Rozmowy

Odwiedził dotąd 95 krajów plus Naddniestrze czy Górski Karabach. Odbył nawet podróż do piekła

Zwiedzałem atol Bairiki, gdzie znajduje się stolica Kiribati – Tarawa. Wybrałem się pod budynek parlamentu, który ma ciekawą architekturę. W barze przy parlamencie poznałem lokalsów – jeden był w krótkich spodenkach, boso. Okazało się, że ów dżentelmen jest ministrem komunikacji, transportu i turystyki Kiribati – opowiada Marek Kotlarski, podróżnik, historyk sztuki.

TYGODNIK TVP: Pandemia zmieniła pana plany podróżnicze?

MAREK KOTLARSKI:
Niewątpliwie tak. Pandemia stanowi duże utrudnienie. Część krajów jest nadal zamkniętych, choćby Japonia, Australia czy Nowa Zelandia. Poza tym, jeżeli nawet uruchomiono połączenia lotnicze z danym krajem, to w pandemii najgorsza jest niepewność i nieprzewidywalność. Pojawia się obawa – zwłaszcza w przypadku dalszych podróży – że w danym kraju mogą nagle zmienić się przepisy sanitarne i można utknąć na kilka tygodni w miejscowym hotelu.

Pandemia zaburzyła też strukturę moich podróży. Dotychczas planowałem jedną dłuższą podróż w roku, tzn. trwającą miesiąc, ponad miesiąc – odwiedzałem wtedy kraje, których nie da się zwiedzić w tydzień, takie jak Indie, Iran czy Japonia. I kilka krótszych podróży, głównie po Europie – związanych zazwyczaj z wystawami czasowymi w różnych muzeach, przykładowo z wystawą obrazów Rembrandta w Berlinie, Caravaggia w Mediolanie, Velázqueza w Wiedniu i Paryżu. Teraz wszystko się zmieniło…

Podróżowanie w czasie pandemii nie jest jednak niemożliwe. Ostatnio wrócił pan z Libanu.

Pierwszy raz byłem w Libanie w 2006 roku, czyli krótko po zakończeniu II wojny libańskiej. Zwróciło wtedy moją uwagę, jak szybko Bejrut (przebywałem głównie w stolicy) podnosi się ze zniszczeń wojennych. One oczywiście były widoczne – szereg budynków do tej pory stanowi pamiątkę kilkudziesięciu lat wojen – ale widać było, że nieprzypadkowo mówi się o Libańczykach, że są potomkami Fenicjan. Życie szybko zaczęło tam wracać do normalności.
Świątynia Bachusa (tzw. Mała Świątynia) stojąca w ruinach Baalbek, starożytnego miasta w Libanie, w okresie hellenistycznym znanego też jako Heliopolis (Miasto Słońca). Fot. Diego Cupolo/NurPhoto via Getty Images
W tym roku miałem okazję zobaczyć, jak ten kraj funkcjonuje po strasznej tragedii, jaką był wybuch w porcie bejruckim w 2020 roku. Ale tym razem zwiedzałem nie tylko Bejrut. Wyniosłem z tej wyprawy wiele wrażeń, zarówno pozytywnych, jak i smutnych. W mojej pamięci utkwił widok niekończących się kolejek samochodów, które czekały na stacji po benzynę.

Galopująca inflacja, kryzys ekonomiczny, jak i polityczny sprawiają, że Libańczykom trudno jest się podnieść. Cały czas odczuwalny jest oddech sąsiadów ze wschodu i południa. Niemniej jednak Liban nie jest – jak można przeczytać w mediach – państwem upadłym. Szczęśliwie od kilku tygodni ten kraj ma wreszcie rząd, można mieć więc nadzieję, że normalność w pełnym tego słowa znaczeniu zacznie tam powracać.

Natomiast kraj jest przepiękny. Odwiedziłem między innymi Baalbek – jedno z najlepiej zachowanych miast antycznych, w jakich byłem. W Europie trudno znaleźć tak dobrze zachowane, pokazujące układ miasta antyczne ruiny. Porównywalne z Baalbekiem są chyba tylko Dżarasz w Jordanii i Efez w Turcji.

