Rozmowy

Ikona jest charyzmatem, darem. Jest pewną tajemnicą, jak rodzi się ikonograf

Nie ma osób niewierzących. Człowiek jest z natury homo religiosus. Nawet wtedy, kiedy się określa ateistą, to i tak z czegoś zrobi sobie religię, choćby ze sportu, polityki czy z samochodu. Ale co ciekawe, dialog takiego człowieka na warsztatach ikonopisarskich z depozytem Objawienia jest czymś fascynującym, często są to odkrycia, które naznaczają ich całe życie – mówi brat Marcin Świąder, kapucyn, jeden z najbardziej rozpoznawalnych współcześnie ikonopisarzy w Polsce.

W swojej twórczości nawiązuje między innymi do stylu prof. Jerzego Nowosielskiego. W Skomielnej Czarnej w Małopolsce założył pracownię i powołał szkołę pisania ikon pod wezwaniem św. Jana Damasceńskiego. Obecnie w Krynicy Zdroju wraz z dwoma innymi braćmi z zakonu inicjuje centrum Fraternia Pojednanie, które ma skupiać środowisko artystyczne otwarte na poszukiwania w obszarze sztuki sakralnej.

TYGODNIK TVP: Kiedy możemy powiedzieć o ikonie, że dotyka transcendencji, odsłania nam kawałek nieba?

BRAT MARCIN ŚWIĄDER:
Forma ikonograficzna jest najbardziej interesująca wtedy, kiedy rozbłyska światłem niestworzonym i głęboko porusza nasze wnętrze. Gdy mamy kontakt z prawdą, dobrem i pięknem, które oddają to, za czym najbardziej tęsknimy. Wtedy pojawia się chęć, by tą ikonę odczytać.

Artystyczny dorobek ikonopisarski brata robi ogromne wrażenie – w ciągu dwudziestu lat powstało blisko siedemset ikon i obrazów. Jak to się stało, że ta sztuka stała się bratu na tyle bliska, aby poświęcić jej większość życia?

Miłość do piękna zaszczepiła we mnie mama. Zmarła 3 października tego roku. Dostałem łaskę towarzyszenia jej, razem z moimi siostrami Moniką oraz Gosią. w odchodzeniu na tamten świat. Miałem wtedy okazję zastanowić się nad pewnymi fundamentalnymi rzeczami w moim życiu. Na przykład co wartościowego otrzymałem od swojej mamy. I przypominam sobie, że kiedy byliśmy mali, często zabierała nas na spacery i zwracała naszą uwagę na otaczającą przyrodę. Zatrzymywaliśmy się, aby podziwiać jakiś klomb, kwiaty czy kasztany, które spadały z drzew. Jej wrażliwość była darem, prezentem, który miał wpływ na moje patrzenie na rzeczywistość. Do tego wyróżniała się pokorą i łagodnością. Jej spojrzenie nie było nigdy agresywne i krytyczne, tylko zawsze chłonące i kojące.
Hodegetria – najstarszy typ ikonograficzny przedstawienia Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezus na ręku. Fot. br. Mateusz Włosiński OFMCap
Później, będąc w szkole podstawowej, przeżywałem czas fascynacji św. Franciszkiem z Asyżu. Dzięki niemu odkryłem, że życie może być czymś wyjątkowym, w jakimś sensie nawet poetyckim. Niestety nastąpił w moim życiu okres buntu. W szkole średniej zainteresował mnie nurt hipisowski, uciekałem więc od życia rodzinnego, pewnych stereotypów myślenia chrześcijańskiego. Przestałem chodzić do kościoła. Był to intensywny czas zmagania się z samym sobą. Wtedy już malowałem różne rzeczy, jak choćby plakaty czy graffiti na ścianach, często nielegalne. Dzisiaj bym się tego wstydził, chodzi nie tylko o estetykę, ale też o sam przekaz.

Zacząłem się nawracać po rekolekcjach szkolnych. Kiedy byłem w kościele, usłyszałem o miłości Boga, darmowej, że kocha człowieka za nic. Że wystarczy zbliżyć się do Chrystusa, który ma moc przemiany mojego serca. Być może wcześniej to słyszałem, ale wtedy po raz pierwszy tak dosadnie to do mnie dotarło. W świątyni leżał przepiękny, barokowy krucyfiks łaciński. Dotknąłem go i zacząłem płakać. Rozlało się to, co we mnie było stłumione, zbuntowane. I po tym doświadczeniu moja wiara zaczęła powoli odżywać.

