Felietony

Mokre angielskie miasteczka i ich czarnoskórzy mieszkańcy. Prawie jak reportaż „Dużego Formatu”, tylko bardziej

Jeśli Akademia Królewska nadal zamierza honorować literaturę postokolonialną, to ja osobiście nie mam nic przeciwko. Prosiłbym tylko, by w przyszłym roku dostrzeżono coś z literatury kazachskiej. Kirgijskiej. Bodaj i jakuckiej. Węzeł łączący tamtą metropolię i imperium nie jest słabiej zaciśnięty; owszem, wrzynał się głębiej.

No i pozamiatane, bukmacherzy od booków sięgają po nieprzeczytane numery prasy literackiej, by w przyszłym roku lepiej obstawić, RCW Literary Agency, która dysponuje prawami do prozy Abdulrazaka Gurnaha siadł serwer (nic dziwnego, zważywszy na to, że nawet na Amazonie.com większość jego powieści opatrzona jest dopiskiem „nakład wyczerpany”), zdesperowani dziennikarze, którzy MUSZĄ coś znaleźć do kolejnego numeru, wpisują w okna kolejnych wyszukiwarek „Abdulrazak” tak prędko, że zdarzają im się czeskie błędy oraz freudowskie pomyłki, i na ekranie wyskakuje „Abdulprozak” .

A Polska? Wsi spokojna, wsi wesoła, ani jednego Abdulrazaka w polskim przekładzie, nie tylko książki, ale bodaj fragmentu w „Literaturze na Świecie”, ani jednej doktorantki! Owszem, gorąco jest wśród wydawców (kto dostanie opcję na Gurnaha, WL czy Karakter? Oto wdzięczny temat dla bukmacherów!), ale reszta Polski jest jak zwykle podzielona sielankowo i abstrakcyjnie.

Ci wielkomiejscy wspominają niezapomniane wakacje na Zanzibarze, szczęśliwi, że tak wiele łączy ich z noblistą i jego krajobrazami, ci dworkowi (w rzeczywistości lub w marzeniach) oczywiście markotni: na Nobla obrazili się już dawno, odkąd okazało się, że nie dostał go Herbert, ale teraz w dodatku sarkają na Akademię Królewską, tak przewidywalnie postępową i politpoprawną. Kto to w ogóle słyszał o postkolonializmie? Kiedyś to były Noble, panie. Taki Reymont. Albo przynajmniej St. John Perse.


Nie jest to takie proste. Najlepszego pisarza świata trochę trudniej wskazać niż najszybszego żużlowca: trochę więcej kryteriów, trochę więcej kandydatów. Nawet jurorzy rodem z Sevres skłanialiby się pewnie ku temu, by sięgać po różne filtry: w tym roku skupmy się na powieściach historycznych, bo obrodziły, w następnym – na jednoaktówkach. A jeśli w dodatku jurorzy nie są z Sevres, lecz ze Sztokholmu, i jeśli szczerze wierzą, może jak w nic na świecie, w potrzebę historycznej sprawiedliwości, wyrównania win Zachodu i emancypacji kultur uposażonych pigmentalnie, w strukturalny rasizm i potrzebę dania mu odporu – no, to pozostaje się tylko dziwić, że w ubiegłym roku Nobla w ogóle mogła dostać Olga Tokarczuk.

Nobel dla Tokarczuk i Handkego – królewski figlik Gustawa XVI

Nad Wisłą spora część populacji nie lubi noblistki nie za splątanie losów Markiza w „Podróży ludzi Księgi”, lecz za dredy.

zobacz więcej
Co więcej, ja w pełni zgadzam się z trawionymi winą szwedzkimi imperialistami, że „literatura postkolonialna” to jest zjawisko ważne i niedoceniane. Warto przy tym pamiętać – tu, niestety, przynajmniej jedno zdanie musi być całkiem na serio – że „postkolonializm”, przynajmniej jeśli idzie o literaturę, to pojęcie nie historycznoliterackie, a teoretycznoliterackie. Innymi słowy – wyróżnikiem literatury postkolonialnej nie jest tematyka, czas ani lokalizacja (że niby gorąco, palmy i liberalizm, gentleman w korkowym kasku, bicz, przemoc, naga pierś, w tle portret Wilhelma II na ścianie kantorku, nad górą obciętych słoniowych kłów i ludzkich dłoni), lecz zagadnienie: całość niezwykle złożonych (i zwykle dość niezdrowych) relacji między kolonizatorami a kolonizowanymi. Relacji, które z upływem czasu wcale się nie uprościły, wręcz odwrotnie. Kiedyś była prosta przemoc z domieszką paternalizmu z jednej strony, nienawiść, czasem zastąpiona akulturacją – z drugiej. Doświadczenie kolonialne jednak wżarło się w skórę i w pamięć obu stron – i pozostaje w niej jako ciężar, jako źródło kompleksów.

Oczywiście, można badania nad tym supłem, niejedynym w końcu w dziejach ludzkości, mnożyć, jakby kto bicz z piasku kręcił. I tak się stało, jak dziesięć lat temu na filologii trzeba było upchnąć do bibliografii Derridę i Lacana, tak dziś bez cytatów z Dipesha Chakrabarty i Achille Mbembe po stypendium nie startuj; i tylko tych obciętych dłoni naprawdę żal.

