Rozmowy

Przodkowie ożyli na stodołach

Znajomy, któremu namalowałem na stodole jego dwóch dziadków stwierdził, że fajnie tak na nich popatrzeć, idąc do pracy. Człowiek nie ma czasu chodzić na cmentarz, aby ich odwiedzić, a tu ma ich blisko siebie, w zasięgu ręki – mówi artysta street artowy Arkadiusz Andrejkow z Sanoka.

Jest autorem projektu „Cichy Memoriał”, w którego ramach tworzy murale – a właściwie drewnale, czyli wielkoformatowe malunki na drewnianych domach, stodołach, szopach, drewutniach – inspirowane starymi fotografiami mieszkańców wsi, często już nieżyjących. Malunki mają zachować pamięć o nich i o lokalnej historii. Dotąd powstało ponad 110 drewnali, między innymi w Wielkopolsce i Małopolsce, a przede wszystkim na Podkarpaciu, Lubelszczyźnie i Podlasiu.

Od 30 września artysta przez kilka dni będzie wykonywał cykl prac „Cichy Memoriał – Grybowska Saga”, które upamiętnią różnorodność narodową, wyznaniową i kulturową tego regionu: Polaków, Łemków i Żydów. Do tej pory uwiecznił między innymi postać lokalnego doktora Jana Dębowskiego, zabitego w Katyniu, czy Michała Romaniaka z rodzicami Wasylem i Anastazją, którzy zostali wygnani z Florynki podczas akcji „Wisła”.



TYGODNIK TVP: Co jest takiego pociągającego w codzienności nieżyjących mieszkańców wsi, że chce pan to uchwycić w swoich muralach?

ARKADIUSZ ANDREJKOW:
Przede wszystkim prostota i powszedniość danej sytuacji czy chwili. Przekaz ten jest dość bezpośredni i czytelny dla odbiorcy. Nie ma w nim górnolotnych wydarzeń. Tylko proste czynności i prace, które wtedy wykonywało się na wsiach, jak choćby prace polowe. Upamiętniam ludzi, którzy nie zapisali się na kartach historii, nie widnieją w książkach, albumach, na tablicach, pomnikach. Żyli natomiast blisko nas, na wyciągnięcie ręki. Mieli podobne problemy jak my. Możemy się więc z nimi utożsamić. I to mnie najbardziej inspiruje.

Odkrył pan malarski potencjał w stodołach i szopach, na których wyraźnie widać ślad czasu. Skąd pomysł, że to odpowiednie miejsca dla murali?

Takie nietypowe miejsca do pokazania ekspresji artystycznej interesowały mnie od zawsze. Zacząłem malować w wieku 17 lat. Początkowo byłem typowym graficiarzem, ubierającym się w szerokie spodnie, bluzę z kapturem, słuchającym hip-hopu, który nocą nielegalnie maluje na ścianach budynków, garaży kolorowe litery czy tagi. Miałem poczucie, że tworzę jakąś subkulturę. Malarstwo na tyle mocno siedziało w mojej głowie, że cały czas szlifowałem swoje umiejętności. Kolejnym etapem było tworzenie realistycznych portretów, mimo że nikt w mojej rodzinie nie wykazywał takiego talentu. Potrafiłem na przykład zgrabnie skopiować twarz z gazety. Miałem więc jakieś zajęcie, jakąś pasję i przekonanie, że może to być dla mnie właściwa droga w życiu, która w przyszłości może przynieść jakiś większy rozwój, perspektywę na pracę. I tak to powoli ewoluowało. Później pojawiły się legalne prace na ścianach, więc można było tworzyć w ciągu dnia. Na tyle się spodobały, że posypały się różne komercyjne zlecenia, jak choćby namalowanie w pokoju piłkarza czy księżniczki.
Arkadiusz Andrejkow. Fot. Adam Golec
Szybko mi się to jednak znudziło. Wciąż poszukiwałem niebanalnych podłoży na malunek, jakichś składów drewna, pustostanów, filarów pod mostami, czyli takich ścian „z charakterem”, gdzie czas odcisnął swoje piętno. Nie naprawiałem ich, ale je gruntowałem. Chciałem ich brzydotę i niedoskonałość wykorzystać jako podobrazie, jako element kompozycji. Chodziło też o to, aby malować minimalistycznie – użyć takiej liczby farb i sprayów, żeby móc cały swój warsztat malarski spakować do plecaka i stworzyć pracę w ciągu 20 minut.

