Kultura

„Do widzenia, do jutra” – kultowy debiut Janusza Morgensterna krytycy ocenili na… trójkę

Janusz Zaorski ma sentyment do sceny, w której jest ciemno; widać tylko dwa żarzące się punkciki, zapewne końcówki papierosów. Głos męski pyta: „Chciałabyś być teraz w domu?”. Ognik porusza się poziomo, co oznacza, że nie chce. Głos męski: „Tutaj?”. Ognik rusza się pionowo, czyli odpowiedź brzmi: tak. Głos męski: „Jak mnie kochasz: tak (drugi ognik zatacza małe kółko), czy tak (większe kółko)?”. Ognik zatacza wielkie koło. Światło się zapala i widzimy Zbyszka Cybulskiego z… – Suspens. Kwintesencja kina – mówi z uznaniem reżyser.

Janusz Morgenstern w „Do widzenia, do jutra” (1960) przedstawił świat tak odmienny od obrazów dotychczas przedstawianych przez Polską Szkołę Filmową, rozliczającą się jeszcze z okresem II wojny światowej. Barwne kreacje Teresy Tuszyńskiej i Zbigniewa Cybulskiego, wplecione w życie artystyczne Wybrzeża przełomu lat 50. i 60. XX wieku. Romek, grany przez Romana Polańskiego, tańczący cza-czę na korcie tenisowym. Do tego modne stroje i zachodnie samochody.

Film, który stał się portretem młodego pokolenia, był pełnometrażowym debiutem Janusza Morgensterna. W poniedziałek 6 września przypada 10. rocznica śmierci reżysera.

Jak to za żelazną kurtyną było

Historia „Do widzenia, do jutra” jest prosta: Jacek (Zbigniew Cybulski), reżyser teatrzyku studenckiego, zakochuje się w Margueritte (Teresa Tuszyńska), córce francuskiego konsula, mieszkającej od niedawna w Gdańsku. Adoruje ją, spędzają wspólnie czas. Miłosna opowieść nie kończy się jednak happy endem. Dziewczyna wyjeżdża z rodzicami za granicę; para zostaje rozdzielona.

– W filmie widoczny jest kontekst polityczno-historyczny, metafora żelaznej kurtyny, której nie można przekroczyć. I która sprawia, że miłość między głównymi bohaterami nie może się zrealizować. W jednej z końcowych scen widzimy Jacka przy żelaznej bramie, która może symbolizować żelazną kurtynę. Spotyka Margueritte; ona wie, że wyjedzie na Zachód, że przekroczy tą żelazną kurtynę, za którą zostanie Jacek – mówi Tygodniowi TVP prof. Kamila Żyto, filmoznawczyni z Instytutu Kultury Współczesnej przy Uniwersytecie Łódzkim.
– Jest to film o ludziach młodych, o miłości. Znajdziemy w nim wyraźne inspiracje egzystencjalizmem, twórczością Alberta Camusa czy Jeana Paula Sartre’a – dopowiada reżyser Janusz Zaorski, który pierwsze zawodowe kroki stawiał właśnie pod okiem Janusza Morgensterna.

Pomysłodawcą „Do widzenia, do jutra” by właśnieł Zbigniew Cybulski, który napisał scenariusz wraz z Bogumiłem Kobielą. Jako trzeci scenarzysta został podpisany prozaik Wilhelm Mach. Jednakże zadecydowały o tym jedynie względy strategiczne. Janusz Morgenstern, mimo zasłużonej opinii zdolnego filmowca – w końcu był asystentem w „Kanale” (1956) oraz drugim reżyserem „Popiołu i diamentu” (1958) Andrzeja Wajdy – był jednak debiutantem. Także dla Zbigniewa Cybulskiego był to debiut scenopisarski.

– Obawiano się, że brak doświadczenia może zostać wykorzystany jako zarzut. Ale Tadeusz Konwicki, kierownik literacki zespołu Kadr, w którym film powstawał, podpowiedział, by „wciągnąć” do filmu jakiegoś pisarza. Zasugerował swojego przyjaciela, bardzo dobrego prozaika Wilhelma Macha, który nie miał z tym filmem nic wspólnego, ale dał swoje nazwisko – tłumaczy tygodnikowi prof. Tadeusz Lubelski, teoretyk i historyk filmu, a także krytyk filmowy.