Samą sztuką ikonopisarską zacząłem się interesować już bardziej na poważnie, kiedy zostałem kapucynem. Potrzebowałem jakiejś formy syntetycznej wypowiedzi, która w sposób prosty wyrażałaby dużo treści. W krużgankach naszego krakowskiego Domku Loretańskiego przygotowywałem razem ze swoimi braćmi wystawę prac Iryny Bołdiny-Styczeń, mojej późniejszej nauczycielki malarstwa temperowego. Zależało nam, aby było to nie tylko doświadczenie estetyczne, ale też medytacyjne.

Lubiłem obserwować, jak reagują ludzie, którzy przychodzą popatrzeć na te obrazy. Byłem niezmiernie poruszony tym, co się dzieje w ich oczach, niektórym płynęły łzy po policzku. Zacząłem się więc zastanawiać, co jest w tych pracach, że tak oddziałują na innych. I tak zacząłem studiować temat ikonografii. Będąc w Bytomiu wziąłem udział w warsztatach pisania ikon, prowadzonych przez Bołdinę. Potem przez osiem lat ćwiczyłem swoje umiejętności, przebywając w pustelni w Zagórzu, między Jasłem a Pilznem. Tam zainicjowaliśmy życie franciszkańskie w oparciu o regułę dla pustelni. Do dziś istnieje ten Dom Modlitwy. Tam jest największy zbiór moich prac. Są dość niedojrzałe, ale darzę je dużym sentymentem.

Rany stały się perłami. Śmierć nabrała nowego znaczenia

Ikona pokazuje przebóstwiony świat. Matka Boska Częstochowska, najważniejszy obraz dla katolików w Polsce, jest klasyczną ikoną i pochodzi z Bizancjum.

zobacz więcej
Kolejny etap mojej drogi w stronę sztuki ikonograficznej był na Załężu w Katowicach. Należałem do wędrownej wspólnoty, żyjącej wśród ubogich. Nie mieliśmy żadnych stałych dochodów. Żywiliśmy się tym, co nam podarowano, albo w miejscach, w których stołowali się ubodzy.

W naszej garażowej kaplicy krakowska malarka Barbara Paluch namalowała dla nas sześć dużych ikon, scen prazników w oparciu o twórczość hiszpańskiego artysty Kiko Argüello, inicjatora Drogi Neokatechumenalnej. To były niemal kopie tych obrazów. Bardzo mnie uderzyło, że ubodzy, często analfabeci, lubili tam przychodzić i patrzeć na te ikony. Miałem takie wrażenie, że czują się tam kochani. Ta estetyka tak bardzo ich pochłaniała. Przestrzeń rzeczywiście była na tyle piękna, że nie chciało się stamtąd wychodzić. Sami spędzaliśmy tam dużo czasu na modlitwie czy odpoczynku. I wtedy zrozumiałem, że najważniejsze w ikonie jest to, aby poruszała ludzkie serce.

Kiedyś brat powiedział, że ubodzy są we współczesnym świecie ikoną Chrystusa. Czy obcowanie z nimi jakoś też brata wewnętrznie przemieniło?

Spotkania z nimi były bardzo poruszające. Mieliśmy takie doświadczenie w Tychach. Przed Bożym Narodzeniem wychodziliśmy na ulicę, aby dzielić życie z bezdomnymi. Nie wracaliśmy przez tydzień do domu, żeby troszkę doświadczyć tego, co oni przeżywają. Był wtedy siarczysty mróz i poprosiliśmy o nocleg w schronisku dla bezdomnych. Byliśmy w habitach i kierujący placówką był ogromnie zaskoczony, że chcemy tam spać. Ale się ostatecznie zgodził, ponieważ – jak wyjaśnił – w zeszłym roku odmówił noclegu jednej osobie, która była pod wpływem alkoholu i tej samej nocy zamarzła nieopodal schroniska. Od tego czasu postanowił przyjmować wszystkich bez wyjątku.

