Historia

Setki manifestantów utopionych w rzece? Fakty czy propagandowa legenda

Prezydent Francji wziął niedawno udział w uroczystości upamiętniającej „niewybaczalne zbrodnie Republiki”, w modnym ostatnio na Zachodzie duchu padania na kolana i samobiczowania. Problem w tym, że owa „zbrodnia” najprawdopodobniej nigdy nie miała miejsca.

Ceremonia odbyła się 16 października 2021 u stóp mostu w podparyskim Colombes. Prezydent przybył w otoczeniu starannie dobranych „nosicieli pamięci”. Były dzieci pochodzące z rodzin działaczy algierskiego Front de Libération Nationale, Frontu Wyzwolenia Narodowego, z którym Francja prowadziła wojnę w latach 1954-62. Byli potomkowie harkis czyli żołnierzy arabskich walczących u boku Francuzów w Algierii. Byli też przedstawiciele pieds noirs, jak nazywa się dawnych francuskich mieszkańców Algierii.

W tym towarzystwie Emmanuel Macron, któremu asystował prefekt policji, uczcił pamięć ofiar represji sił porządkowych podczas demonstracji Algierczyków w Paryżu w 1961 roku. Sześćdziesiąt lat po wydarzeniach prezydent złożył trójkolorowy wieniec ku pamięci algierskich demonstrantów „zastrzelonych i wrzuconych do Sekwany” oraz potępił „niewybaczalne zbrodnie Republiki”.

Tu topimy Algierczyków

Upamiętnienie martyrologii dawnego wroga może wydawać się dziwne, ale jest spójne z polityką samobiczowania się od co najmniej kilku kadencji francuskich prezydentów.

„Francja patrzy na całą swoją historię z przenikliwością i uznaje swą jednoznacznie ustaloną odpowiedzialność. Jest to winna przede wszystkim sobie samej, a także wszystkim tym, którym wojna algierską i ślad po niej w postaci zbrodni popełnionych przez wszystkie strony zraniły ciało i duszę” - czytamy w wydanym z tej okazji komunikacie prasowym Pałacu Elizejskiego.

Komunikat ten to nie tylko rutynowa sucha notatka o tym, co prezydent danego dnia zrobił i co powiedział, ale zawiera też coś w rodzaju oficjalnej wykładni historycznej podającej przyjętą przez francuskie władze wersję wydarzeń z 17 października 1961 r. Problem polega na tym, że ustalenia historyków są dalekie od konsensusu. Ba, komunikat zawiera wręcz wersję faktów rodem z komunistycznej i proalgierskiej propagandy politycznej z lat 60., o której dziś wiadomo, że nie ma nic wspólnego z prawdą.

Aby wyjaśnić wybór miejsca obchodów – nabrzeże Sekwany w pobliżu mostu Pont de Bézons, którym 60 lat temu algierscy demonstranci przybywali z przedmieść do Paryża na wezwanie metropolitarnej sekcji algierskiego Frontu Wyzwolenia Narodowego (FLN) – komunikat Pałacu Elizejskiego twierdzi, że „strzelano tam z ostrej amunicji, a z Sekwany wyławiano martwe ciała”.

Topienie przez policję manifestantów weszło na stałe do politycznego imaginarium we Francji, między innymi dzięki zdjęciu graffiti z napisem „Tu topimy Algierczyków” używanym do ilustrowania artykułów prasowych, gdy tylko temat pojawi się w mediach. Jednak przemawiająca do wyobraźni wizja setek ofiar śmiertelnych wrzucanych do Sekwany, przywoływana co roku przez amatorów antyfrancuskich oskarżeń, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością: żadne ciała topielców nigdy nie zostały odnalezione, a wiele doraźnych egzekucji Algierczyków w tym okresie należy przypisać raczej... FLN niż francuskiej policji.
"Tu topimy Algierczyków", graffiti na nabrzeżu przy moście w Paryżu. Fot. Pascal Rossignol / Reuters / Forum
Najpierw jednak kilka słów o kontekście historycznym owej manifestacji sprzed 60 lat, która do dziś wywołuje tak żywe spory wśród historyków i zwykłych obywateli.

