Historia

Gdy pieniądz jest tańszy niż papier. Krótka historia inflacji

Pewien amerykański komik to zjawisko opisał tak: „Amerykanie są coraz silniejsi. Dwadzieścia lat temu, aby unieść zakupy wartości 10 dolarów potrzebne były 2 osoby. Dziś może to zrobić 5-latek”.

Ile skór kunich, trzeba byłoby dziś oddać za litr benzyny, gdybyśmy nadal posługiwali się tym najdawniejszym w Polsce środkiem płatniczym? Średnio za towary, usługi musielibyśmy dać o prawie 6 procent większe, lub o tyle więcej, niż rok temu. Tyle bowiem wynosi teraz stopa inflacji, Jednak czasach, gdy kunie, czy wiewiórcze skóry były bardzo popularnymi i wygodnymi płacidłami, bo dziś powiedzielibyśmy, że miały mały nominał, inflacja niemal nie występowała.

Na Rusi jedną skórkę kuny wymieniano na jednego arabskiego dirhema, a sama nazwa tego środka płatniczego przetrwała do dziś na Chorwacji (gdzie płacimy kunami). Ale można by też dać grudy soli, płaty sukna, miód, czy żelazne pręty. Te ostatnie to byłaby prawdziwie twarda waluta, ale mało praktyczna w obiegu, bo o bardzo wysokim „nominale”. Dziś nie wymieniamy się towarami, tylko płacimy, a samo to słowo bierze się właśnie od określenia płatów skór, czy sukna.

Byk bykowi nierówny

Wymiana towarowa ma oczywiste wady jako niepraktyczna, ale ma też jedną zaletę. W przypadku używania płacideł trudno mówić o inflacji. Jeśli na przykład za garniec miodu trzeba było dać jednego roku trzy kunie skóry, a następnego roku cztery, to oznaczało tylko tyle, że miód „podrożał”, ale skóra „staniała”, bo za ten sam garniec dostajemy teraz cztery płaty, a nie trzy.

O inflacji można było mówić, gdy ustalano jeden konkretny towar jako środek płatniczy. U Azteków były to ziarna kakaowca. Teoretycznie można było więc uznać, że jest inflacja, skoro trzeba było dawać za to samo coraz więcej ziaren.

Pomiędzy Tygrysem a Eufratem takim pieniądzem były ziarna jęczmienia. Wtedy ustalono też pensje – robotnik za dzień pracy otrzymywał określoną ilość ziaren, w zbożu zbierano też podatki. Takim pieniądzem stosunkowo łatwo było operować – odsypać, dosypać.

Echa starożytnych transakcji ma dziś w sobie waluta Izraela – szekiel. Nazwa pochodzi od babilońskiego słowa szekhel oznaczającego zboże. Gorzej gdy pieniędzmi było bydło (pecunia) jak w pierwszych wiekach starożytnego Rzymu. Byk bykowi nierówny.

Setki lat później cesarz Wespazjan opodatkował toalety, czy też wedle innej wersji, mocz wykorzystywany do czyszczenia skóry, prania, wybielania. Swojemu synowi Tytusowi, który krzywił się na taką przyziemną chciwość odparł – pecunia non olet – pieniądz nie śmierdzi.

Banki ziemskie

Idea pieniądza z kruszcu jako uniwersalnego środka określającego ekwiwalent towarowy, czy w usłudze pojawiła się prawdopodobnie pierwszy raz u Sumerów, a może też wynalazcą takiej waluty był legendarny król Lidów Krezus. Przyjęła się tak powszechnie, że wkrótce stosowano ją na całym dzisiejszym Bliskim Wschodzie i w Europie – także poza starożytną Grecją i Rzymskim Imperium.

