Rozmowy

Nie za takie rzeczy ludzie siedzą w więzieniach

Chciałem robić filmy gatunkowe – Bruce Lee, „Wejście Smoka”, te sprawy – najchętniej kung-fu na Podlasiu. Po liceum im. Tadeusza Kościuszki – choć w mieście była też szkoła z dodatkową nauką języka białoruskiego, ale mama odradzała, po co mi ten białoruski? – nie byłem gotowy na studia. Przypomniałem sobie o swoim marzeniu, gdy w wieku siedmiu lat obejrzałem program o Julinku. I pojechałem – mówi Janusz Gawryluk, dyrektor 7. Festiwalu Filmów Białoruskich Bulbamovie.

W dniach 12-14 listopada 2021, w Kinie Iluzjon w Warszawie, ul. Narbutta 50A odbywa się 7. Festiwal Filmów Białoruskich Bulbamovie.

TYGODNIK TVP: Zna pan Podlasie, ma pan tam dom. Latem ruszył pan z Bińdziugi ku granicy z Białorusią, gdzie wówczas koczowało kilkunastu migrantów i relacjonował wyprawę na swoim facebookowym profilu. Teraz ludzi są tysiące. Nie korciło pana, żeby znów tam iść?

JANUSZ GAWRYLUK:
Za bardzo nie wiem, co mógłbym powiedzieć o bieżącej sytuacji na granicy, bo od września nie śledziłem tego i więcej wiem od znajomych z Mińska. Zresztą właśnie zamówiłem w Mińsku film o tych wydarzeniach. To jest bardzo wrażliwy temat: co nie powiesz, możesz oberwać albo od jednych, albo od drugich. A ja od tamtego marszu w ogóle nie byłem na Podlasiu, bo zajmowałem się festiwalem.

Porozmawiajmy więc o festiwalu. Bulba to po białorusku ziemniak. Skąd taka nazwa?

W 2011 roku zdobyłem finansowanie dla festiwalu w projekcie MSZ – ponoć wzorcowym, o czym usłyszałem po latach – dotyczącym polsko-białoruskich działań w kulturze. Potrzebowałem jeszcze nazwy. Dwa lata wcześniej jeden z moich białoruskich przyjaciół, reżyser Andriej Kudzinienka, autor głośnej „Okupacji. Misterium”, po raz pierwszy i ostatni robił film dla państwowego Belarusfilm. Skostniałe studio filmowe, które za czasów Łukaszenki produkowało tylko filmy o ideologii wojennej i dobrej partyzantce sowieckiej, miało być wówczas zreformowane przez Pawła Łatuszkę, ministra kultury, który zwołał trzech reżyserów, m.in. Kudzinienkę, żeby zrobili inne kino. Mój przyjaciel nakręcił „Masakrę”, film dziejący się na Litwie w czasach powstania styczniowego, i nazwał go pierwszym bulba-horrorem, nawiązując do spaghetti-westernu. Z tego zaczerpnąłem nazwę Bulbamovie: do tego „movie” to kino i „mówi”, skoro jesteśmy w Polsce, bo tak również można interpretować.

Festiwal powstał w 2011 roku, gdy Polska zainteresowała się Białorusią po brutalnie stłumionych protestach powyborczych. O polityce wiedzieliśmy wówczas więcej niż o tamtejszym kinie…

Festiwal przygotowywaliśmy z myślą o polskim widzu, bo białoruskiej emigracji w Warszawie było wówczas niewiele, głównie aktywiści polityczni z opozycji albo studenci wyrzuceni z kraju po protestach. Frekwencja w kinie „Luna” była olbrzymia, bo udała się nam promocja: o Bulbamovie mówiły wszystkie media prywatne i państwowe – TVP, TVN, Canal Plus. Ludzie przyszli jak na egzotykę, po raz pierwszy ktoś zafundował im kino białoruskie, do tej pory zupełnie nieznane. Nawet polscy filmowcy mówili mi, że nic o tamtej kinematografii nie wiedzą i dzięki Bulbie nieco się dowiedzieli jak wygląda Białoruś.

BULBAMOVIE 2011/trailer/I Belarusian Film Festival
Udało się i były kolejne edycje Bulbamovie.