Ta fascynacja połączyła się później z zainteresowaniem starymi fotografiami. Łączyła je przede wszystkim pewna surowość. W 2008 roku, w ramach przygotowywanego na studiach artystycznych dyplomu z malarstwa tradycyjnego na płótnie, powstał cykl prac pod tytułem „Sprawy rodzinne”, w których wykorzystałem dostępne w moim domu dawne zdjęcia – z mojej rodziny od strony taty. Było w tym cyklu dużo interpretacji. Na przykład powiększałem komuś spodnie, czy robiłem koronkę na marynarce. Na jednym z obrazów, gdzie była cała rodzina, usunąłem postać wujka, pozostawiając w tym miejscu biały kolor, tak jakby było wycięte nożyczkami. I podpisałem: „Wujek w Ameryce”, bo faktycznie tak było. Później trochę się zdenerwował, że nie został namalowany. (śmiech)

Zainteresowanie stodołami jako miejscami do tworzenia zaczęło się w trakcie moich wędrówek po podkarpackich wioskach. Takich obiektów w pięknych okolicznościach przyrody jest sporo. I one mnie w pewien sposób urzekły. Na początku chciałem zrobić serię portretów na ścianach stodół przy głównej drodze w stronę Bieszczad, nad Solinę. Miały być to postacie bezimiennych dziadków, babć, zakapiorów z przypadkowych zdjęć internetowych. Chciałem, aby zmarszczki tych osób na portretach były takimi sękami, tak jakby wychodziły z tych desek. I żeby wszystko było takie monochromatyczne, w jednej tonacji. Pomysł ten ostatecznie porzuciłem i postanowiłem, że wykorzystam w tym celu stare zdjęcia dokumentujące nieżyjących ludzi z tych miejscowości, w których chciałem pomalować taką stodołę. I tak zrodził się projekt „Cichy Memoriał”.

Streetartowi artyści na wakacjach, czyli polska wieś w nowej odsłonie

Pod pędzel poszły stodoły, obory i kurniki.

zobacz więcej
Zbiegło się to w czasie z możliwością starania się o stypendium ministra kultury i dziedzictwa narodowego – otrzymałem na ten cel półroczne dofinansowanie i zacząłem tworzyć murale na drewnianych ścianach, nazwanych później przez obserwatorów mojej pracy deskalami. Po wygaśnięciu stypendium, projekt kontynuowałem i trwa on do dzisiaj.

Wiejska galeria sztuki robi ogromne wrażenie. Do tej pory powstało już ponad 110 murali, głównie w Małopolsce, na Podkarpaciu, Lubelszczyźnie i Podlasiu. Ale początki musiały być trudne, w końcu po raz pierwszy pracował pan na takim podłożu, co zapewne było wyzwaniem.

Najpierw powstały trzy prace na murowanym budynku gminnym z drewnianymi wrotami w miejscowości Załuże na Podkarpaciu. To były postacie listonoszy na koniach. Długo się zastanawiałem nad doborem farb, czy skrobać te deski szczotką, aby usunąć ich starość oraz brud, odsłonić jaśniejsze punkty i w ten sposób budować postacie światłem. Starałem się jednak pozostawić podłoże w takiej postaci, w jaką zostało ukształtowane przez czas. Ale mural nie był do końca udany. Miałem odczucie, że jeszcze nie uzyskałem efektu o jaki mi chodziło. Natomiast drugi i trzeci obraz już pozytywnie mnie zaskoczył. Poczułem niesamowitą swobodę tworzenia. Wystarczyło jedno, dwa pociągnięcia pędzla i z czasem obraz sam się wyłaniał.

Gdy zaczynałem, w okolicach Sanoka i w Bieszczadach, nie brałem od ludzi pieniędzy, tylko dobra natury, jak choćby jajka, miody, dżemy czy mrożone kurczaki. Dzięki temu miałem totalną wolność artystyczną. Sam dobierałem sobie zdjęcie, które chciałem uwiecznić na ścianie stodoły i tworzyłem wizerunek postaci po swojemu. Teraz takie działanie na zasadzie barteru w skali roku ma miejsce bardzo rzadko, ale nadal pracuję na luzie, po swojemu.