Sztuka dla pana, historyka sztuki, stanowi sens podróżowania?

Po pierwsze, interesują mnie ludzie. Zawsze staram się zobaczyć, jak wygląda życie codziennie w danym miejscu. Dlatego nawet jeżeli wybieram się w podróż do miejsc popularnych, to i tak staram się schodzić z utartych turystycznie szlaków. A po drugie – sztuka. Staram się poznać sztukę miejscową, architekturę, lokalne muzea.

Wracając do ostatniej podróży do Libanu – położyłem duży nacisk na poznanie duchowości maronickiej, która zawsze mnie fascynowała. W VII wieku po podboju tych terenów przez Arabów, maronici uciekli w góry. Osiedli w dolinie Kadisha, jednym z najpiękniejszych miejsc w Libanie – wypełnionym klasztorami, pustelniami, kaplicami, związanymi z kultem maronickim. W Europie panowało przekonanie, że maronici wymarli. Ale gdy pojawili się krzyżowcy, to odkryli, że cały czas żyje tam społeczność chrześcijańska.

Miałem możliwość spotkania się z patriarchą maronickim kard. Bécharą Boutrosem Raïem (w jego letniej rezydencji), który – jak się okazało – jest przemiłym człowiekiem, wiedzącym wiele o Polsce i dość często odwiedzającym nasz kraj.

Do jakich krajów – poza Libanem – udało się panu w trakcie pandemii pojechać?

Parada faraonów, czwarta piramida i nowy Kair. Czego nie widać z Hurgady

Największe emocje budzi inauguracja Wielkiego Muzeum Egipskiego w Gizie. Ma się odbyć pod koniec roku i trwać 12 dni.

zobacz więcej
Nadrabiam europejskie „zaległości”. Na przykład zwiedzałem pałace na Węgrzech. Przed wyjazdem do Libanu spędziłem prawie trzy tygodnie w Bawarii – wreszcie zobaczyłem bajkowe zamki i pałace Ludwika Szalonego.

Jakie są pana ulubione kierunki podróżnicze?

Każdy jest ulubiony. Ale mam oczywiście swoje słabości. Na przykład – z racji zamiłowania do sztuki hiszpańskiej – przygodą jest dla mnie każda podróż do Hiszpani. Z kolei Japonia zafascynowała mnie swoją innością, filozofią życia, stosunkiem do obcokrajowców, które są nieporównywalne do tego, co znamy z kultury zachodniej. Japończycy wobec przyjezdnych są nieco zdystansowani, ale bardzo grzeczni – gdy o coś się ich zapyta, przykładowo o drogę, to jeżeli nie są w stanie przekazać wskazówek po angielsku, potrafią zaprowadzić turystę w dane miejsce.

Lubię Bliski Wschód. Tamtejszy ruch i hałas na ulicach. O ile nie jest to oczywiście zbyt męczące, tak jak na przykład w Egipcie. Poza tym mam olbrzymią słabość do Oceanii. Jeśli istnieje raj na ziemi, to właśnie tam. Wspomnienia z Tonga, Kiribati, Palau, czy Wysp Marshalla są niezapomniane. Można tam doświadczyć piękna natury, spokoju, oddechu od zgiełkliwej cywilizacji. Do tego na każdym z tych archipelagów ludzie są niezwykle otwarci i przyjaźni.

Wspomniał pan o zamiłowaniu do sztuki hiszpańskiej. Dlaczego akurat ona?

Bo jest taka jak Hiszpania: nieokiełznana i żywiołowa (czasem aż do przesady). Gdy patrzymy na dzieła architektury hiszpańskiej, szczególnie barokowej, to widzimy bogactwo form (w tym bogactwo materiałów). Jestem miłośnikiem hiszpańskiego malarstwa barokowego. Moim ulubionym malarzem jest Diego Velázquez. Choć lubię też innych siedemnastowiecznych mistrzów, takich jak Bartolomé Esteban Murillo, Francisco de Zurbarán czy Jusepe de Ribera.

