Rozmowy

Poeta outsider i „papież polskiego filmu” dostosowany do PRL

Reżyser posiadł niezwykły talent zmieniania interpretacji własnych dzieł, czego najbardziej jaskrawym przykładem jest Ziemia obiecana. W momencie nakręcenia i jego upowszechnienia w latach 70. film był odbierany jednoznacznie jako wizja drapieżnego kapitalizmu i pochwała socjalistycznego buntu. W 1980 roku to już była pochwała solidarnościowego protestu. Po 1990 roku Andrzej Wajda, skracając film, przedstawia go jako wielką pochwałę kapitalizmu, ducha przedsiębiorczości, wolnego rynku – mówi prof. Andrzej Nowak.

Historyk w rozmowie z dziennikarką Polskiego Radia Dorotą Truszczak zestawia w intrygujące duety czterdzieści ikon polskiej kultury, duchowości czy polityki, m.in. Zbigniewa Herberta i Andrzeja Wajdę. Fragmenty książki „Żywoty równoległe” drukujemy dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego.


ANDRZEJ NOWAK: Pamiętna jest scena ze spotkania obu poetów w Stanach Zjednoczonych w 1968 roku, kiedy Zbigniew Herbert miał zareagować bardzo ostro na prowokacyjnie raczej niż serio wypowiedziane zdanie Miłosza, że Polska zasługuje tylko na to, by być republiką Związku Sowieckiego. Różnicę między perspektywą Miłosza a tą, którą prezentował Herbert, dobrze streściła żona autora Pana Cogito: „Dla Czesława prawica to byli endecy z laskami bijący żydowskich studentów, a lewica to byli socjaliści, którzy napadanych bronili. Dla Zbyszka lewica to byli Sowieci okupujący Polskę, a prawica to byli ludzie antykomunistycznego, patriotycznego podziemia”.

Te same spory wybuchną ze zdwojoną siłą po roku 1989, kiedy Herbert wystąpi jako zdecydowany rzecznik dekomunizacji, lustracji, gdy skrytykuje bardzo ostro Adama Michnika, swojego wcześniejszego idola w czasie stanu wojennego. Ale po 1990 roku, kiedy Michnik nazywa Czesława Kiszczaka i generała Jaruzelskiego ludźmi honoru, dla Herberta oznacza to zdradę, porzucenie tych prostych zasad moralnych, które poeta głosił konsekwentnie od swojego pierwszego tomiku, od Struny światła, gdzie jest przecież zapisany ten manifest postawy moralnej Herberta i Elzenberga, czyli wiersz Do Marka Aurelego. W świetle tego wiersza można zobaczyć jasno wszystkie wybory, także polityczne, Zbigniewa Herberta do końca jego życia, nie w świetle choroby. To był wybór postawy: postawy wyprostowanej. /…/

Kiedy zło z dobrem zostaje sztucznie przemieszane, wtedy się gubimy, giniemy w „semantycznej zapaści”. To jest określenie Zbigniewa Herberta dla początkowego okresu Trzeciej RP, że oto mamy sytuację, w której zdrada przestaje oznaczać zdradę i okazuje się honorem; w której patriotyzm zostaje wyrzucony na śmietnik historii, a wolność zaczyna nabierać zupełnie innego znaczenia, niż wynika to z jej tradycji, liczącej kilka tysięcy lat. Protest przeciwko temu stanowi sens owych politycznych zaangażowań poety. /…/ Herbert niemal do końca życia występował jako czynny i czujny obywatel republiki świata.
Zbigniew Herbert i Adam Michnik podczas obchodów 25. rocznicy Poznańskiego Czerwca 1956 roku, 27-29 czerwca 1981. Fot. PAP/Grzegorz Rogiński
DOROTA TRUSZCZAK: Herbert, „karmazyn polskiej poezji”, tak pan profesor powiedział. Czy ten kolor łączy obu bohaterów dzisiejszej opowieści, czyli Zbigniewa Herberta, poetę, i Andrzeja Wajdę, reżysera filmowego i teatralnego, urodzonego w 1926 roku w Suwałkach, syna zawodowego wojskowego, który został zamordowany przez Sowietów w Katyniu w 1940 roku?