W filmie zostały pokazane sceny gdańskich teatrzyków studenckich: Bim-Bomu i Teatrzyku Rąk „Co To”. Zresztą Zbigniew Cybulski był założycielem (razem z Bogumiłem Kobielą) i kierownikiem Bim-Bomu. W filmie grają też inni przedstawiciele tego środowiska, chociażby Włodzimierz „Wowo” Bielicki, Tadeusz Chyła czy Jacek Fedorowicz.

Dorota Karaś w biografii „Cybulski. Podwójne salto” cytowała wspomnienie aktorki Wandy Stanisławskiej-Lothe o premierze pierwszego programu Bim-Bomu pt. „Ahaaa…”, która odbyła się 2 maja 1955 roku: „Szał na Wybrzeżu! – opowiadała [Stanisławska-Lothe]. – Zdobyłam bilet. Zamurowało mnie. Wyszłam oczarowana i nieprzytomna. Teraz wszystko jasne. Wiedziałam już wszystko. Darowałam mu [Cybulskiemu] i czytanie gazet, i niewyraźne mówienie. Teatr go nie interesował. Musiał w nim grać, ale sercem był w innym teatrze”.

„Lepiej było zginąć młodym”. 51 lat temu odszedł Zbigniew Cybulski

Aktor zmarł 8 stycznia 1967 roku.

zobacz więcej
Życie artystyczne Wybrzeża było istotnym elementem „Do widzenia, do jutra”. Janusz Zaorski: – Grupa ludzi, która zakłada teatrzyk, wspólnie się bawi, pracuje, to było na ekranie coś nowego. W filmie nie ma ducha socrealizmu, organizacji młodzieżowych, partii. Janusz Morgenstern pokazał ludzi wolnych, którzy chcą dokształcać się poza tym systemem i dawać ambitną rozrywkę innym. To było zupełnie coś nowego. Do tego mamy debiutantkę Teresę Tuszyńską, Zbyszka Cybulskiego – znakomitego w roli Maćka Chełmickiego z „Popiołu i diamentu”, muzykę Krzysztofa Komedy, zdjęcia Jana Laskowskiego. To wszystko składało się na zupełnie nowy ton, który został zauważony.

Córka konsula. Czyli miłość nie tylko dla bogatych

Nie tylko życie artystyczne w „Do widzenia, do jutra” było inspirowane prawdziwą rzeczywistością, ale również historia miłosna. Pisała o tym Dorota Karaś w biografii „Cybulski. Podwójne salto”. Filmowa Marguerrite w rzeczywistości nazywała się Françoise Burbon. Była córką konsula Francji w Gdańsku. Do PRL przyjechała w 1957 roku, mając 16 lat. Wyjechała dwa lata później.

W rozmowie telefonicznej z Karaś, mieszkająca w Normandii Bourbon wspominała okres spędzony w Polsce schyłku lat 50. XX wieku: „Moi rodzice chcieli prowadzić dom otwarty, spotykać się z Polakami, ale w waszym kraju w tym czasie było strasznie. Ludzie bali się, że przez kontakty z cudzoziemcami będą mieli kłopoty. Zbyszek, Bobek i inni z Bim-Bomu przychodzili do nas często na brydża i herbatki, które organizowała moja mama. Ja z kolei chodziłam na przedstawienia Bim-Bomu. Na widowni byli sami młodzi ludzie i sala zawsze była pełna. To, co robili w tym teatrze, było niesamowite. Opowiadali nie wprost o rzeczach, o których na co dzień się nie mówiło, bo były zakazane. Znałam tylko kilka słów po polsku, ale nie przeszkadzało mi to. Ze Zbyszkiem rozmawialiśmy po francusku, znał ten język”.

Dorota Karaś ponadto opisywała, iż „Janusz Morgenstern był przekonany, że Zbyszek Cybulski, tak jak filmowy Jacek, był zakochany w młodziutkiej Francuzce”. Z kolei „Wowo” Bielicki twierdził, że było inaczej – „to on podkochiwał się we Françoise, Cybulski z Kobielą wzdychali do niej tylko platonicznie”.


Obraz zdobył I nagrodę za reżyserię na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Stratford. Poza tym Jan Laskowski za zdjęcia otrzymał nagrodę „Srebrnego Bumerangu” na festiwalu w Melbourne. „Do widzenia, do jutra” cieszył się dużą popularnością. Prof. Jerzy Eisler, historyk z Instytutu Pamięci Narodowej i Instytutu Historycznego Polskiej Akademii Nauk, w rozmowie z Tygodnikiem TVP przekonuje, że film trafił na swój czas.