W jakim kraju spotkał się pan z największą otwartością lokalnej społeczności?

Podczas mojej pierwszej podróży do Libanu poznałem młodych Ormian. Spędzałem z nimi czas. Zapraszali mnie do swoich domów. Z jedną z rodzin ormiańskich spędziłem sylwestra. Zapoznali mnie z lokalnym liderem społeczności ormiańskiej, który wypytywał mnie o różne kwestie, m.in. o Polskę. Na koniec podarował mi swój różaniec. Ormiańsko-libańscy przyjaciele powiedzieli, że był to przejaw najwyższego zaufania i szacunku do mnie.
A przytrafiły się panu sytuacje niebezpieczne, w których na przykład obawiał się pan o swoje życie?

Zdarzało się, że czułem się niepewnie. Ale nie spotkały mnie jakieś drastyczne sytuacje, które wywołałyby we mnie paniczny strach. Gdy podróżowałem trzydzieści lat temu, to właściwie nie bałem się niczego. Teraz na kwestie bezpieczeństwa zwracam uwagę. Natomiast zmroziła mnie informacja z grudnia 2020 roku o moim przyjacielu z Austrii, Florianie, którego poznałem w Stepanakercie (Górski Karabach), a który został zamordowany – na tle rabunkowym – w Meksyku.

Gdzie pan często wraca?

Do krajów europejskich, w których cały czas odkrywam nowe miejsca, tak jak ostatnio Bawarię. Jestem też zakochany w Stanach Zjednoczonych, które są niezwykle różnorodne – znajdziemy tam wszystko, od lodowców na Alasce, po karaibskie plaże na Florydzie. Uwielbiam Nową Anglię, która jest naprawdę sielska, tak jak w cukierkowych amerykańskich filmach. Poza tym znajduje się tam wiele muzeów z fantastycznymi zbiorami sztuki. Kilka lat temu zrobiłem objazd po stanach Nowej Anglii. I w każdej mieścinie, szczególnie tam, gdzie jest college albo uniwersytet, znajdowało się muzeum z eksponatami klasy światowej.

Zdaje się, że w każdym kraju odwiedza pan muzea.

Tak, łącznie pewnie było ich kilka tysięcy.

Które zrobiło na panu największe wrażenie?

Mam słabość do Prado w Madrycie. Ale to wynika z mojej miłości do sztuki hiszpańskiej. Są muzea, które każdy człowiek interesujący się sztuką, a zwłaszcza historyk sztuki, musi zobaczyć, jak Ermitaż czy Luwr. Choć są też przepiękne mniejsze muzea, nieporównywalne skalą z tymi kolosami. Ale one również zachwycają atmosferą, prezentacją dzieł sztuki, zgromadzonymi eksponatami. Chociażby Hospital de Tavera w Toledo – niewielkie muzeum, w którym znajdziemy m.in. arcydzieła El Greca.

Jednym z moich ulubionych muzeów jest Frick Collection w Nowym Jorku – niezbyt duże, ale fantastycznie położone, w pałacyku przy 5 Alei. Brylantem jest paryskie Musée Jacquemart-André. Ale cały czas odkrywam coś nowego. Podczas pobytu w Bawarii, w Starym Zamku Schleißheim natrafiłem na kolekcję etnograficzną, której motywem przewodnim była ludowa religijność w chrześcijaństwie, judaizmie i islamie. Myślałem, że przemknę przez nią szybko, ale utknąłem tam na kilka godzin. To był świat ludowego postrzegania wiary, ludowych obrzędów. Widziałem ceramiczne szopki z Ameryki Południowej, były też oczywiście szopki krakowskie. Ekspozycja pokazywała, jaki jest stosunek do religijności w różnych częściach świata. To było fascynujące.

Turystyka – najmniej kontrowersyjna forma globalizacji. Jak będzie wyglądać po koronawirusie?

Jak będzie wyglądała turystyka po koronawirusie? Kogo wpuszczać, a kogo nie? Straty sektora szacowane są nawet na 400 mld euro.

zobacz więcej
Jak to się stało, że zakochał się pan w sztuce?

