Felietony

Włodzimierz Szaranowicz – między nim a widzami była chemia

Obaj wiedzieliśmy, że Michael Johnson jest kandydatem na nowego rekordzistę świata w biegu na 400 m. Był w formie, miał szansę. Jednak wcześniej wystartował w finale na 200 m, i co? I walnął rekord na 200, który wtedy wydawał się kosmiczny. Włodek doprowadził go do mety i padł na krzesełko pół żywy. Wycisnął z tego biegu i z siebie co tylko się dało. Miał 19 sekund, żeby w pełni ogarnąć, co się dzieje, i dał radę.

Dziwnie się czuję. Mam napisać recenzję książki o kimś, kto jest częścią mojego życia zawodowego i prywatnego co najmniej od trzydziestu lat. Kto nie jest dla mnie ikoną, lecz przyjacielem i partnerem w pracy. To raczej trudne zadanie, ale spróbuję.

„Życie z pasją” to tytuł, który trafnie oddaje charakter książki i jej bohatera, Włodzimierza Szaranowicza. Jednak nie wyczerpuje zagadnienia. Pasję ma wielu, wybitne wyniki nieliczni. Włodek należy do tych drugich.

Jednak talent to nie wszystko, o sukcesie przesądza pokora i praca nad sobą. Kto nie ma takiej pokory, nie będzie nad sobą pracował, bo po co? Głos Szaranowicza zna cała Polska. Taki głos to dar od losu. Gdyby czytał numery totolotka, też byłby to głos rozpoznawalny w kraju. Tyle że jego talent nie byłby spełniony.

Praca w radio była dla Włodka dobrą szkołą warsztatu. W radiu robił różne rzeczy, także komentował imprezy sportowe, ale radio to nie telewizja. Telewizja to inna bajka. Obraz wymusza żelazną dyscyplinę narracji, czego trzeba się nauczyć.

Najsłynniejsi radiowcy mieli z tym duże problemy, które rzadko udawało się pokonać. Najtrudniej przezwyciężyć nawyk ciągłego mówienia, bo w radiu cisza zabija. Niełatwo się oduczyć malowania obrazów słowami, co w telewizji jest zbędne, a nawet irytujące.

Włodek zmienił radio na telewizję w odpowiednim momencie, żeby przepracować swój warsztat komentatorski. Zresztą obaj jesteśmy na tym punkcie uwrażliwieni. Przegadaliśmy dziesiątki godzin o innej formule komentowania niż ta, która obowiązywała poprzednio.

Telewizja się zmieniała. Coraz więcej imprez pokazywano na żywo. A takie relacje wykluczają postawy zachowawcze w rodzaju: „Poczekajmy na oficjalne wyniki...”. Trzeba reagować natychmiast, nawet ryzykując błąd, lecz utrzymując temperaturę widowiska.
Rok 2004. Magazyn Olimpijski. Na zdjęciu: Przemysław Babiarz, Włodzimierz Szaranowicz i Marek Jóźwik. Fot. Ireneusz Sobieszczuk/TVP
Najważniejszą rzeczą w pracy komentatora jest prawda emocjonalna. A zarazem jest to także najbardziej niebezpieczna pułapka. Zachowanie równowagi między autentyzmem przeżyć a kontrolą eksplozji werbalnej to duża sztuka, którą Włodek w pełni opanował.

Prawdziwych uczuć komentator nie powinien się obawiać. One przenikają przez szkło ekranu jak woda przez sito i udzielają się telewidzom, tworząc chwilową, ale silną wspólnotę serc. Widzowie kochają takie momenty.

Z kolei emocje udawane, bo i to się zdarza, czy totalnie puszczone na żywioł, bez nadzoru autora nad ścieżką dźwiękową, sprowadzane do ciągłych wrzasków lub ciągłego podniecenia, raczej tonują niż pobudzają emocje odbiorców, którzy bezbłędnie wyczuwają fałsz albo przesadę.

Krótko mówiąc naturalność i warsztat to jest to, czego wymaga fach dobrego komentatora. Komentować każdy może, lepiej robić to lepiej niż gorzej. Talent w tym pomaga, ale sprawy nie załatwia bez trzeźwiej oceny tego, co się potrafi i dokąd się zmierza.