– Polska po Październiku 1956 roku była – biorąc pod uwagę standardy ówczesne, a nie dzisiejsze – stosunkowo otwarta na Zachód. Nieprzypadkowo na przełomie lat 50. i 60. żartowano z PRL, że jest ona najweselszym barakiem obozu socjalistycznego. Ten dowcip dobrze oddawał sytuację – mówi prof. Eisler.

Historyk kontynuuje, że debiutancki film Janusza Morgensterna pokazuje pewien snobizm części artystów, twórców w ówczesnej Polsce. Jednakże ujęcie snobizmu miało w tym przypadku nie tylko wymiar negatywny, związany choćby z bezrefleksyjnym kopiowaniem wszystkiego, co znajduje się na Zachodzie. Kopiowanie wszystkiego było zresztą nierealne, między innymi ze względu na sytuację ekonomiczną Polski, ale i cenzurę prewencyjną czy monopol partii rządzącej w naszym kraju.

Partyzant i opryszek. Kto okazał się obrońcą zasad w PRL

O Romanie Bratnym nikt już nie pamięta. Marek Nowakowski jest odkrywany na nowo.

zobacz więcej
– Udało się pokazać ładne dziewczyny, ładne ubrania, skutery, zachodnie samochody i tak dalej. Ale są przecież sfery życia ludzkiego, gdzie nie wszystko można wymierzyć w kategoriach materialnych. Myślę oczywiście o miłości, o której jest ten film. „Do widzenia, do jutra” pokazuje, że prawo do miłości ma każdy człowiek, że nie jest to przywilej jedynie ludzi bogatych, ustosunkowanych – komentuje prof. Jerzy Eisler.

Pierwsza jaskółka nowej obyczajowości

Zbigniew Cybulski i Janusz Morgenstern pracowali wspólnie już wcześniej, przy filmie „Popiół i diament” Andrzeja Wajdy. Cybulski zagrał główną rolę Maćka Chełmickiego. Morgenstern pełnił rolę drugiego reżysera. Już wtedy, w roku 1958, zaczęli oni planować film „Do widzenia, do jutra”. Prof. Tadeusz Lubelski podkreśla, że był to okres słabnięcia popaździernikowej odwilży, jednakże film bardzo dobrze oddawał zmianę, jaka zaszła po zamrożeniu kultury polskiej w okresie stalinizmu – jej odrodzenie, obecność kultury zachodniej, kolor na ulicach i w obyczajach.

„Do widzenia, do jutra” jest portretem młodego pokolenia. – Morgenstern myślał o nakręceniu filmu o wojnie, ale projekt został odrzucony. Wtedy postanowił, że pokaże młode pokolenie, które wprawdzie II wojnę światową pamięta, przeżyło tę traumę, ale już potrafi patrzeć w przyszłość i chce iść do przodu. To był jeden z pierwszych filmów, który opowiadał o nowym pokoleniu. I który wskazywał nowy kierunek, w jakim będzie podążać polska kinematografia. Kilka miesięcy później pojawią się „Niewinni czarodzieje” (1960) Andrzeja Wajdy, a niebawem filmy Jerzego Skolimowskiego czy Romana Polańskiego – mówi prof. Kamila Żyto.

Zaznacza jednak, że „Do widzenia, do jutra” to film uniwersalny, że bardzo prosta historia miłości pary bohaterów w kinie wciąż opowiadana jest na nowo i że opowieść o pewnym doświadczeniu pokoleniowym – przedstawiona w filmie – również cechują wartości uniwersalne. – Mamy tu nie tylko emocje, które towarzyszyły tamtemu pokoleniu, lecz także emocje towarzyszące każdemu młodemu pokoleniu – dodaje Kamila Żyto.
Do czasu ukazania się filmów takich, jak „Do widzenia, do jutra” czy „Ostatni dzień lata” (1958) Tadeusza Konwickiego, w polskiej kinematografii unikano tematu współczesności.

– Cenzura obawiała się filmów o współczesności. Bo współczesność w PRL-u była najbardziej zakłamana; musiała się mieścić w ramach propagandowych i ustrojowych. Dlatego też od przełomu roku 1956, najsurowiej ocenianymi i cenzurowanymi były właśnie projekty o współczesności. Tępiono je – mówi wprost prof. Tadeusz Lubelski.