Wychowałem się w Łowiczu. Ówczesna kolegiata, a obecnie katedra łowicka jest jednym z najpiękniejszych barokowych kościołów w centralnej Polsce. Jako dziecko byłem zafascynowany jej wnętrzem, chłonąłem każdą figurę, każdy obraz. To był początek, impuls, który pchnął mnie do tego, by coraz więcej czytać o sztuce, by jeździć i oglądać różne miejsca, które są ze sztuką związane – szczególnie ze sztuką dawną.

Czy są jakieś miejsca, w których pan jeszcze nie był, a szczególnie chciałby zobaczyć?

Wiele jest takich miejsc. Ale już pogodziłem się z tym, że świat jest tak duży i różnorodny, że nie dam rady odwiedzić wszystkich krajów. Tym bardziej, że dla mnie jest istotne, by spędzić w danym miejscu trochę czasu. Na Kiribati spotkałem Austriaka, który był w prawie wszystkich krajach. Tyle że on przyjechał tam na jeden dzień, żeby mieć pieczątkę w paszporcie.

Osobiście na Kiribati byłem przez tydzień. Przedostatniego dnia wydarzyła się zabawna historia. Zwiedzałem atol Bairiki, gdzie znajduje się stolica Kiribati – Tarawa. Wybrałem się pod budynek parlamentu, który ma ciekawą architekturę; został zbudowany na wzór tradycyjnej łodzi z tamtego regionu. W barze przy parlamencie poznałem lokalsów – jeden był w krótkich spodenkach, boso. Okazało się, że ów dżentelmen jest ministrem komunikacji, transportu i turystyki Kiribati. Zadzierzgnęliśmy więzy. To było jeszcze przed nawiązaniem stosunków dyplomatycznych między Polską i Kiribati. Można powiedzieć, że byłem na tym polu prekursorem (śmiech).

Przyznam, że chętnie wróciłbym do Afryki. Dawno tam nie byłem. Chciałbym wybrać się do Mozambiku. A także na Wyspy św. Tomasza i Książęcą, co może wydawać się nieoczywiste, jako że niewiele osób tam się wybiera.

Co pana pociąga w Afryce?

To, że jest kompletnie inna. Jest tam zupełnie inne poczucie czasu. My ciągle pędzimy, spoglądamy na zegarek. Gdy ogląda się obrazki z Afryki, to widać rozmywający się pod wpływem wysokiej temperatury krajobraz, jakby płynął – tak samo jest tam z czasem. Ale dla mnie Afryka zaczyna się na południe od Sahary. Maghreb geograficznie jest na kontynencie, natomiast kulturowo kraje północnej Afryki przynależą do innego obszaru. Fascynuje mnie Afryka subsaharyjska.
Marek Kotlarski z Rimetą Beniamina, ministrem komunikacji, transportu i turystyki Kiribati, styczeń 2014. Fot. archiwum MK
Podróż do Etiopii, w której spędziłem miesiąc, była jedną z największych przygód mojego życia. Odwiedziłem uniwersytet w Addis Abebie, mieszczący się w dawnym pałacu Hajle Sylassje. Cesarz podarował w latach 60. budynek uniwersytetowi, po tym jak w trakcie jego podróży do Brazylii w pałacu doszło do próby zamachu stanu przez dwóch wojskowych. Nie chciał mieszkać w pałacu, w którym zamordowano kilku członków jego rządu (w sypialni królewskiej nadal są ślady po kulach).

Spotkałem tam starszego, częściowo bezzębnego człowieka, który w łazience cesarza, wyłożonej marmurem karraryjskim, opowiadał historię swojego życia. Okazało się, że był kamerdynerem na cesarskim dworze, a po śmierci cesarza został pracownikiem uniwersytetu. Był jedną z ostatnich osób, która trwała przy zdemenciałym już władcy. Opowiadał o jego ostatnich dniach. Także o tym, jak po zamachu komunistów został uduszony we śnie (poduszką) przez Mengystu Hajle Marjama. Służba zorientowała się, że cesarz nie żyje, gdy nazajutrz zobaczyła na palcu Marjama sygnet Hajle Sylassie, którego cesarz nigdy nie zdejmował.

