Kultura

Przyśpieszony kurs przemian obyczajowych

„Teściowie” – obraz Polski podzielonej? „Czarna owca” – recepta na nowy model rodziny? Polska komedia wraca do formy, także jako odzwierciedlenie tego, co dzieje się w naszym kraju. Choć nie zawsze trzeba się zgadzać z przesłaniami, warto docenić.

Na „Teściów” Kuby Michalczuka pójść musiałem, choćby z powodu mojego zachwytu sztuką, według której ten film nakręcono. Jeśli chodzi o „Czarną owcę” Aleksandra Pietrzaka, podobała mi się poprzednia jego komedia „Juliusz”, jeden z niewielu filmów przywiezionych na festiwal w Gdyni w roku 2019, który nie korzystał ze wsparcia Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, był więc przedsięwzięciem komercyjnym, a zarazem nie pozbawionym ambicji.

Zarazem ani „Teściowie”, ani „Czarna owca” na tegoroczny festiwal w Gdyni nie jadą. Nie będzie na nim również przedziwnej, wymierzonej w celebrytów groteski „The End”, dzieła Tomasza Mandesa. To twórca erotycznego filmu „365 dni”, co wystarczy, aby nastawić do niego nieufnie krytyków i smakoszy.

Ja sam nie oceniam tych filmów jedną miarą. „Teściowie” są znakomici. „The End” trochę zjada własny ogon. „Czarna owca” jest gdzieś pośrodku. Ale mam wrażenie, że wszystkie trzy filmy są jakoś obecne przy badaniu pulsu współczesnej Polski. Ba, mogą być w tym badaniu pulsu przydatne. Więc może trochę szkoda. Obecna w Gdyni kolejna komedia Kingi Dębskiej „Zupa nic”to, przy wszystkich smaczkach portreciku rodzinnego z lat 80. XX wieku, jednak tylko nostalgiczna wyprawa do Polski, której już nie ma, do krainy dzieciństwa, do PRL-u.

Klasowy podział w kuchni

„Teściów” napisał jako sztukę teatralną, pod pierwotnym tytułem „Wstyd”, Marek Modzelewski, lekarz i mąż aktorki Izy Kuny. Może to nawet ułatwiło dodatkowo wystawienie tego tekstu w warszawskim Teatrze Współczesnym. Polscy dramaturdzy nie mają wielkiej siły przebicia w drodze na polskie sceny. Akurat ta kameralna opowiastka na cztery osoby w pełni na to zasługiwała. To właściwie komediodramat – obok brawurowych skeczy i zderzeń charakterów mamy też przecież obserwacje smoliście pesymistyczne, posępne, odbierające ochotę do śmiechu.

Wyreżyserował to na małej scenie Teatru Współczesnego Wojciech Malajkat. Zagrali, świetnie, Iza Kuna i Jacek Braciak oraz Agnieszka Suchora i Mariusz Jakus. To historia dwóch małżeństw spotykających się w kuchni na zapleczu domu weselnego, gdy pan młody uciekł sprzed ołtarza. Gosia i Andrzej są rodzicami chłopaka, Łukasza, a Wanda i Tadeusz – dziewczyny, Weroniki. Dzieli ich społeczna przepaść. Andrzej to dobrze prosperujący stołeczny biznesmen, Gosia – ordynator w szpitalu. Tadeusz i Wanda to biedniejsi od nich i bardziej konserwatywni prowincjusze.
Te różnice nieustannie powracają w nerwowych rozmowach po katastrofie. Są permanentnym kontekstem, choć jak się dobrze zastanowić nie stanowią bezpośredniej przyczyny odwołania ślubu w ostatniej chwili. Ale są dodatkowym katalizatorem, zwiększają wzajemną wrogość, podsycają pretensje.

Przy czym przez długi czas bardziej wojownicze są panie. Lekarka Gosia nie lubiła synowej, skłonna jest za to usprawiedliwiać syna. Prowincjuszka Wanda szuka pomsty za rodzinny wstyd. Panowie próbują na różną modłę studzić nastroje. Ale ostatecznie też wpadną w wir walki na śmierć i życie.