Po festiwalu podszedł do mnie krytyk filmowy Piotr Czerkawski, gość jednego z paneli, i zapytał: co dalej? Pokazałem wszystkie najważniejsze filmy z ostatnich lat, więc gdybym chciał zrobić taki festiwal za rok, co wówczas wyświetlić? Miał trochę racji, kinematografia białoruska jest niewielka, państwo produkuje ledwie kilka filmów fabularnych rocznie, dokument ma się nieco lepiej, bo nieźle działało studio Letapis przy państwowej wytwórni Belarusfilm. Tymczasem Biełsat dopiero raczkował z tworzeniem własnych filmów, Andriej Kutsila, który wówczas pokazał swój debiut, dopiero teraz jest znanym na świecie dokumentalistą. Co więc pokazać? Ile filmów powstanie, do tego – umówmy się – nie wszystkie będą ciekawe? Pomyślałem, że oprócz Kudzinienki tak naprawdę nie znam tam nikogo, kto działa niezależnie. I wymyśliłem konkurs dla takich produkcji. Roześlę informacje gdzie się da i kto wie, może coś z tego będzie. To był strzał w dziesiątkę! Co ciekawe, najbardziej wsparła mnie białoruska prasa państwowa, choćby gazeta „Zwiazda”, zajmująca się sztuką i kulturą, która mogła pozwolić sobie na więcej. Dziewczyna stamtąd od trzech miesięcy jest w Warszawie i prowadzi program o kulturze na Biełsacie – takie to paradoksy! Tydzień temu robiła ze mną wywiad o Bulbamovie i pytałem ją o tamte czasy. Mówiła, że było fajnie: państwowa prasa pisała, co w kulturze dzieje się na Białorusi, a działo się niewiele, więc wspominano o Bulbamovie.

Ile zgłoszeń pojawiło się w 2012 roku?

Nie spodziewałem się: kilkadziesiąt! W większości domowe filmy (home videos), także autorów pracujących w Belarusfilm, dziennikarzy z państwowej telewizji BT i produkcje opozycyjnych autorów, nacechowane polityką i problemami dyktatury, choć dla większości ludzi było to obojętne… Do konkursu wybraliśmy kilkanaście. I zadziałaliśmy integracyjnie, bo całe to filmowe środowisko przewieźliśmy autokarem z Mińska do Warszawy, aby wszyscy zdążyli się poznać, a potem spędzić jeszcze trzy dni na festiwalu. Najbardziej ucieszyło mnie, że znalazłem filmowych partyzantów: dostęp do kamer cyfrowych stał się wtedy łatwiejszy i młodzi ludzie robili swoje kino. Do tej pory każdy działał w samotności, nie wiedząc o istnieniu drugiego. Okazało się, że istnieją, choć na Białorusi nie mają gdzie pokazać swych dzieł.

Czołgi, armatki wodne i pałowanie manifestantów. Nici z demokracji

Ile godzin musiała spędzić z igłą w ręku, żeby zaprotestować przeciw temu, co dzieje się w jej ojczyźnie?

zobacz więcej
A międzynarodowy festiwal filmowy „Listapad” w Mińsku?!

Festiwal istniał od 1994 roku i miał kilkanaście różnych sekcji, lecz nie było konkursu filmów białoruskich. Absurd! Tymczasem my w Warszawie w dobrym kinie „Luna” umożliwiliśmy ludziom tworzącym kino pokazanie siebie na dużym ekranie przed publicznością, polsko-białoruskim profesjonalnym jury, do tego z nagrodami finansowymi oraz statuetkami złotej, srebrnej i brązowej Bulby. Możliwość porozmawiania o swoich filmach jest dla twórców bardzo ważna, tym bardziej dla tych z Białorusi. Mogli tutaj, nie będąc pod żadną cenzurą, mówić i robić co chcą. Tym bardziej, że po Bulbamovie z pokazami filmów jeździliśmy po całej Polsce: Suwałki, Śląsk, Bochnia, Chełm, Puck – zapraszały nas domy kultury, kluby i kawiarnie. Prężnie propagowaliśmy kulturę białoruską przez kino. Dwa pokazy odbyły się nawet w Armenii, także na Białorusi wystąpiliśmy w wielu miastach.

Pięknie, ale Łukaszence nie mogło być to w smak. Zdarzały się prowokacje?

W jury zasiadł znany kulturolog Maksim Żbankou; przyjeżdżał Wiktar Aśliuk, klasyk filmu dokumentalnego, który pracował również jako dyrektor studia dokumentalnego Letapis. U nas to wszystko się mieszało, na co władza przymykała oczy, o ile ktoś się za bardzo nie wychylał politycznie. Przysyłali do nas etiudy studenci Akademii Sztuki z Mińska, jedynego państwowego wydziału reżyserii na Białorusi. Rektor tej szkoły powiedział jednak, że na Bulbamovie nie należy jeździć. Wprowadził nawet dekret, aby każdy student miał jego zgodę. Studentka Nela Wasilewska wysłała do nas krótkometrażowy film i została zakwalifikowana do konkursu, po czym została wezwana na dywanik i zakazano jej wyjazdu. Spakowała walizkę i przyjechała, zdobyła brązową Bulbę. Mówiła potem, iż trzeba być odważnym i nie bać się.