Los i rola Andrzeja Wajdy być może lepiej niż z Herbertem układają się w pewną paralelę – przynajmniej, gdy idzie o sposób odgrywania tej roli w kulturze, a w szczególności w filmie polskim – z postacią Czesława Miłosza i jej znaczeniem w polskiej literaturze. Herbert jednak przez większość swojego życia był outsiderem. Błąkał się gdzieś po marginesach tego oficjalnego życia, w rozmaitych dorywczych pracach i rolach, żeby nie uczestniczyć w oficjalnym peerelowskim systemie kultury. Andrzej Wajda, tak jak Miłosz, bezpośrednio po 1944 roku wybiera przystosowanie się do tego systemu, mimo że pochodził z rodziny, która jednoznacznie mogła być zakwalifikowana w PRL-u jako wróg: była to wszak rodzina sanacyjnego oficera, w dodatku straconego w Katyniu.

Wajda angażuje się w tworzenie „nowej” Polski przy użyciu najlepszych sił swojego talentu. Świadectwem przyjętej postawy jest etiuda filmowa przygotowana w Szkole Filmowej w Łodzi w 1953 roku, czysto propagandowa produkcja dokumentalna zatytułowana Kiedy ty śpisz, ale przede wszystkim jego fabularny debiut filmowy Pokolenie, na podstawie agitki Bohdana Czeszki. To skrajnie zakłamana opowieść o czasach drugiej wojny, w której sławieni są bohaterscy chłopcy ze Związku Walki Młodych i Armii Ludowej, natomiast żołnierze AK okazują się podłymi kolaborantami… To jest niewątpliwie udany pod względem filmowego rzemiosła, prawdziwy wielki debiut Andrzeja Wajdy, niestety, z punktu widzenia wyboru moralnego – manifestacja pełnego, bezwarunkowego zaangażowania po stronie Bolesława Bieruta. To jest, jeśli karmazyn tutaj przywołujemy, debiut w czerwieni, w odcieniu flagi pierwszomajowej, niesionej obok portretu Stalina na centralnym pochodzie w Warszawie.

Czy PZPR była spadkobiercą polskiego nacjonalizmu

Spór Zbigniewa Herberta i Czesława Miłosza o PRL w istocie dotyczy również III RP.

zobacz więcej
Tu zaczyna się jakże ważny rys, który rozwinie się w twórczości Wajdy. Świadomy swego talentu i zarazem moralnego kompromisu, który zawarł, artysta traktuje swoje wprzęgnięcie w służbę władzy jako szansę na zbudowanie takiej samej pozycji, jaką zajmie Miłosz wobec polskiej poezji – pozycji gospodarza. Wajda będzie aspirował, nie bez sukcesu, do roli „papieża polskiego filmu” i jednocześnie troskliwego ogrodnika na poletku naszej kinematografii. Bez poparcia władz byłoby to oczywiście niemożliwe. Jednocześnie przyznaję chyba więcej wielkoduszności Czesławowi Miłoszowi w traktowaniu kolegów, literatów, poetów. Być może Miłosz czuł się na tyle wielki, że nie uważał ich za konkurentów, może tak było nawet w stosunku do Herberta – pamiętajmy, że odegrał bardzo dużą rolę w popularyzowaniu poezji Herberta w świecie anglosaskim. Andrzej Wajda, wysuwając się prędko na czoło polskiego filmu, wyraźnie spychał w cień innych wybitnych, wielkich reżyserów, którzy także przecież to kino zdobili.

Wspólne jest jednak przyjmowanie zarówno przez wielkiego poetę, laureata Nobla, jak i reżysera, laureata Oscara, odpowiedzialności za całość – odpowiednio literatury czy poezji polskiej dwudziestego wieku oraz polskiej kinematografii, a nawet więcej – polskiej kultury popularnej. Wajda miał ambicję kreowania wyobraźni kulturowej społeczeństwa PRL-u, jego inteligenckich elit w szczególności. I chyba odniósł sukces.

Ale jak wyglądałaby polska kultura bez Popiołów i bez kolejnych filmów Andrzeja Wajdy, jak Wszystko na sprzedaż, Ziemia obiecana, Człowiek z marmuru, Człowiek z żelaza, Danton, Katyń, Wałęsa. Człowiek z nadziei?