Jakie kryteria decydują o wyborze konkretnej fotografii?

Nie są to przypadkowe fotografie, ani przypadkowe postacie, bo chodzi o to, żeby namalować ludzi, którzy kiedyś żyli w danej miejscowości. Są to zazwyczaj dziadkowie czy rodzice właścicieli stodół. Gospodarze wysyłają mi zdjęcie takiej ściany oraz zdjęcie osoby zmarłej, z opisem jej historii. W pierwszej kolejności musi mnie urzec stodoła, żeby ściana była bez okien z fajnymi, starymi deskami. Jeśli się nadaje do pomalowania, wtedy wybieram starą fotografię, która ma być inspiracją do obrazu na ścianie.
O jej wyborze decyduje przede wszystkim światło, żeby nie było mdłe, żeby były na niej fajne kontrasty, że gdzieś na postaci jest ciemniej, gdzieś znowu jaśniej – wtedy jest szansa na realistyczny mural. Ważne jest też, aby to były wiejskie sceny, zrobione na zewnątrz. Najlepiej w ruchu, na przykład przy pracach wiejskich: żniwach, wykopkach czy przy zwierzętach gospodarczych. Scena ma być jak na najbardziej naturalna, bez sztuczności, pozowania, kreacji.

Pana deskale mają charakterystyczny styl. Postacie jakby „wychodzą ze ściany”, są dość subtelne i transparentne. W jaki sposób uzyskuje pan ten efekt?

Nie doszukiwałbym się tutaj żadnych podtekstów. Podchodzę do swojej pracy dość prostolinijne i to dzieje się samo.

Gospodarz przesyła mi zdjęcie stodoły i fotografie w dobrej rozdzielczości. Na tej podstawie robię sobie pierwszy projekt. Na zdjęcie stodoły rzucam sobie bohaterów murala – ich fotografię oczyszczoną z tła. Tak ustalam sobie kompozycję. Następnie przesyłam ten wstępny zarys do akceptacji. Później proszę gospodarza, aby mi zagruntował deski i przygotował rusztowanie, jeśli ściana jest dosyć wysoka.

Przed przystąpieniem do finalnej pracy, drukuję skan zdjęcia na drukarce. Na nim nanoszę długopisem siatkę kwadratów. Później tą samą siatkę kwadratów za pomocą poziomicy i kredy nanoszę na stodołę. Na podstawie tych linii przenoszę sobie projekt na ścianę i przeskalowuję obraz. Najczęściej każdą postać zaczynam od prawego oka i później dorabiam resztę.

Wiele osób jest zdziwionych, że udaje mi się tworzyć obraz na tych nierównych i krzywych deskach z różnymi odcieniami. Myślą, że to bardzo trudne. Ja ich zaskakuję mówiąc, że to jest znacznie łatwiejsze od malowania muralu od podstaw na białej ścianie. I jest to przeciwieństwo miejskich murali, które muszą być kolorowe i bardziej widoczne, aby się odnaleźć przy tych wszechobecnych reklamach.

Murale wiary

Przybliżam młodzieży św. Jana Pawła II, bo wielu z nich nawet nie wie, że był taki papież. Liczę, że natchnę ich, aby go bliżej poznali – mówi Mgr Mors, artysta plastyk i graficiarz.

zobacz więcej
Jak wspomniałem, wiejski obraz na deskach jest w pewien sposób dawno rozpoczęty przez naturę. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat większość pracy zrobiła za mnie przyroda. Wykorzystuję więc różne struktury desek. Kiedy twarz danej osoby pojawi się na sękach i widzę, że jest jaśniejsza, wtedy nie daję białego koloru, aby uszanować to drewno. Staram się, żeby prace nie były nachalne, tylko wpisywały się w wiejskie otoczenie i wyglądały jakby były tu od zawsze. Surowe podłoże jest naturalnym tłem dla postaci. Ja jedynie dodaję głębsze cienie i jakieś światło, później to jakoś rozmazuję i na tych deskach przejścia tonalne same się pojawiają. Taki mural na stodole powstaje zazwyczaj w jeden dzień, chyba, że jest tam bardzo dużo postaci do namalowania, wtedy rozkładam pracę na dwa dni.