Podczas negocjacji, przed niepodległością

Latem 1961 r., a więc w przededniu fatalnej manifestacji, tocząca się od 1954 r. krwawa wojna w Algierii wchodzi w decydującą fazę. Paradoksalnie militarne sukcesy francuskiej armii przeciw popieranym przez Związek Radziecki i kraje arabskie algierskim rebeliantom nie przekładają się na rozwiązanie polityczne. Paryskim elitom brak pomysłu, co zrobić z kulą u nogi w postaci zbuntowanej Algierii. Waha się także generał de Gaulle. Powrócił on do władzy z francuskiego Sulejówka dzięki naciskowi generałów w 1958 roku, którzy widzieli w nim zbawcę Algierii Francuskiej, dość szybko jednak generał zdał sobie sprawę, że utrzymanie zamorskich departamentów jest niemożliwe w żadnej formie. To właśnie przemówienie de Gaulle'a z 16 września 1959 r., w którym zaproponował on samostanowienie, wywołuje zdziwienie we wszystkich kręgach i zdumienie wśród europejskiej ludności Algierii.

Wśród Europejczyków żyjących po drugiej stronie Morza Śródziemnego, których codzienność naznaczona jest krwawymi zamachami i egzekucjami wykonywanymi przez bezlitosnych mudżahedinów, niepewność co do przyszłości przeradza się w gniew. Zwolennicy Algierii Francuskiej organizują w styczniu 1960 „tydzień barykad” w Algierze, a następnie zakładają tajną organizację zbrojną OAS (Organisation de l’Armée Secrète, Organizacja Tajnej Armii), która ma zwalczać zwolenników niepodległości i terrorystów z FLN ich własnymi metodami. Zakończony niepowodzeniem pucz generałów w kwietniu 1961 będzie ich łabędzim śpiewem.

Sprawy napierają przyśpieszenia: ONZ ogłasza prawo do samostanowienia narodu algierskiego, a generał de Gaulle organizuje referendum w sprawie przyznania niepodległości Algierii. W tym samym czasie proklamowany zostaje przez rebeliantów Rząd Tymczasowy Republiki Algierskiej, a strona francuska wszczyna z nim pertraktacje, które doprowadzą w konsekwencji do zawarcia porozumień z Évian, uznania niepodległości Algierii w 1962 r. i przymusowego exodusu ponad miliona pieds noirs.

Fatalna manifestacja z 17 października 1961 r. sytuuje się właśnie w tym pełnym napięcia momencie: już podczas negocjacji, ale jeszcze przed niepodległością. Rząd Francji, naciskany z jednej strony przez terrorystów z FLN, a z drugiej przez ultrasów z OAS, chce tylko zachować względny spokój w oczekiwaniu na rozwiązanie polityczne, którego nie da się zadekretować z dnia na dzień. Jednak jest to zadanie ponad ludzkie siły, gdy przeciwnicy polityczni uciekają się do przemocy, w tym do zamachów bombowych.

Bratobójcza wojna na francuskiej ziemi

Francja sterroryzowana. Czy to już wojna?

Dlaczego islamski ekstremizm został uznany za formę separatyzmu?

zobacz więcej
Nie wolno zapominać, że algierska wojna o niepodległość to nie tylko działania zbrojne w zamorskich departamentach, walki na granicach czy bitwa o Algier. Toczyła się ona również na terenie metropolitalnej Francji, a bilans tego frontu jest daleki od anegdotycznego. Sekcja FLN działająca we Francji metropolitarnej, tzw. Siódma Wilaja (nazwa trochę w stylu „piąta kolumna”, wilaja to po arabsku prowincja), miała na celu zmobilizowanie społeczności algierskiej nad Sekwaną do udziału w wojnie po stronie rebeliantów. Nie tylko kontrolowała ona wszystkie aspekty życia algierskiej diaspory, pobierając m. in. podatek rewolucyjny, ale eliminowała też bezlitośnie swoich konkurentów politycznych, tak muzułmańskich zwolenników pozostawienia Algierii we Francji, jak i działaczy neutralnych.