Wyglądałaby z całą pewnością inaczej. Byłaby na pewno dużo uboższa, nie mam co do tego żadnej wątpliwości. Ktoś inny być może nakręciłby Popioły – może lepiej, bo akurat nie jestem entuzjastą tej ekranizacji. Na pewno ktoś inny zrobiłby film o Katyniu, bo wiemy, że były inne projekty realizacji filmu na ten temat, ale zostały zablokowane – bo mistrz Andrzej już robi taki film… Czy byłyby to lepsze filmy, czy gorsze – nie sposób się dowiedzieć, bo po prostu nie powstały. Sam z podziwem odnoszę się do dużej części dorobku Andrzeja Wajdy.
„Ziemia obiecana” Andrzeja Wajdy, 1974 rok.Kadr z filmu, od lewej: żydowski handlowiec Moryc Welt (Wojciech Pszoniak), polski ziemianin Karol Borowiecki (Daniel Olbrychski) i niemiecki przemysłowiec Maks Baum (Andrzej Seweryn) na przełomie XIX i XX wieku zbierają fundusze na budowę własnej fabryki w Łodzi, by zbić interes na przemyśle włókienniczym. Fot. arch. TVP
Wiem na pewno, mówię wyłącznie we własnym imieniu, że to, iż mogłem zobaczyć Ziemię obiecaną, Wesele, Panny z Wilka, Brzezinę, Kronikę wypadków miłosnych, poczytuję sobie za wielkie szczęście. Jestem tutaj, jak sądzę, w bardzo licznym towarzystwie tych, którzy podobnie jak ja uznają te filmy, a może nieco inny zestaw dzieł Wajdy, za radość estetyczną, a nawet korzyść duchową, i odczuwają wdzięczność wobec autora tych ekranizacji, że mogli się zetknąć z takimi wizjami filmowymi wielkiej polskiej literatury.

Jak rozumieć to, że twórczość Andrzeja Wajdy była „próbą rozrachunku z mitami polskiej świadomości narodowej”? Takich określeń używają krytycy filmowi, badacze jego twórczości.

To jest, myślę, ciekawa kwestia. Owszem, w dziełach Wajdy widać ostrą krytykę tradycji romantycznej, insurekcyjnej i martyrologicznej, począwszy od filmu, który przyniósł mu chyba największą sławę, czyli od Popiołu i diamentu. Ale mimo że to Szczuka, komunistyczny dygnitarz, formalnie ma rację w zrealizowanym przez Wajdę scenariuszu – nie przeczy temu żadne słowo wypowiedziane w owym filmie – to przecież większość z nas, widzów, sympatyzuje na końcu z Maćkiem Chełmickim, ginącym „bez sensu”, jak napisał w książce Jerzy Andrzejewski i jak symbolicznie wyraża to sam film. To jednak ten żołnierz wyklęty, bo przecież Maciek taką właśnie rolę odgrywa, budzi naszą sympatię, nie zaś mądry, roztropny dygnitarz partyjny.

Kolejny film, Lotna, wzbudził nie tylko uznanie jak Popiół i diament, lecz także wielką dyskusję. Wajda pokazuje w nim szarżę, której nigdy nie było, szarżę polskich ułanów z lancami na czołgi we wrześniu 1939 roku. Ktoś powie: wyśmiano tutaj i sprowadzono do absurdu głupotę polskiej brawury, polskiej fantazji kawaleryjskiej, utrwalono jej najbardziej prostacki stereotyp, zatem jest to bezwzględna rozprawa z polskim mitem ułańskim.

Ale przecież jakże wiele osób oglądało ten film jako pewnego rodzaju wyraz tęsknoty za tym ułańskim mitem… Jeśli spojrzymy z tej perspektywy na Kronikę wypadków miłosnych, dużo późniejszy film z początku lat osiemdziesiątych, ekranizację prozy Tadeusza Konwickiego, to zobaczymy już nieskrywaną fascynację reżysera kawalerią Drugiej Rzeczpospolitej, podbudowaną jeszcze fenomenalną muzyką Wojciecha Kilara –porywającym marszem kawalerii.

