Cywilizacja

Eksperci – największa plaga Ameryki

W wielkiej dyskusji dotyczącej kultury, obyczajowości, relacji rodzinnych i społecznych swój pogląd próbuje narzucić wąska grupa „fachowców”.

Donald Trump uwielbiał z nich szydzić. Na swych gromadzących tysiące ludzi wiecach opowiadał nieraz, jak to po wygraniu przez niego prezydentury, w poszukiwaniu stanowisk i zleceń walili do niego drzwiami i oknami, zachwalając swe usługi i prezentując doświadczenie. – Od 25 lat zajmuję się konfliktami na Bliskim Wschodzie i znam się na tym jak nikt. 20 lat rozwiązuję problemy imigracyjne, bezdomności, przestępczości, plagi otyłości i czego tam jeszcze – cytował ich były prezydent Trump i ku uciesze publiczności opowiadał, jak się ich pozbywał. Fakt, że jakiś ekspert dwie dekady zajmował się nierozwiązanym problemem wystawiał mu jak najgorsze świadectwo, więc nie zasługiwał on na żadną pracę.

Trump opowiadał te anegdoty, budując swój wizerunek jako praktyka, człowieka decyzyjnego, często kierującego się instynktem czy tak pogardzanym przez ekspertów, polityków i intelektualistów, zdrowym rozsądkiem. Elity bowiem korzystają z mądrości wyższego rzędu, niemal tajemnej, bo dostępnej nielicznym, wiedzy eksperckiej.

Groteska

Żadne wydarzenie w ciągu ostatnich dziesięcioleci nie obnażyło tak pustki owej „wiedzy eksperckiej” jak katastrofa afgańska i jej zwieńczenie – ucieczka amerykańskiego wojska z Kabulu. Ameryka zastygła w stuporze, oniemiała w zdumieniu, jak to było możliwe, że 75 tysięcy „pastuchów w sandałach” (jak często pogardliwie określano talibów) tak szybko opanowało cały kraj, przepędzając uzbrojoną po zęby armię afgańską i zmuszając do ucieczki żołnierzy najpotężniejszego państwa na świecie.

Jeszcze w lipcu, kiedy pojawiały się doniesienia o kolejnych prowincjach, które zajmują talibowie, sekretarz stanu Antony Blinken uspokajał na konferencji, że „Kabul nie upadnie z piątku na poniedziałek”. Słowa te przeszły już do historii Stanów Zjednoczonych, jak w Polsce buńczuczne zapowiedzi marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego w 1939 roku, że nie oddamy ani guzika. Kabul padł z piątku na niedzielę.

W Ameryce trwają poszukiwania sprawców tej upokarzającej katastrofy. Wiadomo, że odpowiada za nią prezydent Joe Biden i jego administracja, szefostwo Pentagonu, a także oczy i uszy Ameryki – agencje wywiadu. Ale wskazuje się też wszelkiej maści ekspertów, którzy obsiedli Waszyngton, jego instytucje i organizacje międzynarodowe.

Te ostatnie osiągnęły swój własny niepodrabialny już poziom infantylizmu. Gdy talibowie opanowywali Kabul, Rada Bezpieczeństwa ONZ wydała oświadczenie wzywające ich do ustanowienia w drodze negocjacji „inkluzywnego” rządu z „pełnym i równym udziałem kobiet” oraz uwzględniającym wszelkie mniejszości.
Talibowie ubrani w amerykańskie mundury i wyposażeni w amerykańską broń przejmują kontrolę nad lotniskiem w Kabulu 31 sierpnia 2021. Fot. MARCUS YAM / LOS ANGELES TIMES/ Gettimages
Zestawienie zdjęć i relacji z Afganistanu z pompatycznym, groteskowym oświadczeniem urzędników ONZ musi dać efekt tragifarsy. W jednym jest ono wszakże pożyteczne. Pokazuje poziom oderwania się ekspertów Zachodu (amerykańskich, sojuszniczych, międzynarodowych) od rzeczywistości. Kompromitująca ucieczka z Kabulu nie była bowiem żadnym wypadkiem przy pracy. Ona była zwieńczeniem 20 lat błędnych decyzji, które rekomendowali właśnie eksperci.

