Felietony

Przekłute balony pychy. Gorzka pigułka dla autorytetów III RP

Według „Kisiela” było czymś żenującym, że niektórzy emigranci marcowi de facto bagatelizowali dramat czasów stalinowskich, w tym mordowanie akowców czy pogrom Żydów w Kielcach. Jego zdaniem, kreślili oni obraz historii Polski wyłącznie z własnej perspektywy. A że w ramach walk wewnątrz PZPR oberwało im się od „partyzantów”, to uznali, że Marzec’68 był największym koszmarem nad Wisłą.

U progu III Rzeczypospolitej mądrością objawioną dla starych i nowych elit polskich stał się liberalizm. Klęska realnego socjalizmu spowodowała przestawienie wajchy. Z jednej strony środowiska opiniotwórcze agitowały za nadchodzącymi wielkimi zmianami, z drugiej – politycy podejmowali decyzje przecierające szlak transformacji ustrojowej.

Stefan Kisielewski był wówczas guru polskiego liberalizmu (choć niejedna jego myśl wywoływała na salonach kontrowersje), a to głównie dlatego, że nigdy nie żywił złudzeń wobec obietnic składanych przez komunistów. Centralne planowanie w gospodarce zawsze postrzegał jako absurd. Jednocześnie przychylnie odnosił się do wszelkich inicjatyw władzy PRL, które oznaczały stopniowe odchodzenie od marksistowsko-leninowskiej doktryny państwa na rzecz rozwiązań kapitalistycznych. Nie szczędził również krytyki Solidarności jako związkowi zawodowemu.

Brutalna szczerość

Tym jednak, co warto przypomnieć przy okazji przypadającej 27 września 30. rocznicy śmierci „Kisiela” (bo takiego używał on pseudonimu) nie są wcale jego poglądy w kwestiach ekonomicznych. Urodzony w roku 1911 publicysta, prozaik, kompozytor, krytyk muzyczny miał bardzo szerokie zainteresowania. Jego uwadze nie umykały choćby konflikty między frakcjami w PZPR czy odpowiedź Kościoła katolickiego w Polsce na Sobór Watykański II. I o tym świadczą wydane w roku 1996 – a więc już po śmierci Kisielewskiego – „Dzienniki”.

Trzeba zacząć od tego, że były one pisane właściwie „do szuflady”. W trakcie opozycyjnych wystąpień studentów w marcu 1968 roku „Kisiel” naraził się władzy PRL, mówiąc na zebraniu Związku Literatów Polskich o „dyktaturze ciemniaków” (jak potem wyjaśniał, słowa te odnosiły się konkretnie do działań cenzury). W efekcie otrzymał trzyletni zakaz publikacji. Na domiar złego w bramie kamienicy na jednej z warszawskich ulic został pobity przez „nieznanych sprawców”.

„Dzienniki” powstawały w latach 1968-1980. I mimo że od roku 1971 Kisielewski znowu mógł publikować, to nadal nie zamierzał oddawać ich do rąk czytelników. Pozwalał więc w nich sobie na brutalną szczerość. W „Dziennikach” dostało się nie tylko komunistom, ale i ludziom, którzy w Polsce po roku 1989 zaczęli uchodzić za autorytety.

Gomułka to nie antysemita

Marzec urządzili nam Sowieci

Piotr Gontarczyk: Nie ma powodów, dla których Polacy mieliby przepraszać za antyżydowską nagonkę z 1968 roku.

zobacz więcej
Przede wszystkim „Kisiel” odrzucał wizję wydarzeń marcowych lansowaną później w III RP. Można przywołać choćby – nie tak przecież dawne – dyskusje, które rozgorzały w 50. rocznicę Marca’68. Z kręgów lewicowo-liberalnych dochodziły wówczas donośne głosy, że reżim Władysława Gomułki oskarżając swoich realnych i wydumanych przeciwników o „syjonizm”, kierował się tak naprawdę nie komunizmem, lecz polskim nacjonalizmem. Wysnuwano z tego wniosek, że PZPR była… formacją prawicową, która pozwoliła społeczeństwu polskiemu dać upust swojemu antysemityzmowi. Oczywiście takie wywody miały dostarczać argumentów w bieżących sporach – chodziło o postponowanie rządzącej Polską prawicy.

Tymczasem Kisielewski nie przeczył, że w roku 1968 doszło do nagonki na osoby narodowości żydowskiej czy pochodzenia żydowskiego. I sięgnięcie po antysemicką kartę zdecydowanie potępiał. Ponadto wskazywał, że na masowej emigracji Żydów – postrzeganych przez niego jako kulturotwórcza mniejszość – stratna będzie Polska.