Podróżuje pan również po Polsce?

Oczywiście. Jestem zakochany w Dolnym Śląsku – zjeździłem go wzdłuż i wszerz. Ilością zabytków mógłby obdzielić kilka województw. Poza miasteczkami, z których wiele zachowało – co w Polsce jest rzadkie – średniowieczny układ urbanistyczny (chociażby Gryfów Śląski, Paczków czy Niemcza), znajdują się tam unikatowe barokowe kościoły i klasztory, absolutnie na najwyższym europejskim, ale i światowym poziomie (na przykład w Lubiążu, Krzeszowie, Henrykowie), a także niezwykłe zamki i pałace. Właściwie w każdej dolnośląskiej miejscowości można się natknąć na jakiś interesujący obiekt. Część zabytków niestety nadal jest zniszczona. Ale podróżuję po Polsce od lat i widzę, jak tym perłom architektury przywracana jest dawna świetność.

Jeżeli chodzi o Dolny Śląsk, to osobiście mam słabość do Kłodzka.

Kłodzko jest dla mnie najpiękniejszym miastem w Polsce. Ma także ciekawą historię. Mało kto wie, że po 1945 roku było przedmiotem sporu między Polską a Czechosłowacją, która za wszelką cenę chciała to miasto uzyskać dla siebie. Mimo zniszczeń – również powojennych, bo pierzeja rynku, kompletnie nieremontowana, zawaliła się pod koniec lat 50. – Kłodzko nadal ma w sobie mnóstwo niepowtarzalnego uroku. Średniowieczne miasto, na tle pięknych gór, z monumentalnym gotyckim mostem – to wszystko robi kolosalne wrażenie.

W 28 miesięcy dookoła świata. Wielka podróż przedwojennego harcerza

Do USA płynął z Żydami przebranymi za Beduinów. Zadziwił Duce, w Japonii był uwielbiany. A 90 lat później…

zobacz więcej
Czy w jakiś szczególny sposób przygotowuje się pan do wypraw?

Dawniej chwytałem plecak i po prostu wsiadałem do samolotu. Ale teraz – z racji upływającego czasu – chcę, by wyjazdy były jak najbardziej intensywne. Dlatego nawet do weekendowego wyjazdu solidnie się przygotowuję, rozpisuję, co chcę zobaczyć i tak dalej. Wyjazd do Indii miałem w całości zaplanowany, doskonale wiedziałem, co będę robił danego dnia.

Zazwyczaj podróżuje pan samotnie. Dlaczego?

Mam dość specyficzne cele podróży, które nie wszystkich pociągają. Uwielbiam zwiedzać cmentarze, nekropolie, czy wspomniane muzea. Zwiedzanie kilku muzeów dziennie nie każdemu odpowiada. Zdarza się, że wyjeżdżam też z przyjaciółmi, ale wtedy staram się wyważyć plany, by obie strony były zadowolone. Nie chcę, by doszło do sytuacji, w której jestem sfrustrowany, bo nie mogę czegoś zobaczyć, a oni, bo ich do czegoś zmuszam.

Byłem z moim przyjacielem na Tonga. Pamiętam, jak ostatniego dnia wynajęliśmy taksówkę, by pojeździć jeszcze po wyspie Tongatapu. Chcieliśmy zobaczyć rezydencję królewską Kauvai, która wyglądała raczej jak gospodarstwo. Po wyjściu z taksówki, gdy próbowaliśmy podejść bliżej, zatrzymał nas żołnierz, który oznajmił, że „nie można podchodzić, bo królowa jest w środku”. Staliśmy pod rezydencją, gdy po chwili wyszła królowa Halaevalu Mataʻaho, która pomachała nam na powitanie.