Nasi przodkowie nie mieli problemów, by w zamian za bursztyn przyjmować pochodzące z Rzymu metalowe krążki. Podobnie po upadku Zachodniego Cesarstwa akceptować bite w Afryce i Azji dirhemy, które docierały na słowiańskie ziemie najczęściej przez Bizancjum.
Sierpień 1989, sklep mięsny w Warszaawie. Parówki w cenie 1430 zł. za kilogram. Fot. PAP/CAF/Andrzej Rybczyński
Oczywiście wtedy już można było mówić o inflacji i psuciu pieniądza, zwłaszcza gdy w monetach cenniejszy kruszec jak srebro zastępowano na przykład miedzią, a nominał pozostawał ten sam. To stąd wzięła się zasada, że gorszy pieniądz wypiera lepszy. Dziś najczęściej rozumiana jest opacznie, tak jakby ludzie woleli coś gorszego od lepszego, więc to lepsze znikało.

Owszem znikało, ale tylko z obiegu. Każdy wolał zatrzymać kawałek srebra, a dać miedź, dlatego też z obiegu znikały monety z cenniejszym kruszcem. Lądowały w „bankach ziemskich” – zakopane w garncach. Gdzieś je trzeba było chować, a banków przecież nie było. To też najlepszy dowód na to, że inflacja była w praktyce nieznana. Nikt nie dumał, by pieniądze koniecznie w coś zainwestować, bo stracą na wartości.

Jakiekolwiek nie były pieniądze z kruszcu, to jako sam przedmiot były też coś warte. Tego nie da się już powiedzieć o pieniądzach papierowych. Na nasze szczęście, albo nieszczęście wynaleziono je w chińskiej prowincji Syczuan około tysięcznego roku naszej ery.

Potop szwedzki za papierki

W Europie koncept takiego pieniądza fiducjarnego, który jest tylko symbolem wartości, a nie ma własnej substancjalnej, był nieznany do XVII wieku. „Prototyp” pojawił się w Amsterdamu w postaci kwitów na okaziciela. W 1655 roku szwedzki Królewski Bank Wymiany dokonał pierwszej emisji takiego pieniądza. Na dodatek nie gwarantował wymiany wszystkich tych „papierków” na coś co ma wartość realną – jak np. złoto.

Szwedzki król Karol X Gustaw zdołał jednak przekonać swych żołnierzy, by przyjmowali żołd w tych papierkach i tak sfinansował potop – najazd na Polskę, który zaczął się tego samego roku. Wiara skandynawskich wojaków w papierowy pieniądz była jednak ograniczona więc rozpoczęli rabunek, który nawet jak na ówczesne obyczaje europejskie był niesłychany. Jedyne co ich hamowało to pojemność juków, dostępność taborów, spedycja, czyli kwestie czysto logistyczne.

Sceptyczni Szwedzi, jak się okazało, mieli rację. Nigdy nie wiadomo co się może wydarzyć i czy taki papierowy pieniądz będzie coś wart. Może nawet mniej niż papier na którym jest drukowany. Przy czym ów papier to tak naprawdę bardzo często bawełna. Bawełniane są euro i złote.

Historia pokazała, że w stwierdzeniu iż pieniądz może mieć w mniejsza wartość niż materiał z którego jest zrobiony nie ma żadnej przesady, a mniejsza, czy większa inflacja stała się stałym elementem życia gospodarczego. Amerykański komik Henny Youngman opisał to tak: „Amerykanie są coraz silniejsi. Dwadzieścia lat temu, aby unieść zakupy wartości 10 dolarów potrzebne były 2 osoby. Dziś może to zrobić 5-latek”.

Powodów dla których, dochodzi do inflacji, czyli wzrostu cen, a więc utraty wartości przez pieniądz może być mnóstwo. Podobnie mniej lub bardziej prawdziwych teorii. Jedna z nich głosi, że inflacja wywołuje wzrost cen, co brzmi zupełnie bez sensu, bo inflacja jest wzrostem cen. To tak jakby mówić, że zgon powoduje śmierć.

