Felietony

Znokautował przeciwnika i zerwał z boksem. Kapelan prezydenta

Dla jednych kamieniem obrazy było to zbratanie się z Jackiem Kuroniem, dla drugich z rodziną braci Kaczyńskich. A ksiądz Roman po prostu służył człowiekowi, w którym widział Boga.

Na 75. urodziny kupiliśmy księdzu Romanowi biały szalik marynarki wojennej – był już wtedy kapelanem prezydenta RP i mój mąż uważał, że „przysługuje” mu szalik każdej polskiej formacji. Jubilat bardzo się ucieszył, bo też był to jego znak rozpoznawczy: bardzo wysoki chudy człowiek w sutannie i czarnym płaszczu, wokół którego powiewał biały szal.

Ale to tylko zewnętrzny obrazek, który wciąż jeszcze wielu mieszkańców podwarszawskich Tworek czy stołecznego Żoliborza potrafi zapewne wywołać z pamięci, bo od śmierci legendarnego kapłana – zginął w katastrofie smoleńskiej – minęło dopiero jedenaście lat. A przedtem w malutkim kościele przy ul. Czarnieckiego w Warszawie ksiądz Roman Indrzejczyk spędził lat dwadzieścia cztery. Lat budowania w parafii współpracy, zaufania i więzi w atmosferze modlitwy, serdeczności i wzajemnego szacunku. Można o tym poczytać w napisanej i wydanej przez parafian książce „Zwyczajna parafia”.

Dar od Boga

W niedzielę 14 listopada przypadają 90. urodziny księdza Romana Indrzejczyka i już to byłby wystarczający powód, żeby go przypomnieć, bo był postacią wyjątkową. Wyjątkową nie z powodu swojej oczywistej i jednoznacznej wiary w Jezusa Chrystusa, nie z powodu życzliwości, erudycji, miłości do tatrzańskich szlaków, harcerskiego entuzjazmu dla życia, zaufania do ludzi i innych cech.

Ale ksiądz Roman miał ten wybitny i niezwykle rzadki talent, prawdziwy dar od Boga, że wszyscy którzy mieli z nim czynienia uważali, iż są dla niego kimś najważniejszym. Byli przekonani, że tylko im poświęca czas i uwagę, że tylko ich wysłuchuje z taką wrażliwością. Tak sądzili uczniowie – z wielu roczników – Szkoły Muzycznej im. Karola Szymanowskiego, gdzie uczył religii, tak myśleli dawni żołnierze Zgrupowania „Żywiciel” Armii Krajowej, spotykając się co miesiąc na Mszy Świętej i potem na herbacie w skromnej sali parafialnej, w takim poczuciu żyli harcerze z Szczepu 305 oraz pielęgniarki, przewodnicy górscy, emeryci i członkowie kolejnych grup i wspólnot. Wszystkim dawał poczucie sensu ich zaangażowania w sprawy społeczne i życie Kościoła.

Zapewne takie samo poczucie mieli członkowie Komitetu Obywatelskiego, który pod koniec lat 80. XX wieku zbierał się na plebanii kościoła Dzieciątka Jezus, bo tam od 1986 roku był proboszczem ksiądz Roman. Wielu z nich po raz pierwszy od lat zetknęło się z katolickim księdzem, co nierzadko przekładało się na powrót do praktyk religijnych, choć ks. Roman nikogo do niczego nie namawiał – ale zawsze był gotów służyć pomocą w tym powrocie.
Kwiecień 2006 r. Ks. Roman Indrzejczyk w czasie wizyty prezydenta LechaKaczyńskiego we Lwowie z okazji 350. rocznicy ślubów króla Jana Kazimierza. Fot. Adam Chelstowski / Forum
Sama wtedy nie uczestniczyłam w tych spotkaniach, ale byłam bliskim współpracownikiem jednego z uczestników i pamiętam jego pełne fascynacji relacje o niezwykłym księdzu z Żoliborza. Inna rzecz, że wtedy cała opozycja Kościół „kochała”, co jednak nie przełożyło się na lojalność wobec niego w latach późniejszych.

Wiersze – niewiersze

Ale ktoś taki jak ksiądz Roman nigdy nie wyrażał o to pretensji czy żalów. Wolał o tym napisać jeden ze swoich wierszy – niewierszy, które rozdawał wśród znajomych i przyjaciół.

W zeszycie poetyckim z 2006 roku można przeczytać jego gorzkie konstatacje o tych, którzy jedną wizję mieli i wspólnie walczyli / narażali siebie, w więzieniach siedzieli / razem się głowili jak Polskę uwolnić / od krzywdy, bezprawia i od zakłamani a, a potem zbyt ambitni byli, mieli własne wizje/…/ nawet się skłócili, ręki nie podadzą…/ Lecz wolność została! Solidarność żyje!/ Tylko bardzo szkoda/ że ci bohaterzy nie są już bez skazy…/ że im coś brakuje (cos bardzo ważnego)/ – i zły przykład dali…/pozwolili zwątpić/ że człowiek ma szansę pozostać uczciwy /bezinteresowny/ naprawdę szlachetny…/ dla wspólnego dobra / ojczyzny / honoru / praw ludzkich i…Boga.