26 sierpnia 1958 r. mieszkańcy Francji kontynentalnej odkryli, że wojna algierska przekroczyła Morze Śródziemne. W nocy w kilku regionach dokonano jednocześnie około piętnastu zamachów: zaatakowano posterunki policji, zabito policjantów i żołnierzy, sabotowano linie kolejowe, podpalono składy benzyny i rafinerię. Najbardziej spektakularne było spalenie składu paliw Mourepiane w pobliżu Marsylii. W sierpniu 1958 r. doszło do ponad 23 zamachów, które oprócz znacznych strat materialnych spowodowały 17 ofiar śmiertelnych wśród policjantów i 6 wśród wojskowych. Rannych zostały co najmniej 34 osoby, w tym 19 cywilów, 12 policjantów i 3 żołnierzy. Od 25 sierpnia do 27 września 1958 r. dokonano w sumie 56 sabotaży i 242 zamachów na 181 obiektów gospodarczych, wojskowych i politycznych.

Działania te miały na celu pokazanie francuskiej opinii publicznej, że po wydarzeniach z maja 1958 r. i dojściu do władzy generała de Gaulle'a, FLN nadal jest aktywny. Jednak jej przywódcy szybko zdali sobie sprawę, że przeprowadzenie akcji terrorystycznej na dużą skalę w metropolitalnej Francji mogłoby wyrządzić jej szkodę, zrażając do niej dużą część społeczeństwa. Od tego momentu większość działań FLN była skierowana na wyeliminowanie konkurentów z Algierskiego Ruchu Narodowego (Mouvement National Algérien, MNA) nacjonalistycznego lidera Messali Hajjda, organizacji, która miała lepszą pozycję we Francji. Ta bratobójcza wojna domowa między dwoma niepodległościowymi frakcjami była krwawa i przyniosła ponad 4000 zabitych i 12000 rannych.

Rozważał zakazanie pogrzebów

Starając się zaskarbić sobie sympatię lewicowych intelektualistów, dość skutecznie zresztą, FLN nie uciekał się przy tym do ślepego masowego terroru, ale przeprowadzał zamachy na starannie wytypowane cele. W 1960 i 1961 r. atakowano głownie tzw. niebieskie furażerki (calots bleues), czyli funkcjonariuszy algierskich oddziałów policji pomocniczej oraz harkis, czyli algierskich pomocników z prefektury paryskiej policji.
Bojowcy pierwszego batalionu FLN w Algierii w 1957 roku. Fot. Kryn Taconis / Magnum Photos / Forum
Wedle statystyk, od 1 stycznia 1956 r. do 23 stycznia 1962 r. FLN dokonał na terenie Francji metropolitarnej 10223 zamachów. W samym tylko departamencie Sekwany (dziś nieistniejącym, a obejmującym wtedy Paryż i najbliższe przedmieścia) w okresie od 1 stycznia 1956 r. do 31 grudnia 1962 r. zginęło 1433 Algierczyków przeciwnych FLN, a 1726 zostało rannych. W sumie od stycznia 1955 r. do 1 lipca 1962 r. wojna we Francji była dla Algierczyków prawie tak samo śmiertelna jak wojna w Algierii.

Według oficjalnych danych terroryzm algierski w metropolitalnej Francji w czasie wojny spowodował śmierć 4300 osób (4055 Algierczyków, 152 francuskich cywilów, 16 żołnierzy, 53 policjantów i 24 muzułmańskich żołnierzy pomocniczych). Liczbę rannych szacuje się na ok. 9 tys.

Podczas negocjacji między Francją a algierskim rządem tymczasowym FLN ogłosił rozejm i od 5 lipca 1961 r., przerwał zamachy, ale następnie dość szybko je wznowił, głównie przeciw policji, co doprowadziło do eskalacji konfliktu. Każdy pogrzeb zabitego policjanta wywoływał wśród innych policjantów nastroje tak odwetowe, że prefekt nosił się z myślą o… zakazaniu pogrzebów, by nie doprowadzić do współpracy sił porządkowych z OAS albo do samosądów na działaczach FLN, których gaullistowska władza negocjująca z Algierczykami wypuszczała na wolność zamiast osadzić lub choćby tymczasowo internować.