Ale jednocześnie nie popadał w bezkrytyczny, politycznie poprawny, filosemityzm. Twierdził, że retoryka „antysyjonistyczna” była przede wszystkim narzędziem w walkach różnych ośrodków w PZPR o władzę, a nie wyrazem czyichś przekonań o znaczeniu politycznym. Nie odnosiła się zatem ona do tego, co stanowiło istotę konfliktu w strukturach władzy PRL oraz konfrontacji systemu komunistycznego z opozycją.
Wiec w warszawskich Zakładach Elektroniki Motoryzacyjnej. Propagandowa masówka poparcia dla polityki partii po wydarzeniach Marca '68. Fot. PAP/Stanisław Dąbrowiecki
Do dziś krąży mit o tym, że Gomułka oraz symbolizujący rozprawę ze studentami w roku 1968 ówczesny minister spraw wewnętrznych Mieczysław Moczar stali na czele „narodowego” nurtu PZPR wojującego z komunistami o żydowskich korzeniach. Tymczasem „Kisiel” dowodził wprost, że obydwaj ci politycy nie należeli do jednej zwartej grupy. Gomułka nie był antysemitą, zresztą pochodzenie żydowskie miała jego żona. On sam dał się wciągnąć w rozgrywkę Moczara.

Ten pod pretekstem walki z „syjonizmem” (według Kisielewskiego, był człowiekiem bezideowym) chciał się pozbyć z PZPR, a nawet z Polski, ludzi będących jego rywalami w obrębie systemu. W czasach stalinowskich zajmowali oni ważne stanowiska w bezpiece, sądownictwie, wojsku. Wraz z „odwilżą”, która się zaczęła w październiku 1956, dokonali zwrotu, uznając terror okresu stalinowskiego za błąd. Nawrócili się na marksistowski rewizjonizm. W ich gronie znaczącą rolę odgrywały osoby mające korzenie żydowskie. W okresie okupacji niemieckiej przebywały one w ZSRR, podczas gdy Moczar i związani z nim ludzie prowadzili działalność partyzancką na terenach zajętych przez Niemców. Stąd nazwa jego frakcji – „partyzanci”.

Gomułka wierzgał Stalinowi, Chruszczowowi, Breżniewowi. Nie ciągle i nie stale, ale kiedy walczył o swoje, wierzgał

Miał silne poczucie tego, co polskie, a co sowieckie, niczym chłop na własnej ziemi.

zobacz więcej
Jak czytamy w „Dziennikach”, antagoniści Moczara zarzucali „partyzantom” antysemityzm. Z kolei tamci postanowili na nich napuścić „młode pokolenie komunistycznych byczków” i wytoczyć „antysyjonistyczną” artylerię. Tak doszło do wydarzeń marcowych.

Tyle że, jak zauważał jednak „Kisiel”, Gomułka już po kilku miesiącach nakazał wycofanie się z „antysyjonistycznych” haseł. A Moczar został zdjęty ze swojej funkcji.

Ciekawy fragment w „Dziennikach” stanowi komentarz Kisielewskiego dotyczący relacjonowania Marca’68 na łamach paryskiej „Kultury”. Publicysta wypominał jej szefowi – Jerzemu Giedroyciowi, że publikował teksty osób, dla których wydarzenia marcowe były czymś najgorszym w dziejach Polski od zakończenia drugiej wojny światowej. Takie opinie formułowali emigranci „pochodzeniowi” mający za sobą komunistyczną przeszłość.

Dla „Kisiela” było czymś żenującym, że osoby te de facto bagatelizowały dramat czasów stalinowskich, w tym mordowanie akowców czy pogrom Żydów w Kielcach. Jego zdaniem, kreśliły one obraz historii Polski wyłącznie z własnej perspektywy. A że w ramach walk wewnątrz PZPR oberwało im się od „partyzantów” (zostały zmuszone czy skłonione do emigracji), to uznały, że Marzec ’68 był największym koszmarem nad Wisłą od momentu, w którym ster rządów przejęli komuniści. Epatowanie przez tych ludzi tym, że zostali ofiarami polskiego antysemityzmu, miało z nich zdjąć odium wcześniejszego zaangażowania w stalinizm.

W dzisiejszej Polsce tamta sytuacja może się kojarzyć z politykami postkomunistycznymi, którzy przyłączywszy się do „obrońców demokracji” występują przeciw prawicy. Wystarczy, że zatańczą, jak im zagra „Gazeta Wyborcza”, a w niepamięć zostaje im puszczone to, co jeszcze ponad trzy dekady temu robili jako funkcjonariusze PZPR.