Przebywając w schronisku zwróciłem szczególną uwagę na jedną ze scen. Na korytarzu na materacu leżał umierający mężczyzna NN, nikt bowiem nie znał jego imienia. Koce, które go opatulały, były nasączone chemią, bo schodziły z niego robaki, które wyczuwały, że żywiciel się kończy i uciekały do kogoś innego. To, co mnie szczególnie wzruszyło, to wielka czułość innych bezdomnych wobec umierającego kolegi. Okazywali mu dużo troski, wręcz go adorowali.

To miało później wpływ na jedną z moich prac. Na Triduum Paschalne namalowałem Chrystusa na drzwiach od szafy, wspominając tego mężczyznę ze schroniska i jeszcze innego bezdomnego, który przychodził do naszej wspólnoty na Załężu. Miał dość duże rany na twarzy i plecach, które powstały po spożywaniu trujących alkoholi. I ja je opatrywałem.
Życie ludzkie jest pewną formą zmagania się ze swoją trudną kondycją. Tak jak mówi św. Paweł: „Człowiek nie robi tego dobra, które pragnie, tylko zło, którego nienawidzi”. I to jest nasz wewnętrzny dramat. Przeżywamy jakąś formę cierpienia. Człowiek jest usytuowany w ciemności. Można to zapić, zagłaskać, ale ostatecznie nie ucieknie się od tej myśli, że jest choroba, starość, śmierć, które weryfikują nasze człowieczeństwo. Oczywiście jest za tym perspektywa, ale zanim to się odkryje, to musi się dokonać coś przełomowego w naszym życiu. Syn Boży jako zwycięzca nad śmiercią wyrywa nas z tego stanu. Wyjście z tej niemocy dokonuje się przez suwerenną i tajemniczą interwencję Boga. I to jest Dobra Nowina.

Dlaczego brat postanowił kontynuować kierunek Jerzego Nowosielskiego w swojej twórczości?

Profesora nigdy nie poznałem osobiście. Znam go przede wszystkim z jego malarstwa, które określane jest egzystencjalizmem eschatologicznym. To jest obszar dotykający tajemnicy. Inspiruje mnie w jego pracach gra kolorów, gorących z chłodnymi, czy płaszczyzn przezroczystych dialogujących z kryjącymi.

To, co jest w nich fenomenalne, wręcz profetyczne, to wychodzenie z ciemności do światła, czyli ze śmierci do życia, czy z niewoli do wolności. Daje to poczucie bezpieczeństwa i odpoczynku. To kontakt z Jezusem Chrystusem, który przychodzi, żeby zbawiać.


Najbardziej poruszają mnie jego ikony związane z ukrzyżowaniem. Widać tam majestat i pokorę Jezusa Chrystusa. Jego Wcielenie zostało przez nas, śmiertelników, okrutnie potraktowane, co ostatecznie stało się dla nas zbawcze. Bóg do końca i bez wyjątku kocha każdego człowieka.

To jest bardzo wymowne, bo my jako ludzie często nie potrafimy tak kochać.

Owszem, to jest powód naszego ogromnego cierpienia. Człowiek pragnie obdarzyć kogoś miłością, ale pojawia się w nim pewna blokada: obawa, że jeśli będzie okazywał to w taki sposób absolutnie afirmatywny i bezinteresowny, to ostatecznie będzie musiał poświęcić swoje życie. Z tego powodu człowiek nie potrafi się w pełni zaangażować. Ale też sam czuje, że nikt nie kocha go tak, jakby tego chciał, tylko zawsze jest jakaś granica. Tymczasem na tych ikonach widać głęboką relację Chrystusa ze swoim Ojcem, miłość, dzięki której przekracza On śmierć. I to jest dla mnie coś fascynującego.

Świeckie ikony: drogie, modne i coraz bardziej puste. Tęsknota za pięknem

Okazało się, że najlepiej czujemy się w kontakcie z obiektami spełniającymi warunki renesansowego piękna.

zobacz więcej
Po śmierci Nowosielskiego miałem poczucie pustki, że coś się skończyło. Wtedy stworzyłem serię siedmiu ikon – Menorę, która była czymś przełomowym. Ponieważ na początku malowałem ikonę klasyczną, według kanonu, jeśli coś takiego istnieje, ale powoli dostrzegałem, że forma przekazu Nowosielskiego jest mi coraz bliższa i coraz łatwiej mi się w niej wypowiadać. Szczególnie, kiedy nawiązuję do osobistego doświadczenia.