Paryż w kleszczach

W tak napiętej atmosferze 5 października 1961 r. wprowadzono we Francji metropolitarnej godzinę policyjną, aby utrudnić komunikację siatki FLN i dostawy broni do tajnych składów. Zakaz opuszczania domów nocą miał jednak dotyczyć jedynie Algierczyków, a nie rodzimych Francuzów. Lewica, komuniści, poputczicy FLN i intelektualiści protestowali głośno przeciw „rasistowskiemu” charakterowi tej decyzji, zaś FLN w odpowiedzi postanowił zorganizować 17 października 1961 r. manifestację, aby urządzić demonstrację siły i przejąć ostatecznie „rząd dusz” nad Algierczykami mieszkającymi w metropolii francuskiej.

Na wieczór 17 października, już po godzinie policyjnej o 20.30, zaplanowano zgromadzenie się Algierczyków w kilku wybranych punktach Paryża, m. in. na placu Republiki, pod Operą oraz w Dzielnicy Łacińskiej. Mieli oni dojechać z przedmieść środkami komunikacji, ale także prywatnym transportem oraz dotrzeć piechotą. Na granicach miasta zaczęły gromadzić się wielotysięczne tłumy, z trudnością powstrzymywane przez siły porządkowe. Historycy są zgodni, że liczbę uczestników manifestacji szacuje się na 25 do 30 tysięcy. Co to zmobilizowanych policjantów i żandarmów, propaganda pro-FLN mówiła o 7 tysiącach, by wywołać wrażenie dysproporcji podjętych środków. Dziś wiemy, że po stronie francuskiej było 1658 policjantów, żandarmów i algierskich pomocników.

Imamowie szkoleni przez państwo laickie? Francuskie marzenia o oświeconym islamie

Emmanuel Macron między poprawnością polityczną a „islamofobią”.

zobacz więcej
Rzut oka na mapkę sytuacyjną z owego wieczora 17 października 1961 r. robi wrażenie, przywodząc na myśl działania wojenne, oblężnicze albo szturm. Symbolizujące ruchy zwartych kolumn manifestantów czerwone strzałki wydają się brać Paryż w kleszcze z pięciu stron, a czarne kreski sił porządkowych barykadują dostęp do stolicy m. in. na mostach na Sekwanie, jak ów Pont de Bézons, gdzie 60 lat później prezydent Marcron złoży wieniec.

Dziesiątki ofiar w Sekwanie?

FLN działa, trzeba przyznać, bardzo profesjonalnie. Stosując taktykę żywej tarczy, organizatorzy zgromadzili licznie kobiety i dzieci, a nawet całe rodziny. Teraz te tłumy albo masowo wychodzą ze stacji metra, gdzie najczęściej są aresztowane i odwożone do ośrodków identyfikacji w celu ustalenia tożsamości, albo zbierają się na granicach miasta, gdzie napotykają opór kordonów sił porządkowych, które próbują przerwać. Po jednej stronie jest efekt tłumu, zwolennicy FLN nienawidzący Francji, ale także i zwykli Algierczycy, których obecność wynika jedynie ze strachu przed represjami ze strony terrorystów. Po drugiej, w miarę nieliczne oddziały policji, z których wielu widziało kolegów padających od strzałów zamachowców, a których prefekt policji osobiście zapewniał podczas wizyt na komisariatach, że w razie problemów będą kryci. Mieszanka wybuchowa, która w sytuacji kryzysowej mogłaby się zakończyć masakrą, a jednak się nie zakończyła. Byli ranni w starciach, zatrzymani do weryfikacji, brutalnie potraktowani, internowani na pobliskim stadionie (ale tylko przez trzy dni, bo obiekt musiał zostać zwolniony na koncert Raya Charlesa), a nawet deportowani karnie z powrotem do Algierii, ale ofiar śmiertelnych praktycznie nie było, a z pewnością nie tyle, o ilu piszą media.