I to dzięki Bulbamovie na „Listapadzie” pojawił się konkurs narodowy!

W październiku 2014 roku odbył się nasz festiwal, chyba najbardziej prestiżowa edycja, zaś miesiąc później na „Listapadzie” powstał konkurs filmów białoruskich. Moim zdaniem to nasz największy sukces, że państwowy festiwal wprowadził taką zmianę! To duża impreza sponsorowana przez białoruskie ministerstwo, którą od 2010 roku organizowała fundacja Art Corporation i bardzo podniosła poziom: z postowieckiego zrobiła światowy festiwal, gdzie pokazywano filmy z Zachodu i zapraszano gości zza granicy. W 2015 roku również byłem w Mińsku, bo w ramach projektu „Chronotop” z Kudzinienką pokazywaliśmy krótkie nowele. Na panelu dotyczącym kina, podczas dyskusji z twórcami i dziennikarzami, usłyszałem, że w powołaniu konkursu narodowego pomogła odwilż (na Białorusi wszystko przebiega jak zwykle według schematu: wybory, protesty, bicie, zamykanie, wypuszczanie po cichu i odwilż), do tego zaczęła się wojna na Ukrainie, zaś wybory w 2015 roku odbyły się niemal po cichu i nikt wtedy nie wychodził na ulice. Gdzieś w Warszawie pokazywano kino białoruskie, oni tego nie mieli i jak tak można? Pod wpływem Bulbamovie zrobili więc swój konkurs. I dzięki nam mieli zintegrowane środowisko, wszystko dostali na gotowe. Konkurs na „Listapadzie” rozkręcał się i wówczas sens Bulbamovie się zmienił, choć moim zdaniem warto było kontynuować.
Na Białorusi wszystko przebiega jak zwykle według schematu: wybory, protesty, bicie, zamykanie, wypuszczanie po cichu i odwilż - mówi Janusz Gwryluk. Od 2020 jest etap represji po protestach. Fot. PAP/ITAR-TASS.
W wyniku tego ożywienia białoruscy urzędnicy zorientowali się, że niebezpiecznie dużo młodych ludzi biega po kraju z kamerami, więc postanowili zdelegalizować niezależne produkcje. W 2015 roku powstał dekret prezydenta „O produkcji filmowej na Białorusi i stymulacji rozwoju kinematografii”, który nakazywał wszystkim scenariuszom najpierw uzyskiwać zgodę Ministerstwa Kultury. Czy przepis wciąż obowiązuje?

Ten kuriozalny i zapewne jedyny na świecie paragraf spowodował jeszcze większy filmowy sprzeciw, który zaowocował wybuchem białoruskiej Nowej Fali! Dekret wymyśliła ówczesna wiceminister kultury Irena Dryga i dokument miał podpisać Łukaszenka. Mówiliśmy o tym na Bulbamovie, reklamując nasz festiwal, że u nas można więcej. Potem pojechałem do Mińska na „Listapad” z „Chronotopem”, gdzie na gali zakończenia w kinie „Moskwa” koło mnie przechodziła szła minister Dryga, więc powiedziałem, żeby nie robiła krzywdy białoruskiemu kinu. „A kim pan jest?” – zapytała. „Nie wie pani? Robię festiwal białoruskich filmów w Warszawie”. Może się mnie przestraszyła, ale kiwnęła głową i poszła. Z perspektywy czasu, stwarzam taki mit, to ja załatwiłem całą sprawę: pomysł dekretu upadł i nikt do niego nie wracał.

Tymczasem w 2016 roku festiwal Bulbamovie zawiesił działalność…

Bulba miała wysoki poziom i rozkwitała. Szliśmy w górę, lecz w 2015 roku nie dostaliśmy dofinansowania z MSZ, może wszystko poszło na Ukrainę. Pomógł nam wtedy Roman Gutek, który za darmo udostępnił kino Muranów. I udało się nieźle zrobić ten festiwal, jednak potem zabrakło już sił i pieniędzy, bo sam entuzjazm nie wystarczył do działania. W 2016 roku zrobiliśmy jeszcze edycję Bulbamovie w wynajętym kinie w… Mińsku, później w warszawskim „Elektroniku” pokazaliśmy zwycięskie filmy. Wiedziałem, że takie działanie nie ma sensu: prawo białoruskie wymagało od nas, aby puszczane produkcje akceptowała specjalna komisja i zderzyliśmy się z cenzurą – zaczęto zdejmować rzeczy nieciekawe dla władzy. A jaki jest sens robienia festiwalu, gdy jesteś cenzurowany albo sam musisz się ograniczać? Zrezygnowaliśmy.