Więc że padło na literaturę postokolonialną, trudno się dziwić ani oburzać, bo doświadczenia złożonej relacji między metropolią a koloniami, doświadczenia które były udziałem, lekko licząc, dwóch trzecich naszego świata, pozostają w ogromnej mierze nieopisane. Literackiego Nobla otrzymało dotąd pięcioro autorów z Afryki, ale, no cóż, Nadżib Mahfuz był Egipcjaninem, a Nadine Gordimer, J.M. Coetzee i Doris Lessing płeć mają nie ciemniejszą niż Tokarczuk. Jeden Wole Soyinka (1986)? Trochę mało.
W tej londyńskiej księgarni w dniu ogłoszenia nazwiska laureata znaleziono książkę tegorocznego noblisty. Fot. Leon Neal/Getty Images
Więc pytanie nie, czemu proza Afryki, tylko czemu Gurnah. W pierwszych jego powieściach było jeszcze dużo z – przepraszam za słowo – magii Afryki Wschodniej, krainy Sindbada, pereł, dżinów, Koranu, przybyszów z Indii, z Arabii i tych najbardziej niepojętych – z Europy. I „Raj” („Paradise”, 1994), na którego spory kęs trafiłem swego czasu w antologii, to była dobra proza: motywy jakby znajome („piekło dżungli”, górny bieg Kongo, trochę Szklarscy, trochę Karen Blixen), tyle że wszystko jakby odwrócone, jak widziane w lustrze odbicie napisu, znajome, złożone z oczywistych liter, a tak piekielnie trudne do odczytania – bo ta Afryka fin de siecle’u widziana jest przez nastoletniego Jusufa, z jego bagażem wiary, krzywdy i blizn.

Im dalej jednak, tym było smutniej. Mokre angielskie miasteczka, ich czarnoskórzy mieszkańcy, którzy zmagają się ze swoją niepamięcią, z wypartą pamięcią, z fałszywą pamięcią, z nienazywanym i niemożliwym do wykorzenienia przekonaniem, że są ofiarą odrzucenia, tak się z tym męczą, że aż padają ofiarą wylewu, a w tle skini; prawie jak reportaż „Dużego Formatu”, tylko bardziej. A jeśli obrazy dzieciństwa, nie nazbyt szczęśliwego dzieciństwa w gorącym kraju, to…

No właśnie, przeczytajmy wybrany na chybił trafił fragment z przedostatniej powieści w wersji na Kindle’a (pierwszy przekład Gurnaha na polski – w Tygodniku TVP!)

Nasi sąsiedzi z frontu, Mahsen i Bi Maryam mieszkali w domku tak małym jak nasz, drzwi w drzwi. Jego nazywano Mahsenem, bez żadnego tytułu grzecznościowego; ją zawsze tytułowano Bi Maryam. Mahsen był posłańcem w Urzędzie Miejskim: niskim, szczupłym mężczyzną, z pewnością zaszczuwanym przez szkolnych osiłków jako dziecko. Budzący respekt oficjalny tytuł „Posłańca” był o tyle zwodniczy, że tak naprawdę nie przenosił on żadnych wiadomości. Wysyłano go we wszystkich sprawach, jakie nastręczyły się oficerom i urzędnikom: przynieść akta, odnieść akta, odprowadzić kogoś na dworzec, kupić coś zimnego, papierosy, bułkę, pójść na targ, zabrać zepsuty wentylator – nigdy niekończąca się krzątanina, zgiełk biurowego życia. („Żwirowe serce” [A Gravel Heart], 2017, s.307).

Żywym ludziom obcinali dłonie i stopy. Potem je wędzili. Miliony ofiar króla

Urzędnicy pracujący w najważniejszych instytucjach Unii Europejskiej codziennie mijają pomnik zbrodniarza.

zobacz więcej
Sprawnie napisane. Wystarczy akapitu, by wyczuć melancholię losu Mahsena, melancholię małego miasteczka i szczupłego popychadła, jałowość biurowego wiru. Czy jednak rzeczywiście jest to proza, która ujawnia nową prawdę o człowieku i wysadza świat w powietrze?

Coraz częściej myślę, że problemem nie są Noble kontrowersyjne – dla Tokarczuk, dla Fo, dla Dylana – lecz Noble całkowicie chybione, mokry proch, Noble dla literatów, którzy przeżywają nieznane innym katusze, wiedząc (o czym nie pozwoli im zapomnieć nawet uścisk króla i czek), że są solidnymi pisarzami drugorzędnymi.

Ale, jeśli Akademia Królewska nadal zamierza honorować literaturę postokolonialną, to ja osobiście nie mam nic przeciwko. Prosiłbym tylko, by w przyszłym roku dostrzeżono coś z literatury kazachskiej. Kirgijskiej. Bodaj i jakuckiej. Węzeł łączący tamtą metropolię i imperium nie jest słabiej zaciśnięty; owszem, wrzynał się głębiej.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Nagroda Nobla w dziedzinie literatury powędrowała w tym roku do tanzańskiego pisarza Abdulrazaka Gurnaha. Fot. FACUNDO ARRIZABALAGA/EPA/PAP
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Ten film zafałszował historię rewolucji w świecie win
Nawet Degustacja Paryska odbywa się tu w… jakimś ogrodzie na wsi.
Felietony Najnowsze wydanie
Chopin
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
W parku
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Czy da się pogodzić wiarę mojżeszową z lewacką ideologią?
Racje orędowników prawa do aborcji mogą być na gruncie judaizmu interpretowane jako pogańskie przesądy.
Felietony Poprzednie wydanie
Kwaśnych nie pijemy! Kiedy powinniśmy jednak za flaszkę zapłacić?
Kiedy i czy w ogóle dyskutujemy z sommelierem.