Głupota

Ich pamięć, wiedza przechodzą z „pokolenia na pokolenie”, są dłuższe niż kadencyjne życie urzędnika federalnego czy polityka. Afganistanem zajmuje się już czwarty prezydent i czwarta generacja administracyjna Białego Domu. Ktoś jednak przez dwie dekady żyrował wydawanie 300 milionów dolarów dziennie na budowę wielkiego projektu inżynierii społecznej – demokratycznego na wzór zachodni Afganistanu.

Światli eksperci nie rozumieli nieustępliwości afgańskich plemion, siły przywiązania do kultury i religii. Liczącą nawet ponad 2 tysiące lat kulturę, przeorać miały ogromne pieniądze, warsztaty i uniwersyteckie katedry gender, programy parytetów płciowych, które zaprowadzano także w armii i policji, uświadamianie klimatyczne i LGBT, i tym podobne wynalazki zachodnich społeczeństw.

Afgańska awantura kosztowała amerykańskich podatników 2 biliony dolarów, a wydatki przecież się nie skończyły. Oto w Afganistanie osadził się uzbrojony po zęby amerykańskim rynsztunkiem, wartym 85-90 miliardów dolarów, wrogi reżim, którego i tak trzeba będzie pilnować, by nie powtórzył się 11 września, największy atak terrorystyczny na terytorium Stanów Zjednoczonych.

Amerykanie zaczynają więc żądać głów polityków i wojskowych (część z nich straci pracę zapewne najpóźniej w listopadzie 2022, kiedy to odbędą się wybory do Kongresu), ale także ekspertów, którzy za wszystkim stali. Wesley J. Smith, prawnik, pisarz i jeden z szefów konserwatywnego think tanku Discovery Institute pisze, iż Afganistan „dobitnie obnażył głupotę amerykańskiej polityki zagranicznej i ekspertów ds. bezpieczeństwa narodowego”.

Spory o to, czy prezydent Biden zlekceważył rady ekspertów dotyczące sposobu wycofania się z Afganistanu zapewne będą trwały, ale coraz mniej komentatorów ma wątpliwości, kto stoi za notorycznymi klęskami Stanów Zjednoczonych w ciągu ostatnich 6 dekad. To właśnie owi wszystkowiedzący eksperci. Jeśli coś się w tym czasie udało, to tylko wbrew nim.

Nagonka

Ronald Reagan zignorował ich rady i wbrew głosom ekspertów, wbrew nagonce mediów zainicjowanej przez „Washington Post” rozwijał program „Gwiezdnych Wojen” – Strategic Defence Initiative, który pomógł gospodarczo złamać Związek Radziecki i przyczynił się do upadku bloku sowieckiego.

Talibowie. Who is who. Przewodnik po nowych władzach Afganistanu

Są w nich nie tylko terroryści, ale też uczestnik negocjacji z Donaldem Trumpem i… były współpracownik CIA.

zobacz więcej
Lista porażek jest długa. Oglądając Kabul, Amerykanie mieli skojarzenia z Sajgonem i klęską wietnamską. Potem przyszła katastrofa odbicia zakładników w Iranie i osadzenia się w tym starożytnym państwie ajatollahów, którzy przysięgli śmierć Wielkiemu Szatanowi zza oceanu. A przecież miało być tak ładne i liberalnie i cywilizowanie pod władztwem oświeconego na modłę zachodnią szacha Rezy Pahlawiego.