Białoruska władza bezlitośnie was ograła: powołała konkurs narodowy na „Listapadzie”, który z czasem zaczęła tłumić…

Patrząc z perspektywy czasu załatwiono sprawę i zarazem nas, bo staliśmy się niepotrzebni. Młodzi filmowcy dostali na „Listapadzie” swoje miejsce, flesze i dywany, większości nie przeszkadzało, że film kolegi jest zakazany. Art Corporation chciało wpuścić trochę świeżej krwi, ale fundacja też była kontrolowana i musiała iść na kompromisy. Na konkursie pojawiła się cenzura, gdy – były takie przypadki – ktoś pokazał pijanego milicjanta... Za pierwszym razem nikt na to nie zwrócił uwagi. Rok później sytuacja się powtórzyła i tylko jedna osoba zaprotestowała. Dopiero za trzecim razem, trzech filmowców okazało solidarność i zdjęło swoje filmy, reszta cieszyła się, że ich to nie dotyczy… W 2019 roku byłem na festiwalu jako redaktor kilku filmów produkowanych i współprodukowanych (koprodukcje) przez Biełsat. Trzy z nich wygrały i dostały wyróżnienia w konkursie narodowym i międzynarodowym! Ciężko było w to uwierzyć! W 2020 roku festiwal planowano, lecz dzień przed otwarciem odwołano niby z powodu pandemii.

W 2020 roku odbyły się kolejne wybory prezydenckie, po których nastąpiły gigantyczne protesty. W 2021 roku białoruskie Ministerstwo Kultury odwołało organizatorów festiwalu „Listapad” i usunęło z programu filmy narodowe, bo mogły zaszkodzić reżimowi. Kiedy dowiedział się pan o tym?

W połowie sierpnia byłem na Podlasiu i pracowałem w swoim domu we wsi Bińdziuga, 15 kilometrów od granicy, gdzie zwykle słucham wiadomości z Białorusi i tamtejszych youtuberów. Jednego z niezależnych nadawców powiedział, że Art Corporation, podwykonawca Ministerstwa Kultury, zostaje pozbawiona organizacji festiwalu, który przejmuje Belarusfilm, czyli wraca on do postsowieckich korzeni. Na niedawnej konferencji mówiono o artystach z Rosji i bratnich narodów, czyli znów będzie jak było… Zapanowało oburzenie wśród opozycyjnej części Białoruskiej Rady Kultury, chciano prosić europejskich filmowców o zabranie oznaczenia międzynarodowej klasy festiwalu. Jednak moim zdaniem organizator może wybierać podwykonawcę, choć ten doprowadził imprezę do rozkwitu, tymczasem pierwszą decyzją było zamknięcie konkursu białoruskiego! Nad tym kiedyś pracowałem i znów okazało się, że Bulbamovie, jako festiwal do zadań specjalnych, jest potrzebny. Trzeba było wracać ze wsi do Warszawy i kolejny raz organizować imprezę.
Tegoroczne hasło brzmi, że dzięki Bulbamovie ludzie zrozumieją trochę Białoruś. Może się uda, bo program jest niezły - mówi dyrektor festiwalu. Fot. Mat. Bulbamovie
Jak w dwa miesiące powołać festiwal do życia?

Wysłałem kilka maili i ułożyłem plan projekcji, co nie było trudne, bo byłem w miarę na bieżąco z produkcjami ostatnich lat. Starałem się nie wychodzić z kontekstu kina białoruskiego i interesowałem się, co się tam wydarza. Znam krytyków filmowych: Taras Tarnalicki, który został na Białorusi, na bieżąco publikuje recenzje na portalu Telegram z tego, co się dzieje w kinie państwowym i niezależnym. Teraz jest do tego łatwy dostęp, w Internecie można dotrzeć do informacji, poza tym większość twórców znam osobiście. Dyrektor konkursu narodowego na „Listapadzie”, Mikałaj Laureniuk, który od dwóch miesięcy mieszka w Warszawie, przyznał w rozmowie, że nasz program jest bardzo dobry. O ironio, on kiedyś nie dał mi miejsca na panelu dyskusyjnym w Mińsku – bał się, że coś nagadam i tylko jeden z filmowców, Mitry Siemionow, okazał zrozumienie i zaproponował połowę swojego krzesła. Teraz ja Laureniuka zapraszam na panel dyskusyjny i na pewno dostanie dobre miejsce! Nie mam do niego pretensji, oni wszyscy się bali, pozostawali pod czapą ministerstwa, urzędników i cenzorów, musieli kręcić się jak wąż… Tam wciąż istnieją dwa obiegi, choć przez 10 lat produkcja niezależna bardzo się zmieniła. To szerokie pojęcie i wszystko można wrzucić do tego worka: chłopaka, który sam dłubie w domu; prywatne firmy produkujące dokumenty niezależne od oficjalnych władz; czy nasz Biełsat.

