przestępców, którzy w panującym powszechnie bezhołowiu próbowali kierować się jednak jakimś kodeksem postępowania.

zobacz więcej
Przyczyniłem się do zmiany owej metodyki powierzając reżyserię Jerzemu Markuszewskiemu. Zaczynał od miniatur literackich wystawianych w teatrzyku „Zwierciadło”, gdzie nadawano także piosenki. O ich emisji na falach eteru decydowała wówczas specjalna komisja. Od strony muzycznej kierował nią Władysław Szpilman, ówczesny szef redakcji muzyki rozrywkowej Polskiego Radia, zaś od literackiej głos decydujący mieli poeci: Aleksander Rymkiewicz, Jerzy Ficowski, Kazimierz Winkler i kilku innych.

Szpilman przegrywał melodie na fortepianie oceniając czy jest napisana profesjonalnie, czy też wyszła spod ręki – jak definiował – „kompozytora gwizdanego”. Twórcy z niepokojem czekali na decyzję owego, budzącego postrach, gremium. Wkrótce na deskach STS-u odbyła się premiera „Oskarżonych”, spektaklu wywołującego emocje i dyskusje – z Aliną Janowską i Wojciechem Siemionem w rolach głównych. Na widowni zasiadł również Szpilman. Po przedstawieniu pogratulował mi muzyki.

– Panie Władysławie, ale ja należę do kompozytorów gwizdanych – przyznałem.

– Nic nie szkodzi, zdarzają się wyjątki – odparł.

Dzięki panu zaistniał wokalnie Tadeusz Łomnicki.

Chciałem stworzyć dla niego jakąś rolę dramaturgiczną, lecz bez powodzenia. W 1984 roku powstała według mojego scenariusza filmowa komedia muzyczna pt. „Miłość z listy przebojów”. Spotykając się z artystą w kawiarni byłam zażenowany, iż mam mu do zaproponowania zaledwie epizod. Nasza konwersacja wyglądała następująco:

– Panie Tadeuszu, wiem, że popełniam gafę oferując tak wielkiemu aktorowi zaśpiewanie „Piosenki o okularnikach”, lecz wspólnie z reżyserem filmu, Markiem Nowickim, doszliśmy do przekonania, iż wyłącznie pan umie wydobyć z niej głębię.

– Ależ to żadna gafa. Bardzo lubię „Okularników” i chętnie zaśpiewam – odpowiedział. – A wie pan dlaczego?

– Nie.

– Holoubek się wścieknie!

A kiedy i jak zaistniała w CV Jarosława Abramowa-Newerlego Kanada?

Wyjechałem tam 36 lat temu, jako mąż swojej żony. Wanda – doktorantka Państwowego Zakładu Higieny z wirusologii – otrzymała etat w laboratorium w Toronto. W mieście tym nawiązałem współpracę ze „Związkowcem” – periodykiem polonijnym – publikując na jego łamach felietony o fikcyjnym panu Zdzichu, krajanie, którego przeróżne perypetie odzwierciedlały funkcjonowania naszej emigracji. Kolejne odcinki zawarłem w tomie pt. „Pan Zdzich w Kanadzie”, wydanym już w wolnej Polsce. Reżyser Ryszard Ber myślał nawet o ich ekranizacji...
Jarosław Abramow-Newerly w 2007 roku. Fot. Krzysztof Zuczkowski / Forum
Do ekranizacji aspirowała także powieść „Alianci”.

Zabrakło funduszy, chociaż zanosiło się na międzynarodową koprodukcję. Pomysłodawcą tej powieści był Krzysztof Topolski, emigrant „pomarcowy” w Kanadzie. Zainspirował mnie autentycznym epizodem historycznym. W roku 1945 amerykańska superforteca zmuszona była – z powodu usterki technicznej – wylądować na Syberii. Sowieci internowali załogę i usiłowali skopiować samolot.

A propos Sowietów: przywołuje Pan osobliwą przygodę swej córki...

Zdarzyła się w latach siedemdziesiątych, gdy Magda uczęszczała do przedszkola. Pewnego razu, niespodziewanie wezwała mnie dyrektora placówki indagując czy wiem, iż wczoraj bawił w Warszawie – z bratnią wizytą przyjaźni – Leonid Breżniew.

– Wiem, widziałem w „Dzienniku Telewizyjnym” – odrzekłem zdumiony.

– No właśnie, nasze przedszkole poszło na trasę przejazdu i niech pan sobie uzmysłowi, iż gdy zbliżyła się odkryta czajka ze stojącym towarzyszem Breżniewem, to Magda wraz ze swoją koleżanką, Agnieszką Rayzacher, głośno krzyknęły: „Niech żyje Słoń Trąbalski!” po czym zamachały chorągiewkami.

Nie potrafiłem powstrzymać śmiechu.

– No wie pan! Mogła wyniknąć z tego poważna afera, choć jak się zastanowić, to małemu dziecku bliższy jest jednak Słoń Trąbalski Juliana Tuwima niż Breżniew… – powiedziała.

– Z pewnością – przytaknąłem.

Talent literacki odziedziczył pan po tacie?

Nie jestem genetykiem, ale być może. Cieszy mnie, że Igor Newerly jest ciągle obecny w świadomości czytelników. Głównie za sprawą „Zostało z uczty bogów” i „Wzgórza błękitnego snu”, jak sądzę. Niekiedy „Archipelagu ludzi odzyskanych” tudzież „Chłopca z Salskich Stepów”. Będąc w klasie maturalnej zyskałem możność druku swej socrealistycznej sztuki, wystawionej na pokazie dla grona pedagogicznego mego macierzystego liceum im. Bolesława Limanowskiego w Warszawie oraz żoliborskiego aktywu Związku Młodzieży Polskiej. Znający ów tekst ojciec skłonił mnie jednak do złożenia utworu w szufladzie. Na szczęście go posłuchałem!

– rozmawiał Tomasz Zbigniew Zapert

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Jarosław Abramow-Newerly (rocznik 1933) – pisarz („Lwy mojego podwórka”, „Lwy wyzwolone”, „Lwy STS-u”, „Nawiało nam burzę”, „Granica sokoła”, „Młyn w piekarni”), dramaturg („Anioł na dworcu”, „Derby w pałacu”, „Klik-klak”, „Maestro”), twórca lub współtwórca piosenek („Okularnicy”, „Bogdan, trzymaj się!”. „Mówiłam żartem”), współzałożyciel Studenckiego Teatru Satyryków. Pierwsze pół wieku życia spędził w Warszawie. Od 1985 roku mieszka w Toronto.
Zdjęcie główne: Rok 1965, Studio Polskiego Radia, od lewej: Agnieszka Osiecka, Jarosław Abramow-Newerly i Kalina Jędrusik. Fot. PAP/Erazm Ciołek
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Nie każdy człowiek ma sumienie
Niefrasobliwość i moda na pobłażanie przestępcom stępiają naszą wrażliwość.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Co myśli AI? Na pewno dobrze udaje ludzi
Jej kod działa jak ludzki mózg. Zdaniem programisty Googla jego chat-bot „odczuwa”.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Celebryta II RP, osobisty wróg Lenina
Porównywany do Jacka Londona pisarz, był zakazany w PRL.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Komik, który znienawidził ludzi. Miał „lenia” w nazwisku
Dzięki szpitalnej rehabilitacji nauczył się wypowiadać jedno słowo: „wyp......aj”.
Rozmowy wydanie 22.07.2022 – 29.07.2022
Jest Bóg, człowiek, skupienie, modlitwa
Jantek Gall opracował modlitewnik na czas zarazy, niebawem ukaże się kolejny – na czas głodu.