Wersja historii przyjęta dziś przez biuro prasowe Pałacu Elizejskiego to tylko jedna z hipotez powtarzająca oskarżenia proalgierskiej i lewicowej narracji zarzucającej policji zmasakrowanie setek demonstrantów, wrzucenie dziesiątek z nich do Sekwany i zranienie 2300 osób. Ale ta opowieść jest tylko legendą i propagandą. Opiera się na liczbach wymyślonych lub zmanipulowanych w tamtym czasie przez algierski FLN i jego komunistycznych sojuszników. Wszystkie sztuczki są dobre: żonglowanie datami, sumowanie zgonów przed i po 17 października, uznawanie z automatu wszystkich osób z Afryki Północnej, którzy zginęli gwałtowną śmiercią w październiku 1961 r. za ofiarę „represji policyjnych”, nawet tych, którzy zginęli w wypadkach drogowych albo zmarli na zawał.

Szacunkowa liczba ofiar manifestacji 17 października 1962 r. waha się od dwóch do prawie 400. Dzień po zajściach, prefektura policji w Paryżu potwierdziła informację agencji prasowej AFP, że wśród demonstrantów zginęły dwie osoby. To dane najniższe. Najwyższe szacunki podaje zaś lewicowy historyk Jean-Luc Einaudi, niezwykle zaangażowany aktywista maoistowskiej Marksistowsko-Leninowskiej Komunistycznej Partii Francji. Sporządził on listę 393 algierskich ofiar, które łączy z demonstracją z 17 października 1961 r. i których śmierć przypisuje represjom policyjnym.
Mapka sporządzona na podstawie opisów i szkiców z następujących prac: „Policja przeciwko FLN” autorstwa Jeana-Paula Bruneta Flammariona i "Paryż 1961" autorstwa Jima House'a i Neila MacMastera Tallandiera. Ilustracja: Wikimedia/ S0l0xal CC BY-SA 3.0.
Historycy mniej zaangażowani politycznie jak np. Jean-Paul Brunet i Rémy Valat oraz dwie rządowe komisje śledcze w 1998 i 1999 r. wykazały bezsensowność tych twierdzeń, wykazując, że historyk-maoista za ofiary represji policyjnych uznaje wszystkich muzułmanów zmarłych śmiercią tragiczną w październiku 1961 r. Badacze przyjmują, że wyniku konfrontacji z policją tego dnia zginęło od 28 do 48 osób wśród demonstrantów. Ale nawet i te szacunki wydają się być zawyżone. W rzeczywistości archiwa Instytutu Medycyny Sądowej w Paryżu, gdzie trafiają zwłoki do autopsji, nie odnotowują tego dnia wpisu do rejestru żadnej osoby pochodzenia arabskiego. Nie oznacza to oczywiście, że nie było rannych, ale o żadnej „masakrze” nie ma mowy.

Wobec rozbieżnych opinii na temat, który powraca we francuskich mediach przy okazji kolejnych rocznic, w 1998 r. socjalistyczny premier Lionel Jospin powołał komisję śledczą tzw. komisję Mandelkerna, która miała wyjaśnić, co tak naprawdę wydarzyło się 17 października 1961 r. w Paryżu. Jej raport zadał ostateczny cios legendzie masakry z dziesiątkami ofiar topionymi w Sekwanie.

Sklepikarz, który odmówił strajkowania

Jaki jest zatem stan rzetelnej wiedzy na dzień dzisiejszy?
Komisja wymienia siedem ofiar śmiertelnych, precyzując jednocześnie, że tylko jedna z nich zginęła w obrębie demonstracji, a pozostałe sześć ofiar nie miało związku z tym wydarzeniem. Jedyną ofiarą śmiertelną w Paryżu w trakcie demonstracji był paradoksalnie Francuz Guy Chevallier, który zginął około godziny 21.00 przed kinem REX z roztrzaskaną czaszką. W Puteaux odnotowano dwie ofiary śmiertelne, te, o których mówi raport policji oraz depesza AFP, obie poza demonstracją: Abdelkader Déroues, zastrzelony, i Lamara Achenoune, zastrzelony po uduszeniu.