Jaka będzie siódma edycja Bulbamovie?

To historia Białorusi ostatnich lat. Najpierw „Rewolucja”, czyli terror i protesty: najnowszy film Andreja Kutsily „Gdy kwiaty nie milczą”, zwycięzca sekcji dokumentalnej WFF; oraz „Białoruś. Początek” Fiodora Bogomołowa, portretujący Swiatłanę Cichanouską. Potem „Do Rewolucji”, czyli filmy tłumaczące, co się działo przed wybuchem: pełen tęsknoty dokument Marcina Sautera „Urosłam kiedy spałaś”, buntownicze i wyróżnione na WFF „II” Wlady Senkowej, malownicza prowincja w pandemii w „Paradzie Planet” Zoji Katowicz i galeria pasażerów taksówek u Maksima Szweda w „Trasie zmienionej”.

Wreszcie „Bez rewolucji”, czyli ambitne i ciekawe kino, nie do końca mające kontekst polityczny lub społeczny: dwa filmy Dzmitry Dziadka, nadziei białoruskiej Nowej Fali, który pozostaje i filmowo walczy na Białorusi; Wiktar Aśliuk w „Epitafium”, nieziemskim portrecie Białorusi na cmentarzach; „Czysta Sztuka” Maksima Szweda, wyświetlana już w Mińsku w 2019 roku, która wygrała tamten festiwal. Tegoroczne hasło brzmi, że dzięki Bulbamovie ludzie zrozumieją trochę Białoruś. Może się uda, bo program jest niezły: mieliśmy przerwę w nadawaniu, co jest analogią do 2011 roku, więc zebrało się trochę dobrych produkcji. Nie wiem, co z tego wyjdzie… Kiedyś była telewizja i gazety, lecz to się zmieniło, dzisiaj wystarczy Facebook albo znany youtuber opowiadający o fajnej Bulbie i filmach białoruskich, które warto zobaczyć. Rękę do mnie wyciągnęła Filmoteka Narodowa, dlatego nie robię festiwalu w kawiarni, piwnicy czy namiocie, jak planowałem na początku, tylko w kinie Iluzjon, gdzie jeszcze rok temu byłem na festiwalu filmów ukraińskich. To idealne kino na Bulbamovie – myślałem – i robię tam festiwal. Fajny moment.

„Podżegali do nienawiści”… modlitwą

Łukaszenko na Białorusi toleruje tylko „jego Polaków”. Jemu posłusznych. Inni są wrogami.

zobacz więcej
Czy były problemy z zapraszaniem artystów?

Andrej Kutsila mieszka w Warszawie, bo po nakręceniu „Gdy kwiaty nie milczą”, przed premierą spakował swoje rzeczy, zabrał żonę i dziecko, i został tutaj – znam go wiele lat i nie jest człowiekiem, który przyjechałby szukać lepszego życia, źródło jego twórczości bije na Białorusi. Tam miałby jednak problem, żeby tworzyć. Nie za takie rzeczy ludzie siedzą w więzieniach. Znajomy pisał mi niedawno, abym uważał, co umieszczam na naszym profilu na Facebooku, bo władza wie, że on również go obsługuje; jego kumpel dostał dwa lata za jakiegoś posta. Nawet ludzie nieaktywni publicznie widzą, jak wiele się zmieniło. Totalny terror i strach. Kudzinienka mówi mi, że wszyscy siedzą jak myszy pod miotłą.

Czy teraz zdarzały się prowokacje ze strony białoruskich władz?