Zawsze zresztą poznaję kogoś na szlaku. Chociażby w komunikacji publicznej, bo jeżeli podróżuje się z kimś przez kilka godzin autobusem czy pociągiem, to naturalne, że zaczyna się rozmawiać. Wspomnianego Floriana z Austrii poznałem na ulicy w Stepanakercie, jako że wspólnie czekaliśmy na otwarcie ministerstwa spraw zagranicznych, żeby dostać wizy do Górskiego Karabachu. W Peru podróżowałem z Kimberley z Kanady, potem z dwiema Argentynkami. Do tego są lokalsi, z którymi często rozmawiam. Tak naprawdę to nigdy nie podróżuję sam.

Wspomniał pan o Peru – zdaje się, że jest to pana ulubiony kraj w Ameryce Południowej.

Tak, dlatego że było pierwszym krajem, jaki odwiedziłem na tym kontynencie. Gdy miałem nieco ponad dwadzieścia lat i podjąłem się pierwszej pracy, moim przełożonym był człowiek, który był w Peru jeszcze w latach 80. XX wieku. Jego opowieści o tym kraju mnie zafascynowały. Odtąd ciągle myślałem o Peru. Do tego dochodzi jeszcze miłość do książek Mario Vargasa Llosy.
Na wyspie Pangaimotu, Tonga, listopad 2003. Fot. archiwum MK
Ale każdy kraj Ameryki Łacińskiej jest wyjątkowy. Bardzo lubię Ekwador czy Brazylię, która jest wyjątkowa – jest tam wszystko, od pałaców cesarskich w metropoliach, zbudowanych w stylu europejskim, po dziką Amazonię.

Zjeździłem też całą Amerykę Środkową, która ze swoją żywiołowością, feerią barw, muzyką również jest wyjątkowa.

Żyjemy w dobie internetu, korzystamy ze skrzynek mailowych, mediów społecznościowych. Tymczasem pan w trakcie każdej podróży wysyła przyjaciołom, znajomym pocztówki. Po co pan to robi?

Wysłanie pocztówki jest czymś zupełnie innym, niż kontakt przez internet; czymś osobistym, wręcz intymnym. Tak było ostatnio w Libanie, gdzie dużo wysiłku kosztowało mnie znalezienie poczty, jak i kupienie pocztówek. Wypisując pocztówkę, na bieżąco dzielę się tym, co akurat danego dnia się wydarzyło, co przykuło moją uwagę. Wiele frajdy sprawia mi szukanie pocztówek, wypisywanie ich, a potem otrzymywanie – już za pośrednictwem smsa czy Facebooka – informacji, że pocztówka dotarła i wzbudziła radość.

Jestem pocztówkowym terrorystą do tego stopnia, że proszę znajomych, by również mnie przysyłali pocztówki z różnych miejsc. Mój kolega powtarza, że jest przeze mnie tak sterroryzowany, że pierwsze, co robi w nowym miejscu, to szuka poczty.

Realizowanie pocztówkowej pasji pewnie nie zawsze jest łatwe.

Jak byłem na Komorach, to w stolicy kraju, Moroni, znajdowała się tylko jedna poczta. Przyszedłem na nią i powiedziałem, że chcę kupić siedemdziesiąt znaczków. Wśród pracowników poczty wzbudziło to dyskusję. Jeden z pracowników odpowiedział mi, że nie można kupić siedemdziesięciu znaczków, tylko dziesięć.

Tak więc kupiłem dziesięć. Ale doświadczenia wyniesione z PRL-u spowodowały, że znalazłem sposób. Poprosiłem stojącą za mną panią, dając jej pieniądze, żeby kupiła mi kolejnych dziesięć znaczków. Tego dnia przyszedłem na pocztę jeszcze raz, tuż przed jej zamknięciem i kupiłem kolejnych dziesięć. Gdy z kolei następnego dnia znów się pojawiłem, prosząc o dziesięć znaczków, to ten sam pracownik poczty powitał mnie szerokim uśmiechem i powiedział: „You are so smart guy”.

Sanktuaria polskie. Co warto zobaczyć?

Ile jest sanktuariów w Polsce? Z pewnością ponad 1200.

zobacz więcej
Ile pocztówek znajduje się w pana kolekcji?