Wspomniał pan, że zleceniodawca przesyłając konkretną fotografię, jednocześnie dzieli się z panem historią rodzinną, która jest z nią związana. Czy któraś z nich jakoś szczególnie pana poruszyła?

Podchodzę do tego pragmatycznie. Jestem malarzem, a nie badaczem historii. Ale przy pracach staram się dodawać opis, aby te postacie nie były całkiem anonimowe dla odbiorcy.

Jednym z moich pierwszych murali był wykonany w okolicach Pińczowa w Świętokrzyskiem wizerunek dziewczynki, która jako małe dziecko jeździła do swych dziadków na wieś Ruda Bugaj pod Aleksandrowem Łódzkim. To gospodarstwo było przydzielone jej dziadkom po ucieczce z Browar w obwodzie tarnopolskim (obecna Ukraina). Uciekali przed pogromem, jaki Polakom zgotowali Ukraińcy. Pobyty u dziadków wspominała jako czas sielanki i radości, wiejskiego spokoju. Dziś jako dorosła kobieta zajmuje się ogrodem w swoim własnym gospodarstwie, kupionym w Pińczowie. Obraz na wrotach stodoły przedstawia ją w wieku 3 lat, w towarzystwie kur, jak przytula kota. Gdy zasypiała, jego mruczenie było rodzajem pozytywki.
Mural w Pińczowie przedstawia właścicielkę stodoły w wieku 3 lat na podwórku dziadków, których odwiedzała we wsi Ruda Bugaj pod Aleksandrowem Łódzkim. Fot. Arkadiusz Andrejkow
W Knorydach na Podlasiu na starym domu uchwyciłem jedną z bardziej powszechnych tam scen. Chodzi oczywiście o siedzenie na ławce. W tym rejonie Polski przy każdym obejściu była prosta ławeczka, na której można było odpocząć i spotkać się z sąsiadami. Bywało, że gromadziło się na niej nawet kilkanaście osób. Najczęściej przesiadywano tam po pracy lub w niedzielę i święta. Wieczorami było to miejsce spotkań młodzieży, która śpiewała pieśni obrzędowe, jak i miłosne.

Z kolei we współpracy z Bieszczadzkim Uniwersytetem Ludowym w ramach projektu „Kresowe ścieżki w Bieszczadach” zrobiłem mural na budynku starej stajni, w której mieści się teraz kino. Ideą było ukazanie kresowego pochodzenia mieszkańców tego terenu. Zdjęcie przedstawia dzieci tuż przed wyjazdem z Ziemi Sokalskiej w Bieszczady. Kresowianie, w tym osoby pochodzące z Grzędy Sokalskiej, w 1951 roku zostali tam przymusowo przesiedleni w efekcie powojennej korekty granic, przeprowadzonej na mocy umowy pomiędzy ZSRR a Polską. W wyniku przesiedlenia w Bieszczadach zamieszkały wtedy 3934 osoby – 1097 rodzin.

Inna praca powstała w Grabówce w przysiółku Potok, na terenie gospodarstwa pana Mieczysława. Znajduje się bardzo blisko greckokatolickiej cerkwi św. Mikołaja. Dawniej na tym terenie było siedem gospodarstw, ale po wojnie większość mieszkańców, którzy byli Rusinami, wyjechało na Ukrainę lub do zachodniej Polski. Po ich domach nie ma teraz śladu, poza starymi drzewami z przydomowych sadów czy resztkami fundamentów. Na ścianie stodoły namalowałem panią Anielę, babcię Krzysztofa, który jest pomysłodawcą tego przedsięwzięcia. Wspomina ją jako bardzo silną fizycznie i psychiczne kobietę, która twardą ręką prowadziła dom i gospodarstwo, chodziła ponad 10 kilometrów na targ, by sprzedawać jajka. Była też bardzo wierząca. Przed krojeniem chleba, który sama piekła, robiła na nim znak krzyża i odmawiała krótką modlitwę.