W Somalii od 20 lat trwa wojna domowa, a przecież porządek w ramach operacji „Przywrócić Nadzieję” zaprowadzał tam ONZ i Amerykanie. Ich udział w niesieniu pokoju i demokracji zakończył się na pokazywanych na całym świecie zdjęciach zabitych amerykańskich żołnierzy wleczonych po ulicach Mogadiszu. Somalia jako państwo praktycznie nie istnieje, podobnie jak Libia, którą za radą ekspertów zbombardowano w 2011 roku, by wesprzeć Arabską Wiosnę i obalić antyzachodni reżim pułkownika Muammara Kaddafiego. Na wieść o jego śmierci, ówczesna sekretarz stanu Hillary Clinton wybuchła śmiechem i skomentowała, parafrazując Cezara: „Przyszliśmy, zobaczyliśmy, a on jest martwy”.

Dziś terytorium dawnej Libii, bo praktycznie nie jest to państwo, to największy targ niewolników na świecie i szlak przemytniczy z Afryki Subsaharyjskiej.

W świadomości Amerykanów pozostał teraz tylko atak na ich placówkę w Bengazi, śmierć ambasadora Christophera Stevensa oraz trzech innych osób i kilkunastogodzinna bezczynność amerykańskich sił, bo administracja Obamy nie mogła zdecydować się na podjęcie żadnej akcji ratunkowej.

Eksperci oznajmili, że atak na konsulat w Bengazi był „usprawiedliwiony”, bo na Youtubie zamieszczono krytyczny film o islamie. Tak przynajmniej twierdzili sekretarz Hilary Clinton i prezydent Barack Obama, więc wstrzymywano interwencję ratunkową, by nie drażnić muzułmanów.

To eksperci wpadli także na pomysł, by uzbrajać islamistów walczących z prezydentem Syrii Baszarem al-Asadem. ISIS zaniosło pożogę na cały Bliski Wschód i w szczytowym momencie kontrolowało terytoria o powierzchni równej Wielkiej Brytanii. Wcześniej jeszcze eksperci stwierdzili, że w Iraku jest broń masowego rażenia, więc najechano ten kraj, a wojna domowa trwa tam praktycznie do dziś.

Skutki tamtych wydarzeń odczuwa teraz Europa. To wojna z Państwem Islamskim wywołała wielką falę uchodźców, która w 2015 roku dotarła na Stary Kontynent, a potem kolejne imigrantów, poszukiwaczy przygód i łatwiejszego życia. Ludy Afryki, Bliskiego Wschodu, Azji Środkowej ruszyły do europejskiego raju. Wędrówka trwa do dziś.

W 2014 roku wsparto czynnie demokrację na Ukrainie. To obecny przywódca Ameryki Joe Biden, wówczas wiceprezydent, poprowadził zachodnią wyprawę do Kijowa. Pisząc oczywiście w dużym uproszczeniu: skończyło się to trwającą do dziś wojną domową na wschodnich rubieżach Ukrainy, utratą przez nią kontroli nad Donbasem i zajęciem Krymu przez Rosjan.

Inflacja

Po tamtych klęskach Amerykanie i UNAMA – Misja ONZ Wsparcia w Afganistanie – jeszcze 7 lat zaprowadzały zachodnie porządki wśród afgańskich plemion i klanów.
Obóz dla uchodźców Moria na greckiej wyspie Lesbos w 2018 roku. Fot. Nicolas Economou/NurPhoto via Getty Images
Kiedy to wszystko się działo, a Ameryka i cały Zachód wydawały biliony dolarów na zaprowadzenie pokoju i demokracji w różnych częściach świata, w siłę rosły Chiny. Stany Zjednoczone przegapiły moment, w którym wyrósł im potężny rywal zagrażający ich hegemonii.

Eksperci twierdzili, że Chiny nie będą stanowić żadnego zagrożenia, bo bogaceniu się będzie towarzyszyć emancypacja społeczeństwa, poszerzanie sfery wolności, demokratyzacja. Tymczasem nic takiego się nie stało, a komunistyczny reżim w dniu, w którym rozpoczęła się ucieczka z Kabulu, za pośrednictwem dziennika „Global Times”, oznajmił Chińczykom z Tajwanu, że jeśli Chiny kontynentalne zechcą zająć wyspę, nikt ich nie obroni.