Pocztówki mam podzielone na dwie grupy. Pierwszą stanowią te od przyjaciół i znajomych. Mam ich ok. 2-3 tysiące. Druga grupa jest związana z serwisem Postcrossing, na którym mam założone konto. Za jego pośrednictwem ludzie z całego świata wysyłają sobie pocztówki (niektóre osoby podają w swoim profilu, jakiego typu pocztówki chciałyby dostać). W ramach uczestnictwa w serwisie otrzymałem prawie dziesięć tysięcy pocztówek i tyle samo wysłałem.

Jakie pocztówki lubi pan dostawać?

Związane z tym, co interesuje mnie w podróżach. Czyli pocztówki z zamkami, pałacami, kościołami, katedrami i ogólnie duchowieństwem, z monarchami, bibliotekami, ale i grobami królewskimi, kryptami…

Mówi pan o pocztówkach z grobami. Wcześniej pan powiedział, że lubi zwiedzać cmentarze. Niecodzienne zainteresowanie.

Lubię cmentarze, są niezwykle malownicze. Niektóre nekropolie są wręcz zachwycające. Cimitero Monumentale w Mediolanie jest jedną z największych galerii rzeźby pod gołym niebem. Znajdują się tam dzieła wybitnych artystów włoskich (i nie tylko) z końca XIX wieku i z XX wieku.

Chętnie też odwiedzam groby znanych kompozytorów, malarzy, pisarzy. A także nekropolie królewskie, co jest związane z moim zamiłowaniem do historii.

A jakiego rodzaju pamiątki przywozi pan z podróży?

Rzeczy związane z lokalną kulturą, wyroby lokalnych artystów. Kupując je w Afryce możemy przy okazji pomóc tym ludziom. Poza tym są to niezwykle piękne rzeczy. Pierwszy swój obraz zamówiłem właśnie w Afryce. W hotelu zobaczyłem obrazy, które mnie zachwyciły; właściciel hotelu skontaktował mnie z malarzem, u którego złożyłem zamówienie.

Z podróży przywożę też bardzo dużo książek. Nawet zbyt dużo, ale nie potrafię się opanować (śmiech).

W jednym z programów mówił pan, że z Rosji przywiózł pan trzydzieści osiem kilogramów książek.

Ale ostatnio, za sprawą podróży do Bawarii, pobiłem ten rekord. Byłem tam trzy tygodnie. I w każdym miejscu kupowałem przewodniki, katalogi wystaw, katalogi zbiorów itd.
Każde miejsce jest wyjątkowe. Jeżeli szuka się doznań artystycznych, to wystarczy wybrać się do Czech. Jeżeli chodzi o naturę, to (podobnie) można szukać jej dalej, jak i bliżej – mówi Kotlarski. Fot. archiwum MK
Nie mówiliśmy jeszcze o kuchni. Czy ona ma dla pana znaczenie podczas podróży?

Oczywiście. Zachwyciła mnie kuchnia japońska. W Japonii nie było ani jednego dnia, żebym czuł się pod tym względem zawiedziony. Podczas ostatniej podróży do Libanu, byłem w Zahlé w Dolinie Bekaa. Jest to miasto chrześcijańskie, słynące ze swojej kuchni. Opowiadano mi, że jeżeli w dowolnej restauracji libańskiej na świecie powie się, iż jadło się w Zahlé – i nie wzbudzi to entuzjazmu, to należy natychmiast wyjść z tej restauracji, gdyż nie będzie to prawdziwa kuchnia libańska. Właśnie w Zahlé jadłem jak dotąd najlepsze w moim życiu ghanoush oraz hummus.

Na drugim biegunie umieściłbym podróż do Indii, która była niezwykłym doznaniem kulturowym, artystycznym, przyrodniczym, ale pod względem kulinarnym – była to podróż do piekła. A to dlatego, że tam do wszystkiego dodaje się kolendry, która w Indiach (ale też m.in. na Kaukazie, w Gruzji czy Armenii) uchodzi za wyjątkowy przysmak, a mnie zupełnie odrzuca. Jeżeli tylko ją poczuję, to niczego nie zjem.