Zarzucano mu konformizm i peerelowskie uwikłanie. Czy jeszcze za nim zatęsknimy?

„Pokolenie”, „Kanał” i „Popiół i diament” miały dla Wajdy znaczenie formatywne i naznaczyły jego dalszą drogę artystyczną.

zobacz więcej
Tutaj już trudno zobaczyć jakieś szyderstwo czy żart z tej tradycji. To raczej nostalgia. Czyja? Syna sanacyjnego oficera, jakby powiedziała propaganda komunistyczna. Andrzej Wajda jest bardzo rozdwojony, a w każdym razie może być odczytywany z dwóch różnych punktów widzenia w całej niemal materii, która wyznacza oś jego twórczości. W dziedzinie rozrachunku z polską tradycją romantyczną.

Reżyser posiadł zresztą niezwykły talent zmieniania interpretacji własnych dzieł, czego najbardziej jaskrawym przykładem jest próba narzucenia nowej interpretacji Ziemi obiecanej, być może najwybitniejszego filmu w jego dorobku, a w każdym razie przez wielu tak ocenianego. W momencie nakręcenia i jego upowszechnienia w latach 1974 – 1975 ten film był odbierany jednoznacznie jako wizja drapieżnego, nieludzkiego kapitalizmu zmieniającego świadomość ludzi, przekształcającego ich albo w ofiary brutalnej, nagiej desperacji w pogoni za pieniądzem, albo w sprawców nieszczęścia innych w owym kapitalistycznym systemie.

To była pochwała socjalistycznego buntu. W 1980 roku to już była pochwała solidarnościowego protestu. Po 1990 roku Andrzej Wajda, skracając film w nowej wersji reżyserskiej o ponad pół godziny – bardzo niedobre cięcia przyniosła ta swoista autocenzura – przedstawia Ziemię obiecaną już jako wielką pochwałę kapitalizmu, ducha przedsiębiorczości, wolnego rynku. No cóż, powiedziałbym, zwrot interpretacyjny o sto osiemdziesiąt stopni.

Niezależnie od tego, jaką interpretację wybierzemy, chcę wrócić do kwestii dwóch różnych punktów widzenia, z których można patrzeć na dzieła stanowiące oś Wajdowskiej dyskusji z polską tradycją. Także na Popioły, Wesele czy wreszcie na Pana Tadeusza. Przecież ten ostatni film można odbierać nie tylko przez pryzmat deklaracji samego reżysera, który mówił, że dla niego najważniejsza jest tam scena, jak Maciek nad Maćkami w swoim zaścianku mówi o głupocie polskiej szlachty – i pokazuje tę polską głupotę Wajda bardzo wyraziście. Ale przecież wiem, że nie na tej scenie koncentruje się nasz odbiór Pana Tadeusza Wajdy, tylko znów wspaniała muzyka Kilara w połączeniu z obrazem powoduje, że fascynujemy się wizją staropolskiej wolności, żywiołowości, wreszcie gotowości do walki.
„Pan Tadeusz” Andrzeja Wajdy. Scena walki z udziałem m.in. Tadeusza Soplicy (Michał Żebrowski) i Podkomorzego (Jerzy Trela). Fot. zdjęcie producenta, arch. TVP
Maria Janion, bardzo krytykująca polską tradycję romantyczną, była przerażona tym, że Wajda odbudowuje tym filmem mit romantycznej, „militarnej” polskości. Jak widać, nie wywikłamy się z tego sporu o sens twórczości Andrzeja Wajdy, bo można w niej odnaleźć to, co chcemy. I krytykę, i fascynację, i podziw. Na zewnątrz, dla świata zachodniego, Wajda jest jednoznacznie przyjmowany jako wielki apologeta mitu Polski romantycznej. Nie krytyk, tylko tłumacz albo nawet wielki mag tego mitu.