Produkcje Polskiej Szkoły Filmowej osiągnęły jednak wysoką rangę, zyskując równocześnie aprobatę opinii publicznej. A do tego, co dla władzy komunistycznej było niezwykle istotne, wywołały rozgłos międzynarodowy, przynosząc uznanie dla polskiej sztuki. – Władza komunistyczna tego potrzebowała. Dlatego zezwalano (do pewnego czasu) na realizację obrazów Polskiej Szkoły Filmowej. Choć filmy o współczesności wciąż realizowano z dużą ostrożnością. „Do widzenia, do jutra” było jedną z pierwszych jaskółek; zapowiedzią pokazania nowej obyczajowości, zwłaszcza wśród młodzieży. Rok później ukazał się „Nóż w wodzie” Polańskiego (1961), który poruszył kwestię obyczajowości w sposób bardziej pogłębiony – kontynuuje prof. Lubelski.

Historyk filmu dopowiada, że w czerwcu 1960 roku, dwa miesiące po premierze „Do widzenia, do jutra”, weszła w życie tzw. uchwała Sekretariatu KC PZPR, która znacznie ograniczyła rozwój polskiego kina – w tym projektów dotyczących współczesności.

Słuchał innych i wymagał, by byli kreatywni

Realizacja filmu w znacznym stopniu naznaczona była improwizacją. Mówił o tym operator filmowy (także filmu „Do widzenia, do jutra”) Jan Laskowski, chociażby w 2010 roku na spotkaniu z młodymi adeptami sztuki filmowej, które poprowadził prof. Krzysztof Kornacki. Opowiadał wówczas, że wiele scen „wzięło się z powietrza”. Przytoczył anegdotę, jak to pewnego dnia po przybyciu na plan zdjęciowy Janusz Morgenstern nie był zdecydowany, nad czym zespół powinien w tej chwili pracować. Wtedy podniósł rękę Jacek Fedorowicz: „Chłopaki! Mam piosenkę!”. I nagle zaczął śpiewać: „Matka noce całe musi tańczyć, pić, bo ma dziecko małe, ma dla kogo żyć…”. Reżyserowi piosenka się spodobała, ale nikt przecież nie znał jej tekstu. Na to Fedorowicz: „To ja będę śpiewał pierwszy, a potem wszyscy po mnie będą powtarzać”. „I tak powstała piosenka. Ni z gruszki, ni z pietruszki” – wspominał Laskowski.

I dalej: „Ten, co [w filmie] sprzedaje horoskopy, Miecio Waśkowski, został złapany z powietrza, z ulicy. «Mieciu, zrobisz?», i on natychmiast zrobił tę scenę. I to świetnie”.

Zarzucano mu konformizm i peerelowskie uwikłanie. Czy jeszcze za nim zatęsknimy?

„Pokolenie”, „Kanał” i „Popiół i diament” miały dla Wajdy znaczenie formatywne i naznaczyły jego dalszą drogę artystyczną.

zobacz więcej
– Janusz Morgenstern był reżyserem, który słuchał innych. Co więcej, on wymagał, by inni byli kreatywni, by ślepo nie wykonywali poleceń, bo od rozkazów jest wojsko. W twórczości artystycznej trzeba wzajemnie się inspirować. I w „Do widzenia, do jutra” wszyscy w ekipie nawzajem się inspirowali – komentuje Janusz Zaorski. Laskowski opowiadał, że codziennie podczas śniadania i kolacji w hotelu ekipa filmowa na bieżąco omawiała to, co będzie robiła danego dnia. Że podstawą była dobra atmosfera na planie. „Najważniejszy był stosunek człowieka do człowieka. Nie było tu rozkazów. Wszyscy razem pracowali na klimat sceny” – mówił. Zwracał także uwagę na świetną grę aktorską, szczególnie Teresy Tuszyńskiej – która „była młodziutką dziewczyną, nie mającą wtedy zielonego pojęcia o aktorstwie”, więc „nie grała, była naturalna” – i Zbigniewa Cybulskiego.

A propos Cybulskiego – Laskowski przytoczył kolejną anegdotę, tym razem pokazującą, jak olbrzymią popularnością i sympatią cieszył się aktor. To historia o Jawie 250, którą Cybulski dojeżdżał na plan, a która została skradziona. Gdy aktor spóźnił się z tego powodu na zdjęcia, ktoś z ekipy filmowej powiedział: „To idź do radia i powiedz przez radio, że ukradli ci motor”. Tak też uczynił. „Wszyscy się śmiali z niego, że taki idiota, że [powiedział] taki tekst przez radio do publiczności w Gdańsku” – wspominał Laskowski. Gdy następnego dnia Cybulski przyjechał na plan, motor stał przed budynkiem. A na siedzeniu bukiet kwiatów i wiadomość: „Zbyszek, przepraszamy. Nie wiedzieliśmy, że to ty [twój? – red.]”.