Na pewno takie właśnie poczucie wyjątkowego oddania kapłana „naszej” sprawie panowało przez lata w Polskiej Radzie Chrześcijan i Żydów, z której mandatem udałam się w 1992 roku na Żoliborz, aby rozmawiać z ks. Romanem Indrzejczykiem o gościnie dla świeżo upieczonej inicjatywy modlitewnego spotkania z okazji żydowskiego – i biblijnego – święta Radość Tory. Pamiętam, z jaką delikatnością ksiądz rozkładał biały obrus na ołtarzu i jak się modlił przed Najświętszym Sakramentem zanim rozpoczęło się nasze pierwsze, eksperymentalne poniekąd spotkanie.

Całe życie ze zwierzętami. Koty i psy Marii i Lecha Kaczyńskich

Jako jedyny tak wysokiej rangi polityk otwarcie mówił o swojej miłości do zwierząt.

zobacz więcej
Katolickość księdza Romana była tak oczywista, tak wyrazista i czytelna, że była dla mnie najlepszą gwarancją właściwego postępowania w tej sprawie, swoistym imprimatur nawet. A jednak…

Lewak od Kaczyńskiego

„Coś ty Atenom zrobił Sokratesie”, że jedni zwą Cię dzisiaj lewakiem, a drudzy demonstrują niezrozumienie, boś poszedł do Kaczyńskiego. To nieważne, że Lech Kaczyński był Prezydentem RP i ksiądz Roman Indrzejczyk poszedł służyć Rzeczpospolitej Polskiej – nieważne, bo dla oburzonych nie liczy się służba ojczyźnie, liczy się tylko służba „swoim”.

To nieważne, że ksiądz Roman budował mosty i realizował naukę Jana Pawła II w dziedzinie ekumenizmu i dialogu z Żydami – dla oburzonych tym stanem rzeczy był z tego powodu był „lewakiem”.

Żadna ze stron tego „oburzenia” nigdy zapewne nie wsłuchała się i nie wczytywała w homilie, rozważania i modlitwy autorstwa księdza Romana Indrzejczyka, bo i po co? Wystarczyły jej zewnętrzne oznaki: dla jednych było to zbratanie z Jackiem Kuroniem, dla drugich z rodziną braci Kaczyńskich. A ksiądz Roman po prostu służył człowiekowi, w którym widział Boga. Uczył tego, mówił i pisał – zwłaszcza do swoich parafian czy grup, którymi się opiekował.

Ich wspomnienia, wręcz świadectwa znaleźć można w reportażu Katarzyny Kamińskiej „Ksiądz Roman” (TVP Program I, 2007), w zebranych już po śmierci wspomnieniach parafian „Był z nami” (wyd. 2010), tomie pozostałych po nim nielicznych zapisanych homilii i rekolekcji „Myśli zebrane 1961-2010” (wyd. 2011), w których ostatnie były już przygotowane na Wielki Post 2010. I mówią o tym tablice, które wdzięczni parafianie umieścili w wielu miejscach, od Tworek zaczynając.

Szkoła Tworek

W Tworkach ks. Roman Indrzejczyk był w latach 1964-1986, a więc przez 22 lata, kapelanem Szpitala Psychiatrycznego i proboszczem tamtejszej parafii św. Edwarda, do której utworzenia doprowadził powoli i systematycznie. Choć początki nie zapowiadały pomyślnego rozwoju sytuacji: dyrektor szpitala był ateistą i nie ułatwiał posługi młodemu księdzu.
Wieczór promujący tom poezji ks. Romana Indrzejczyka w Klubie Księgarza w Warszawie w lutym 2007 roku. Fot. PAP/Andrzej Rybczyński
Ale czas spędzony w Tworkach to okres, który zaważył na życiu wielu ludzi, moim zresztą też – zanotował w swoim pamiętniku ksiądz, co cytował bp Piotr Jarecki podczas odsłonięcia tablicy upamiętniającej kapłana w 2011 roku. Tu dorastałem, nabierałem doświadczenia i mądrości, o ile mądrość mam. Ale jeśli trochę jej mam, zawdzięczam to na pewno pracy w Tworkach. Całe życie starałem się przekonywać innych ludzi, że wytworzenie atmosfery dobroci, zgody, pokoju, szczęścia, jest na wyciągnięcie ręki.