Tak powstało wiele prac. Na przykład w jednej rodzinie rok po roku zmarło dwóch chłopców, jeszcze przed narodzeniem: Tomasz i Franciszek. Było tam wiele cierpienia. Wtedy powstała ikona Orantka: wizerunek Maryi, która się modli, a w górze namalowałem postacie zmarłych dzieci jako aniołów. Z kolei inna moja praca nawiązywała do samobójstwa pewnej osoby¬ – to jej targnięcie się na życie było dla nas zupełnie niezrozumiałe. Powstała wtedy ikona Dyzmy, tego dobrego łotra, który wisiał na krzyżu obok Chrystusa i usłyszał znamienne słowa: „Dziś ze mną będziesz w raju”. Myślę, że te obrazy są najbardziej natchnione, które rodzą się z głębi trudnego doświadczenia.

Na pewno nie robię tego w taki sposób, jak Nowosielski, ale podejmuję dialog z tą formą plastyczną i widzę, że to ma swoich odbiorców. Nie są masowi, ale zawsze zaangażowani i bardzo wrażliwi. W moim przekonaniu są w pewnym sensie do odbierania tych prac jakoś predysponowani.

W ikonach Nowosielskiego jest pewna tajemnica, mistycyzm. To nie jest chyba łatwy przekaz dla większości odbiorców.

Twórczość Nowosielskiego jest nieoceniona, lecz rzeczywiście nie do końca była i jest rozumiana. Myśl ikonograficzna jest generalnie paschalna, chwalebna i ma ten świetlisty aspekt ukazać. Artyście zaś zarzucano niesłusznie, że tego nie robi. Patrząc na jego prace niektórzy mówili, że światło z Bizancjum jeszcze tu nie dotarło.

Nowosielski często wspominał, że jego sztuka przynosi ludziom jakieś cierpienie. Takie miał przynajmniej osobiste wrażenie. Do dzisiaj wiele osób nie akceptuje jego sztuki. Nie jest w stanie odczytać tego, co on chciał powiedzieć. Ja nie chcę tego oceniać, ponieważ mają do tego prawo, natomiast dla mnie wrażliwość na sztukę troszkę mierzy się tym, jak ktoś patrzy na Nowosielskiego.
Bracia kapucyni (od lewej) Borys Kaczmarzyk, Mateusz Włosiński i Marcin Świąder odkrywają piękno ikonografii we Fraterni Pojednanie, którą stworzyli w tym roku w Krynicy Zdroju. Fot. Michał Korta
A jaki jest brata sposób na to, by ikona przemówiła do innych i była właściwie zrozumiana, odczytana?

Nad ikoną pracuję od sześciu do ośmiu godzin dziennie przez kilka dni. Posługuję się techniką tempery jajowej. Czasem łączę technikę akrylową z temperową. Najpierw musi się w moim sercu pojawić temat. I kiedy dojrzewa, powstaje zarys tego, co ma finalnie znaleźć się na desce. Następnie komponuję ciemną plamą i później wydobywam z tego światło. Czyli najpierw nakładam barwy ciemne, a później próbuję światłem i detalem jakby dopowiedzieć daną scenę. Jak jest wypowiedziana, to wtedy zamykam pracę.

Bez modlitwy nie ma prawdziwej ikony. Codzienny rytm modlitewny jest bardzo istotny. Szczególnie rano, aby nas odpowiednio ukierunkować na cały dzień. Podczas modlitwy Bóg przychodzi do nas, wtedy z większą miłością patrzy się na siebie, braci czy innych ludzi.

Na każdym etapie pisania ikony trzeba na nią patrzeć na nowo. Bo to nie jest tylko kwestia technologii, ale też próba wyrażenia doświadczenia odpowiednią barwą, drżeniem światła, które ma przecież przychodzić z nieba i przemieniać serce człowieka. Mam takie prace, które są słabe, mało świetliste, być może nie modliłem się na tyle, aby coś tam głębszego się wydarzyło. Tak to przynajmniej wyczuwam.