Niezła zadyma w stolicy. Na Pradze powstał „Fight Club”

Jeden z mężczyzn zadaje cios, drugi wykonuje unik, zasłania twarz, żeby nie oberwać. Obaj ubrani w stroje z początku XIX wieku wyglądają dostojnie, jednak skoncentrowani są jedynie na mordobiciu...

zobacz więcej
Uwieczniłem też na muralu między innymi postać Michała „Giera” Giercuszkiewicza, perkusisty, który przez wiele lat był związany z grupą Dżem. Zespół, wspólnie z wokalistą Ryśkiem Riedlem, tworzył wielkie przeboje, jak choćby piosenkę „Whisky”, „Skazany na bluesa” „Czerwony jak cegła”. W 1985 roku „Gier” musiał odejść z grupy z powodu uzależnienia od narkotyków. Na stałe osiadł w Bieszczadach, nad Zalewem Solińskim na tratwie w Zatoce Teleśnickiej, niedaleko Półwyspu Brosa. Później, już do swojej śmierci w lipcu 2020 roku, mieszkał w kolejnym domu-tratwie, samodzielnie zbudowanej na zatoce we wsi Werlas. Nazwał ją Tratwa Blues i właśnie na niej został zrealizowany ten mural.

Zawędrowałem też do miejscowości Bezmiechowa, malowniczej wioski położonej u podnóża Gór Słonnych. To miejsce słynie z ogromnego szybowiska, gdzie wyszkoliło się wielu pilotów szybowcowych, w tym wielu asów przestworzy. Polska lotniczka sportowa i szybowniczka Wanda Modlibowska ustanowiła tutaj rekord świata, unosząc się na szybowcu ponad dobę. Inspirowałem się fotografią z lat 30. ubiegłego wieku, na której mieszkańcy pomagają szybownikom w realizacji marzeń o lataniu. Na zdjęciu widnieje SG-21 „Lwów”, który był pierwszym polskim szybowcem wyczynowym zbudowanym w dwudziestoleciu międzywojennym, jego konstruktorem był Szczepan Grzeszczyk. Do transportu jednego szybowca na szczyt góry była potrzebna pomoc czterech osób, a korzystano także z siły koni.

Drugi mural w Bezmiechowej Górnej to portret kolejnego asa przestworzy Tadeusza Góry, według fotografii zrobionej prawdopodobnie w dniu, w którym ustanowił rekord w długości przelotu. 18 maja 1938 roku wystartował ze szczytu szybowiska w Bezmiechowej i po locie trwającym 18 godzin wylądował aż pod Wilnem. Pokonał ponad 570 kilometrów. Rok później za przekroczenie bariery 500 km w swobodnym locie na szybowcu PWS-101 przyznano mu medal Lilienthala, który jest uważany za najcenniejsze szybowcowe trofeum. Na muralu Tadeusz Góra trzyma mapnik z planowaną rekordową trasą przelotu.
Bezmiechowa Górna w gminie Lesko, Podkarpacie. We współpracy z Fundacją Prowing Non Profit artysta przypominał muralami historię polskiego szybownictwa. To portret Tadeusza Góry z fotografii zrobionej prawdopodobnie w maju 1938 roku w dniu ustanowieniu rekordu w długości przelotu – trzyma mapnik z planowaną trasą. Fot. Arkadiusz Andrejkow
Takie murale muszą być ważne dla całej społeczności wioski – w końcu to część ich lokalnej historii, a malunek to sposób na pielęgnowanie ich tożsamości.

Nazwa projektu – „Cichy Memoriał” – nie jest przypadkowa. Wiedziałem, że będzie to forma upamiętnienia nieżyjących już mieszkańców wiosek. A cicha, bowiem odbywa się w miejscach dość nietypowych, gdzieś w oddali od głównych dróg, przy gospodarstwie. Kiedy praca jest gotowa, nie ma symbolicznego przecięcia wstęgi, jak na uroczystościach państwowych, gminnych czy miejskich. Obraz oglądają jedynie gospodarze miejsca, czasem sąsiedzi. Miejscowi ludzie próbują zidentyfikować to zdjęcie, rok i okoliczności jego powstania, postacie na nim figurujące. To ich inspiruje, żeby coś takiego też mieć u siebie. Ale nie zawsze się da.

Projekt miał też służyć młodemu pokoleniu. Takie było przynajmniej początkowe założenie, żeby to był most pomiędzy współczesnością a przeszłością. Nowoczesna forma sztuki tworzona częściowo sprayami może bardziej zaciekawić i zaintrygować młodych ludzi do szukania i odkrywania swoich korzeni.