To jest sedno jego przesłania, jego posługi, jego wynikającej z wiary postawy. Jeśli dziś uważam, że trzeba przypomnieć jego postać to także – a może przede wszystkim – dlatego, że tak bardzo brakuje tej jego postawy i wynikającego z niej sprzeciwu wobec szyderstwa i złośliwości, niezgody na obśmiewanie i kłamstwa, brakuje jego czystej niezachwianej wiary w Jezusa Chrystusa i w to, że jeśli spotkałeś człowieka o szlachetnym sercu…to bądź przekonany, że spotkałeś Boga.


Pisał przecież: Zwracam się z pokorą, choc bardzo stanowczo – pozwólcie mi wierzyć, że ludzie są dobrzy i że świat miłości, dobra i pokoju jest ciągle możliwy, jest do osiągnięcia. Pozwólcie tę żyłkę przekształcania świata, czynienia go lepszym zachować i…wierzyć. (2006).

Wiedział, że niektórzy mają go za naiwnego i może nawet śmiesznego, ale nie ustawał w namawianiu na czynienie dobra i dostrzeganie go wokół siebie.

Ostatnia walka

Ksiądz Roman nigdy nie pokazywał, że mógłby stracić wiarę w człowieka, w sens czynienia dobra i przebaczenia. Nawet w sytuacjach ewidentnej zdrady potrafił napisać o dawnym uczniu: a więc przyjacielu, który napisał o mnie – nie o mnie, bo przeciw, do władzy, co mogła „karierę” mi zniszczyć, podeptać człowieka, z kręgu moich przyjaciół nigdy nie wypadłeś, tak jak obiecałem nikt się nie dowiedział. Tyle lat minęło…serce już nie płacze (2006).
W ostatnich swoich rekolekcjach, do których notatki znajdziemy we wspomnianych „Myślach zebranych” zaznaczył: nie akceptuję takiego świata, w którym wszystko jest dopuszczalne.

Warto się bardziej ludziom przyglądać – proponował. – To jest właśnie jeden z elementów miłosierdzia. Przyglądać się, bo być może cos by się udało zrobić, żeby człowieka pocieszyć w jego upokorzeniu, bólu, żalu, w tej – nazywam to patetycznie – krzywdzie, która bardzo boli. I wtedy właśnie potrzebne jest to, co w biblijnym języku nazywa się miłosierdziem, a po ludzku się nazywa wielkodusznością, serdecznością, subtelnością, dobrocią, solidarnością z człowiekiem.

Pisał: Według zasad Ewangelii Chrystusowej, którą przecież akceptujemy w jakiś sposób – każdemu człowiekowi należy dac szansę, nikogo nie można od siebie odsunąć, odtrącić i trzeba umieć znaleźć sposób, żeby z każdym rozmawiać. Trzeba umieć nazwać zło złem, a dobro dobrem – natomiast człowieka jako takiego, nigdy od siebie nie odtrącać.

W przedmowie do tychże „Myśli zebranych” seminaryjny kolega ks. Michał Skibiński podał przykład, który bardziej niż wszystkie cytaty pokazuje, o co chodziło księdzu Romanowi.

Otóż w Żychlinie, gdzie się urodził i gdzie chodził do liceum, „uprawiał sport i to jak na przyszłego duchownego nietypowy – mianowicie boksował i to z dobrym skutkiem. Jak w rozmowach koleżeńskich wspominał, zdobył nawet w swojej kategorii tytuł wicemistrzowski”. „Wspominam o tym, bo świadczy to o Jego odwadze, którą wielokrotnie w życiu wykazywał oraz o Jego osobowości, dla której charakterystyczna była decyzja zerwania z boksem, mimo odnoszonych sukcesów” – pisze ks. Michał Skibiński. – „Tę decyzję podjął po walce, w której znokautował przeciwnika. To poczucie wyrządzonej komuś krzywdy i możliwość powtórzenia się takiej sytuacji zadecydowała o skończeniu z boksem”.

– Barbara Sułek-Kowalska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: 17 grudnia 2007 r. Uroczystość przekazania Betlejemskiego Światła Pokoju, które przynieśli do kaplicy w Pałacu Prezydenckim harcerze z ZHP. Na zdjęciu: prezydent RP Lech Kaczyński i kapelan prezydenta ks. Roman Indrzejczyk. Fot. PAP/Jacek Turczyk
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Lekcja
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Polska-Ukraina: o jakiej integracji mówimy?
Mamy wspólny interes, żeby liczyć się w Europie i świecie jako osiemdziesięciomilionowy podmiot.
Felietony Najnowsze wydanie
Kto rozplącze watykańskie kłębowisko węzłów
Przez dziesięciolecia Watykan lekceważył oskarżenia o korupcję finansową.
Felietony Najnowsze wydanie
Sztuka społeczeństwa otwartego, czyli realizm Sorosa
Sztuka jest bronią potężną, zwłaszcza gdy trzeba pozyskać wybredne elity intelektualne.
Felietony Poprzednie wydanie
Czy Polska i Ukraina powinny być jednym państwem?
Nie ma powodu, aby dziś uruchamiać integrację naszych krajów.