Trzymający rękę na pulsie w sprawach bieżących, gorących, aktualnych, czego dowodem są Człowiek z marmuru, Człowiek z żelaza i późniejszy Wałęsa. Po stanie wojennym, w latach osiemdziesiątych, odbyła się premiera filmu Danton. To swego rodzaju anatomia rewolucji francuskiej. Obraz został ocenzurowany i właśnie w takiej postaci ukazał się w kinach. Pamiętam, że Wajdę pytano wówczas, dlaczego zgodził się na pokazywanie filmu po ingerencji cenzury. Reżyser miał odpowiedzieć, że lepiej tak niż wcale, ponieważ film jest ważnym głosem w tym momencie, w tym czasie, tu i teraz, w sprawach, które dotyczą żywotnych interesów Polski. I w odpowiedzi na te słowa pojawiły się głosy, że można zrozumieć tę granicę kompromisu. Można?

Ja należę akurat do tych, którzy są za tę decyzję reżyserowi wdzięczni, bo obejrzałem wówczas ten film w takiej postaci, w jakiej był dostępny. Nieświadom jego ocenzurowania, oglądałem z wypiekami na twarzy, podziwiając raz jeszcze kunszt reżyserski Wajdy, a może jeszcze bardziej geniusz jego pracy z aktorami. Wielkość wielu filmów Wajdy polega bowiem właśnie na umiejętności wykorzystania tego, co najlepsze w aktorach, których spotykał na swojej drodze. Tak też jest w tym wypadku, gdzie mamy Gérarda Depardieu z Wojciechem Pszoniakiem w koncertowym pojedynku Dantona i Robespierre’a.

Naturalnie dla bardzo wielu z nas, i być może również w historii Polski, Andrzej Wajda zapisze się przede wszystkim filmami poświęconymi Solidarności, także jej genezie, od pierwszego robotniczego protestu zobrazowanego w Człowieku z marmuru. To film chyba najlepszy z tych trzech, o których w tej chwili mówię.

Postawmy mu pomnik naprzeciw Mickiewicza. Ale nie na cokole, tylko na chodniku

Andrzej Wajda był bardzo krytyczny wobec polskiego patriotyzmu powstańczego. Czy to zdrada, jak mu zarzucano, czy jednak troska o Polskę?

zobacz więcej
Kontynuacja, Człowiek z żelaza, przyniosła Wajdzie największą sławę w roli reżysera „politycznego”. Premiera zbiegła się z karnawałem Solidarności, a odbiór, zwłaszcza zagraniczny – bo w Polsce film został formalnie zakazany – już z militarnym „wielkim postem”, narzuconym przez stan wojenny Jaruzelskiego. Ten żywy kontekst pomógł na pewno w zdobyciu Złotej Palmy w Cannes, a potem przyniósł uznanie i dosłownie łzy wzruszenia samego Ronalda Reagana.

Tu już wizja była jakby uproszczona, bardziej schematyczna, ale przecież poruszająca nas wtedy. Pamiętam doskonale, jak oglądałem ten film w 1981 roku – wzruszający obraz konfrontacji dobra ze złem, Solidarności z komuną, z tą złowróżbną przestrogą na koniec, wypowiadaną przez partyjnego aparatczyka granego przez znakomitego aktora, Franciszka Trzeciaka: przecież żadnych umów nie będziemy dotrzymywać…

Film pokazywał także problem uwikłania we współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa, dotyczący niejednego z prawdziwych bohaterów Solidarności, jak się to częściowo ujawni po roku 1990. Ale wtedy już Andrzej Wajda wystąpi w roli obrońcy tych, którzy uważają, że o tej roli należy zapomnieć, że raczej należy bronić mitu niż drążyć rzeczywistość w poszukiwaniu prawdy i sprawiedliwości.

I pojawi się w rezultacie owej postawy, już w roku 2013, jego film najsłabszy, nie waham się użyć tego określenia, niezwykle słaby artystycznie i, moim zdaniem, skrajnie nieuczciwy wobec prawdy historycznej, wyjątkowo topornie zaangażowany w bieżącą politykę Wałęsa. Człowiek z nadziei. No, ale nie chcę pamiętać Andrzeja Wajdy jako reżysera tej żałosnej hagiografii, tylko jako wielkiego twórcę, budziciela wyobraźni historycznej, romantycznej. Inspiratora wielu sporów, w kilkudziesięciu ostatnich latach naszej kultury może najważniejszych.