Nie. Raczej mogą się przyglądać, co znowu kombinujemy. Tym bardziej, że zapraszamy znanych gości: przybycie potwierdził Paweł Łatuszka, były minister kultury, choć to zajęty człowiek. W białoruskich mediach pojawiła się nawet informacja, jakoby służby specjalne planowały w Warszawie zamach na jego życie; nie wiązałbym tego z festiwalem, lecz postawą polityczną: Łatuszka prezentuje Narodowe Zarządzanie Antykryzysowe, które po wyborach działa w Polsce, bo frakcja Swiatłany Cichanouskiej ma siedzibę w Wilnie. Natalia Zadziorkouskaja, u Łatuszki odpowiadająca za kulturę, jeszcze pół roku temu pracowała w białoruskim Ministerstwie Kultury, mówiła mi, że dużo dobrego słyszała o festiwalu. Czysta kurtuazja czy co innego? Takie reakcje pozytywnie mnie dziwią. Czuję jednak bardzo dobry odzew na festiwal wśród białoruskich stowarzyszeń i fundacji funkcjonujących teraz w Polsce. Oni są hermetyczni i pozamykani w swoich gettach, zawsze miałem problemy z dotarciem, lecz w tym roku do kogo bym nie napisał z zaproszeniem – cieszy się i potwierdza przybycie. Zależy mi na spotkaniu w jednym miejscu Polaków i Białorusinów z różnych środowisk, którzy inaczej by się nie spotkali. Taką możliwość daje Bulba.
Zawsze chciałem robić filmy- mówi Janusz Gawryluk. Fot. printscreen TVP
Skąd u pana zainteresowanie Białorusią?

Urodziłem się w Bielsku Podlaskim, 50 kilometrów od granicy, 30 tysięcy mieszkańców. To miasto dwureligijne, o narodowościach nigdy się za wiele nie mówiło. Jak katolik to Polak, jak prawosławny – jak ja – nie do końca wiadomo kto: albo tutejszy, albo inny i nie daj Boże Ruski, których nie lubiano. Nikt nam tego nie tłumaczył, młody człowiek nie znał historii. Na osiedlu 11 listopada miałem tylko polskich przyjaciół. Dzieciństwo przeżywałem w komunizmie, gdy mniejszości narodowe redukowano do folkloru. Jeszcze w latach 90. istniał zespół białoruski „Wasiloczki” i polskich pieśni patriotycznych, co dla młodego człowieka nie było interesujące. Ja zawsze chciałem robić filmy, ale nie miałem nawet kamery: w „Optyku” radziecka 16 czy 8 były poza moim zasięgiem. Trafiłem na okres przełomu: w potransformacyjnym rozpiździaju wszystko upadło, w tym stowarzyszenia filmowe i kółka fotograficzne. Odrodziły się później, tylko wtedy ja byłem już dorosły… Wyjechałem zresztą z Bielska do Julinka, gdzie skończyłem szkołę cyrkową. Specjalizacja: ekwilibrystyka.

Niezła wolta, skąd pomysł?

To nie wolta! Wcześniej trenowałem kick-boxing, w 1992 roku byłem trzeci w Polsce na mistrzostwach seniorów. Chciałem robić filmy gatunkowe – Bruce Lee, „Wejście Smoka”, te sprawy – najchętniej kung-fu na Podlasiu. Po liceum im. Tadeusza Kościuszki – choć w mieście była też szkoła z dodatkową nauką języka białoruskiego, ale mama odradzała, po co mi ten białoruski? – nie byłem gotowy na studia. I przypomniałem sobie o swoim marzeniu, gdy w wieku siedmiu lat obejrzałem program o Julinku, jedynej tego typu szkole w Europie. I pojechałem. W ten sposób byłem bliżej Warszawy, dzięki akcji „Artyści dzieciom” poznałem Marka Perepeczkę i Renatę Dancewicz. Nauka trwała dwa i pół roku. Numer, który zrobiłem na zakończenie i dyplom, to persz długi: mój partner trzymał na czole pięciometrową aluminiową rurę i chodził, siadał, kładł się, a ja na górze stawałem na rękach, robiłem krokodyla albo inne wygibasy. Po szkole jako jeden z pierwszych w Warszawie nauczyłem się chodzić na szczudłach, więc w weekendy miałem świetnie płatną robotę – firmy miały wówczas pieniądze i wydawały je na rozrywkę.

Uzależniony od Bugu i feromonów stodoły. Ze ściągawką od mamy

To już nie jest pejzaż, lecz podział świata. Dosłowny i symboliczny – bo w świetle można upatrywać pozytywów, a w ciemności – złych sił.

zobacz więcej
Studiował pan filologię białoruską na Uniwersytecie Warszawskim.