Boje z „Tygodnikiem Powszechym”

Innym ważnym wątkiem w „Dziennikach” są sprawy dotyczące stosunków państwo-Kościół. Kisielewski był przez długi czas związany z „Tygodnikiem Powszechnym”, a więc medium promującym progresywne tendencje w obrębie katolicyzmu.
Oficjalnie rozbrat z tym pismem publicysta wziął po roku 1989. „TP” opowiedział się po stronie obozu Tadeusza Mazowieckiego. „Kisiel” nie podzielał tej linii redakcyjnej, czemu chciał dawać wyraz w felietonach. I to właśnie kolizja między innymi na tym tle doprowadziła do rozstania publicysty z „Tygodnikiem”.


Tytułem dygresji warto odnotować, że w roku 1990 Kisielewski namawiał do głosowania w wyborach prezydenckich na Lecha Wałęsę, który wówczas jeszcze startował z prawicowym i dekomunizacyjnym programem. Wcześniej publicysta, deklarujący się jako konserwatywny liberał, był – obok między innymi Janusza Korwin-Mikkego – jednym z założycieli stowarzyszenia Ruch Polityki Realnej przekształconego potem w partię Unia Polityki Realnej.

Wracając do „Dzienników”, możemy się z nich dowiedzieć, że „Kisiel” negatywnie oceniał to, co po Soborze Watykańskim II robił Jerzy Turowicz jako redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego” (skądinąd obydwaj panowie się przyjaźnili). Krytyka ta odnosiła się do podejmowanych przez „TP” prób przeszczepiania na grunt polski fermentu, który się zaczął w Kościele w krajach zachodnich. Kisielewski zarzucał pismu, że na jego łamach nie dostrzega się problemów specyficznie polskich, wynikających z faktu, że katolicki kraj znalazł się w rękach marksistów.
Spotkanie z Szymonem Wiesenthalem (drugi z lewej) w redakcji „Tygodnika Powszechnego” w Krakowie w roku 1994. Widoczni m.in. Witold Bereś (trzeci z lewej), Jerzy Turowicz (trzeci z prawej) i Władysław Bartoszewski (drugi z prawej). Fot. Grzegorz Kozakiewicz / Forum
Publicysta nie przebierał w słowach – choćby w tym zdaniu: „Sumienia ludzi są tu codziennie gwałcone, co dzień, na wszystkich zebraniach, w szkole, w pracy głosić trzeba marksistowskie kłamstwa, a »Tygodnik«, jakby drukowany na bezludnej wyspie, zajmuje się synodem czy soborem oraz drażnieniem prymasa”.

Mimo że realny socjalizm należy do przeszłości, to te uwagi „Kisiela” zachowują o tyle aktualność, że i obecnie w Polsce są kręgi katolickie, w których oczekuje się od papieża i biskupów sformułowania progresywnej agendy. A jedną z ich medialnych tub jest właśnie „Tygodnik Powszechny”. Są ludzie, którzy naiwnie sobie wyobrażają, że jak Kościół w swoim nauczaniu zacznie przytakiwać żądaniom wysuwanym przez zwolenników ekologizmu, elgiebetyzmu, feminizmu, multikulturalizmu, to przywiedzie ich do chrześcijaństwa.

Dlatego „Dzienniki” Kisielewskiego można traktować nie tylko jako książkę o czasach minionych. Pewne mechanizmy w życiu politycznym i społecznym wydają się być stałe. Ale tym, co pozostaje szczególnie cenne w książce „Kisiela” to przekłuwanie balonów pychy – przypadłości wielu osób, które w III RP urosły do rangi autorytetów.

– Filip Memches

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Stefan Kisielewski
Zdjęcie główne: Stefan Kisielewski. Fot. PAP/Witold Rozmysłowicz
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Ten film zafałszował historię rewolucji w świecie win
Nawet Degustacja Paryska odbywa się tu w… jakimś ogrodzie na wsi.
Felietony Najnowsze wydanie
Chopin
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
W parku
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Czy da się pogodzić wiarę mojżeszową z lewacką ideologią?
Racje orędowników prawa do aborcji mogą być na gruncie judaizmu interpretowane jako pogańskie przesądy.
Felietony Poprzednie wydanie
Kwaśnych nie pijemy! Kiedy powinniśmy jednak za flaszkę zapłacić?
Kiedy i czy w ogóle dyskutujemy z sommelierem.