18 października, o godzinie 4.00 rano, liczba ofiar śmiertelnych, która dotarła do dyrektora generalnego policji paryskiej, wynosiła trzy osoby: Guy Chevallier, Abdelkader Déroues i Lamara Achenoune. Jesteśmy więc daleko od dziesiątek czy setek „zastrzelonych” i „utopionych”, którym francuski prezydent złożył hołd.

Jeśli chodzi o przemawiające do wyobraźni zwłoki wyłowione z Sekwany, to w załączniku III do raportu komisji Mandelkerna wymieniono 41 zwłok mieszkańców Afryki Północnej, którzy trafili do kostnicy w Paryżu między 19 października a 4 listopada, z czego 25 (13 zidentyfikowanych i 12 niezidentyfikowanych), wymieniono w rubryce zatytułowanej „okoliczności śmierci nie pozwalają na wykluczenie związku z demonstracjami w dniach 17-20 października”.

Tytuł ten sugeruje, że te 25 osób mogło zostać zabitych przez francuską policję. To właśnie tą liczba jest uporczywie przestawiana przez niektórych historyków lub dziennikarzy jako rzeczywiste i potwierdzone ofiary śmiertelne represji. Tymczasem według policji kryminalnej 17 z tych 25, to ofiary FLN, np. sklepikarz, który odmówił udziału w strajku, związany i utopiony w Sekwanie. Jasno wskazuje to przyczyna zgonu: uduszenie, podcięcie gardła czy zasztyletowanie nie leży raczej w zwyczajach francuskiej policji...

Jak Francja wykradła dzieci Reunionu. „Mają nie być zbyt czarne”

Niektóre matki traciły córki i synów jedynie dlatego, że paliły papierosy.

zobacz więcej
Kilka, kilkanaście, 17 czy nawet 25 ofiar… Jesteśmy bardzo daleko od 50, 100, 200 czy 400 „ofiar represji”, za które Emmanuel Macron uznał odpowiedzialność Francji w ramach polityki kajania się za winy.

Historycy już dawno ustalili…

Pytanie, które można sobie zadać dotyczy motywów obecnego prezydenta. Czemu Macron wpisuje się w narrację, którą francuska lewica i algierska dyplomacja starają się narzucić Francji od ponad pół wieku? Przecież jako mąż stanu powinien wiedzieć, że bicie się w piersi za niepopełnione grzechy osłabia prestiż państwa i podważa jego wiarygodność na scenie dyplomatycznej. Dotychczas żaden prezydent Republiki nie uczestniczył w tym rzekomym „dniu pamięci”, kontentując się ogólnikami o francuskiej odpowiedzialności albo skupiając się na tym czy innym konkretnym aspekcie jak np. stosowanie tortur podczas bitwy o Algier. Co prawda poprzednik Macrona w Pałacu Elizejskim, François Hollande zobowiązał się w 2012 r. do upamiętnienia wydarzeń z 17 października 1961 r., ale do końca swojej kadencji tego nie uczynił.

Nic zatem dziwnego, że na czele powołanej w lipcu 2020 r. prezydenckiej komisji ds. „pamięci o kolonizacji i wojnie algierskiej w celu wspierania pojednania między narodami francuskim i algierskim” stanął Benjamin Stora, historyk renomowany, ale jednocześnie były trockista, którego sympatie pro-FLN znane są szeroko i nie gwarantują obiektywizmu. Może to i on jest autorem cytowanego wyżej komunikatu Pałacu Elizejskiego, który twierdzi, że „historycy już dawno ustalili te fakty”, co, jak widzieliśmy, jest nieprawdą. Nieprawdą jest też stwierdzenie, że „tragedia ta była długo przemilczana, zaprzeczana lub ukrywana”. Wręcz przeciwnie, to właśnie Benjamin Stora i koledzy z jego nurtu mieli szeroki dostęp do mediów i do subwencji państwowych, podczas gdy historycy bardziej obiektywni i opierający wnioski na faktach byli przemilczani, ośmieszani albo oskarżani o rewizjonizm.