Mam zasadę, że chcę spróbować wszystkiego. Często próbuję czegoś pierwszy i ostatni raz. Na przykład w Chinach spróbowałem stuletniego jajka i… już go więcej nie zjem.

Podróżnik Przemysław Skokowski kilka lat temu – po powrocie z trwającej blisko rok wyprawy po świecie – na spotkaniu ze studentami podzielił się refleksją, że wiele mu przez ten czas umknęło. Jeden z jego przyjaciół popełnił samobójstwo, drugi się ożenił, jeszcze innemu urodziło się dziecko – tymczasem jego przy tym nie było; znajdował się wtedy na drugim końcu świata. Może pana wyprawy nie trwają aż tak długo, ale ponad miesiąc to też sporo czasu, do tego wyjeżdża pan często – nie ma pan wrażenia, że również panu coś umyka?

Jest to wpisane w podróże. Gdy byłem w Iranie, zginął syn mojego przyjaciela. Jestem z tą rodziną bardzo związany. To był dla mnie niebywały szok. Niestety nie mogłem być na pogrzebie. Choć powiedziałem przyjaciołom, że – z mojego punktu widzenia – może i stało się dobrze, że byłem wtedy za granicą, bo byłoby to dla mnie jeszcze trudniejsze do zniesienia.


Ma pan listę odwiedzonych krajów?

Listy nie mam. Ale pamiętam, że dotychczas odwiedziłem dziewięćdziesiąt pięć krajów. Takich, które są uznawane na arenie międzynarodowej – nie liczę bytów, jak Górski Karabach czy Naddniestrze.

Gdyby z tych dziewięćdziesięciu pięciu mógł pan polecić czytelnikom jeden, to który by to był?

Trudne pytanie, bo każde miejsce jest wyjątkowe. Wszystko zależy od tego, czego się szuka. Jeżeli doznań artystycznych, to nie trzeba jeździć daleko. Wystarczy wybrać się do Czech. Mam sympatię do Czechów, do ich stylu życia. Ponadto uwielbiam tamtejsze zamki i pałace, które są doskonale zachowane – w większości przekształcono je w muzea. Chociażby pałac w Lednicach, pałac biskupi w Kromieryżu, czy zamek w Czeskim Krumlovie – wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO – są absolutnie cudami architektury.

Jeżeli chodzi o naturę, to (podobnie) można szukać jej dalej, jak i bliżej. Dla mnie niezwykłym doznaniem było ujrzenie w Tromsø zorzy polarnej. Stałem na zamarzniętym jeziorze, a nade mną płynęła zorza. Takie doznanie zapiera dech i odbiera mowę.

– rozmawiał Łukasz Lubański

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


We wtorek 12 października o godz. 21:15 TVP Dokument wyemituje program z cyklu „Barbara Włodarczyk zaprasza” – „Liban Wybuch gniewu”.
Zdjęcie główne: Marek Kotlarski w Petrze (Jordania), listopad 2014. Fot. archiwum MK
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
„Papieżokopter” na heliporcie za Spiżową Bramą i tysiące...
Z Watykanu lecą z Ojcem Świętym zapas makaronu, sos pomidorowy, oliwa, czosnek, parmezan i woda. Plus igły i nici.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Mikrofon, pióro i SB
Wspomina Jarosław Abramow-Newerly.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Za granicą Polacy działają w pojedynkę i w niezgodzie
W tej chwili Ameryka wie wystarczająco dużo o sytuacji na granicy, by stać po stronie Polski – mówi prof. Ewa Thompson z Rice University.
Rozmowy wydanie 19.11.2021 – 26.11.2021
Transseksualiści to osoby zaburzone
„Niezgodność płci” jest tym samym, czym anoreksja – uważa psycholog.
Rozmowy wydanie 19.11.2021 – 26.11.2021
Epitet „faszysta” wprowadziła propaganda komunistyczna
„Faszysta” stał się tym, kogo się nienawidzi i chce wykluczyć z przestrzeni publicznej.