Krytycy chłodni, widzowie rozpaleni

Film „Do widzenia, do jutra” przez wielu został uznany za kultowy. Choć w odczuciu prof. Tadeusza Lubelskiego, to określenie nie do końca jest adekwatne wobec tego filmu. Twierdzi, w nawiązaniu do amerykańskiej definicji „kultowości” filmu, że wyróżniają ją dwie podstawowe cechy. Po pierwsze, film kultowy jest niedoceniany przez establishment, oficjalną opinię krytyków, ale za to ceniony i dowartościowywany przez grono wielbicieli. A po drugie, objawy kultu mają cechy zorganizowanych działań – zakładane są fankluby, organizowane różne akcje itd.

– W przypadku „Do widzenia, do jutra” nie było klubów miłośników filmu, tak jak to miało miejsce w przypadku „Rejsu” (1970), czy seriali typu „Czterej pancerni i pies”. Według definicji „Do widzenia, do jutra” posiada jednak pewne cechy kultowości. Od początku był on powszechnie lubiany, choć oceny krytyków były przeciętne lub (co najwyżej) niezłe – mówi prof. Lubelski.
Dziewczyna z ekranu
Zdradza, że oceny oscylowały „poniżej wartości filmu, którą można rozpoznać na pierwszy rzut oka”. W tygodniku „Film” znajdowała się stała rubryka „Dziewięciu gniewnych ludzi”, w której filmy oceniali (w skali 1-6) czołowi polscy krytycy. „Do widzenia, do jutra” otrzymywał oceny 3-4, nikt nie dał więcej niż 4, ale też nikt mniej niż 3. – Dzisiaj pewnie dominowałyby piątki. Tak więc biorąc pod uwagę ścisłość językową, trudno uznać ten film za kultowy. Ale posiada on takie cechy, jako że wbrew umiarkowanej, niewystarczająco wysokiej (w stosunku do rzeczywistej wartości filmu) ocenie krytyków, filmowi konsekwentnie towarzyszyła aura poparcia – mówi prof. Tadeusz Lubelski. Profesor zapytany przeze mnie, jak osobiście – w takiej samej skali – oceniłby „Do widzenia, do jutra”, odpowiedział, że na czwórkę. Gdyż ceni ten film i na swój sposób lubi („jak na debiut, to jest on genialny”), ale pewne kwestie go irytują.

– Przeszkadza mi, że poetyka filmu nie została do końca uzgodniona z rzeczywistym obrazem świata. Mamy dziewczynę graną przez Teresę Tuszyńską, córkę konsula, pochodzącą z Zachodu, z innego świata, która reprezentuje pewną trzeźwość. Podobnie zachowują się jej koledzy, grani przez „Wowo” Bielickiego czy Romana Polańskiego, którzy aspirują do Zachodu. Na ich tle postać Jacka, grana przez Zbigniewa Cybulskiego, na mój gust jest zbyt księżycowa. 30-letni już Cybulski zgrzyta mi z tymi miłosnymi rekwizytami, laleczką, dialogami z „Małego Księcia” – mówi prof. Lubelski.

Po chwili dodaje, że Zbigniew Cybulski, jako szef grupy artystycznej, przecież „musiał sobie radzić z rzeczywistością, działać w niej, walczyć z cenzurą”. – Powszechnie podkreślano, że ten film jest odpowiedzią jego autorów, przede wszystkim Cybulskiego, na francuską nową falę – na ich gust zbyt cyniczną – czy ogólnie na kino zachodnie, choćby amerykańskie filmy z Jamesem Deanem, z którym Cybulski był porównywany. Wiemy, że jeszcze przed zagraniem Maćka Chełmickiego w „Popiele i diamencie”, Cybulski przebywał na Zachodzie, w Paryżu. Tam oglądał filmy zachodnie, które często go denerwowały. Czuł się częścią lirycznej Polski. I świadomie chciał to przedstawić. To się udało, zgoda, ale dla mnie ten film niewystarczająco pokazuje, że ta poza liryczna nie mogła się sprawdzić w praktyce życiowej PRL-u późnych lat 50. – ocenia prof. Tadeusz Lubelski.