Ja natomiast jako artysta po prostu spełniam się twórczo. Bardzo dobrze tworzy mi się na tych obszarach i chciałbym takich prac pozostawiać jak najwięcej. Spełniam swoją nieustającą chęć tworzenia.

Zaskoczyło pana, że idea dość szybko rozeszła się po całej Polsce i jest duże zainteresowanie takimi muralami?

Mural nie musi pokazywać znanych postaci historycznych. Ludzie dostrzegli, że szczególnie bliską im osobę z rodziny też można upamiętnić w ten sposób. Że w takiej formie mogą podziękować za to, co po nich mają. Bohaterowie murali za życia mieszkali w tych gospodarstwach, a kolejne pokolenia odziedziczyły po nich dom czy działkę i to jest ich hołd za ten trud, który musieli ponieść przodkowie, aby to mieli. Dzięki muralom przodkowie symbolicznie zostają na zawsze ze swoją rodziną. Jakby na nowo ożyli.

Ostatnio mój znajomy, któremu namalowałem na stodole jego dwóch dziadków stwierdził, że fajnie tak na nich popatrzeć, wychodząc do pracy. Człowiek nie ma czasu chodzić na cmentarz, aby ich odwiedzić, a tu ma ich blisko siebie, w zasięgu ręki.


Poprzez murale pokazuje pan też różnorodność danego miejsca, gdzie obok siebie kiedyś mieszkały różne kulturowo i wyznaniowo społeczności. Temu służy choćby projekt „Cichy Memoriał – Grybowska Saga”.

To efekt współpracy ze stowarzyszeniem „Saga Grybów”. To grupa aktywistów działających od ponad 10 lat na rzecz historii i dziedzictwa regionu, która skupia się na odkrywaniu, utrwalaniu i przekazywaniu nieznanych i zapomnianych wątków z przeszłości. Od początku były takie założenia, aby muralami pokazać różne narodowości i wielokulturowość tego miejsca.

Do tej pory powstało już siedem murali, przedstawiających dawnych żydowskich mieszkańców Grybowa, których życie przerwał Holocaust. Są też bohaterowie wojennej konspiracji, zamordowani w Katyniu, czy łemkowskie rodziny. Namalowany jest doktor Jan Dębowski, zabity w Katyniu w 1940 r. – „Jasieniek” i jego żona Janina, która cały czas miała nadzieję, że wróci z wojny. Dębowscy to rodzice aktorki Krystyny Ostaszewskiej, przyjaciółki Jana Pawła II. Jest też Michał Romaniak z rodzicami Wasylem i Anastazją, którzy w 1947 roku zostały wygnani z rodzinnej Florynki w ramach akcji wysiedleńczej „Wisła”.

Jest Franciszek III Paszek „Kmicic”, przywódca oddziału partyzanckiego w Górach Grybowskich z czasu II wojny światowej. Prowadził miejscową strukturę Polskiego Państwa Podziemnego, począwszy od 1939 roku aż do 1945. Zaciekle walczył o polską wolność, przewodząc oddziałowi „Żbik” Armii Krajowej. Na deskal z „Kmicicem” wybrano rejon Podchełmia, przy granicy z Kąclową i Ropą, u stóp góry Chełm, w bliskości kaplicy i plebanii, gdzie ukrywał się z partyzanckim oddziałem. Jak wielu członków AK, nie wrócił do Polski z emigracji.

Są dzieci Mania i Ido Riegelhaupt, podobnie rodzina Kapnerów i Gottlobów, reprezentanci przeszło półtora tysiąca grybowskich Żydów, ofiar Zagłady, zamordowanych w niemieckich obozach w Bełżcu, Auschwitz, Białej Niżnej i na ulicach Grybowa. Gottlobowie byli jedną z najstarszych rodzin żydowskich w Grybowie. Beniamin Gottlob był radnym miasta Grybowa.
Namalowana została też kobieta z parasolką w ręku, Maria Studnicka, dyrektorka szkoły żeńskiej i działaczka społeczna. Była to krakowianka, która w 1906 roku zamieszkała w Grybowie, gdzie podjęła posadę nauczycielską. Aktywnie angażowała się w życie tej miejscowości. Jest wśród założycieli klubu sportowego „Grybovia”, działaczy Rady Sierocej. Koordynowała inicjatywę Powszechnych Wykładów Uniwersyteckich w Grybowie. Oprócz tego zasiadała w Radzie Miejskiej jako jedna z tylko dwóch kobiet w tym czasie.