Wesele bez ślubu

Modzelewski napisał też scenariusz filmu, odrobinę inny. W sztuce wszystko dzieje się w kuchni. Odgłosy świata zewnętrznego ledwie tam dobiegają. Na ekranie oglądamy podnieconą czwórkę nieustannie kursującą tajemnymi hotelowymi przejściami, pośród kelnerów, kucharzy i pomywaczy. Ten personel chwilami uczestniczy w akcji, wtrąca się, obserwuje. Wchodzimy też do restauracji, gdzie goście pomimo braku ślubu nie tylko przybywają, ale piją i tańczą. Poznajemy twarze innych członków obu rodzin. Czasem bardzo wyraziste (kapitalna postać matki Gosi, zagranej przez Ewę Dałkowską).

Kronikarz epok Gomułki i Gierka, mistrz widowiska. Jerzy Gruza i jego telewizja

Wydawał mi się wieczny. A powinienem mieć świadomość, że w tych fantazyjnych szalikach, kapeluszach, nonszalanckich strojach, wiecznym być nie może.

zobacz więcej
Akcja, choć polega głównie na pogaduszkach, to przecież pędzi coraz żwawiej. Odsłaniane są kolejne tajemnice, dochodzi do kolejnych oskarżeń i demaskacji. Nie tylko na głównym, można by rzec klasowym, froncie się to rozgrywa, bo przecież i w zgrane zdawałoby się oba małżeństwa wstępuje duch niezgody, nieufności, rozżalenia. To może najbardziej gorzkie, bo jest skądinąd kapitalnym kontrapunktem dla zerwanego związku młodych.

Powtórzmy: można debatować, czy różnice kulturowe przesądzają tak naprawdę o tym, co się tu w jeden dzień stało. Niemniej zarysowany grubą krechą podział staje się momentami wręcz metaforą struktury mentalnej naszego społeczeństwa w dobie wyrazistej polaryzacji, nawet jeśli niewiele tu odniesień politycznych. W zasadzie obie strony się przekonująco nie bronią. Choć socjalnych konserwatystów, a może nawet symetrystów pewnie zmartwi fakt, że w finale nieco lepiej, bo mniej pazernie, prezentują się chyba „inteligenci”, gorzej – „lud”.

Zamiast jednak aptekarskiego mierzenia win, zwróciłbym uwagę na coś innego. To nie jest jedyny temat tego filmu. Rolę sprawców zdarzeń biorą tu na siebie nieobecni (poza jedną w filmie scenką) młodzi. To także przypowieść o ich piramidalnej niedojrzałości. Może bardziej wkurzającej niż zapiekłość i przesądy ich rodziców.

Gorzej niż w „Rzezi”

Tego filmu nie byłoby w tej postaci, gdyby nie cztery wspaniałe role. Marcin Dorociński i Maja Ostaszewska (Andrzej i Gosia), Iza Kuna i Adam Woronowicz (Wanda i Tadeusz) dają z siebie wszystko. Choć chwilami jest między nimi głośno, a nawet wulgarnie, to przecież każdemu z nich nie brakuje subtelności w wydobywaniu najlżejszego psychologicznego niuansu, w przedstawianiu racji swoich bohaterów. Jak oni to robią, że tak się babrząc w ich wnętrzach, potrafią być zarazem momentami piramidalnie zabawni? Wielka to sztuka.

Woronowicz dokonuje może największej fizycznej i głosowej transformacji swojej osoby. Nawet z lekka zaciąga. Kuna gra w filmie plebejuszkę, chociaż w teatrze była panią doktor. Pokazuje tym samym wszechstronność swojego emploi. Zaprawdę należą się całej czwórce stukrotne pokłony. Osiągnęliście napięcie znane z takich filmów jak „Rzeź” Romana Polańskiego, godne największych aktorskich sław.

Warto zauważyć, nie spoilerując szczegółowo, że Modzelewski z Michalczukiem zmienili częściowo zakończenie. W teatrze mamy specyficzny, dwuznaczny i groteskowy, ale jednak kompromis między rodzicami. W kinie go zabraknie. Skończy się gorzej niż w „Rzezi”. Tylko niefrasobliwość dzieci pozostanie podobna na scenie i na ekranie. A może ta niefrasobliwość to jakaś nadzieja? Choć to przecież Weronika z Łukaszem rozpętali to piekło.