Dziś komentatorzy piszą, iż rzeczywiście Chiny i Zachód są bliżej niż 20 lat temu. Ale to za sprawą coraz powszechniejszej na Zachodzie cenzury i zaprowadzaniu reżimu covidovego na wzór chiński.

Sama pandemia jest także przyczynkiem do coraz powszechniejszego w Stanach Zjednoczonych podważania roli ekspertów, którzy z bezstronnych znawców przekształcili się w dostarczycieli opinii potwierdzających decyzje polityków. Kwestia dotyczy nie tylko metod walki z zarazą, ale kompromitujących oświadczeń całego środowiska medyków i ekspertów zdrowia publicznego ze słynnym doradcą medycznym Białego Domu doktorem Anthonym Faucim na czele.


Eksperci wykluczali, iż koronawirus może pochodzić z laboratorium w Wuhan, a wszelkie odmienne sugestie określali jako motywowaną uprzedzeniami i rasizmem ignorancję. To współbrzmiało z gorliwymi oświadczeniami Światowej Organizacji Zdrowia – WHO – na której czele stoi wstawiony tam przez komunistów chińskich komunista etiopski Tedros Ghebreyesus.

Dziś już wiadomo, iż nie można wykluczać, że koronawirus pochodzi z laboratorium w Wuhan, a nawet tego, że został zmodyfikowany. Kwestia nie jest rozstrzygnięta, ale wiadomo też, że doktor Fauci jako szef Narodowego Instytutu Alergii i Chorób Zakaźnych (NIAID) finansował wiele badań w Chinach, w tym nad wzmocnieniem funkcji koronawirusa odpowiedzialnego za Covid.

Z powodu pandemii nauka trafiła na czołówki gazet, stała się dziedziną życia budzącą wielkie namiętności, a jednocześnie uległa gigantycznej inflacji – spowszedniała tak, że straciła swą wartość. Według danych WHO od początku 2020 roku ukazało się 330 tysięcy publikacji, uznanych za naukowe, na temat koronawirusa czy Covid-19. Pisali na ten temat nawet specjaliści od motoryzacji.

Nowa klasa

Według Johna Ioannidisa, profesora epidemiologii, nauk biomedycznych i statystyki z Uniwersytetu Stamford, pandemia w przyspieszonym tempie przyczyniła się do zniszczenia imperatywów naukowych takich jak sceptycyzm, uniwersalizm czy bezinteresowność, uczyniła z naukowców stronników politycznych i potwierdziła istnienie nowej „rasy” ekspertów.

Pomagają czy szkodzą? WHO na cenzurowanym w czasach koronawirusa

Szef WHO w ruchu marksistowsko-leninowskim w Etiopii reprezentował radykalne skrzydło wyznawców dyktatora Albanii Envera Hoxhy.

zobacz więcej
„Media społecznościowe i mainstreamowe pomogły w stworzeniu tej nowej rasy ekspertów. Każdy, kto nie był epidemiologiem lub specjalistą ds. polityki zdrowotnej, mógł nagle zostać uznany za epidemiologa lub specjalistę ds. polityki zdrowotnej przez dziennikarzy, którzy często niewiele wiedzieli o tych dziedzinach, ale od razu wiedzieli, które opinie są prawdziwe. I odwrotnie, niektórzy z najlepszych epidemiologów i specjalistów od polityki zdrowotnej w Ameryce byli oczerniani jako ignoranci i osoby niebezpieczne przez ludzi, którzy uważali się za zdolnych do doraźnego rozstrzygania różnic opinii naukowych bez zrozumienia metodologii lub danych, o których mowa”– pisze profesor.

Dla owej nowej klasy ekspertów „opiniujących” przestają mieć znaczenie nawet dowody naukowe i metodologia – zauważa Ioannidis. „Eksperci, którzy zarobili miliony dolarów na konsultacjach korporacyjnych i rządowych, otrzymali prestiżowe stanowiska, władzę i publiczną pochwałę, podczas gdy naukowcy, którzy pracowali pro bono, ale odważyli się kwestionować dominujące narracje, byli uznawani za konfliktowych” – pisze profesor.