Namówiła mnie dziewczyna. Jeszcze w szkole uczyłem się rosyjskiego, więc miałem kłopot z białoruskim, żeby się przestawić. I przestawiłem się tak bardzo, że teraz z rosyjskim miewam problemy. Wciąż do końca nie wiedziałem, kim jest. Mama przyniosła mi „Czasopis”, pismo wydawane przez Białorusinów w Białymstoku. Poczytałem, nawet zacząłem tam pisać. I wreszcie zrozumiałem: przecież moi dziadkowie mówili po białorusku. Stało się dla mnie jasne: jestem polskim Białorusinem! Nikim innym! To mi dużo dało. Pojąłem, że skoro mam takie korzenie, warto iść w tę stronę. Zacząłem interesować się Białorusią i piszę właśnie książkę „Chronotop bagienny” o tych moich zmaganiach przez lata. Automatycznie zerkałem także na tamtejsze kino, choć miałem wrażenie, że nic się tam nie dzieje.

Sam pan zaczął kręcić filmy…

Marzyłem o tym i za pierwsze pieniądze zarobione w reklamie lodówek Mastercook, kupiłem pierwszą w życiu kamerę video. W „Lunie” odbył się festiwal filmów niezależnych „Jutro filmu”, gdzie odbywały się spotkania z prawdziwymi reżyserami. Mega wrażenie! I jeden z nich, Wojciech Marczewski lub Robert Gliński, mówił, że my młodzi szukamy za daleko, wszystko u nas jest nieprawdziwe i nierealne, bo szybujemy w chmurach. „Popatrzcie, co jest obok was! Szukajcie wokół siebie” – radzili. Pamiętam, że pojechałem pociągiem do Bielska i rozejrzałem się po swoim osiedlu. O co mu chodziło? Co niby jest obok mnie? Przecież tu nic nie ma! Przyszli chłopacy. „Słuchajcie, trzeba kino zrobić” – mówię. „To rób. Filmuj nas. Kanapę właśnie przynieśliśmy, ktoś na przepustkę z więzienia wychodzi, ktoś idzie do wojska”. Tak powstał film „Bojki”, za który zdobyłem nagrody we Wrocławiu i Warszawie.

Potem pracował pan w Polskim Radiu w redakcji białoruskiej.

Przetwarzałem nudne informacje z PAP, a po nauce w Laboratorium Reportażu chciałem być reporterem. Pojechałem do Mińska zrobić materiał o podziemnym liceum Jakuba Kołasa, zdelegalizowanym przez władze białoruskie. Umówiłem się też na wywiad z reżyserem Andriejem Kudzinienką, bo jego film „Okupacja. Misterium” zrobił na mnie wrażenie: żadne nudy o poetach z przebitkami kwitnących jabłoni, tylko prawdziwe kino. Sam byłem populpfictionowym typem, więc spodobał mi się western dziejący się na Białorusi. Tak zostaliśmy znajomymi, Andriej stał się moim przewodnikiem po białoruskim kinie. W 2005 roku, gdy był na półrocznym stypendium w Warszawie, w „Lunie” zrobiliśmy pokaz trzech filmów białoruskich, co potem rozwinęliśmy w 2011 roku jako Bulbamovie. Resztę pan już zna.

Pomieszkuje pan w podlaskiej wsi Bińdziuga. Kiedy się pan przeprowadził?

W styczniu 2011 roku stałem się posiadaczem kawałka ziemi ze starym sadem: 50 metrów do Narwi, 200 metrów od Puszczy Białowieskiej. To realizacja marzeń z dzieciństwa: Bielsk leży niedaleko rzeki Narwi i fascynowałem się jej życiem, łodziami, rybami, wodą, chciałem mieszkać blisko. Nie odziedziczyłem posesji po dziadkach, więc zacząłem szukać i znalazłem. Od tego czasu trochę tam inwestuję, aby znajomi mogli się u mnie nie tylko się napić, ale też film obejrzeć, koncert zrobić, warsztaty zorganizować i tego typu rzeczy. W czerwcu zrobiłem mini-festiwal, przyjechała kapela z Kaszub, dla której zbiłem scenę z desek. To mój teren, gdzie mogę napisać własną konstytucję i nazwałem go Republika Bińdziuga. Bardzo bym chciał spędzać tam więcej czasu. W 2014 zbudowałem dom 4m x 6m, niby mało, ale na tyle pozwalało prawo, co zresztą w zupełności wystarcza. Mam też poddasze, kozę, wodę i prąd, kuchnię i altanę. Nawet piec ormiański, gdzie piekę chleby i robię szaszłyki.