Obecnie mamy w Polsce do wyboru mnóstwo komercyjnych warsztatów pisania ikon i są one bardzo oblegane przez uczestników. Czy każdy może się tej sztuki nauczyć?

To dość skomplikowane. Nowosielski mówił, że ikonografa nie da się „wyrzucić z rękawa” na jakimś kursie pisania ikon. Ja to podzielam, choć może się zdarzyć, że na warsztatach ktoś ten dar odkryje lub otrzyma, jeśli są dobrze prowadzone. Tworzenie ikon nie jest dla każdego. Ikona jest pewnym charyzmatem, darem. Jest pewną tajemnicą, jak rodzi się ikonograf.

Od niemal dwudziestu lat co roku organizuję warsztaty malarskie w ośrodku „Wyspa” na Ponidziu koło Buska Zdroju i przepuszczam przez gęste sito osoby, które się na nie zgłaszają. Zadaję im mnóstwo niewygodnych i opryskliwych pytań. W ten sposób badam motywacje.

Uważali go za głupka. Samotny gruźlik, żebrak bez domu, analfabeta. Jeden z najwybitniejszych prymitywistów świata

Nikifor kochał Łemkowszczyznę. Przesiedlano go trzy razy na Ziemie odzyskane, a on za każdym razem wracał pieszo do swoich rodzinnych stron. Był wpisany w krynicki krajobraz.

zobacz więcej
Dla mnie ważne są powody, dla których ktoś chce w warsztatach uczestniczyć. Czy jest w nim jakaś głęboka tęsknota i poszukiwanie Boga, co może być czymś bardzo obiecującym, bo taka osoba jest później bardzo chłonna na przekaz ikonograficzny. Choć muszę dodać, że nie ma warunku, aby była wierząca.

Obcowanie z ikoną ma pomóc jej odkryć Boga, bliżej Go poznać?

Tak. Albo czasami podarować odpowiedzi na pytania, które nosi w sobie. Moim zdaniem na świecie nie ma osób niewierzących. Człowiek jest z natury homo religiosus. Nawet wtedy, kiedy się określa ateistą, to i tak z czegoś zrobi sobie religię, choćby ze sportu, polityki czy z samochodu. Ale co ciekawe, dialog takiego człowieka na warsztatach ikonopisarskich z depozytem Objawienia jest czymś fascynującym, często są to odkrycia, które naznaczają ich całe życie.

Po to też powstaje w Krynicy Zdroju centrum Fraternia Pojednanie, aby właśnie integrować ze sobą różne środowiska, w tym ludzi oddalonych od Kościoła?

Oprócz mnie inicjatorami powstania centrum są dwaj bracia kapucyni Mateusz Włosiński i Borys Kaczmarzyk oraz Piotr Gajda i Fundacja „Akeda”. Naszym celem jest tworzenie środowiska wokół ikonografii, aby próbować docierać przez sztukę także do ludzi, którzy nie mają po drodze z Kościołem. Dziś wielu nie przyjdzie do świątyni, ale do galerii jeszcze tak.

Krynica-Zdrój jest środowiskiem wielokulturowym. Przenikają się w niej różne obrządki i tradycje liturgiczne. Ma w sobie coś pociągającego. Ludzie chcą tu przyjechać i zatrzymać się na chwilę. Wciąż żywa jest w tym miasteczku legenda Nikifora. Wspólnota greckokatolicka często gości wybitnych artystów związanych z Akademią Sztuk Pięknych we Lwowie. To środowisko bardzo otwarte na współpracę i dzielenie się swoim dorobkiem i doświadczeniem. Chcemy do niego dołączyć.

Poszukujemy nowych form sztuki ikonograficznej, które będą mogły podprowadzić do najistotniejszych prawd chrześcijaństwa. Nie tych pobocznych, pobożnościowych, sentymentalnych, tylko prawd fundamentalnych.
Dziś widać ogromny kryzys w sztuce sakralnej. Jestem zdruzgotany tym wszechobecnym kiczem. Aspekt przekazu wiary przez sztukę jest w ogromnym regresie. To może odpychać ludzi wrażliwych na piękno. I tak się dzieje.