Każda wielka porażka Ameryki z ostatnich dziesięcioleci nosi w sobie ekspercki ślad. Klęski nie brały się z nieprzemyślanych porywczych ruchów. Były efektem systematycznych działań teoretycznie podpartych jakąś formą wiedzy.

Wiele wskazuje na to, że Amerykanie w końcu szykują się na bój z ekspertami. I to nie jest przenośnia, bo coraz częstsze są wezwania do przeprowadzenia wielkich czystek wśród ekspertów z przeróżnych dziedzin. Front przebiega nie tylko w mediach, ale w wielu instytucjach publicznych, bardzo często związanych choćby z edukacją, czy opieką medyczną.

Wąska grupa

W całych Stanach Zjednoczonych trwają protesty rodziców, którzy nie chcą się zgodzić z narzucaniem ich dzieciom w szkołach tzw. krytycznej teorii rasowej będącej swoistym odpowiednikiem marksistowskiej doktryny o walce klas. Wedle owej teorii biali, indywidualnie, jak i zbiorowo, są odpowiedzialni za wyzysk przedstawicieli innych ras. Na tej eksploatacji, jak niegdyś na wyzysku proletariatu przez kapitalistów, miało zostać zbudowane bogactwo Ameryki.

Teorię rasową chcą przymusowo wprowadzać nie tylko administracje poszczególnych hrabstw czy stanów, ale także rząd federalny. Namiętności są tak duże, że wielu szkołach dochodzi do tak ostrych sporów, że musi interweniować policja.

Podobnie jest w kwestii transpłciowości, a polem bitwy są znów szkoły oraz kluby sportowe, pływalnie i wszelkie miejsca, które ze względu na uszanowanie intymności i dyskrecję dzieli się na przeznaczone dla mężczyzn i kobiet.
San Diego w Kaliforni, wrzesień 2021. WC dla wszystkich płci. Fot. Karen Focht / Zuma Press / Forum
Tu też w wielkiej dyskusji dotyczącej kultury, obyczajowości, relacji rodzinnych i społecznych swój głos próbuje narzucić wąska grupa ekspertów. Oto zarząd American Medical Association (AMA) podjął uchwałę, by lobbowało ono za usunięciem określenia płci w aktach urodzenia. Nie jest przesądzone, jak zareaguje 230 tysięcy członków tej potężnej, liczącej blisko 150 lat organizacji, ale nie ma wątpliwości, że eksperci zachowali się, jakby działali na zlecenie aktywistów i polityków – otworzyli kolejny front.

– Dariusz Matuszak

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Eksperci. Thomas R. Frieden, dyrektor Centrum Kontroli i Zapowiegania Chorobom, Anthony S. Fauci, dyrektor Narodowego Instytutu Alergii i Chorób Zakaźnych, oraz Jesse Goodman, zastępca komisarza Agencji Żywności i Leków podczas posiedzenia komisji parlamentarnej w 2009 roku. Fot. Scott J. Ferrell/Conventional Quarterly/Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Będzie sobie życie… sztuczne
Można je zaprogramować, by precyzyjnie dostarczało leki i polowało na komórki nowotworowe.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wiedźmin wydrukuje trzustkę
Polska firma zaczyna produkcję szczepionek na COVID-19. Kolejne pracują nad lekami na raka, cukrzycę czy depresję.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Sytuacja na granicy USA jest jak sprzed Trumpa, tylko gorsza
Złego białego ma zastąpić dobry niebiały. Zmiany demograficzne mogą dać władzę Demokratom na dziesiątki lat.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wstrząsnął establishmentem. Czy teraz idzie po władzę?
Mówi wprost, nazywając rzeczy po imieniu. Nic dziwnego, że okrzyknięto go „francuskim Trumpem”.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Jak eurokraci usiłują przejąć kontrolę nad Polską
Jan Rokita: Chodzi o oddanie rządów – przynajmniej na jakiś czas – zaufanym funkcjonariuszom instytucji unijnych.