Pieniądz cyfrowy: tańszy, bezpieczniejszy, do walki z szarą strefą i… kontroli obywateli

W Skandynawii państwo sprawdza m.in. transfery pieniężne, które emigranci np. z Polski przesyłają do rodzinnych krajów. Gdy są zbyt duże, kończy się to pisaniem wyjaśnień w urzędzie.

zobacz więcej
Tymczasem paradoksalnie jest w tym głębszy sens, bo niezależnie od czynników czysto ekonomicznych, to racjonalne zachowania ludzkie spowodowane inflacją, czyli wzrostem cen, wywołują kolejny wzrost cen. To samonapędzający się mechanizm. Polega on na przekonaniu o tym, że za chwilę pieniądz który mamy w ręku będziemy mogli wymienić na mniejszą ilość dóbr czy usług. Trzeba więc kupić coś teraz zaraz, a więc pojawia się wzmożony popyt. Jak popyt rośnie to rosną ceny – praktycznie w nieskończoność. O tym kolejnym paradoksie nieco później.

Banknot 100-trylionowy

To właśnie taki samonapędzający mechanizm, ale też niepohamowana podaż pieniądza – jego druk - były przyczyna największej inflacji w dziejach świata – tej, której doświadczyli Węgrzy w 1946 roku.

Oczywiście były powody obiektywne – zniszczona wojną gospodarka. W Budapeszcie na Dunaju nie ocalał ani jeden most. Przestał istnieć transport samochodowy i kolejowy. Wydobycie węgla spadło do poziomu 40 procent tego co przed wojna, a boksytu do 1 procent.

Sowieci nałożyli gigantyczne kontrybucje przekraczające połowę węgierskiego PKB. Na dodatek do Niemiec uciekli ich węgierscy kolaboranci i zabrali ze sobą matryce do drukowania pieniędzy. Za produkcję banknotów zabrali się więc „wyzwoliciele” – towarzysze radzieccy, no i zaczęło się.

Jeszcze w pod koniec 1945 roku jeden dolar kosztował 128 tysięcy pengő. Ale sowieckie drukarki pracowały z taka mocą, że w maju 1946 roku jeden dolar kosztował 460 000 000 000 000 000 000 000 000 000 - 46 z 28 zerami, czyli 460 tysięcy kwadrylionów pengő. W obiegu był banknot opiewający na 100 trylionów, czyli 1 z 20 zerami.

Ceny na Węgrzech podwajały się co kilkanaście godzin i inflacja sięgnęła 41,9 biliarda procent. Można to zapisać jako 4,19 razy 10 do szesnastej potęgi. Węgrzy walczyli o żywność, naftę, lekarstwa, wszystkie najbardziej podstawowe produkty, a pieniądze dosłownie fruwały po ulicach.

Towarzysze radzieccy z radością się temu wszystkiemu przyglądali i wciąż drukowali nowe banknoty. W ten sposób całkowicie złamali stosunki własnościowe na Węgrzech. Właściciele ziemscy, wielkich przedsiębiorstw niemal zniknęli. Kraj był gotowy na przyjęcie socjalizmu.

Hiperinflację zastopowała dopiero wymiana pieniędzy. Przy okazji wrócono do starej nazwy forint – wprowadzonej jeszcze za czasów Ludwika Węgierskiego, który był jednocześnie władcą Węgier i Polski. Węgrzy bijąc własną monetę kopiowali wzór pochodzącego z włoskiej Florencji florena. Stąd wzięła się nazwa waluty.

Nowy, stary pieniądz wsparł rząd USA zwracając Węgrom zdeponowane złoto więc forinta można było oprzeć o ten cenny kruszec. Jeden forint miał wartość 400000000000000000000000000000 – czterystu tysięcy kwadrylionów pengő.

Udar zerowy

Drugą co do rozmachu inflacja w dziejach była ta, która rozhulała się w Zimbabwe. W 2008 roku ceny podwajały się co dobę. Ostatecznie sięgnęła 80 miliardów procent. Zakończyła się „śmiercią” dolara Zimbabwe i zastąpienia go dolarem amerykańskim i południowoafrykańskim randem.
Hiperinflacja w Niemczech, rok 1923. Fot. Three Lions/Getty Images
Najbardziej znana i opisaną hiperinflacją jest ta, która dotknęła Niemcy w latach 1920 – 1923. To właśnie wtedy niemieccy lekarze opisali „udar zerowy” przejawiający się m.in. w maniakalnej potrzebie dopisywania zer do każdej cyfry i dokonywania obliczeń na wielkich liczbach. W skrajnych przypadkach chorzy twierdzili np. że mają dziesięć miliardów dzieci.