Jak przewidywał kardynał Joseph Ratzinger, przyszłość chrześcijaństwa w Europie to małe wspólnoty oblane przez islam i pogaństwo. Zapewne tak szybko to nie nastąpi, ale symptomy wygasania chrześcijaństwa masowego widzimy na własne oczy. Ludzie nie odrzucają Chrystusa, gdyż w istocie Go nie znają. Odrzucają jakieś patologiczne formy chrześcijaństwa, z którymi się zetknęli. I tu spełnia się Ewangelia, że sól, która traci smak, jest do wyrzucenia i podeptania.

Dlatego chcemy budować przestrzeń sakralną wokół małych wspólnot, może nawet tylko rodzinnych, które działają w niszy, w ukryciu, może w jakimś mieszkaniu. I w ten sposób możemy wrócić do archetypów z pierwszych wieków chrześcijaństwa, w których sztuka była formą wypowiedzenia podstawowych prawd wiary.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Marcin Świąder urodził się 29 maja 1976 roku w Mielcu. Wcześnie odkrył powołanie do życia Ewangelią, śladami św. Franciszka z Asyżu. W 1995 roku został przyjęty do Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów, gdzie w 2001 roku złożył profesję wieczystą i rok później przyjął święcenia prezbiteratu.

Już w czasie studiów odkrywał ikonę jako formę przepowiadania Słowa ubogim. Techniki malarstwa temperowego uczył się od Iryny Bołdiny-Styczeń podczas warsztatów w galerii „Na bruku” Jana Guta w Bytomiu. Osiem lat, jakie spędził w Domu Modlitwy w Zagórzu, dało mu okazję do intensywnej pracy nad tą techniką. Z pustelni został przeniesiony do Katowic-Załęża, gdzie przez cztery lata żył wśród najuboższych i ewangelizował ich – nie przestał przy tym tworzyć. W Skomielnej Czarnej, do której został przeniesiony w lipcu 2015 roku, założył samodzielną pracownię ikonopisarską i powołał szkołę pisania ikon pod wezwaniem św. Jana Damasceńskiego.

W ciągu dwudziestu lat spod jego pędzla wyszło niemal siedemset ikon i obrazów. Projektuje przestrzeń sakralną. Prowadzi warsztaty pisania ikon, przez które przewinęło się kilkaset osób. Ma swoich uczniów, tworzących dziś samodzielnie.

Jest współinicjatorem Fraternii, powstałego w 2021 roku w Krynicy Zdroju projektu, prowadzonego przez braci kapucynów wraz z fundację AKEDA.

Mistrzowie, którzy wciąż go inspirują, to Teofan Grek, Andrzej Rublow, Dionisij, a spośród współczesnych Kiko Argüello i Jerzy Nowosielski.

Za: fraternia.pl
To Bóg daje talenty
Zdjęcie główne: W ciągu dwudziestu lat spod pędzla brata Marcina Świądra wyszło niemal siedemset ikon i obrazów. Fot. Michał Korta
Zobacz więcej
Rozmowy Poprzednie wydanie
Łapiemy przestępców, którzy ćwierć wieku temu byliby nieuchwytni
Na podstawie małżowiny usznej można zidentyfikować człowieka.
Rozmowy wydanie 10.06.2022 – 17.06.2022
Za wszystko będziemy płacić kodem QR. Nadchodzi cyfrowy pieniądz
Ale całkowite pozbycie się gotówki byłoby szaleństwem.
Rozmowy wydanie 10.06.2022 – 17.06.2022
Wildstein: Zrozumiałem, że katolicyzm to mój los
Domyślałem się, że mój ojciec jest Żydem...
Rozmowy wydanie 10.06.2022 – 17.06.2022
Tu leczą woda, klimat, dieta i... dobre towarzystwo
W Krynicy, na terenie uzdrowiska znajdują się 23 ujęcia wody mineralnej.
Rozmowy wydanie 20.05.2022 – 27.05.2022
Biblia obrazkowa dla ubogich i diabeł nie gorszy od świętych
Jest tu konfesjonał do „rodzinnych spowiedzi” i ławki, gdzie siedzi się jak w tanich liniach lotniczych.