Książka – wywiad rzeka córki z ojcem – zaczyna się właśnie od sfery emocjonalnej. Konkretnie od transmisji z Oslo z 2011 roku, pożegnalnego konkursu Adama Małysza, który Włodek przeżył bardzo osobiście i ze wzruszeniem.

Na pytanie, jak to jest, tak się wzruszać na antenie, pada kilka zdań, które definiują istotę tego specyficznego zawodu i powinny być starannie analizowane przez każdego, kto chce ten zawód uprawiać, a zwłaszcza przez tych, którzy już to robią, bo nie zawsze wiedzą, co robią.

Dziewczyny jak sprężyny

Przemysław Babiarz o Bogu, kobietach i teatrze.

zobacz więcej
Szaranowicz ujął to tak: „Siedząc przed mikrofonem, trzeba widzowi coś z siebie oddać – to musi być kawałek prawdziwego ciebie. Musisz się otworzyć. Ale dopóki nie masz pewnych narzędzi zawodowych i warsztatu, to otwierając się za bardzo, możesz się narazić na śmieszność. Człowiek jest wtedy bezradny, w pewien sposób nagi.”

I dalej: „Najgorzej...gdy nie trafiasz w nastrój, nie trafiasz w odczucia widowni, nie trafiasz w istotę widowiska. Nie zauważasz czegoś ważnego. Komentator to zawód, w którym na żywo jesteś twórcą.”

I jeszcze jeden akapit: „Byłem świadkiem występów kolegów, którzy rzeczywiście »pojechali emocjonalnie« na granicy tego, co można nazwać sztuką. Ale później zamieniło się to w doskonałość zawodową. I ich wyróżnik. Po latach my, dziennikarze, mamy pewien rodzaj intuicji, jak poruszać się po tej cienkiej granicy.”

W zasadzie nic dodać, nic ująć: sama sól roboty komentatorskiej. Dopiero na tym można budować dramaturgię widowiska, co jest głównym zadaniem komentatora. Komentarz sportowy, Włodek ma rację, to kreacja spektaklu na żywo. Kolejny szczebel zawodowy.

Żeby to robić dobrze, trzeba mieć wiedzę i talent narracyjny. Wiedza służy do czytania sportu, a zdolność przekazu do tworzenia nastroju poprzez stopniowanie napięcia. Widowisko sportowe to fabuła sensacyjna z nieznaną pointą i tak powinna być opowiadana.

Klapanie nazwisk, opowieści o historii transferów, medalach i tytułach, które zajmują połowę transmisji lub więcej, to bardziej zadanie konferansjera niż komentatora. Trzeba umieć wyważyć proporcje, aby emocje nie zamieniały się w nudziarstwo.


W tej książce Włodek wspomina swoje doświadczenia. A tak naprawdę przygody komentatorskie, bo ze sportem jest trochę tak jak z tym pudełkiem czekoladek: nigdy nie wiesz, kiedy trafisz na wielkie wydarzenie. Ale zawsze musisz być na to gotowy.

Sportowcy ci tego nie ułatwiają. W 1996 roku przed igrzyskami olimpijskim w Atlancie obaj wiedzieliśmy, że Michael Johnson jest kandydatem na nowego rekordzistę świata w biegu na 400 m. Był w formie, miał szansę już wówczas. Jednak wcześniej wystartował w finale na 200 m, i co? I walnął rekord na 200, który wtedy wydawał się kosmiczny. Włodek doprowadził go do mety i padł na krzesełko pół żywy. Wycisnął z tego biegu i z siebie co tylko się dało. Miał 19 sekund, żeby w pełni ogarnąć, co się dzieje, i dał radę.