Marzył o rolach dramatycznych, a został komikiem. Zezowate szczęście Bogumiła Kobieli

Był zaprzeczeniem akademijnej drętwoty, ciemnych garniturków i przemówień. Dał się zapamiętać przede wszystkim jako Piszczyk z „Zezowatego szczęścia”. Właśnie mija pół wieku od jego śmierci.

zobacz więcej
Nadmienia również, że w filmie brakuje Bogumiła Kobieli, który „gdyby w nim zagrał, to dodałby luzu, lekkości, a także humoru, którego jest tu może za mało”. Kobiela pracował jednak w tym samym czasie z Andrzejem Munkiem na planie „Zezowatego szczęścia” (1960).

Kwintesencja kina

Duży sentyment do filmu „Do widzenia, do jutra” ma Janusz Zaorski. Szczególnie do sceny, w której jest ciemno; widać tylko dwa żarzące się punkciki, przypuszczalnie końcówki papierosów. – Ta scena jest kwintesencją kina – mówi Zaorski.

– Otóż głos męski pyta: „Chciałabyś być teraz w domu?”. I widzimy, że ognik zaczyna się poruszać poziomo, co oznacza, że nie chce. Głos męski pyta: „Na księżycu?”. Ognik znów pokazuje, że nie. Głos męski: „Tutaj?”. I wtedy ognik papierosa porusza się pionowo, czyli, że odpowiedź brzmi: tak. Głos męski: „Jak mnie kochasz: tak (ognik zatacza małe kółko), czy tak (ognik zatacza większe kółko)?”. Drugi ognik w odpowiedzi zatacza wielkie koło. Światło się zapala, widzimy siedzącego Zbyszka Cybulskiego z dwoma papierosami. To jest kino! Opowiadanie obrazem. Zaskoczenie, suspens… Bo myślimy, że mężczyzna rozmawia z kobietą. A to jest scena o Jacku, wyobrażeniowa, na zasadzie, że on by chciał, żeby coś takiego się stało. Takie pomysły były w tamtych czasach awangardowe – dodaje z uznaniem Janusz Zaorski.

Prof. Kamila Żyto twierdzi z kolei, że „Do widzenia, do jutra” to film, który się nie zestarzał. – Wręcz przeciwnie. Gdy ogląda się go po latach, po dekadach, to on się wydaje coraz lepszy. Zarówno pod względem poziomu estetycznego, jak i narracji, formy. To jest kino, które zyskuje na wartości wraz z czasem – uważa. Jej zdaniem dopiero teraz jakość tego filmu powinna zostać w pełni doceniona. Chociażby zdjęcia Jana Laskowskiego, które „absolutnie nie ustępują zdjęciom w najlepszych polskich filmach”.

– Łukasz Lubański

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: W tygodniku „Film” znajdowała się stała rubryka „Dziewięciu gniewnych ludzi”, w której filmy oceniali (w skali 1-6) czołowi polscy krytycy. „Do widzenia, do jutra” Janusza Morgensterna otrzymywał oceny 3-4, nikt nie dał więcej niż 4, ale też nikt mniej niż 3. Ale wbrew ocenie krytyków, był powszechnie lubiany przez widzów. Kadr z filmu: Zbigniew Cybulski i Teresa Tuszyńska. Fot. arch. TVP
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Céline: bulgot zza grobu
Odnalezione rękopisy warte są dziś 4 miliony euro.
Kultura wydanie 12.11.2021 – 19.11.2021
Groteska jak z Monty Pythona. Terry Gilliam „skasowany”
Lewicowiec, którego zwalcza nowa lewica.
Kultura wydanie 5.11.2021 – 12.11.2021
Odurzony haszyszem włóczył się po knajpach. Czy z buntownika...
Hanka Zborowska pozowała Modiglianiemu do aktów, ale zawsze w towarzystwie przyzwoitki.
Kultura wydanie 29.10.2021 – 5.11.2021
Pekin to miasto Chopina?
Szkoda, że Warszawa nie skorzystała z przykładu Salzburga. Tam Mozart jest na każdym rogu.
Kultura wydanie 15.10.2021 – 22.10.2021
Chciał kręcić superprodukcję, drugą po „Krzyżakach”
Sto lat temu przyszedł na świat Andrzej Munk, reżyser „Eroiki” i „Zezowatego szczęścia” – kamieni milowych polskiego kina.