Nic dziwnego skoro trzeba się było przestawić na liczenie w skalach setek miliardów, bilionów i trylionów. W 1919 roku bochenek chleba kosztował 30 fenigów, a połowie 1923 roku już kilkadziesiąt miliardów marek. Zdarzało się, iż cena zamówionej w kawiarni kawy podwajała się zanim gość zdążył ją wypić. Banknotami palono w piecach, tapetowano ściany.

Pieniądze wypłacano codziennie, a ich sterty były tak wielkie, że - jak żartowano - nie było ich jak ze sobą zabrać. Zbyt mało jednak były warte, by starczyło na zamówienie dorożki. Wynagrodzenie wypłacano przed rozpoczęciem pracy i wtedy też wszyscy dostawali pół godziny wolnego, by zdążyć je wydać. Stosy papieru zastępowano banknotami o coraz wyższych nominałach aż po 100 bilionów marek. Taki banknot można było wymienić na 5 brytyjskich funtów.

Przejazd tańszy od biletu

Pod wieloma względami wyjątkowa jest inflacja w Wenezueli. Właściwie nie wiadomo ile wynosi, bo bank centralny nie publikuje już danych o cenach i wskaźników, ale wiadomo, że i tak ten jeden z niegdyś najbogatszych krajów świata bije światowe rekordy. Hiperinflacja trwa już 7 rok co jest kolejnym wielkim wkładem lewicy w historię gospodarczą świata.

Zresztą liczenie, ile inflacja wynosi, nie ma specjalnego sensu. Reżim Maduro radzi sobie w taki sposób, ze co jakiś czas obcina po kilka zer emitując nowe boliwary. Co ciekawe, w Wenezueli ogromna część cen kontrolowana jest przez państwo. Te ceny, które kształtuje wolny rynek rosną pod niebo, a te, które dla dobra ludu kontroluje socjalistyczny rząd stoją w miejscu i sprawiają, że np. nie opłaca się wydobywać największego skarbu Wenezueli – ropy naftowej.

Jeszcze na początku XXI wieku Wenezuela była 6 światowym eksporterem tego surowca. Katastrofa gospodarcza doprowadziła do tego, że kraj nie jest w stanie jej wydobywać, bo nie stać go na kupno niezbędnych urządzeń. Trzeba tez mieć pieniądze by obsłużyć port skąd tankowiec można wysłać w świat.

Jako dobro narodowe ropa ma specjalne znaczenie więc cena benzyny na rynku wewnętrznym utrzymywana jest na stałym poziomie. Efekt jest taki, że za jednego amerykańskiego dolara teoretycznie można kupić 11 milionów litrów paliwa. Monstrualna hiperinflacja doprowadziła też do tego, że cena za przejazd metrem w stolicy – Caracas wynosi 0. Są teorie w matematyce, mówiące że nieskończoność wynosi właśnie 0.

Półkopek był srebrny, tymf mało warty, a złotym płacimy dopiero od 1924 roku

Bank Polski powstał jako instytucja prywatna, niezależna od administracji państwowej. Historia pieniądza i bankowości.

zobacz więcej
Mechanizm, który doprowadził do tego paradoksu był następujący: oto państwo kontroluje cenę przejazdu, by lud pracujący Caracas mógł do pracy dojechać. Tymczasem papier trzeba kupić gdzieś na rynku i po rynkowych cenach płacić. I tak okazało się, że cena samego papieru na 1 bilet, jest wyższa niż cena przejazdu metrem. Całkowicie więc racjonalna była decyzja by nie produkować biletów, tylko zrobić darmowy przejazd. To bardziej opłacalne.