Nie mamy tu jednak mimo wszystko konwencjonalnego roztkliwiania się nad młodymi. Ciekawe, i właściwie politycznie niepoprawne, jest jeszcze coś innego. Jakąś rolę we wzajemnych pretensjach niedoszłego małżeństwa odgrywa pytanie, czy jedno z młodych do końca zna swoją seksualną tożsamość. Tyle że twórcy filmu traktują takie pytania – znów nie mogę spoilerować – jako coś mało poważnego i łatwego do ośmieszenia. Rzadko współczesne kino idzie takimi ścieżkami.

W obronie nowoczesnej rodziny

Inaczej jest w „Czarnej owcy”. To skądinąd kino dużo pogodniejsze, wręcz dobroduszne. Twórcy „Teściów” traktują swoich bohaterów bezlitośnie, poddają ich okrutnym wiwisekcjom. Pietrzak, twórca zaledwie 26-letni, a już po dwóch pełnometrażowych komediach, daje im szansę za szansą. W jego „Juliuszu” mieliśmy przygody wiecznego pechowca szukającego szansy na normalne życie uczuciowe. Tu dostajemy pytanie o ratowanie rodziny.
Ale też mamy jeszcze inną różnicę wobec „Teściów”. Tu odkrywanie własnej tożsamości seksualnej jest kluczowym i serio potraktowanym wątkiem. To akurat można zdradzić – zaczyna się od tego, że w 25-lecie małżeństwa matka grana przez Magdę Popławską ogłasza, iż jest lesbijką i musi zacząć nowe życie. Doprowadzając tym swojego męża (w tej roli Arkadiusz Jakubik) do rozpaczy, przynajmniej na początku.

Co ja na to? Wszyscy znamy takie historie ze swego otoczenia, trudno żeby nie istniały w kinie. Zarazem miewam przesyty tematyką LGBT wpychaną dziś literalnie do każdej historii – od kryminału po komedie. Robi to wrażenie realizacji jakiegoś moralnego obowiązku, spłacania trybutu.

Tu jednak, mam wrażenie, Pietrzak przy całej beztrosce formy, ma ambicje większe. Chce nam podsunąć własne pojmowanie życia rodzinnego. Opowiada się za akceptacją „własnej drogi” obojga rodziców, ale też za odpowiedzialnością za dzieci. Dawne małżeństwo jednoczy się, kiedy trzeba zmusić do dorosłości syna. Skoro on ma mieć dziecko, powinien podejść do tego poważnie. Sympatyczny jest ten pronatalistyczny ton, można by go uznać za niezbędne minimum. Chociaż…

Ja mam wątpliwości, czy płomienny hymn na rzecz „odnajdywania samego siebie”, nie jest pochwałą braku odpowiedzialności za decyzje podjęte dawniej, za nawarstwione wybory. Prawda, syn jest już dorosły, mąż sobie też w ostateczności poradzi, ale kiedyś bywało inaczej. Te dawne sytuacje naginania się do cudzego szczęścia kosztem własnego, bywały niekomfortowe, prawda. Ale nie podjąłbym się wyrokowania, że były gorsze.

– Jesteśmy rodziną – oznajmiają na koniec dwie pary. Mama (babcia) ma swoją partnerkę, tata (dziadek) znalazł swoją. Dziecko będzie wychowane w częściowym patchworku, chociaż młodzi tworzą zwykły, heteroseksualny i monogamiczny (na razie) związek. A co jeśli i ich za jakiś czas oświeci? Wszystko jest dla ludzi, podpowiada Aleksander Pietrzak.

Miś na skalę naszych możliwości. Czyli tryumf chłopca do bicia

Cenzurę brał na przeczekanie. „Ci co dziś każą wycinać, jutro sami zostaną wycięci” – mawiał.

zobacz więcej
Czy młodzi się kochają?

Jest to jakaś oferta, co więcej dobrze wychwytująca przemiany obyczajowe w Polsce. Pytanie tylko, co tu jest przedstawianiem tych zmian, a co ich promowaniem. Mnie akurat czegoś zabrakło w innym wątku.

Rodzice zgadzają się w jednym: w dyscyplinowaniu 25-letniego syna, który musi wziąć odpowiedzialność za swoją partnerkę i nienarodzone jeszcze dziecko. I dobrze! Jednak relacje młodych między sobą zostały zarysowane słabo. Dziewczyna porzuciła przecież przed chwilą chłopaka, oskarżając go o „niedojrzałość”. A mnie Pietrzak nie przekonał co do tego, że młodzi naprawdę się kochają.