Wiem, bo widziałem na pańskim kanale kulinarnym „Kuchnia Janusza”…

To był żart. Założyłem się z kolegą: stwórzmy kanały na youtube i zobaczmy, kto będzie miał więcej widzów. Powiedział, że skoro lubię siedzieć w kuchni, gdzie kiszę kapustę i buraki, powinienem to nagrywać. Tak powstała „Kuchnia Janusza”, co można dobrze ogrywać, bo mogę gotować zaraz po wstaniu, nie myjąc nawet głowy, co bardzo mi się podoba. Mam ponad 2000 subskrybentów, niektóre filmy osiągnęły 100 tysięcy widzów i jeszcze YouTube mi płaci! W szoku jestem! Bank rozbiłem filmem o surówce wietnamskiej, który nagrałem u teściowej i obraziła się na mnie, bo powiedziałem, że to typowo wietnamska kuchnia… Byłem wtedy solidny i raz w tygodniu starałem się coś pokazać widzom. Teściowa udostępniła mi wtedy kuchnię na pięć minut: to, co powstaje na spontanie, często okazuje się najlepsze.
Desant | Десант film dokumentalny. reż. Janusz Gawryluk/Bulbamovie

Kręcił pan też materiały dla Biełsatu.

Jeździłem po Białorusi z operatorem Jerzym Ernstem, który wiele lat temu pracował ze śp. Waldemarem Milewiczem. Podczas jednego wyjazdu do Iraku zostali ostrzelani: Milewicz zginął, Jurek został ranny w rękę. Biełsat tworzył kadry od podstaw, bo zawodowcy nie chcieli na początku tam pracować – bali się. Dlatego jeździłem z Jurkiem po większych miastach białoruskich i uczyliśmy filmowania przede wszystkim młodych ludzi. W 2010 roku dostałem bezterminowy zakaz wjazdu, w 2015 roku przedłużony na kolejne pięć lat, choć po czterech latach mnie wpuszczono. Nie wiadomo, za co. Gdy przyjechałem na granicy wiza została anulowana i wbito mi pieczątkę jako persona non grata. Pisałem do białoruskiego ministerstwa; odpowiedzieli, że nie muszą mnie informować, a jak mi się coś nie podoba, mogę zwrócić się do sądu. Wiem tylko, że chodziło o działalność telewizyjną, nie Bulbę. Teraz w Biełsacie jestem redaktorem działu filmu dokumentalnego.

Przed wyborami prezydenckimi w 2020 roku jeździł pan za Swiatłaną Cichanouską. Kolejne zwycięstwo terrorem zagwarantował sobie jednak Aleksandr Łukaszenka. Kiedy sytuacja polityczna na Białorusi ulegnie zmianie?

Nie chciałbym kończyć rozmowy w ten sposób, ale zmiana nie przyjdzie prędko. Był moment, kiedy po wyborach ludzie chodzili na marsze, w Mińsku nawet 300 tysięcy osób, przy których nie było milicji, bo z takim tłumem nic się nie da zrobić. Zabrakło jednak liderów: siedzieli w więzieniach albo pouciekali za granicę. Na opublikowanych niedawno nagraniach dwóch wysoko postawionych ludzi z MSW podobnie komentuje ten czas: oni nic nie mogą zrobić, na szczęście opozycja nie ma liderów. Tłum nie bardzo wiedział, co ma ze sobą zrobić: chodził i chodził, po czym wracał do domu, by rano iść do pracy . Za tydzień znów 300 tysięcy i ta sama historia. Ludzie myśleli, że od chodzenia wszystko się zmieni. Wtedy mogło się zmienić, teraz już nie…

– rozmawiał Jakub Kowalski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


W dniach 12-14 listopada 2021, w Kinie Iluzjon w Warszawie, ul. Narbutta 50A odbywa się 7. Festiwal Filmów Białoruskich Bulbamovie.
Zdjęcie główne: Z filmu Andreja Kutsily „Gdy kwiaty nie milczą”. Fot. Mat. Bulbamovie
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
W polskim teatrze jest przyzwolenie na patologie
W spektaklach, w których króluje relatywizm i brzydota, kłamstwo i zło, raczej mnie państwo nie zobaczycie - mówi aktor.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Armia rosyjska ma za grube paluchy
Wojna taka sama jak sto lat temu.
Rozmowy wydanie 17.06.2022 – 24.06.2022
Łapiemy przestępców, którzy ćwierć wieku temu byliby nieuchwytni
Na podstawie małżowiny usznej można zidentyfikować człowieka.
Rozmowy wydanie 10.06.2022 – 17.06.2022
Za wszystko będziemy płacić kodem QR. Nadchodzi cyfrowy pieniądz
Ale całkowite pozbycie się gotówki byłoby szaleństwem.
Rozmowy wydanie 10.06.2022 – 17.06.2022
Wildstein: Zrozumiałem, że katolicyzm to mój los
Domyślałem się, że mój ojciec jest Żydem...