Ostatnią postacią jest nieżyjący ks. Adam Kaźmierczyk, długoletni proboszcz parafii św. Katarzyny w Grybowie. Był Honorowym Obywatelem Królewskiego Miasta Grybowa, wcześniej kapelanem Zakładu Poprawczego w Tarnowie. Opiekował się lokalnym muzeum parafialnym, w którym przechowywana jest średniowieczna sztuka grybowskiej parafii rzymsko-katolickiej, zabytki cerkwi prawosławnych Ziemi Grybowskiej oraz judaika, m.in. zwój Tory, świeczniki oraz rytualne naczynia. Publikował i uczył o wielowątkowym i międzykulturowym bogactwie dawnej Rzeczpospolitej.

Teraz, pod koniec września, powstaną trzy murale, które nawiązują do grybowskich artystów i działaczy. Ma być tam uwieczniony rzeźbiarz Ludwik Lizoń, fotograf Zygmunt Studnicki z synem Bolesławem i architekt Zdzisław Mączeński z aptekarzem Józefem Hodbodem i ks. Janem Solakiem.

Nie kusiło pana, aby uwiecznić własną rodzinę na takiej stodole?

Wiele razy mnie to korciło, ale jak mówi przysłowie: „szewc bez butów chodzi”. Nie mam własnej stodoły, rodzina też takiego budynku nie posiada, więc problem sam się rozwiązał. Ale gdybym miał lub zdecydował się kupić taki obiekt, to miałbym trudny wybór kogo namalować. Na białej ścianie można stworzyć cokolwiek, ponieważ w każdej chwili da się to usunąć i zrobić coś od nowa. Natomiast ze stodołą jest inaczej. Malunku nie da się tak łatwo zamazać, zostaje więc na całe życie. Być może po wielu latach, kiedy deski stają się bardziej zniszczone, to i mural się zniekształca i tym samym jest mniej widoczny. Ale samego zarysu nie da się do końca cofnąć. I co, gdybym nie był zadowolony z efektu lub gdyby wizerunek mi się znudził? Dlatego czekam, może kiedyś dojrzeję do upamiętnienia w ten sposób swojej rodziny.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Żurawiczki koło Przeworska. Na tym podkarpackim domu uwieczniono prawdziwą… śląską rodzinę. Nauczyciel, który artystę do tego namówił, jest bowiem Ślązakiem Podkarpaciem. Kupił tutaj posiadłość i wciąż się waha, gdzie osiąść na stałe. Fotografia pochodzi z 1943 roku i była wykonana w miejscowości Kryry na Śląsku. Przedstawia przodków, Marię i Jerzego, wraz z piątką swoich dzieci (szóste miało się dopiero pojawić). Pan Jerzy był spawaczem w Hucie Batory w Chorzowie, zaś małżonka gospodynią domową. Fot. AA
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Małżeństwo to nie umowa, którą można rozwiązać jak każdą inną
– mówi dr Tymoteusz Zych, rektor Collegium Intermarium, działacz Instytutu Ordo Iuris.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Biorąc pod uwagę prestiż, Yamaha to Lexus, a Steinway: Maybach
Doskonały dźwięk ma swoją cenę. Fortepian koncertowy: 900 tys. zł. Półkoncertowy: 550 tysięcy. Więcej niż niejeden dom.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Pokazali mi materiał spod wieży telewizyjnej. To była wojna
Sekretarz redakcji powiedział, że przysyłam zdjęcia, to pewnie żyję.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Roślinny styl vintage. Moda na trzykrotki, paprotki, geranium...
W pandemii wydajemy na rośliny coraz więcej. Co zrobić, by przetrwały zimę?
Rozmowy wydanie 8.10.2021 – 15.10.2021
„Polskie Carcassonne”, gdzie kat cytował Homera
Była to terenowa rezydencja dla książąt i królów Polski.