Młody facet jest tu upominany w odrobinę feministycznym duchu, ale mało kto zwraca uwagę, że wcześniej obsługiwał przez lata wszystkich członków rodziny, właściwie dość bezinteresownie. Prawda, dziecko jest najważniejsze. Ale zarzucanie chłopakowi, który chce zarabiać zagranicą, że jest nieodpowiedzialny, to lekka niekonsekwencja. Oczywiście na końcu wszystko daje się pogodzić, wszyscy wychodzą na swoje. To prawo komedii z nieodzownym happy endem (którego nie mogło być w „Teściach”) Ale te wszystkie nauki zebrane do kupy nie do końca mnie przekonują.

Piszę o komedii, a zaczynam od wychwytywania wymowy, morału. No tak, ale szukam przecież w niej obrazu polskiego społeczeństwa. Jako film rozrywkowy „Czarna owca” nieźle się broni, nawet jeśli tu czy ówdzie brakuje trochę temu humorowi oddechu. Świetni są w każdym razie Jakubik i Popławska, urzeka udział sędziwego Włodzimierza Pressa jako dementywnego dziadka – to akurat naprawdę jest pochwała uczuć rodzinnych, najbardziej naturalnych, bo opartych na więzach krwi.


Ucieszył mnie udział młodych: kapitalnego, a nie do końca wykorzystanego do tej pory w kinie, Kamila Szeptyckiego oraz świetnej aktorki teatralnej, dopiero odkrywanej dla filmu Agaty Różyckiej. Choć zwłaszcza ona staje się postacią trochę niedopowiedzianą, właśnie z powodu niekonsekwencji scenariusza. Powtórzę pytanie: czy młodzi naprawdę się kochają?

„Czarną owcę” ogłoszono nadzieją polskiego kina gatunkowego. Przy wszystkich pomysłowościach rodzinnych gagów wyczuwam w tym pewną przesadę, sam preferuję „Teściów”. Za to chapeau bas za mówienie o rzeczach ważnych. Nawet jeśli mam wątpliwości, czy zawsze powiedziałbym to samo, co Pietrzak.
Ci brzydcy celebryci

I na koniec największy dziw tegorocznego filmowego urobku: „The End”? Co to właściwie takiego jest?

To komedia (a może komediodramat) antycelebrycka. Niby to odważne, bo wyśmiewa się maszynerię produkującą filmy w filmie próbującym być zarazem komercyjnym. Maszynerię, ale przede wszystkim ludzi ją tworzących. Jednak ta formuła ma swoje ograniczenia. Zasadniczo niemal wszystkiego dowiadujemy się w skądinąd najkapitalniejszej, pierwszej scenie: pogrzebu sławnego reżysera. Potem jedziemy już z grubsza na tym samym koksie.

To film z paroma kapitalnymi obserwacjami i scenami. A równocześnie rozłażący się (choć momentami nabierający na powrót drapieżnej konkretności). Praktycznie bez pomysłu na finał. Z rozlicznymi bełkotliwościami i pretensjonalnościami. A przecież co parę minut patrzy się na „The End” z rodzajem chorobliwej ciekawości.

Źródło: Agencja Ekipa/YouTube

Pomysłowy jest zawiązek akcji już po pogrzebie. Podczas pandemii (co jest dobrym nawiązaniem do rzeczywistości za oknem) organizuje się widowisko, internetową grę angażującą siedmioro znanych postaci showbiznesu, głównie aktorów. Dalszym ciągiem jest swoista psychodrama, demaskacja postaci. W szczegółach zaskakująca, w ogólnych zarysach zbyt przewidywalna – dawno nam już powiedziano, że cebebryci ćpają i są cholernymi egoistami.

Film jest w zamyśle komercyjny, nie dostał ani publicznej złotówki. Zabawnie to wygląda, kiedy showbiznes plwa na showbiznes. Jest w tym skądinąd coś fałszywego, nawet jeśli większość aktorów tu grających to nie są najtypowsi celebryci (choć Tomasz Karolak chyba jednak tak). Czy to autentyczna demaskacja, czy tylko zabawa w samobiczowanie się? To pytanie do mnie wracało. Co oni sobie myślą, grając jeśli nawet nie siebie, to swoich kolegów?