Ale warto go również zapamiętać jako wizjonera artystycznego, byłego studenta Akademii Sztuk Pięknych i prawdziwego mistrza filmowej palety, twórcę Brzeziny, opartej na stylistyce malarskiej Jacka Malczewskiego, czy Panien z Wilka, dla mnie najpiękniejszego polskiego filmu.

– rozmawiała Dorota Truszczak (Polskie Radio)
24 czerwca 2017 roku

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

„Żywoty równoległe”, Wydawnictwa Literackie, październik 2021
Zbigniew Herbert i Andrzej Wajda – wielki poeta i wielki reżyser filmowy – mieli wprost niemożliwy do przeliczenia i do opisania wpływ na polską kulturę, na nasze postrzeganie świata i nawet na nasze życiowe decyzje. Ale dlaczego zestawiać ich razem i analizować razem? Podobnie jak Tadeusza Kościuszkę i księcia Józefa Poniatowskiego czy Czesława Miłosza i Karola Wojtyłę, Władysława Gomułkę i Prymasa Stefana Wyszyńskiego? Wyjątkowi Polacy – tragiczne wybory – heroiczne postawy: ta triada opisuje czterdzieści „Żywotów równoległych” przedstawionych w arcyciekawych rozmowach znanego krakowskiego historyka prof. Andrzeja Nowaka z Dorotą Truszczak z Polskiego Radia.

„A i tacy się tu znaleźli, których status historycznej wielkości bywa najostrzej kontestowany i budzi zaciekłe spory – tak jest w wypadku margrabiego Wielopolskiego czy Romana Dmowskiego. Są tu nie tylko, jak u Plutarcha, »wodzowie i politycy«, lecz także twórcy naszej zbiorowej wyobraźni, zapisujący ją nutami jak Chopin, słowami – jak Orzeszkowa, Konopnicka, Mochnacki, Lechoń czy Sienkiewicz, filmową wizją jak Wajda, a niekiedy nawet swoją naukową sławą – jak Maria Skłodowska-Curie. Są wreszcie bohaterowie przeszłości bardzo niedawno minionej, której oceny najmocniej zapewne nas dzielą: Jacek Kuroń i Anna Walentynowicz czy Tadeusz Mazowiecki i Lech Kaczyński” – mówi o swoim pomyśle prof. Andrzej Nowak.

Pełne nieznanych szczegółów opowieści i wolne od zapiekłych sądów analizy sprawiają, że od książki trudno się oderwać, zwłaszcza w listopadzie opisanym w poezji „jako niebezpieczna dla Polaków pora”. Lektura w sam raz na Święto Niepodległości.

Fragmenty książki drukujemy dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego.

Tytuł pochodzi od redakcji. Zdjęcia autorów: Andrzej Nowak – PAP/Leszek Szymański; Dorota Truszczak – PAP/Tomasz Gzell
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Kaczyński, który uczył Polaków kochać operę
Za Marią Callas powtarzał, że „sztuka nie znosi zdrady”. Nawet jeżeli go ktoś zafascynował, to pozostawał wierny muzyce, zwłaszcza głosu ludzkiego.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Przylatuje ich do nas 100 tysięcy. Odlatuje nawet pół miliona
Są mistrzami wykorzystywania energii, ale też mistrzami postu. Potrafią wytrzymać bez jedzenia nawet cztery tygodnie.
Rozmowy Poprzednie wydanie
W pustki na półkach rosyjskich sklepów proszę nie wierzyć – mówi...
Skwieciński: Poparcie Rosjan dla Władimira Putina jest tyle szerokie, co płytkie. Nie jest trwałe i może się widowiskowo posypać.
Rozmowy wydanie 29.04.2022 – 6.05.2022
Drugiej Jałty nie będzie. Zachód nie zostawi Ukrainy
Irena Lasota: Od końca PRL minęło już przeszło 30 lat, a w Polsce wciąż nie wyrobił się nawyk polemizowania.
Rozmowy wydanie 29.04.2022 – 6.05.2022
Polski wynalazek, który wyleczy cukrzycę: bioniczna trzustka 3D
Na koniec 2023 roku będziemy gotowi do wykonania pierwszej transplantacji organu u człowieka – mówi prof. Michał Wszoła.