Podatek dla najbiedniejszych

Groteskowa sytuacja w Wenezueli dobrze pokazuje kilka zjawisk związanych z inflacją. Można bowiem mieć do czynienia z biflacją. Ta zachodzi wtedy, gdy jedne towary i usługi drożeją, a inne równocześnie tanieją. Wenezuela pokazuje też na czym polega efekt Cantillona. Ten działający we Francji irlandzki bankier w swym dziele z 1730 roku „Ogólne rozważania nad naturą handlu” opisał jak inflacja, podaż pieniądza wpływają na strukturę cen i sprawiają też, że niektórzy się na tym bogacą. Co do struktury cen widać to właśnie na wenezuelskim przykładzie, gdzie kilogram ryżu może kosztować miliony razy więcej niż litr ropy.

Ten drugi efekt inflacji – bogacenie się jednych można pokazać na przykładzie Węgier. Pieniądze pompowane/emitowane przez państwo muszą w jakiś sposób trafić na rynek. W największym uproszczeniu wygląda to tak, że jakiś István w Budapeszcie w szczycie hiperinflacji miał o 5 rano trylion pengő. Zamieniał je czym prędzej na towar. Ten trylion wędrował w ciągu dnia z rąk do rąk w zamian za coraz mniejszą ilość towarów, czy usług.
Pod koniec dnia - np. o 11 w nocy ktoś z tym trylionem zostawał i musiał czekać do rana aż zdoła go wydać, a w tym czasie inflacja pożerała wartość tego tryliona. Pieniądze trafiają na rynek za pośrednictwem banków i to one na tym zarabiają. Za inflację zawsze na końcu płaci człowiek pracy najemnej. To swoisty podatek dla biedniejszych.

Inflacja w Polsce dziś sięga 6 procent w skali roku. To zaledwie inflacja krocząca, która może służyć jako narzędzie do politycznej propagandy, a nie jest rzeczywistym problemem. Co nie znaczy, że należy ją lekceważyć.

Problem jednak polega na tym, że jest to w tej chwili zjawisko globalne. Można się pocieszać, że Polska nic nie „zawiniła”, ale oznacza to też, że państwo ma bardzo ograniczony wpływ na wzrost cen. Winne są pandemia - zerwane łańcuchy dostaw i obłędna globalna „zielona gospodarka”.

Właśnie opublikowano szokujące dane dotyczące cen frachtu. I tak w 2020 roku cena wysyłki standardowego kontenera z Dalekiego Wschodu do Los Angeles wynosiła 3800 dolarów. Teraz sięga 17 tysięcy. Podrożał więc każdy towar, który w tych kontenerach jest wysyłany. Jesteśmy częścią gospodarki globalnej. Ceny jak towary krążą po świecie, więc to co się na świecie zdarzy, dotknie i nas.

– Dariusz Matuszak

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Banknot o wartości 10 millionów milpengő z 1946 roku (1 milpengő to 10 do szóstej potęgi pengő, później wprowadzono jeszcze przelicznik o nazwie b-pengő czyli 10 do dwunastej potęgi pengő). Fot. Wikimedia
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Czy nadchodzi wojna światowa? Pamiętajmy o historii
Entuzjaści geopolityki znów snują apokaliptyczne scenariusze.
Historia Najnowsze wydanie
W Wannsee zamiast „zagłada Żydów” mówiono „ewakuacja”
Większość z tych nazistów po wojnie żyła spokojnie w RFN jako adwokaci, biznesmeni, aż do naturalnej śmierci.
Historia Najnowsze wydanie
Szkoły nie tylko dla szlachty, opera nie tylko dla króla
Współczesna historiografia dowartościowuje znaczenie i jakość jezuickiego kształcenia.
Historia Poprzednie wydanie
Synku, gdzie jesteś?
Szukali go 45 lat. Był zaledwie kilka kilometrów od rodzinnego domu...
Historia Poprzednie wydanie
Sto tysięcy procent przesady
Mickiewicz jest „brudny, karczemny” – pisał Koźmian. Ich spór to przestroga przed zacietrzewieniem.