Inna sprawa, że jedno nadało temu filmowi pewną moc. Większość akcji koncentruje się na twarzach, na uczestnikach gry, a potem psychodramy siedzących przy swoich skajpach w luksusowych wnętrzach. I oni dobrze grają. Wspomniany Karolak nie drażnił mnie jak zazwyczaj. Dobrzy byli: Przemysław Sadowski, Jarosław Boberek, Aleksandra Popławska i najmniej mi znana Agnieszka Wielgosz. No i w epizodzie poza główną akcją Katarzyna Figura, ale to akurat najmniejsze zaskoczenie.

Filmy z seksem w roli głównej. Polski towar eksportowy

Czy w sequelach „365 dni” będą pracować specjaliści od cenzurowania scen erotycznych?

zobacz więcej
Wyróżniam dwie osoby. Piotr Witkowski ma niewątpliwie świetny czas filmowy. Po „Klangorze” i „Mistrzu” rola znarkotyzowanego celebryty prowadzona jest, można by rzec, ponad scenariusz. Każda jego mina, każda odzywka, przyciąga.

No i Paulina Gałązka-Sandemo. Znowu kolejna rola w ciągu tak niewielu lat – dopiero byli „Moi przyjaciele nie żyją” i „Klangor”, a równocześnie świetne role w Teatrze Ateneum. Ileż ona jako Pola, ostatnia kochanka zmarłego reżysera ze skłonnościami do nimfomanii, ma temperamentu, jak świetnie prowadzi swoją postać między sprzecznymi emocjami i uwalnia ją od stereotypu, dzięki własnym emocjom.

Komedia, czyli barometr

„Teściowie” wyprodukowani pod batutą Michała Kwiecińskiego są w kinach za krótko, żeby oceniać ich oglądalność. „Czarna owca” okazała się hitem, po trzech tygodniach miała już prawie 160 tysięcy widzów, choć po pandemii do kin nie pchały się tłumy. Sam oglądałem ją na prawie pełnej sali, co dziś bywa rzadkością. Najwyraźniej Polacy szukają takiego pogodnego kina o sobie samych.

„The End” miał za to już w pierwszy weekend znikomą oglądalność i szybko zszedł z ekranów. Trudno powiedzieć, co o tym zdecydowało. Można jednak powiedzieć, że Polacy odrzucili pozycję najbardziej wydumaną, choć – to paradoks – najmocniej okładającą elity. Ale nawet z tego filmu można się czegoś dowiedzieć o Polsce, choćby o potędze rozmaitych stereotypów środowiskowych.

„Teściów” zalecałbym za to wszystkim, którzy chcą poznać naturę polskiego społeczeństwa, jako instruktaż. „Czarna owca” to z kolei przyśpieszony kurs przemian obyczajowych, które nie całkiem mnie zachwycają, ale z którymi trzeba się liczyć. W sumie więc komedia jako barometr? Może nie tak wyraźny jak filmy Stanisława Barei, ale dlaczego nie?

– Piotr Zaremba

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Magdalena Popławska w filmie "Czarna owca". Fot. Jarosław Sosiński/ mat. dystrybutora NEXT FILM
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Chciał kręcić superprodukcję, drugą po „Krzyżakach”
Sto lat temu przyszedł na świat Andrzej Munk, reżyser „Eroiki” i „Zezowatego szczęścia” – kamieni milowych polskiego kina.
Kultura wydanie 8.10.2021 – 15.10.2021
Tajemnice konkursu chopinowskiego. Zapomniany fundator
Gdyby nie pieniądze, które wyłożył z własnej kieszeni, konkurs by się nie odbył.
Kultura wydanie 1.10.2021 – 8.10.2021
Tragiczne losy polskich laureatów Konkursu im. Chopina
Mordowali ich Niemcy, umierali w cierpieniach, rzucali się pod pociąg.
Kultura wydanie 1.10.2021 – 8.10.2021
Cywil z milicji
Po urodzeniu miał zostać uśpiony. Ale Bej przeżył i jest wymieniany jako jedna z ikon peerelowskiej pop-kultury.
Kultura wydanie 24.09.2021 – 1.10.2021
Najnowsze polskie filmy chętnie opowiadają o czasach PRL
Twórcy chcą historię traktować jako kostium dla współczesnych dyskusji, lęków i konfliktów.