W tym fachu istotne jest to, żeby nie przegapić ważnej sytuacji, ale równie ważne jest to, żeby umieć wykorzystać szansę, która pojawia się znienacka. W ułamku sekundy przeskoczyć na inną orbitę, odciąć wszystko oprócz tego, co się wydarza i zaufać instynktowi.
Studio piłkarskich mistrzostw świata w RPA 2010. Komentują: Jerzy Dudek, Jerzy Engel, Jacek Gmoch, Tomasz Wołek i Włodzimierz Szaranowicz. Fot. Ireneusz Sobieszczuk/TVP
Ten rzadki stan umysłu i ducha, bo wbrew pozorom tak ekscytujące momenty nieczęsto trafiają się nawet bardzo doświadczonym komentatorom, ponieważ bywają dziełem nagłego przypadku, Włodek opisał w książce malowniczo i precyzyjnie.

Powiedział tak: „w takich razach (ekstremalnego ciśnienia emocji) trzeba z własnego wnętrza wydobyć to, co najistotniejsze. To przechodzi przez głowę, ale czasami głowę trzeba odciąć i odmalować sytuację słowami, które płyną z serca, z ciebie, nie wiadomo skąd. Wylatują jak kule z karabinu maszynowego. Możesz mieć tylko nadzieję, że nie okażą się ślepakami.”

Skupiłem się na niektóry aspektach tej profesji, ponieważ to ona była największą, najsilniejszą pasją Włodka, co odzwierciedla tytuł książki. Tej pracy nie można się nauczyć i umieć tak po prostu. Każda transmisja jest inna, bo reżyserem jest życie. I to jest wyzwanie.

Wiadomo, gdzie jest mikrofon i gdzie są sportowcy, cała reszta to żywioł, nad którym trzeba umieć zapanować, żeby widz się nie pogubił i miał z tego frajdę, bo to on jest celem tej pracy. Musi być chemia między widownią a komentatorem, i Włodek potrafił to osiągać.

Jak to robił, czy zawsze się udawało, kiedy los mu sprzyjał, a kiedy było pod górkę – to wszystko jest w tej książce, której nie zamierzam streszczać, bo nie taka jest moja rola. Zapewniam, że wiele osób znajdzie tam wiele ciekawych, inspirujących rzeczy.

Choćby jego głębsze i szersze spojrzenie na sport. Umiejętność przenikania przez warstwę zewnętrzną jak rekordy i tabele, docierania do samej istoty zjawiska, jaką stanowią ludzie. Bohaterowie zbiorowej wyobraźni nie spadają z nieba. Nie stają się nimi z przypadku. Czasem przekraczają granice wyobraźni jak Usain Bolt. Czasem zaplątani w historię niosą nadzieje i pokrzepienie całemu narodowi jak Adam Małysz w okresie wczesnej transformacji. Trzeba to umie dostrzec i wydobyć.

Sport jest metaforą życia. Epicką opowieścią o kolejnych pokoleniach, które próbują ulepszyć świat oraz jednostkach, które starają się udoskonalić. To długa historia wyzwań, sukcesów i porażek. Po prostu historia ludzkości w dużym skrócie.

Książka o „Życiu z pasją” to książka o życiu z pasją do życia. Człowieka otwartego na świat, gotowego na wyzwania, który wkroczył do galerii sławy, nie tracąc pokory niezbędnej, by móc sobie uwiadamiać, że zawsze może być lepszy niż jest. W tym, co robi i kim się staje.

Szczerze zachęcam do tej lektury.

– Marek Jóźwik

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

wyd. SQN
Włodzimierz Szaranowicz, Marta Szaranowicz-Kusz „Życie z pasją”
Zdjęcie główne: Rok 1997. 54. Tour de Pologne, ostatni etap – jazda na czas w Krakowie. Komentuje Włodzimierz Szaranowicz. Fot. Bartłomiej Banaszak/TVP
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Upadek imperium
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Mundial
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Były najpewniejsze z pewnych, dziś są głęboko niedoceniane
Gdzie najlepiej ukryć żydowskie dziecko?
Felietony Najnowsze wydanie
Hejt na Sienkiewicza. Progresiści na tropie polskiego rasizmu
Publicysta „Gazety Wyborczej” jako dowód w sprawie wskazuje.... „W pustyni i w puszczy”.
Felietony Poprzednie wydanie
Kult futbolistów. Polska drużyna pojechała do Kataru jak na wojnę
Petrodolary czynią cuda.