Warto zauważyć, że data 17 października jest jedną z trzech kluczowych dat, których upamiętnienie zostało zaproponowane prezydentowi przez ekspertów z owej komisji zajmującej się problemem wojny w Algierii, obok porozumień z Évian z 18 marca 1962 r. i hołdu złożonego harkisom, czyli profrancuskim muzułmanom 25 września. Tą strategia bardzo pasuje do macronowskiej maksymy „en même temps” czyli „jednocześnie”, okrzykniętej leitmotivem jego prezydentury, co na polski można przełożyć jako „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”. Macron przyzwyczaił już obserwatorów francuskiego życia politycznego do wykonywania gestów i podejmowania decyzji, które wydają się nawzajem sobie przeczyć.

Wyborcy algierskiego pochodzenia

Czemu zatem właśnie obecny lokator Pałacu Elizejskiego zdecydował się na ten gest?
Algierscy kibice w Paryżu oglądający transmisję z meczu piłkarskiego w finale Pucharu Narodów Afryki w 2019 roku między Algierą a Senegalem. Fot. Yann Foreix / MAXPPP / Forum
Jego intencja wyraża się jasno we wpisie na Twitterze: „17 października 1961 roku był dniem brutalnych represji wobec algierskich demonstrantów. Republika musi zmierzyć się z tą niedawną i wciąż palącą przeszłością. To warunek pokojowej przyszłości z Algierią i naszymi rodakami algierskiego pochodzenia” - napisał Emmanuel Macron.

To jedno krótkie zdanie jest prawdopodobnie kluczem do zrozumienia rzeczywistych intencji prezydenta Macrona. Może wpisanie się w narrację niegdysiejszego wroga to cena, którą obóz prezydencki czuje się w obowiązku zapłacić za poprawę stosunków dyplomatycznych z nieustannie kapryszącą Algierią? To możliwe, zwłaszcza w kontekście ostatniego konfliktu dyplomatycznego z tym krajem, który zaczął się od niefortunnych słów Macrona o reżimie żyjącym z odcinania kuponów od pamięci.

Z pewnością natomiast można skupić się na zakrawającym na lapsus sformułowaniu o „naszych rodakach algierskiego pochodzenia” i poszukać tu głębszego sensu decyzji upamiętnienia ofiar 17 października 1961 r., nawet za cenę pozwolenia sobie na pewne rozbieżności z prawdą historyczną.

Trzeba wiedzieć, że w 2019 r. francuski Instytut Studiów Demograficznych (INED) oszacował, że we Francji mieszka 1,2 mln dzieci imigrantów z Algierii. Do tego można dorzucić lekką ręką ponad milion legalnych i nielegalnych imigrantów. Algierska diaspora jest młoda, prężna i wszechobecna. Jej przedstawiciele francuskie obywatelstwo otrzymują bardzo łatwo. To elektorat nie do pogardzenia w zbliżających się wyborach prezydenckich.

– Adam Gwiazda

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Prezydent Emmanuel Macron 16 października 2021 u stóp mostu w podparyskim Colombes. Fot. POOL / Reuters / Forum
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
SB nagrała, media wyemitowały. Największy sukces komunistów AD...
Nieformalne posiedzenie rejestrowali agenci bezpieki oraz – także podejrzewany o współpracę ze służbami – Mieczysław Wachowski.
Historia Poprzednie wydanie
Jak „zagranica” zmuszała Polskę do pokory
„Nie pozostawimy Polski w potrzebie i nie pozwolimy jej skrzywdzić” – zapowiedzieli sojusznicy.
Historia Poprzednie wydanie
Największa winiarnia Starego Świata. Odkryto ją w Izraelu
Tutejsze wino było zapewne codziennym napojem św. Hieronima, który stworzył Wulgatę.
Historia Poprzednie wydanie
Ściśle tajne. Jedyna prawdziwa gazeta w PRL
Kto miał w PRL władzę, ten miał BS. Lub jak kto woli, kto miał BS, ten był kimś.
Historia Poprzednie wydanie
Superszpieg z „Liceum”
Miała 24 lata i kierowała siatką wywiadowczą.